21 grudnia 2015

Bootsy Collins – Christmas Is 4 Ever

Konwencja kolędowania wydaje się oczywista. Od czasu wynalezienia urządzeń rejestrujacych dźwięk większość gwiazd nie opiera się pokusie zorganizowania sobie dodatkowej okazji do zarobku w postaci nagrania albumu z choinką, saniami z zaprzęgiem reniferów, spadającą kometą lub innym świątecznym symbolem. Czasem muzyka, która pojawia się na takich płytach łączy się z religijnymi aspektami świąt zwanych w naszej części świata Bożym Narodzeniem. Kiedy indziej to produkcja związana z komercyjnymi aspektami tego dziś już w wielu miejscach ponadreligijnego święta.

O śniegu, Świętym Mikołaju, Bożym Narodzeniu, trzech królach, gwiazdce spadającej z nieba i świątecznie udekorowanych choinkach często śpiewają ludzie nie mający wiele wspólnego z religijną tradycją tego okresu i którzy w życiu nie widzieli wielu europejskich symboli tego okresu.

Bootsy Collins raczej śnieg widział, choć jego podejście do tradycyjnych świątecznych melodii nie należy do bardzo tradycyjnych. W przypadku takich produkcji cieszę się, że ktoś potrafi pomyśleć trochę pod prąd i złamać wszelkie konwencje. Zastanawiam się również, czy robi to na serio, czy to raczej rodzaj dowcipu i szyderstwa z mocno dziś komercyjnej tradycji świętowania.

Rozważania na temat motywu są oczywiście istotne, jednak bez takich artystów jak Bela Fleck, Brian Setzer, Bob Dylan, Yo-Yo Ma i Bootsy Collins, a także wielu innych, do których jeszcze nie dotarłem, w grudniu bylibyśmy skazani na Franka Sinatrę, Binga Crosby i Ellę Fitzgerald, w ostateczności na artystów młodszych – Dianę Krall, czy Roda Stewarta. Nie mam nic przeciwko wszystkim wymienionym osobom. Wolę jednak mieć wybór, nie tylko pomiędzy „Silent Night” i „White Christmas”, ale również wybór stylistyczny.

Dlatego właśnie sięgając po świąteczny repertuar warto czasem pomyśleć niestandardowo. Tak właśnie myślał Bootsy Collins nagrywając „Christmas Is 4 Ever”, sięgajac po tradycyjne melodie, nie porzucił jednocześnie swojej muzycznej tożsamości. Być może dla wielu kontrowersyjnej, jednak z pewnością interesującej i alternatywnej. Myślenie pod prąd i łamanie konwencji w sztuce często prowadzi do odkrywania nowych obszarów. Bootsy Collins jest bez wątpienia postacią dla muzyki ważną.

Botsy Collins jest za Oceanem postacią legendarną, nie tylko ważną częścią formacji Parliament-Funkadelic George’a Clintona, ale również muzykiem, który w latach siedemdziesiątych prowadził zespół towarzyszący Jamesowi Browne’owi. Jest również autorem wielu doskonałych płyt solowych i gościnnych występów w towarzystwie niezliczonej ilości gwiazd. Gra właściwie na wszystkim, komponuje, produkuje. Najbliżej jazzu był prawdopodobnie współpracując z Herbie Hancockiem (album „Perfect Machine”) i współpracując z Victorem Wootenem. Fani Billa Laswella z pewnością też uznają Bootsy Collinsa za osobowość bliską jazzowej stylistyce, obaj panowie mają na swoim koncie wiele wspólnych projektów, jako muzycy i producenci.

Jak wyglądają Święta według Bootsy Collinsa? Z pewnością są kolorowe, nieprzewidywalne, funkowe, świecące i bardzo muzykalne. Bootsy Collins łamie wszelkie konwencje interpretacji znanych standardów. Oferuje słuchaczom swoją własną wersję świąt. Taki świat wielu uwielbia, inni patrzą ze zdziwieniem. Warto jednak zawsze popatrzeć trochę szerzej. „Christmas Is 4 Ever” to bardzo amerykański album, choć nawet tam z pewnością nie usłyszycie go zbyt często w czasie przedświątecznych zakupów w centrach handlowych. Dla mnie jest świetną odmianą, ucieczką od Franka Sinatry, po którego niezapomniane interpretacje świątecznych melodii również sięgam od czasu do czasu.

Bootsy Collins
Christmas Is 4 Ever
Format: CD
Wytwórnia: Shout Factory Records
Numer: 0805772410428

18 grudnia 2015

Pat Metheny / Ornette Coleman / Charlie Haden / Jack DeJohnette / Denardo Coleman – Song X

Pat Metheny w ECM – jazzowy mainstream. Pat Metheny w Geffen – przeważnie smooth jazz, dla części słuchaczy to najsłabszy okres błędów i wypaczeń w karierze mistrza, dla innych jego szczytowe osiągnięcia w rodzaju „Still Life (Talking)” i „Letter From Home”. Pat Metheny w Warner Music – tu bywa różnie. Okres kontraktu Pata Metheny z Geffen to jednak nie tylko wspomniane, dla wielu kultowe, dla innych niepotrzebne albumy Pat Metheny Group. To również kultowe „Song X” i „Zero Tolerance For Silence”. Kultowe oczywiście w przeważającej większości dla tych, którzy nie przepadają za charakterem brzmienia zespołu, bez wątpienia jednego z najważniejszych gitarzystów końca XX wieku, nadawanym mu przez Lyle Maysa.

Nie ukrywam dziś i nigdy nie ukrywałem, że raczej stoję po ciemnej stronie mocy i dla mnie to właśnie „Song X” i „Zero Tolerance For Silence” to najważniejsze nagrania Pata Metheny z tamtych lat. Czy był to sposób na odreagowanie? Potrzeba odmiany? Tęsknota za kreatywnością i wolnością twórczą? Raczej nie, bowiem w 1986 roku Pat Metheny był już supergwiazdą, człowiekiem, który mógł nagrywać co chciał i z kim chciał. Choć z pewnością „Song X” to nie była muzyka, której oczekiwali managerowie Geffen, wytwórni zdecydowanie nie kojarzonej z jazzem. Geffen w połowie lat osiemdziesiątych (album „Song X” ukazał się w 1986 roku) wydawała Petera Gabriela, Siouxsie And The Banshees, XTC, ale także Eltona Johna, Donnę Summer i Johna Lennona. W 1986 roku jej najważniejszym albumem było „So” Petera Gabriela, a już wkrótce w katalogu pojawiła się Nirvana.

Podsumowując, w obszernym zbiorze wywiadów przeprowadzonych przez Richarda Nilesa i wydanym w formie książkowej, Pat Metheny przyznał, że „Song X” – jego pierwsze nagranie dla Geffen zwyczajnie musiało być inne od płyt nagranych wcześniej dla ECM. Ostatnim nagraniem dla ECM był album „Rejoicing” zrealizowany z Billy Higginsem i Charlie Hadenem. Muzycy koncertowali w Nowym Jorku. Na jeden z koncertów przeszedł Ornette Coleman. To właśnie on zaproponował wspólne nagrania, do których obaj przygotowywali się spędzając wspólnie dużo czasu na próbach.

Wielu uważa Ornette Colemana za muzycznego szarlatana. Moim zdaniem ma na swoim koncie wiele ciekawych nagrań. Do nich właśnie należy „Song X”. Pat Metheny i Ornette Coleman to ludzie z zupełnie innych światów. W „Song X” jest jednak magia cechująca dzieła niezwykłe. Magia wspólnego porozumienia i kolektywnej improwizacji. Dla Pata Metheny Ornette Coleman był ważny od zawsze, przecież już na „Bright Size Life” umieścił jedną z jego kompozycji niemal dekadę przed nagraniem „Song X”.

„Song X” nie należy do najłatwiejszych w odbiorze albumów, w których nagraniu brał udział Pat Metheny. Jest pewnie jednym z najbardziej przystępnych nagrań Ornette Colemana. Jeśli spodoba się Wam ta muzyka, koniecznie sięgnijcie również po „Zero Tolerance For Silence” – równie ciekawy, choć nieco trudniejszy album Pata Metheny.

Po latach ukazała się jubileuszowa edycja „Song X” zawierająca sześć dodatkowych nagrań z tej samej sesji. Ja ciągle pozostaję przy wydaniu pierwotnym, choć z pewnością dodatkowa dawka niezwykłych wspólnych improwizacji dwu wielkich mistrzów w towarzystwie wybitnej sekcji jest warta każdych pieniędzy. Poczekam jednak na kolejny jubileusz. Może wyjdzie coś jeszcze obszerniejszego…

Pat Metheny / Ornette Coleman / Charlie Haden / Jack DeJohnette / Denardo Coleman
Song X
Format: CD
Wytwórnia: Geffen / MCA

Numer: 720642409626

16 grudnia 2015

Kazimierz Jonkisz Energy – 6 Hours With Ronnie

Kazimierz Jonkisz – weteran, postać legendarna, jeden z nielicznych na polskiej scenie perkusistów – liderów. To wszystko być może prawda, choć część tych określeń sugeruje raczej muzyczną emeryturę, a to z pewnością prawdą nie jest. Kazimierz Jonkisz to zwyczajnie i tylko wyśmienity muzyk, lider zespołu i jeden z najlepszych polskich perkusistów. To perkusista, który wyznaczał rytm „Winobrania” Zbigniewa Namysłowskiego, a jego własny album – „Tiri Taka” wprowadził na scenę w 1980 roku mało wówczas znanego skrzypka – Krzesimira Dębskiego, który za chwilę miał utworzyć String Connection.

