22 marca 2011

Jean-Luc Ponty - King Kong: Plays The Music Of Frank Zappa

Co wyróżnia dzisiejszą płytę od innych produkcji Jeana-Luc Ponty z początków jego kariery? Mały na okładce, choć bardzo ważny i znaczący dla całego projektu dopisek: Composed And Arranged By Frank Zappa.

O początkach amerykańskiej drogi tego francuskiego skrzypka pisałem niedawno tutaj:


Dzisiejsza płyta to projekt z 1970 roku – początkowego okresu współpracy Jeana-Luc Ponty z Frankiem Zappą. Lider był w latach siedemdziesiątych ważnym elementem muzycznego otoczenia Zappy. Przed nagraniem materiału do dzisiejszego albumu nagrał z Frankiem Zappą ważną płyte Hot Rats, później jeszcze kilka innych. Wielokrotnie również koncertował z jego zespołem. Nie jestem szczególnie wielkim fanem Franka Zappy, choć garść jego płyt uważam za całkiem interesujące. Większość nagrań jest jednak mocno wymęczona przez samego Franka Zappę niekończącymi się zabiegami edycyjnymi w studio. No i sam Frank Zappa nie był, co by o nim nie mówić jakimś szczególnie wybitnym wirtuozem gitary.

Dzisiejsza płyta jest według mojej wiedzy jedyną, a na pewno jedną z nielicznych, na których Frank Zappa jest gościem, a nie liderem swojego własnego zespołu. Być może więc to właśnie King Kong jest najlepszą  produkcją owego geniusza autokreacji, łamacza muzycznych konwencji i genialnego kreatora nowych brzmień? Dostajemy tu przecież jego kompozycje. W części napisasne specjalnie na tę płytę, inne w mocno zmienionych specjalnie na tę okazję aranżacjach, co uczynił sam ich kompozytor. Zamiast średniej gitary dostajemy też genialne skrzypce, które wybornie ową gitarę zastępują. To z pewnością jest jedna z najlepszych płyt Jeana-Luc Ponty.

Mamy też świetny zespół złożony w części z muzyków grających wtedy z Frankiem Zappą, innych, którzy współpracowali z liderem, i takich, którzy zostali zatrudnieni specjalnie do tego projektu. To zespół taki w sam raz, nie za duży, jak to czasem u Zappy bywało, nie za mały. Wśród muzyków znajdziemy partnera wielu projektów lidera z tego okresu – George’a Duke’a, z którym Jean-Luc Ponty rok wcześniej nagrał wyśmienite albumy koncertowe – The Jean-Luc Ponty Experience With The George Duke Trio Recorded In Hollywood At The Experience i Live At Donte’s. Ważnymi elementami muzycznej układanki są też Ian Underwood i Ernie Watts na saksofonach. Ten pierwszy to człowiek Zappy, ten drugi reprezentuje niewątpliwie bardziej jazzowy świat. Jest też grający na fagocie Donald Christlieb znany raczej z wykonań kompozycji współczesnej awangardy spod znaku Karlheitza Stockhausena. Jest również paru innych mniej znanych muzyków z kręgu Franka Zappy. Sam Frank Zappa też zagrał, co prawda tylko w jednym utworze, ale być może to dla tej płyty wystarczyło.

Muzyka niewiele różni się konwencją od płyt Mothers Of Invention. Jest jednak mała różnica, która stanowi o istocie tej niezwykłej produkcji. To jest jazzowe fusion zagrane i nagrane praktycznie za jednym studyjnym podejściem. Niewykluczone są drobne korekty na etapie postprodukcji, jednak tego nie słychać i to zdecydowanie nie w studiu przy pomocy skalpela i taśmy klejącej (takie były czasy) wykreowano tą muzykę. W odróżnieniu od wielu płyt Franka Zappy, na których muzyka jest martwa, tu żyje pełnią jazzowego życia i radosnej improwizacji.

Jean-Luc Ponty nie stara się zdominować każdego taktu, pozwala na wiele członkom zespołu. Na wyróżnienie zasługuje choćby znakomity saksofon Ernie Wattsa w How Would You Like To Have A Head Like That. To właśnie w tej jedynej na płycie kompozycji lidera zagrał wyśmienita partię na gitarze Frank Zappa.

Prawie dwudziestominutowa rozbudowana aranżacja Music For Electric Violin And Low Budget Orchestra to cały Frank Zappa w pigułce. Z pozoru tandetna klezmerska melodia rozpisana na sekcję dętą, w której słyszymy między innymi rożek angielski, obój i tuby komplikuje się z każdą chwilą, by po paru zwrotach i zmianach stylu zakończyć się kulminacją w postaci solówki skrzypcowej zagranej w przedziwnych podziałach rytmicznych przez lidera.