Ronnie Cuber – również weteran, saksofonista, najczęściej barytonowy, grał w zasadzie wszystko i ze wszystkimi. Muzyk niezwykle uniwersalny, był w składzie debiutanckiego kwintetu George’a Bensona w 1966 roku, wcześniej grał między innymi z Maynardem Fergusonem. W latach siedemdziesiątych grał z Frankiem Zappą. Okazjonalnie pojawiał się w zespołach Erika Claptona, B. B. Kinga i Billy Joela. Legendarny album Dr. Lonnie Smitha „Drives” powstał z jego ważnym udziałem.

For Tune Production – niezwykle dynamicznie rozwijająca swój katalog polska wytwórnia, która nie stroni od muzycznych eksperymentów i jakimś cudem znajduje pieniądze na wydawanie niełatwych, awangardowych projektów z pogranicza jazzu i przeróżnych niełatwych do nazwania muzycznych nurtów eksperymentalnych.

Najnowszy album zespołu Kazimierza Jonkisza z gościnnym udziałem Ronnie Cubera to jeden z najbardziej mainstreamowych projektów w katalogu For Tune. Album nagrany jak za dawnych lat – tytułowe 6 godzin to właśnie czas nagrania, a przynajmniej czas, jaki na nagranie mógł poświęcić gdzieś pomiędzy lotniczymi połączeniami Ronnie Cuber. Tak nagrywało się dawno temu, kiedy muzycy spotykali się na nocnych sesjach w legendarnej kuchni Rudy Van Geldera w Engelwood Cliffs. Tam powstało wiele legendarnych albumów Blue Note, Prestige! i Impulse!. Wśród nich spokojnie można postawić „6 Hours With Ronnie”. Ta płyta mogłaby ukazać się pół wieku temu w katalogu jednej z tych legendarnych wytwórni. Jest równie dobra. Największa to oczywiście zasługa muzyków, ale swoje trzy grosze dołożyła również ponadprzeciętna jakość techniczna nagrania (Tokarnia i Jan Smoczyński).

Tak jak pół wieku temu – na program płyty złożyło się kilka kompozycji napisanych specjalnie z okazji tej sesji przez Wojciecha Pulcyna i garść rdzennie jazzowych standardów.

Być może to wszystko już było? To prawda. Ten album nie wniesie niczego nowego do światowej kultury. Nie odkryje nowych, niezbadanych jeszcze jazzowych zakątków. Nie będzie początkiem nowego stylu. Każdy z fanów z łatwością wskaże równie piękne wykonania „Lush Life”, czy „Bernie’s Tune” – niegdyś ulubionego tematu perkusyjnych bitew Gene’a Krupy i Buddy Richa.

Atrakcją jest z pewnością nieczęsto spotykana wiodąca rola saksofonu barytonowego, na którym nie gra zbyt wielu saksofonistów. Porównanie brzmienia jego instrumentu do mistrza Gerry Mulligana staje się oczywiste po wysłuchaniu kompozycji Wojciecha Pulcyna – „Bluszcz”. Muzyka to nie sport, więc nie przyznaje się za solówki punktów, ale to z pewnością Światowa Liga Mistrzów.

Kazimierz Jonkisz wie doskonale, na czym polega rola lidera. Jest powściągliwy, uważny, tworzy fundament i wyznacza kierunki. Szkoda tylko, że nie nagrywa częściej. To z pewnością jednak nie brak pomysłów, czy twórczej energii. Takie czasy. Najtrudniej znaleźć na rynku miejsce na zwyczajnie dobry album. Możecie pomóc – każdy z fanów jazzu może rozwiązać worek z prezentami, kupując ten album dla siebie, kupcie jeszcze parę sztuk w prezencie dla najbliższych. Dobra muzyka jest jednym z najlepszych prezentów na świecie…

Kazimierz Jonkisz Energy
6 Hours With Ronnie
Format: CD
Wytwórnia: For Tune

Numer: 5902768701739

14 grudnia 2015

New Simple Songs Vol. 11

Sezon świąteczny czas zacząć. Każdego roku w grudniu szkoda mi takich nagrań, które mimo swojego niezaprzeczalnego piękna, trafiają do naszych uszu praktycznie wyłącznie w grudniu. Dlaczego nie słuchamy świątecznych nagrań latem? Nie wiem, ja czasem słucham. Niekoniecznie tych, które świat uznaje za klasyki kolędowania – Franka Sinatry, Elli Fitzgerald, Tony Bennetta i Raya Charlesa. Inni też mają wiele do powiedzenia. Dla mnie świątecznym klasykiem jest album „Jingle All The Way” Beli Fleck’a i jego kolektywu The Flecktones… A tam właśnie znajdziecie klasyczne wykonanie „Jingle Bells”.

* Jingle Bells – Bela Fleck & The Flecktones

Oczywiście muszą być dzwoneczki, odgłosy sani sunących po śniegu i znane od lat melodie. Ciekawe, że właściwie większość świątecznych kompozycji ma już co najmniej 50 lat. Wykonawcy w zasadzie wszelkiego rodzaju muzyki prędzej, czy później sięgają po taki repertuar, raczej wszystkim znany, niż nowy, autorski. A przecież wystarczy napisać balladę i dołożyć do niej zimowe odgłosy… Do tego tekst o choince, Mikołaju, prezentach, albo z odrobiną religii – jak kto woli… I gotowe. A jednak nawet wykonawcy, których o skok na kolędy mało kto podejrzewa, próbują…

* Christmas Time Is Here - Steve Vai

Są też tacy, którzy wykorzystują świąteczne szaleństwo jako okazję do całkiem dobrego zarobku, jeżdżąc od lat w trasy ze specjalnymi programami zawierającymi w zasadzie tylko sezonowe kompozycje, czasem oparte w zaskakujący sposób na jazzowych klasykach, które nie mają w zasadzie nic wspólnego z kolędami… Wśród nich jednym z najlepszych jest Brian Setzer.

* Jingle Bells - Brian Setzer Orchestra
* Gettin' In The Mood (For Christmas) - Brian Setzer Orchestra

Można również uczynić ze znanej świątecznej melodii okazję do improwizacji. Jeśli ma się dość talentu i wyobraźni, temat do improwizacji może być w zasadzie dowolny. Na przykład „Silent Night” – bez tekstu, na gitarę solo.

* Silent Night – Stanley Jordan

Są wykonawcy, których nikt nigdy nie podejrzewał o nagranie kolędy. Jednym z nich jest Tom Waits. Jego „Christmas Card from a Hooker in Minneapolis” kolędą oczywiście nie jest. Jednak i on nie oparł się atmosferze świąt, nagrywając klasyka spirituals w towarzystwie nieśmiertelnych The Blind Boys Of Alabama.

* Go Tell It On The Mountain - Blind Boys Of Alabama & Tom Waits

Z tego samego, w całości poświęconego muzyce zimowej albumu „Oh Come All Ye Faithful” pochodzi melorecytacja Meshell Ndegeocello.

* Oh Come All Ye Faithful - Blind Boys Of Alabama & Meshell Ndegeocello

Święta to również prezenty i posłaniec, który je przynosi. To zupełnie niereligijny symbol, choć dziś stał się nieodłącznym elementem obchodów. W zapowiadaniu jego przybycia najlepszy był Clarence Clemons. Dziś w wersji pochodzącej z jednego z koncertów z 1978 roku.

* Santa Claus Is Coming To Town - Bruce Springsteen & The E-Street Band

The Yellowjackets – zespół nigdy nie nagrał świątecznego albumu, gościł jednak na całkiem świątecznej płycie Take 6, uczestnicząc w nagraniu jednej z najbardziej znanych brytyjskich melodii świątecznych.

* God Rest Ye Merry Gentlemen - Take 6 & The Yellowjackets

Świąteczne kompozycje mają najczęściej tekst, którym warto się zająć, najlepiej z pasją i oddaniem, jak zwykł to czynić Otis Redding.

* Merry Christmas, Baby – Otis Redding

Może też być bez tekstu, za to w klasycznej organowej wersji, która tekstu nie potrzebuje. Melodię znają przecież wszyscy, a tekst mogą sobie zanucić.

* Jingle Bells – Jimmy Smith

Wciąż nie wiem, czy ta płyta nie jest muzycznym żartem, jednak wracam do niej co rok, żeby to sprawdzić. Tak jest i tym razem. W roli głównej Bob Dylan.

* Here Comes Santa Claus – Bob Dylan
* Do You Hear What I Hear? – Bob Dylan

11 grudnia 2015

Kevin Eubanks & Stanley Jordan – Duets

Ten album kompletnie Was wszystkich zaskoczy. Zaskoczył również mnie. Czego bowiem można spodziewać się po duecie dwu gitarzystów – wirtuozów. To przecież Stanley Jordan, nieco zagubiony przez ostatnią dekadę w niejasno opisanych koncepcjach filozoficznych i teorii muzyki, jest znany głównie z nieprzeciętnych umiejętności gry techniką tappingu i jednoczesnej obsługi dwu gitar elektrycznych. Potrafi również grać jednocześnie na gitarze i fortepianie, jest bowiem całkiem kompetentnym pianistą z klasycznym wykształceniem. Fani uwielbiają jego brawurowe wykonania „Stairway To Heaven”. Krótko mówiąc i cytując przy okazji klasyka – dużo dźwięków, mało muzyki.

Kevin Eubanks z kolei to dla wielu, w szczególności Amerykanów, głównie gwiazda The Tonight Show Jaya Leno. To jednak również niezwykle uniwersalny jazzowy gitarzysta, uczestnik projektu Buckshot LeFonque Branforda Marsalisa, autor kilkunastu płyt nagranych pod własnym nazwiskiem, a także uczestnik niezliczonej ilości sesji nagraniowych. Grał w zasadzie każdy rodzaj jazzowej muzyki - od Jazz Messengers Arta Blakey’a, poprzez albumy Dave Hollanda do Gary Thomasa i Jeana-Luca Ponty po Steve Colemana. I jeszcze dużo więcej.

Dla mnie Kevin Eubanks oprócz projektu G-7 poświęconego muzyce Wesa Montgomery, to przede wszystkim ważny element World Trio – zespołu, który tworzył razem z Dave Hollandem i Mino Cinelu. We trójkę grali niezwykłe koncerty w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Obu muzyków podejrzewałbym raczej o wirtuozerskie wyścigi i dokładny opis na okładce użytych gitar i przeróżnych urządzeń elektronicznych. „Duets” to zupełne przeciwieństwo takiego podejścia do muzyki. To wyborny zbiór jazzowych standardów, popowych przebojów i kompozycji własnych, zagranych kameralnie, czasem wręcz za cicho, do czego dokłada się mastering albumu, zgranie sprawiające, że pokrętło wzmocnienia trzeba przekręcić trochę dalej niż zwykle.

Obaj gitarzyści grywają na fortepianie, na tym albumie również sięgają po ten instrument, jak również po gitarę basową i nieliczne brzmienia elektroniczne.

Obaj muzycy doskonale się uzupełniają. To ich pierwsze wspólne nagranie, choć kiedy nagrywali ten album mieli już na swoim koncie trochę wspólnych koncertów. Niezależnie od tego, czy grają jazzowy standard, czy piosenkę pop, czy sięgają po instrumenty akustyczne, czy elektryczne, pozostawiają zawsze kompozycję w centrum muzycznej akcji, podążając za melodią, która jest najważniejsza.

„Duets” to jeden z tych albumów, który da Wam wiele przyjemności za każdym razem kiedy poświęcicie mu chwilę uwagi. Kiedy pierwszy raz usłyszałem „Summertime” w jedynym na płycie solowym wykonaniu Kevina Eubanksa, uznałem te kilka minut za jeden ze słabszych fragmentów płyty. Kiedy jednak usłyszałem ten utwór w nieco lepszych warunkach akustycznych i w większym skupieniu, uznałem, że to jedno z ciekawszych wykonań tej nieśmiertelnej melodii.

Od pierwszego razu pokochałem „Old School Jam” – połączenie starodawnego, nieco niedbale zagranego bluesa z funkowym rytmem. Fanom Stanleya Jordana sprzed lat pewnie najbardziej przypadnie do gustu „Nature Boy”. Tych, którzy nigdy nie widzieli koncertu z New Morning z Paryża zapewne zaskoczy „Blue In Green” zagrane przez Jordana na fortepianie. Tak można o wszystkich 10 utworach…
„Duets” to kolejna wyśmienita realizacja Mack Avenue, wytwórni, której płyty nie jest łatwo w Polsce kupić. Mam nadzieję, że gitarzyści razem wyruszą w przyszłym roku w trasę, co może się udać, bowiem duet gitarowy to niespecjalnie droga produkcja, więc letnie festiwale w całej Europie stoją otworem. Liczę też na kontynuację tej niezwykłej współpracy dwu nieco momentami zagubionych muzyków, którzy być może właśnie znaleźli właściwe sobie towarzystwo…

Kevin Eubanks & Stanley Jordan
Duets
Format: CD
Wytwórnia: Mack Avenue
Numer: 673203109223

09 grudnia 2015

New Simple Songs Vol. 10

To jest bardzo gorąca nowość. Od czasu prezentacji w audycji płyta była już naszą płytą tygodnia. O całym wydawnictwie przeczytacie tutaj:


„The Legendary Live Tapes: 1978-1981” to gratka nie tylko dla fanów, to jeden z nielicznych przykładów wydawnictwa, które mimo faktu, że ukazało się całe lata po ostatecznym rozpadzie zespołu i w momencie, kiedy jego powstanie na nowo jest niemożliwe, bowiem części z jego istotnych członków nie ma już dawno między żywymi.

W związku z istotnością tego obszernego, czteropłytowego wydawnictwa uznałem, że prezentacja w radiowej formule płyty tygodnia to trochę za mało, szczególnie, że utwory długie, bowiem w wersjach koncertowych najbardziej znane kompozycje Wayne Shortera i Joe Zawinula przybierały często formę niekończących się instrumentalnych suit zawierających nie tylko przebojowy temat i miejsce na improwizacje członków zespołu, ale również przestrzeń dla cytatów z jazzowych klasyków i zabawy nowymi brzmieniami wydobywanymi z rozbudowanego instrumentarium. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pozycja Weather Report i w szczególności Joe Zawinula na muzycznej scenie była bowiem tak ważna, że każdy nowy instrument elektroniczny wyprodukowany gdzieś na świecie przez wielką firmę, lub początkującą manufakturę, czy nawiedzonego wynalazcę trafiał w ręce zespołu.

„The Legendary Live Tapes: 1978-1981” jest wydawnictwem przygotowanym z wielką starannością przez samego Petera Erskine’a, jednego z uczestników ważnego, dla wielu najważniejszego składu Weather Report i Tony Zawinula, syna niedawno zmarłego Joe Zawinula. Perkusista zespołu w jego najlepszych latach, ciągle aktywny na muzycznej scenie Peter Erskine w obszernym eseju dołączonym do paczki z płytami opisał w zasadzie dokładnie każdy z pojawiających się na 4 krążkach utwór. Nie ma więc sensu próbować mierzyć się z mistrzem i jedynie z kronikarskiego obowiązku dla potomności warto przytoczyć listę utworów, które pojawiły się w audycji:

Birdland, 08:30, Jaco Solo (Osaka 1978), Teen Town, Peter's Drum Solo (Osaka 1978).

Wierzę, że każdy z Was sięgnie po „The Legendary Live Tapes: 1978-1981”, a wtedy będziecie mieli do dyspozycji nie tylko 4 płyty wypełnione wyśmienitą muzyką, ale również komentarz pochodzący od jednego z jej twórców.

W audycji pojawiła się również zapowiedź najnowszej płyty Kazimierza Jonkisza, nagranej z gościnnym udziałem Ronnie Cubera („6 Hours With Ronnie”) wydanej właśnie przez niestrudzone ForTune Productions.

* Kazimierz Jonkisz Energy – Lush Life – 6 Hours With Ronnie

07 grudnia 2015

Jeff Beck – Blow By Blow

Długo zastanawiałem się jak można przemycić któryś z wielkich albumów Jeffa Becka do Kanonu Jazzu. Stosując ortodoksyjne podejście do muzycznych klasyfikacji, wielu może stwierdzić, że Jeff Beck muzykiem jazzowym nie jest i nigdy nie był. Podobnie jak wielu twierdzi, że jazzu nie grał Les Paul, co jednocześnie obala dowód na jazzowe fascynacje Jeffa Becka w postaci niedawnego hołdu dla Les Paula – albumu „Rock 'N' Roll Party Honouring Les Paul”. O tym albumie przeczytacie tutaj:


To są oczywiście dyskusje które wielu uwielbia, ja jednak wiem swoje i jestem pewien, że „Blow By Blow” i jeszcze kilka innych albumów Jeffa Becka, którego uważam za jednego z największych gitarzystów wszechczasów z pewnością spodoba się każdemu wielbicielowi muzyki improwizowanej, który skupia się na muzyce, a nie na jej klasyfikacji.

W związku z tym oraz faktem, że „Blow By Blow” to album zwyczajnie genialny, powinien znaleźć swoje miejsce w Kanonie Jazzu. Jeff Beck nie znalazł się chyba w żadnym wydaniu „The Penguin Guide To Jazz Recordings”, przewodniku dla wielu najważniejszym, który z Becków wymienia jedynie pianistę Gordona Becka, weterana brytyjskiej sceny jazzowej, człowieka według mojej najlepszej wiedzy zupełnie niespokrewnionego z Jeffem Beckiem.

Z kolei niezwykle przeze mnie ceniony krytyk amerykański – Scott Yanow, autor wyśmienitego leksykonu „The Great Jazz Guitarists: The Ultimate Guide” opisującego ponad 300 najważniejszych jazzowych gitarzystów wszechczasów w sposób, z którym w zasadzie zgadzam się w niemal stu procentach, również nie uznał za stosowne umieścić wśród nich Jeffa Becka. Znalazł za to miejsce dla Joe Becka, którego zasługi dla jazzowej gitary są również istotne. Jednak moim zdaniem Jeff Beck powinien znaleźć się w tej publikacji. Dlatego właśnie ze Scottem Yanow’em zgadzam się niemal w stu procentach, a nie całkowicie. Ów wielki, jeśli nie największy z żyjących jazzowych krytyków naprawia częściowo swój błąd w znakomicie syntetycznym wstępniaku do „The Great Jazz Guitarists: The Ultimate Guide”, wymieniając jednym tchem Mike Bloomfielda, Erica Claptona, Carlosa Santanę i Jeffa Becka właśnie jako ludzi, którzy dochodzili do jazzu z różnych stron, pisząc o Jeffie Becku, jako muzyku, który nagrał wyśmienite instrumentalne albumy – „Blow By Blow” i „Wired”. Zdaniem autora, jeśli Jeff Beck podążałby drogą wyznaczoną przez te płyty, stałby się wybitnym jazzowym gitarzystą. Ja do tego zgrabnego zdania dorzuciłbym jeszcze, że podążając własną drogą również nim jest, tylko może nie zawsze. O równie wybornym „Wired” przeczytacie tutaj:


Wśród fanów gitarzysty legendarna stała się opowieść o tym, jak wraz bębniarzem zespołu Beck Bogert Apprice - Carmine Apprice’em w jego samochodzie słuchali przeróżnych taśm. Pewnego dnia zamiast ulubionego przez Apprice’a zespołu Badfinger, z głośników zabrzmiały dźwięki albumu „Spectrum” Billy Cobhama. Jeff Beck powiedział wtedy – „This Is The Shit We Need”. I w zasadzie tyle na ten temat można powiedzieć. Resztę usłyszycie na „Blow By Blow”. Z perspektywy czasu równie ważna jest fascynacja Jeffa Becka twórczością Johna McLauglina i jego będącą wtedy u szczytu Mahavishnu Orchestra.