To jedna z najlepszych płyt Franka Zappy i równie ważna pozycja w dorobku George’a Duke’a. To też jedna z najciekawszych płyt Jeana-Luc Ponty. Tu nie ma komplikacji rytmu na siłę, jak u Milesa Davisa z tego okresu, wschodnich skal Mahavishnu, czy prostego importu z rocka lat sześćdziesiątych – jak na wczesnych płytach Carlosa Santany. To fuzja bluesa z europejską muzyką nowoczesną w stylu Stockhausena. Inte;ligentna, wysmakowana i nieprzypadkowa. Dowcipna i kpiarska – jak u Franka Zappy, aktualna także dzisiaj. To zwyczajnie kawałek wybitnej muzyki.

Jean-Luc Ponty
King Kong: Plays The Music Of Frank Zappa
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer katalogowy: 077778953920

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Bardzo dużo bzdur o F. Zappie.
Zacznijmy od "niekończących się zabiegów edycyjnych w studio". Po pierwsze pozwalały one Zappie na uzyskiwanie niepowtarzalnych brzmień w czasach, kiedy elektronika w muzyce dopiero raczkowała. Grand Wazoo i Waka Jawaka na pewno nie brzmiałyby tak, jak brzmią, gdyby nie praca w studiu, dotyczy to zwłascza efektu dżezowej orkiestry na Waka Jawaka. Przeskoczmy w czasie do Jo'e Garage - czyż nie jest to piękne brzmienie? Mnie zachwyca do dziś. Chyba zresztą nie tylko mnie, bo fachowcy zawsze chwalili Zappę za produkcję nagrań, nie tylko swoich, także na przyklad Kapitana Wołowe Serce.
Gitara. Autor chyba nie słyszał Pink Napkins, sola z Inca Road albo w pierwszym kawałku na Hot Rats, czy ostatnim na Grand Wazoo, a także wielu innych, że nie uważa Zappy za "jakiegoś szczególnie wybitnego wirtuoza gitary". S. Vai słyszał nie tylko to i dlatego uważa, że najlepsze solo, jakie w życiu słyszał, to w wykonaniu Zappy na jdnej z prób.
Zespół. Silą wielu plyt Zappy jest właśnie duży zespół. Dzieki temu mozliwe byly fantastyczne aranżacje z dęciakami, klawiszami i wibrafonem, co dało utworom mistrza niepowtarzalne brzmienie.
Martwa muzyka. Trzeba nie znać muzyki Zappy, żeby tak pisać. Istotą jego wielu płyt jest wlaśnie improwizacja. Na płytach koncertowych bardzo często Zappa nie zmieniał nic! Mogl na to sobie pozwolic, bo zawsze pracowali z nim (ciekawe dlaczego?) myzycy tak genialni, jak on sam. Proszę posluchać Roxy & Elsewhere, a potem - z czystym sumieniem? - powiedzieć, że to martwa muzyka.

Bardzo przykro czytalo się tę niesprawiedliwą ocenę Franka Zappy. Prosze uprzedzać, że uczucia jego fanów mogą zostać zranione ;)

Mimo wszystko pozdrawiam.

Andrzej Boruszewski

Rafal Garszczyński pisze...

Bzdurą może być coś, co jest przeinaczeniem faktów, bądź konfabulacją na ich temat. Można się z poglądami innej osoby zgadzać, lub nie, jednak naturą subiektywnego spojrzenia na sztukę jest to, że każdy odbiera ją nieco inaczej i może mieć własne zdania. Znam wszystkie cytowane przez autora komentarza nagrania i zdania nie zmienię. Mając na półce około 40 płyt Franka Zappy, w tym pewnie około połowa to pierwsze wydania kupowane wtedy, kiedy się ukazywały, pamiętam bardzo szczegółowo pewnie połowę z nich, drugą połowę trochę mniej. Steve Vai jest istotnie wirtuozem gitary, ale cytując klasyka, osoby grające na gitarze dzielą się na posiadaczy gitar, grających na gitarze i gitarzystów (przekład własny...). Steve Vai jest wirtuozem, choć to raczej rzemiosło, a nie wielka sztuka.

Ocena inna od oczekiwanej nie jest zaraz niesprawiedliwa. jest inna. Można się z nią zgadzać, lub zgadzać trochę mniej...

Frank Zappa jest wybitnym kreatorem wydarzeń muzycznych i dla mnie rzemieślnikiem-gitarzystą.

Uważam King Kong za najważniejsze dokonanie Zappy - to zdanie subiektywne, moje własne i oparte na dość dobrej znajomości płyt nagranych przez niego pod własnym nazwiskiem.

Anonimowy pisze...

Właśnie włączyłem sobie "King Konga"pierwszy raz od wielu lat.Muzyki jest tak wiele, ze trochę zapomniałem o tym albumie. Jest jak stare, dobre wino wyciągnięte z przepastnej piwnicy-genialna muzyka!W pełni podzielam pana zdanie o tej płycie, lecz na temat Franka Zappy i jego wirtuozerii jako gitarzysty am odmienne zdanie. Nikt tak nie grał na gitarze i chyba nie zagra.Takie dźwięki wydobywał ze swojego saksofonu chyba tylko Coltrane. To zupełnie kosmiczne myślenie o dźwięku,jego wybrzmiewaniu w przestrzeni.Nie wszystkim to leży, ja to jednak uwielbiam.Pozdrawiam.