Tak to będąc jednym z najbardziej podziwianych nie tylko w Wielkiej Brytanii rockowym gitarzystą, dzięki „Blow By Blow” Jeff Beck stał się gwiazdą fusion, bowiem album odniósł niespodziewany sukces, nie tylko muzyczny, ale również komercyjny, zyskując w USA status złotej płyty, co wtedy oznaczało sprzedaż pół miliona egzemplarzy, co w wypadku niełatwego instrumentalnego albumu oznaczało naprawdę wiele.

Zanim doszło do nagrania „Blow By Blow”, Jeff Beck był mimo wszystko człowiekiem drugiego planu – grał w The Yardbirds, ale zawsze stojąc nieco w cieniu Eric’ka Claptrona, którego ostatecznie w zespole zastąpił, albo Jimmy Page’a, miał zostać następcą Syda Barretta w Pink Floyd i Briana Jonesa w The Rolling Stones. Na „Truth” pokazał początkującemu wówczas Led Zeppelin jak zagrać „You Shook Me” Muddy Watersa. O wyprodukowanie albumu „Blow By Blow” Beck poprosił George’a Martina, który uznał to za zaszczyt, a był w 1974 roku powszechnie uważany za piątego członka The Beatles.

Jeff Beck
Blow By Blow
Format: CD
Wytwórnia: Epic
Numer: 5099750218129

30 listopada 2015

Weather Report - The Legendary Live Tapes: 1978-1981

Dziwnie to brzmi, ale właśnie ukazał się nowy koncertowy materiał Weather Report. Nie mamy do czynienia z kolejnym powrotem, próbą reaktywacji legendy i objechania świata z serią nie koniecznie potrzebnych koncertów. „The Legendary Live Tapes: 1978-1981” to cztery krążki wypełnione w większości premierowymi nagraniami pochodzącymi z okresu, kiedy Weather Report występował w najlepszym z najlepszych swoich składów z Jaco Pastoriusem i Peterem Erskine’em.

Materiał w większości premierowy – bowiem ilość różnego rodzaju mniej lub bardziej oficjalnych bootlegów i koncertowych nagrań zespołu potwierdza jedynie, jak ważnym i do dziś posiadającym rzeszę wyznawców zespołem był Weather Report, w szczególności ten, w którym grał legendarny Jaco Pastorius.

„The Legendary Live Tapes: 1978-1981” to z pewnością album najbardziej oficjalny z oficjalnych. Został bowiem wydany przez Columbię, czyli wytwórnię, która wydała chyba wszystkie oficjalne nagrania Weather Report, które ukazały się za czasów istnienia zespołu. W dodatku, żeby dodatkowo potwierdzić fakt oficjalności tego wydania, obszerny tekst omawiający wszystkie utwory napisał sam Peter Erskine a produkcją zajął się syn Joe Zawinula – Tony Zawinul.

Jakość nagrań nie jest może idealna, ale znajduje się po właściwej stronie cienkiej linii wyznaczającej dla większości słuchaczy granicę, po przekroczeniu której zaczynamy sobie raczej wmawiać, że materiał nadaje się do słuchania. W przypadku najnowszego albumu Weather Report (jak to przedziwnie brzmi w czasach, kiedy dwu członków zespołu już dawno nie ma wśród żywych), producenci zrobili wszystko co możliwe, żeby z dostępnych materiałów stworzyć technicznie poprawne nagrania i to udało się wyśmienicie, biorąc pod uwagę źródło materiałów wyjściowych.

Wybrane przez Petera Erskine’a nagrania pochodzą w większości z analogowych taśm nagranych bezpośrednio z konsolety dźwiękowca zespołu – Briana Risnera, który w czasie kilku światowych tras zajmował się realizacją dźwięku na koncertach.

Obszerny zestaw nagrań „The Legendary Live Tapes: 1978-1981” to prawdziwa gratka dla fanów Weather Report. Zespół znany z fantastycznych koncertów pozostawił po sobie zadziwiająco mało nagrań koncertowych – wczesny „Live In Tokyo” z 1972 roku z Miroslavem Vitousem, pochodzący z 1979 roku podwójny „8:30” zarejestrowany w Kaliforni i uznawany za kontrowersyjny „Night Passage” nagrany rok później. Niektórzy fani nie uznają „8:30” za album w pełni koncertowy w związku z tym, że część materiału nagrano w studiu z udziałem publiczności, a resztę poddano sporej ilości studyjnych zabiegów edycyjnych.

Kompilacji „Live And Unreleased” nie zaliczam do albumów koncertowych, bowiem to składanka, zawierająca jedynie kilka interesujących utworów. Podsumowanie warto zakończyć istotną pozycją – dyskiem DVD zamykającym niekoniecznie potrzebną kompilację „Forecast: Tomorrow” zawierającym filmową rejestrację koncertu z 1978 roku z Offenbach w składzie identycznym jak kwartet odpowiedzialny za nagrania z „The Legendary Live Tapes: 1978-1981”.

Repertuar umieszczony na 4 krążkach „The Legendary Live Tapes: 1978-1981” to ciekawa mieszanka starszych przebojów, utworów z aktualnego w czasie rejestracji występów na żywo albumu studyjnego – „Mr. Gone” i granych na koncertach roboczych wersji muzyki z nieco później wydanego koncertowego „Night Passage”. W związku z dużą ilością miejsca na 4 płytach CD znalazło się też miejsce dla popisów solowych, które były nieodłączoną częścią występów zespołu. Dla fanów Jaco Pastoriusa z pewnością ważne będą jego solowe improwizacje, dla wielbicieli Joe Zawinula jego zadziwiająco klasycyzujące partie zagrane na akustycznym fortepianie z cytatami z Duke Ellingtona i standardów Gershwina. Wayne Shorter solo i w duecie z Joe Zawinulem wypada równie interesująco, a debiutujący w składzie Peter Erskine wypada rewelacyjnie w brawurowym wykonaniu „Birdland”.

Jak to zwykle bywa, utwory są często nawet dwa razy dłuższe niż w wersjach studyjnych, co daje sporo miejsca do improwizacji. Niezależnie od tego, czy zespół grał w Japonii, gdzie był uwielbiany, w Stanach Zjednoczonych, czy w Europie, muzycy dawali z siebie wszystko, a będąc u szczytu formy tworzyli trudne do zapomnienia spektakle.

„The Legendary Live Tapes: 1978-1981” pozwala tym, co zespół widzieli przypomnieć sobie owe magiczne chwile, a pozostałym, którzy znają zespół jedynie z nagrań poznać go jeszcze lepiej, bowiem wydany właśnie album to zapis prawdziwie koncertowy, bez jakiejkolwiek późniejszej ingerencji muzyków, poprawiających w studiu koncertowe wpadki, które zdarzają się największym.

Album w zasadzie nie potrzebuje reklamy, zespół ma wystarczająco dużo oddanych fanów na całym świecie, którzy i tak go kupią, rzecz w tym, że może również stanowić doskonały wstęp do świata Weather Report dla tych, którzy o zespole nie słyszeli…

Weather Report
The Legendary Live Tapes: 1978-1981
Format: 4CD
Wytwórnia: Columbia
Numer: 888751412729

29 listopada 2015

Erroll Garner – Concert By The Sea

Erroll Garner to postać niemal dziś zapomniana. U szczytu popularności, w latach pięćdziesiątych był jednym z najważniejszych pianistów, a jego nazwisko wymieniano razem z największymi sławami. Dziś lata jego największej aktywności kojarzone są przez fanów muzyki improwizowanej głównie jako moment świetności be-bopu, którego Erroll Garner w zasadzie nie grał, co spowodowało, że dziś niewielu o nim pamięta.

W dyskografii Errolla Garnera znajdziecie sesję z Charlie Parkerem z 1947 roku, jednak do dziś pozostaje najbardziej znany ze swoich własnych nagrań, a „Concert By The Sea” jest jego największym artystycznym osiągnięciem. Album został zarejestrowany w 1955 roku. Mniej więcej w tym samym czasie Erroll Garner napisał swoją najbardziej znaną kompozycję – „Misty”, która jest do dziś grywana nie tylko przez pianistów, a która w jakiś tajemny sposób nie znalazła się w programie koncertu znanego dziś jako „Concert By The Sea”.

Album zawiera zapis koncertu tria Errolla Garnera, zarejestrowany w czasie występu w kalifornijskim miasteczku Carmel-by-the-Sea, organizowanego przez Jimmy Lionsa. Seria zorganizowanych przez niego koncertów uważana jest dziś za wstęp do Monterey Jazz Festival, a publiczność zapewniała pobliska całkiem spora baza wojskowa.

Wkrótce po wydaniu, pomimo nawet jak na tamte czasy słabej jakości technicznej nagrania oraz nieco na przekór temu, że album ukazał się u szczytu popularności zdecydowanie bardziej żywiołowego be-bopu, płyta była wielkim sukcesem komercyjnym sprzedając się w niezliczonej ilości egzemplarzy, a Erroll Garner został nazwany muzykiem, który swoją twórczością łączy słuchaczy bywających w luksusowych salach koncertowych z bywalcami nocnych klubów.

Po wielu latach jakość techniczną udało się trochę za sprawą cyfrowej obróbki poprawić, a ilość materiału dostępnego w najbogatszych wydaniach znacznie się zwiększyła z pierwotnych 11 utworów do 37 ścieżek, wśród których znalazło się miejsce dla oryginalnych zapowiedzi Jimmy Lyonsa i rozmowy z muzykami nagranej bezpośrednio po koncercie. We współczesnych wydaniach jakość realizacji rzeczywiście jest lepsza, choć z nieco rozstrojonym fortepianem nie dało się wiele zrobić. Nawet jeśli to możliwe, proponuję nie próbować, to byłaby zbrodnia, rodzaj profanacji dzieła doskonałego jakim jest bez wątpienia „Concert By The Sea”.

Do powstania albumu przyczyniła się Martha Glaser, która była managerem Errolla Garnera i której udało się przekonać jednego z inżynierów pobliskiej wojskowej rozgłośni radiowej do pomocy, a powstała w ten sposób półamatorska taśma znalazła uznanie George’a Avakiana, ówczesnego szefa Columbii, który zdecydował się na wydanie materiału, po uprzednim nieco sztucznym dodaniu efektu stereo, który w zamyśle producentów miał ulepszyć separację instrumentów, co nie wyszło najlepiej.

„Concert By The Sea” należy więc do grona takich albumów, jak „Live At The Five Spot Discovery!” Theloniousa Monka, „Jazz At Massey Hall”, czy słynnych amatorskich nagrań solówek Charlie Parkera w wykonaniu Deana Benedetti i wielu innych niekoniecznie idealnych pod względem technicznym, ale muzycznie genialnych przypadkowych nieco rejestracji.

W tym przypadku jednak niemal natychmiast po nagraniu album ukazał się jako oficjalne wydawnictwo i nie jest dziś gratką jedynie dla kolekcjonerów, ale był wielkim komercyjnym sukcesem.

Dlaczego w programie koncertu nie znalazła się najbardziej dziś znana kompozycja Errolla Garnera – „Misty”? Dziś wiemy, że na koncercie zespół zagrał zarówno „Misty”, jak i kompozycję Davida Raskina i Johnny Mercera „Laura”, z której uczynił wielki przebój kilka lat wcześniej. Być może producenci uznali, że jakość techniczna nagrań w 1956 roku nie pozwoliła na umieszczenie tych utworów na płycie. Możliwe też, że Columbia chciała uniknąć konfliktu z wersjami studyjnymi, lub że zwyczajnie ta część taśmy nie była dla Columbii dostępna i odnalazła się później.

Jeśli chcecie posłuchać tych kompozycji w wersjach koncertowych – dziś dostępna jest trzypłytowa edycja zawierająca podobno cały dostępny materiał. Czy rzeczywiście cały – przekonamy się przy okazji kolejnych wydań tego albumu.

Źródłem muzycznego sukcesu Errolla Garnera było ponad pół wieku temu unikalne połączenie wyśmienitej techniki gry ze świadomym wyborem popularnego repertuaru, który wykonywał w taki sposób, że był akceptowany na równi przez fanów zadymionych nocnych klubów, jak i filharmonii, które coraz śmielej wpuszczały do swoich sal muzyków jazzowych.

Dla wielu „Autumn Leaves” w wykonaniu Errolla Garnera uchodzi za jedno z najdoskonalszych spośród tysięcy interpretacji tego jazzowego standardu. Trudno porównywać Errolla Garnera z Ahmadem Jamalem. W latach pięćdziesiątych tworzył w zasadzie zupełnie odrębną kategorię muzyczną. Za wyjątkiem bardzo wczesnych nagrań w zasadzie nagrywał tylko pod własnym nazwiskiem. Stworzył własny styl, dziś pewnie zostałby nazwany w jakiś wyszukany sposób, a krytycy zastanawialiby się, jak możliwa jest tak absolutna niezależność obu rąk. Był wirtuozem, jednym z nielicznych, którzy nie wpadli w pułapkę popisywania się swoją biegłością techniczną. Miał własne zdanie na temat każdego z jazzowych standardów, których nagrał niezliczoną ilość. Potrafił dotrzymać kroku Artowi Tatumowi, z którym zarejestrował wspólną sesję w 1947 roku. Był pianistą Charlie Parkera, uznał jednak, że potrafi zadziwić świat grając po swojemu, choć pewnie mógł z łatwością zostać gwiazdą be-bopu. Dał światu jedną z najlepiej do dziś sprzedawanych płyt jazzowych – „Concert By The Sea”.

Erroll Garner
Concert By The Sea
Format: CD
Wytwórnia: CBS
Numer: 5099745104222

25 listopada 2015

Sonny Rollins – The Bridge

W przypadku takiego albumu, jak „The Bridge” Sonny Rollinsa, zawsze zastanawiam się, czy potrzebne jest opowiadanie po raz kolejny historii opowiedzianych już niezliczoną ilość razy. To jednak właśnie nadrzędny cel naszego radiowego Kanonu Jazzu. Przypominać tym, którzy może zapomnieli na chwilę i pokazywać tym, którzy historii sprzed lat nie pamiętają zwyczajnie dlatego, że urodzili się trochę później. To połączenie cotygodniowej lekcji historii z odkrywaniem cudów sprzed lat przez młode pokolenia.

Dziś taka sytuacja w zasadzie nie mogłaby się zdarzyć. Wyobraźcie sobie wielką gwiazdę, muzyka z pierwszych stron gazet (przynajmniej tych zajmujących się muzyką), którego błyskotliwy debiut okładkowy w 1953 roku odbywa się w towarzystwie muzyków The Modern Jazz Quartet, a który zanim powstał album „Sonny Rollins With The Modern Jazz Quartet” miał już za sobą ważne nagrania między innymi z Milesem Davisem, J. J. Johnsonem, Theloniousem Monkiem, czy Budem Powellem. To właśnie Sonny Rollins. Od swojego oficjalnego debiutu w roli współlidera w 1953 roku w ciągu kilku lat nagrywa dla wytwórni Prestige między innymi „Tenor Madness”, „Saxophone Colossus” i „Sonny Rollins Plus 4”. O powstałych w drugiej połowie lat pięćdziesiątych wyśmienitych płytach innych wielkich gwiazd z udziałem Sonny Rollinsa można napisać całkiem pokaźną książkę.

Ten właśnie będący u szczytu sławy w 1959 roku muzyk, podejmuje ważną życiową decyzję, dochodząc do wniosku, że musi trochę popracować nad techniką gry, bo nie jest z niej zadowolony. Oczywiście wersji tej historii jest wiele. Jedni uważają, że przestraszył się konkurencji ze strony Johna Coltrane’a, albo wschodzącej gwiazdy – Ornette Colemana. Sonny Rollins po latach przyznał, że zwyczajnie uznał, że musi trochę poćwiczyć. Owo ćwiczenie, oprócz okazjonalnego wspólnych domowych prób z Johnem Coltrane’em, polegało głównie na wielogodzinnych solowych ćwiczeniach na jednym z chodników w bezpośredniej bliskości mostu Williamsburg łączącego Manhattan z Brooklynem. Dlaczego w takim miejscu? Otóż zwyczajnie sąsiedzi nie mogli znieść wielogodzinnego hałasu… Dlaczego nie wpadli na pomysł sprzedawania biletów, nie wiem, ale z pewnością stracili sporo grosza.

Proces samodoskonalenia Sonny Rollinsa trwał mniej więcej trzy lata, kiedy niezależnie od pory roku grał na wolnym powietrzu po kilkanaście godzin dziennie studiując jednocześnie teorię muzyki.

Można również uznać, że to była inwestycja, nie tylko we własne umiejętności, ale również w rynkowy potencjał muzyki, która miała powstać, bowiem na krótko przed powrotem do studia Sonny Rollins podpisał jeden z najbardziej lukratywnych w swoim czasie kontraktów nagraniowych z RCA Victor za sprawą George’a Avakiana, który po raz kolejny rozbił bank wytwórni płytowej za sprawą jazzowej gwiazdy, podobnie jak w 1955 roku ściągając Milesa Davisa do Columbii. Również tym razem wytwórnia z pewnością nie dołożyła do interesu.

„The Bridge” jest pierwszym albumem Sonny Rollinsa nagranym dla RCA i pierwszym po trzyletniej przerwie. Tytuł jest absolutną oczywistością dla osób, które znają całą historię. Oznacza jednak nie tylko wspomniany Williamsburg Bridge, dziś ciągle czynny, wpisany do nowojorskiego rejestru zabytków. Oznacza również połączenie między be-bopem a nowym Sonny Rollinsem, który musiał zmierzyć się z popularnością bossa novy Stana Getza, wielkością „Kind Of Blue” i free jazzem Ornette Colemana. Dziś łatwo stwierdzić, że Sonny Rollinsowi udał się powrót na scenę. Jednak krytycy w 1962 roku uznali album „The Bridge” za zbyt zachowawczy. Trudno mi zrozumieć dlaczego.

Album „The Bridge” był nowym początkiem Sonny Rollinsa, nowa wytwórnia, nowa muzyka, ale również nowy zespół. Dopiero kilka albumów później miał się pojawić w studiu pianista – najpierw Paul Bley, a chwilę później Herbie Hancock (znakomity „Now’s The Time”). Miejsce pianisty zajął na kilka lat gitarzysta – Jim Hall, znakomity partner do melodyjnych improwizacji.

Z zarzutami krytyków wskazujących bliskość kompozycji tytułowej do „I Got Rhythm” nie ma potrzeby polemizować. Z kompozycji George’a i Iry Gershwin pożyczali sobie fragmenty właściwie wszyscy – Duke Ellington („Cotton Tail”), Charlie Parker w kilku swoich kompozycjach, Dexter Gordon (na przykład „Apple Jump”), Ornette Coleman, czy nawet Thelonious Monk („Rhythm-a-Ning”) i wielu innych.

„The Bridge” jest częścią absolutnego Kanonu Jazzu, ważną częścią amerykańskiej kultury, historycznym albumem ciągle aktywnego muzyka, a przede wszystkim wyśmienitą płytą z fantastyczną, pełną pasji i inwencji muzyką, równie doskonałą w swojej balladowej części, jak i pełnych energii kompozycjach własnych lidera.

Sonny Rollins
The Bridge
Format: CD
Wytwórnia: Bluebird / RCA
Numer: 828765247221

23 listopada 2015

Uri Caine – Szpilman

Album „Szpilman” to nowość trochę spóźniona, ale z pewnością warta uwagi, więc reguły prezentacji naszej radiowej Płyty Tygodnia można trochę zmodyfikować na okoliczność popularyzacji tego zarejestrowanego w Polsce i wydanego przez polskie wydawnictwo Multikulti nagrania.

Płyta sygnowana jest nazwiskiem Uri Caine’a, choć sam artysta o jej nagraniu i wydaniu niewiele wspomina na swojej stronie internetowej, nie traktując tego albumu jako części swojej dyskografii. Wielka szkoda, bo prawdopodobnie w związku z tym album będzie szerzej znany jedynie w Polsce, a w związku z jakością muzyki, udziałem polskich muzyków oraz materiałem związanym z polskim kompozytorem – Władysławem Szpilmanem, byłby świetnym towarem eksportowym. Chyba jednak tak nie jest, bowiem również niezależne strony poświęcone Uri Caine’owi nie wspominają zbyt wiele o tym wydawnictwie.

W ten oto sposób mamy kolejny album nagrany przez światową gwiazdę w Polsce, w towarzystwie polskich muzyków, zawierający specjalnie przygotowany na okazję koncertu materiał, o którym nikt poza Polską nie słyszał. Taka już nasza tradycja, którą dawno temu rozpoczął Stan Getz, ale to zupełnie inna historia.

Płyta zawiera rejestrację koncertu zorganizowanego w ramach Tzadik Poznań Festiwal w 2013 roku, podczas wspólnego występu Uri Caine’a z Ksawerym Wójcińskim i Robertem Raszem, poświęconego twórczości Władysława Szpilmana, który dzięki „Pianiście” Romana Polańskiego został na nowo odkryty również w Polsce. Szpilman miał wielki talent do pisania pięknych, łatwych do zapamiętania melodii. Gdyby znalazł się w odpowiednim czasie w Hollywood, albo na Broadwayu, dziś wiele jego melodii byłoby jazzowymi standardami. Dzięki Polańskiemu, a także muzycznym projektom, przypominającym jego twórczość, mamy szansę usłyszeć, że przeboje przed drugą wojną światową powstawały nie tylko w Ameryce.

Uri Caine chętnie sięga po muzykę klasyczną, przetwarzając ją w często dość kontrowersyjny i z pewnością daleki od intencji kompozytorów sposób. Tym razem, wspólnie z polską sekcją rytmiczną stworzył niezwykle zgrany zespół, który podszedł do twórczości Szpilmana zaskakująco konwencjonalnie.

Owa konwencjonalność oznacza nie tylko ograniczenie brzmieniowej formuły do klasycznego tria z sekcja rytmiczną, ale również oznacza aranżacje skupione na podkreślaniu pięknych melodii, które były znakiem rozpoznawczym twórczości Władysława Szpilmana, o którym sam Uri Caine powiedział w jednym z wywiadów, że mógłby być polskim Gershwinem. Nie wiem, czy to zabieg celowy, ale brzmienie fortepianu przypomina nagrania sprzed wielu lat znane z dźwiękowych ilustracji przedwojennych filmów. Nie jest to z pewnością ułomność techniczna rejestracji koncertu, bowiem od strony dźwiękowej płycie nie da się wiele zarzucić, może za wyjątkiem braku przestrzeni, która przecież w sali koncertowej występuje. Bezpośredniej rejestracji instrumentów brakuje nieco oddechu, choć to kwestia osobistych preferencji, ja jednak w koncertowych rejestracjach wolę usłyszeć więcej dźwięków nie pochodzących bezpośrednio z instrumentów.

Jeśli kojarzycie twórczość Uri Caine’a z takich albumów, jak znakomity „The Othello Syndrome” – odczytania Verdiego z udziałem awangardowego gitarzysty Nguyena Le, czy równie niekonwencjonalnych interpretacji dzieł największych kompozytorów muzyki klasycznej, którą pora chyba zacząć nazywać dawną, to „Szpilman” Was zaskoczy. Usłyszycie Uri Caine – znakomitego pianistę, który pozostawia na chwilę swoje ulubione brzmieniowe eksperymenty, żeby skupić się na pięknie kompozycji niesłusznie zapomnianego przez świat Władysława Szpilmana.

Nie zauważyłem tego albumu w zeszłym roku, dobrze że jest okazja ten błąd naprawić. To wyśmienita płyta i ciągle zastanawiam się dlaczego nie jest wymieniana jako element dyskografii Uri Caine’a…

Uri Caine
Szpilman
Format: CD
Wytwórnia: Multikulti
Numer: 5907529223154

21 listopada 2015

Oscar Peterson And Joe Pass – Porgy And Bess

Ten album jest absolutnie wyjątkowy. To w zasadzie jedyna znacząca płyta jazzowa, na której w roli wiodącego instrumentu występuje klawikord. Ten dziś egzotyczny, a niezwykle popularny w czasach Jana Sebastiana Bacha instrument z pewnością z punktu widzenia współczesnej techniki konstrukcji strunowych instrumentów zaopatrzonych w klawiaturę jest niezwykle prymitywny i stwarza wiele ograniczeń. To właśnie konstrukcja, w której za pomocą sztywnej dźwigni uderzane są struny ogranicza zakres dostępnych dźwięków do mniej więcej 4 oktaw. Sposób wydobywania dźwięku zmniejsza jednocześnie możliwości dynamiczne, dając jednocześnie, w odróżnieniu od równie popularnego w wiekach średnich klawesynu, szarpiącego struny, możliwość kontroli natężenia dźwięku.

Użycie klawikordu instrumentu przez Oscara Petersona oznaczało próbę poszukiwania nowych wyzwań. Ograniczenia konstrukcyjne obejmują również trudności związane z graniem lubianych przez Oscara Petersona szybkich kaskad dźwięków, których zwyczajnie na klawikordzie zagrać się nie da. W związku z niezwykłym instrumentem wybranym do nagrania, Joe Pass wybrał całkowicie akustyczną gitarę.

Album został nagrany w 1976 roku w Los Angeles, a egzotycznym dla Oscara Petersona instrumentem zainteresował go w czasie nagrania programu telewizyjnego dla BBC kilka miesięcy wcześniej były premier Wielkiej Brytanii – Edward Heath. Tematem programu telewizyjnego były trudności techniczne w grze na różnych instrumentach klawiszowych. Oscar Peterson postanowił owe trudności pokonać i zrealizował „Porgy And Bess” pokazując całemu światu, że można…

„Porgy And Bess” nagrany z Joe Passem nie jest pierwszym nagraniem kompozycji George’a Gershwina i DuBose Heywarda z opery pod tą samą nazwą. Wcześniej Oscar Peterson nagrał podobny zestaw kompozycji w 1959 roku w towarzystwie Raya Browna i Eda Thigpena. To był jedna z jego najwybitniejszych sekcji rytmicznych. W efekcie powstał wyśmienity album, jednak od innych nagranych przez to trio wyróżnia płytę „Oscar Peterson Plays Porgy & Bess” z 1959 roku jedynie monotematyczny wybór utworów.

Joe Pass również sięgał po melodie z „Porgy And Bess” wielokrotnie. W latach siedemdziesiątych obaj muzycy akompaniowali również Elli Fitzgerald, z którą grywali te kompozycje wielokrotnie.

Tak więc nagrywając „Porgy And Bess” poruszali się w znanym sobie dobrze muzycznym otoczeniu. Jedyną niewiadomą był wspomniany już klawikord. Jak wyszło? Z pewnością ciekawie. Jeśli ktoś zapyta Was kiedyś o jakiś nietypowy jazzowy instrument – klawikord na pewno będzie dobrą odpowiedzią. I wtedy możecie sięgnąć po album „Porgy And Bess”. To z pewnością jedna z nielicznych prób, a być może nawet jedyna. Czy udana? Moim zdaniem jak najbardziej. Oscar Peterson potrafił wykorzystać ograniczenia techniczne tego instrumentu i uczynić z nich zaletę, zwalniając tempo i upraszczając melodie, wydobywając z nich to, co najważniejsze.

Oscar Peterson And Joe Pass
Porgy And Bess
Format: CD
Wytwórnia: Pablo / OJC
Numer: 025218682923

20 listopada 2015

Mieczysław Szcześniak / Krzysztof Herdzin – Songs From Yesterday

W takim zestawie przebojów można się całkowicie pogrążyć, albo stworzyć arcydzieło. W jaki sposób pogrążyć – to oczywiste – próbując naśladować oryginały, lub inne znane wykonania. Stworzyć arcydzieło – niemal niemożliwe, trzeba bowiem mieć własne zdanie i ciekawy pomysł na temat 12 znanych kompozycji, o których myśleli i na temat których kombinowali najwięksi tego świata.

Duetowi Mieczysław Szcześniak – Krzysztof Herdzin, z ważną i znaczącą pomocą Roberta Kubiszyna i Cezarego Konrada udało się stworzyć płytę genialną. Jej genialność objawia się na wiele sposobów. Wyśmienicie udało się zestawić program albumu złożony z utworów o długiej jazzowej historii i takich, które w jazzowym kontekście nie pojawiały się niemal nigdy. Zawsze to jednak rozpoznawalne tematy z piękną melodią.

Album z pewnością trafi i w tym akurat wypadku zupełnie zasłużenie, na listy najlepiej sprzedawanych płyt w przedświątecznym sezonie prezentowym. Nikt, kto dostanie „Songs From Yesterday” w prezencie nie będzie niezadowolony, niezależnie od tego, czy zna oryginały, czy jest na to za młody. Niezależnie również od tego, jakiej muzyki słucha, kiedy sam ją wybiera. Z pewnością również wiele osób pozna utwory, których wcześniej nie słyszało i być może zainteresuje się dotarciem do oryginałów. W ten sposób można trafić na wiele ważnych albumów.

Album otwiera „Imagine” – ten utwór znają chyba wszyscy, dociekliwość w poszukiwaniach pozwoli słuchaczom wrócić nie tylko do postaci Johna Lennona, ale również dowiedzieć się, kim był Phil Spector, a to już droga do niezwykłych muzycznych doświadczeń. Jeśli chcecie na jazzowo – sięgnijcie po wyśmienitego Gonzalo Rubalcabę solo („Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA”), albo po spotkanie świata jazzu z popem w wykonaniu Herbie Hancocka („Imagine Project” z udziałem Jeffa Becka i śpiewającej całkiem sensownie Pink).

Kolejna piosenka „This Is Not America” – wspólna kompozycja Davida Bowie i Pata Metheny. Utwór napisany do filmu, szkoda, że muzycy nie pracowali ze sobą więcej… „What’s Goin On” – tu wypada tylko odesłać do oryginału Marvina Gaye’a. Podobnie w przypadku „My Cherie Amour” i „Ribbon In The Sky” – Stevie Wonder jest mistrzem, którego piosenki nieczęsto śpiewają polscy wykonawcy. „Satisfaction” – to nie tylko The Rolling Stones, to również choćby Jimmy Smith, czy Otis Redding. „Yesterday” – The Beatles śpiewali i grali wszyscy. Wspaniała jest fortepianowa interpretacja Mieczysława Kosza. Z wielkich nazwisk – Count Basie, Joe Pass i Lee Morgan – przekrój jazzowych stylów i pomysłów.

„Alfie” przypomina mi przede wszystkim genialnego Billa Evansa, ale również Carmen McRae, współczesnych gitarzystów – Pata Metheny i Johna Scofield, ale również Stevie Wondera. „Lovely Day” jest przypomnieniem twórcy wielu przebojów R&B Billa Withersa. „Tears In Heaven” Eric’a Claptona i Willa Jenningsa, to piosenka napisana do filmu, ale również jedna z najbardziej osobistych piosenek o bólu i stracie kogoś bliskiego, jakie kiedykolwiek powstały.

„What A Wonderful World” pomimo wielu różnych prób w zasadzie zawsze będzie kojarzona z Louisem Armstrongiem, a umieszczone na końcu koncertowe „Can’t Buy Me Love” to przypomnienie kolejnego przeboju The Beatles.

W takim monumentalnym zbiorze światowych przebojów wielką sztuką jest zaistnieć, co udało się Mieczysławowi Szcześniakowi i Krzysztofowi Herdzinowi znakomicie. Oboje potrafili odnaleźć własną drogę. Ich wizja to slalom pomiędzy słupkami wyznaczonymi przez znane wszystkim nuty. Niby blisko oryginału, a jednak na swój własny sposób, z wielkim luzem, świadomością formy i odrobiną jazzowej improwizacji.

„Songs From Yesterday” to komercja bez jakościowych kompromisów. Album zrobi sporą karierę, bowiem już dziś sprzedaje się wyśmienicie i z pewnością spowoduje możliwość zagrania wielu koncertów. Fani jazzu docenią pracę sekcji i solówki fortepianu, a także ciekawe pomysły aranżacyjne i luz właściwy największym wokalistom. Wielbiciele popu być może zechcą sięgnąć po oryginały, poszerzając swoje muzyczne zainteresowania.

Ja już czekam na kolejną część, bowiem świetnie zestawiona lista utworów mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, a podobnie ciekawie napisanych i dających przestrzeń do twórczych poszukiwań światowych przebojów jest jeszcze wiele.

Mieczysław Szcześniak / Krzysztof Herdzin
Songs From Yesterday
Format: CD
Wytwórnia: Sony

Numer: 888751435124

15 listopada 2015

New Simple Songs Vol. 9

Tematem jest kolejna z rozlicznych wyśmienitych piosenek napisanych przez George’a i Irę Gershwin. „But Not For Me” pochodzi z musicalu „Girl Crazy” z 1930 roku i podobnie jak wiele innych piosenek z Broadwayu, musiała na uznanie w świecie jazzu i sukces komercyjny nieco poczekać.

Kompozycja podobała się filmowcom, do dziś pojawia się w wielu produkcja kinowych. Oryginalna wersja teatralna zainspirowała co najmniej 3 wersje filmowe oryginalnego, choć często zmienianego scenariusza. Piosenka pojawiała się również na ścieżkach dźwiękowych znanych filmów, w tym między innymi „Manhattan” Woody Allena, „Kiedy Harry poznał Sally” Roba Rainera, czy „Cztery wesela i pogrzeb”. W 1959 roku na amerykańskich ekranach pojawił się nawet film „But Not For Me” Waltera Langa, który dziś pamiętany jest głównie jako jedna z ostatnich ról Clarka Gable’a, a którego scenariusz inspirowany był tekstem piosenki.

Dla mnie definitywna, najważniejsza wersja tej kompozycji pochodzi z albumu „Bag’s Groove” Milesa Davisa z udziałem Sonny Rollinsa, Horace Silvera, Percy Heatha i Kenny Clarke’a. Na płycie artyści umieścili dwie istotnie różne wersje tej kompozycji. Posłuchamy tej szybszej…

* Miles Davis – But Not For Me – Bag’s Groove

A teraz kącik polski, w którym „But Not For Me” zagra Stan Getz. To będzie fragment nie do końca autoryzowanego nagrania z Warszawy z Jazz Jamboree z 1960 roku. Obok lidera zagrają sami Polacy – Andrzej Dąbrowski, Andrzej Trzaskowski i Roman Gucio Dyląg.

* Stan Getz – But Not For Me – Stan Getz In Warsaw

„But Not For Me” posiada również tekst. Tym razem nie będzie Elli Fitzgerald, Billie Holiday, czy nawet Franka Sinatry. Mało kto dziś pamięta, że Oscar Peterson ma na swoim koncie dwie dobrze przyjęte w momencie wydania płyty, na których śpiewał. To nie tylko muzyczne ciekawostki. To pełnoprawne albumy wokalne. Nagranie pochodzi z 1954 roku z albumu „Romance”.

* Oscar Peterson – But Not For Me – Romance: The Vocal Styling Of Oscar Peterson

„My Favourite Things” to zbiór ulubionych melodii Johna Coltrane’a. On również grał „But Not For Me”, tym razem będzie zdecydowanie bardziej energetycznie…

* John Coltrane – But Not For Me – My Favourite Things

Chet Baker zaprezentuje styl cool, zupełnie inne spojrzenie na tą samą kompozycję…

* Chet Baker – But Not For Me – Young Chet

Wróćmy do nieco żywszego i bardziej energetycznego hard-bopu, który w latach sześćdziesiątych w swojej nieco bardziej przebojowej postaci zbliżał się do R&B. Każda epoka ma swój smooth jazz. Ja wolę ten sprzed pół wieku, a nawet starszy. Nagranie pochodzi z roku 1956.

* Jimmy Smith – But Not For Me – A New Sound-A New Star, Jimmy Smith At The Organ

Album „Django” to muzyczny rówieśnik poprzedniego nagrania. The Modern Jazz Quartet miał jednak zupełnie inną misję – muzycy chcieli grać w wielkich salach koncertowych. Uwielbiali również szukać inspiracji w europejskiej muzyce klasycznej. W związku z tym mieli zupełnie inny pomysł na „But Not For Me”.

* The Modern Jazz Quartet – But Not For Me – Django

Na koniec coś nowocześniejszego – Paul Motian w równie gwiazdorskim składzie – na gitarze Bill Frisell, na kontrabasie Charlie Haden i na saksofonie tenorowym Joe Lovano.


* Paul Motian – But Not For Me – On Broadway Volume 2

12 listopada 2015

New Simple Songs Vol. 8

„Stairway To Heaven” nie jest jazzowym standardem, choć co zrozumiałe pojawia się na jazzowych scenach, najczęściej kiedy w roli lidera występuje któryś z gitarzystów wspominających muzykę swojej młodości. Dla improwizujących gitarzystów słynna solówka Jimmy Page’a nie stanowi żadnego nadzwyczajnego wyzwania technicznego, a sam utwór jest sprawdzonym bisem, który wszyscy znają i zawsze docenią ciekawe wykonanie. Są oczywiście muzycy, którzy ze słynnego przeboju Led Zeppelin uczynili ważny element występu, często akcentujący wirtuozerską technikę gry na gitarze, a czasem nawet na dwu gitarach jednocześnie – jak w przypadku Stanleya Jordana.

* Stanley Jordan – Stairway To Heaven – Stolen Moments

Dawno, dawno temu, za siedmioma morzami w dalekiej Australii, w tamtejszej telewizji ABC Network niejaki Andrew Denton prowadził rodzaj komediowo – satyrycznego programu w formule, którą dziś nazywamy nawet po polsku talk-show. Pomimo satyrycznej formuły ów emitowany w 1989 i 1990 roku program poruszał ważne społecznie tematy i był jak na swoje czasy produktem całkiem sprawnie zrealizowanym. Zapaleńcy mogą odnaleźć fragmenty na stronach australijskiej telewizji. Program nie był z pewnością jakimś szczególnym sukcesem, bowiem po niespełna roku z stacja ABC Network z jego produkcji zrezygnowała. W kolejnych latach ukazało się jeszcze kilka okazjonalnych odcinków.

Z muzycznego punktu widzenia program wart jest do dziś uwagi, bowiem jego częścią był krótki występ, najczęściej australijskiego zespołu muzycznego w dość szczególnej formule – otóż zespół zaproszony do programu mógł zagrać i zaśpiewać cokolwiek, pod warunkiem, że było to „Stairway To Heaven” Jimmy Page’a i Roberta Planta. Po latach najlepsze wykonania zebrano i wydano w formie płyty pod dość oczywistym tytułem „The Money Or The Gun: Stairway To Heaven”. „The Money Or The Gun” to tytuł programu telewizyjnego będącego dawcą muzyki do tej niezwykłej płyty.

Większość artystów postanawiała pozostać przy swoim stylu muzycznym, zmieniając jakże charakterystyczną melodię w coś zupełnie innego. Po zgromadzeniu tych wszystkich wykonań na jednej płycie powstał album, który jest absolutnym pewniakiem na każdym towarzyskim spotkaniu, chyba, że w grupie trafi się ortodoksyjny fan Led Zeppelin, który swoją fascynację traktuje niezwykle poważnie, a próby majstrowania przy jednym z najbardziej znanych przebojów grupy traktuje jak świętokradztwo..

Dla mnie to nie świętokradztwo, ale świetna zabawa formą i muzyczną konwencją. Oczywiście niektórym udało się lepiej, innym nieco gorzej. Przy okazji powstał niezły katalog artystów znanych w Australii i zupełnie nieznanych, za wyjątkiem kilku nazwisk, w Europie. Posłuchajmy na początek Neila Peppera – australijskiego naśladowcy późnego Elvisa Presleya, który przeniesie „Stairway To Heaven” do sali koncertowej jednego z wielkich hoteli w Las Vegas…

* Neil Pepper – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

The Rock Lobsters to był zespół, który oficjalnie deklarował, że ich działalność muzyczna związana jest z potrzebą przypomnienia dorobku B-52s z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, szczytu popularności amerykańskiego new wave. Tu też „Stairway To Heaven” pasuje całkiem nieźle…

* The Rock Lobsters – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

Postpunkową, mroczną wersję zaproponował w programie australijski zespół Toys Went Berserk.

* Toys Went Berserk – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

The Beatnix – to dość oczywiste w związku z nazwą nawiązanie do stylu wczesnych The Beatles, co jedynie z pozoru może się wydawać operacją niewykonalną, jednak ich propozycja to jeden z ciekawszych fragmentów albumu „The Money Or The Gun: Stairway To Heaven”

* The Beatnix – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

The Fargone Beauties to pionierzy stylu, który sami nazwali trashgrass – ich pomysłem na muzyczną działalność, która zaowocowała wydaniem kilku nieźle przyjętych płyt było przeniesienie ciężkiego, rockowego brzmienia do stylistyki bluegrass. Okazuje się, że w muzyce, jeśli ma się otwartą głowę, można w zasadzie wszystko…

* The Fargone Beauties – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

Etcetera Theatre Company – to prawdopodobnie eksperymentalna grupa teatralna, która na potrzeby występu telewizyjnego postanowiła zagłębić się w klimaty wczesnego techno bliskie Talking Heads i przygotowała na tą okoliczność specjalną choreografię z wykorzystaniem schodów, które były stałem elementem studia, w którym nagrywano „The Money Or The Gun”.

* Etcetera Theatre Company – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

The Australian Doors Show – nazwa tłumaczy w zasadzie wszystko. Czasem myślę, że potrzeba istnienia takich zespołów w Australii wynika z geograficznej izolacji. W Europie znany jest The Australian Pink Floyd Show. Tym razem Led Zeppelin w klimacie The Doors – wyszło całkiem ciekawie…

* The Australian Doors Show – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

Sandra Hahn – kiedyś solistka opery w Sydney, Michael Turkic – australijski aktor i pomysł na wagnerowską inscenizację operową, Poszukajcie koniecznie nagrania na YouTube…

* Sandra Hahn And Michael Turkic – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

Helen Jones – z playbacku w programie telewizyjnym – australijska femme fatale… Taka muzyczna i wizualna ciekawostka.

* Helen Jones – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

W stylu swoim własnym, wzorowanym na nieśmiertelnym australijskim hicie „Tie Me Kangaroo Down, Sport" – to przeżycie jedyne w swoim rodzaju…

* Rolf Harris – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

Vegimite Reggae – to karaibskie spojrzenie na „Stairway To Heaven” po australijsku…

* Vegimite Reggae – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven

W Australii są też girls-bandy… I śpiewają „Stairway To Heaven”.

* The Whipper Snappers – Stairway To Heaven – The Money Or The Gun: Stairway To Heaven


Całość jest w zasadzie nie do podrobienia i może stanowić mocny element każdego towarzyskiego spotkania przy muzyce. Znam tylko jeden zespół, który jest w stanie równać się z tym australijskim albumem – rosyjski Boney NEM, ale to już całkiem inna historia.

11 listopada 2015

Philip Catherine – The String Project: Live In Brussels

W zasadzie nie rozumiem dlaczego podoba mi się najnowszy album Philipa Catherine. Nie powinien mi się podobać. Nie lubię tego rodzaju produkcji, a większość muzyki nagranej z udziałem dużej ilości instrumentów smyczkowych obsługiwanych przez muzyków, którzy zwykle grywają dzieła klasyczne uważam za wtórną, przewidywalną i zwyczajne banalną. Jednak „The String Project: Live In Brussels” podoba mi się i to bardzo.

Miałem nawet kiedyś taki sen, w którym byłem szefem światowej organizacji, której zadaniem było uchronić Ziemię przed zagładą poprzez wykupienie i zniszczenie wszystkich płyt z aranżacjami Clausa Ogermana, do którego nie żywię żadnej osobistej urazy, ale jest dla mnie synonimem owej muzycznej przewidywalności i banału. Pewnie wiele osób to uwielbia, ja jednak chciałbym uchronić świat przed takimi dźwiękami…

Philip Catherine zarejestrował swój najnowszy, wydany przez ACT Music album na żywo z udziałem belgijskiej Orchestre Royal De Chambre De Wallonie. Aranżacje autorskich kompozycji lidera przygotowało kilku aranżerów, co powinno oznaczać, że kolejne prezentowane na koncercie utwory nie stworzą w żaden sposób spójnego muzycznie obrazu. W jakiś magiczny sposób udało się jednak ową spójność osiągnąć.

„The String Project” jest niezwykle pogodna, ciepła i pełna przestrzeni. Stanowi udany przykład związku muzyki klasycznej i starannie zaaranżowanych jazzowych fraz, obliczonego nie jedynie na sukces komercyjny i poszerzenie potencjalnej grupy odbiorców, ale na określony efekt artystyczny.

W efekcie wspólnej pracy muzyków z zupełnie różnych światów powstał produkt doskonały. Philip Catherine współpracuje z wytwórnią ACT Music w zasadzie od zawsze, pierwsze nagrania zrealizowane przez Siggi Locha pochodzą z połowy lat siedemdziesiątych – jak choćby duety gitarowe z Larry Coryelem.

Podobno realizacja nagrań z dużą orkiestrą była marzeniem Philipa Catherine od jakiegoś czasu. Wielu znanych muzyków jazzowych ma takie marzenia. Zwykle powstają produkcje, o których sami ich autorzy chcieliby zapomnieć. Tak było nawet z największymi – jak choćby Charlie Parkerem, czy wieloma wokalistkami. Philip Catherine obronił się znakomicie, znajdując w gąszczu orkiestrowych dźwięków miejsce dla swojej gitary. W ten oto sposób projekt pomyślany początkowo jako występ na żywo, stał się programem telewizyjnym i nagraniem płytowym.

„The String Project: Live In Brussels” to album, który zachwycił mnie każdym dźwiękiem, ciepłą, szczerą atmosferą, znakomitymi aranżacjami i doskonałym wyczuciem równowagi między tak różnymi muzycznymi światami. To jedno z najlepszych jazzowych nagrań ze smyczkami wszechczasów. Z przyjemnością za 20 lat włączę ten album do Kanonu Jazzu. Na razie to zasłużona płyta tygodnia.

Philip Catherine
The String Project: Live In Brussels
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9594-2

09 listopada 2015

Ella Fitzgerald – Ella Fitzgerald Sings The George And Ira Gershwin Song Book

Nagrań dokonano w najsłynniejszym jazzowym roku 1959. Już sam ten fakt sprawia, że „Ella Fitzgerald Sings The George And Ira Gershwin Song Book” jest zupełnie wyjątkowym wydawnictwem. Wyjątkowy moment w historii amerykańskiej kultury dał światu między innymi „Kind Of Blue” Milesa Davisa, „Time Out” Dave’a Brubecka, „Mingus Ah Um” Charlesa Mingusa, i „Giant Steps” Johna Coltrane’a. Jakby komuś nie wystarczyło dowodów, to zależnie od muzycznego gustu może jeszcze do półki 1959 dorzucić „The Shape Of Jazz To Come” Ornette Colemana, „Portrait In Jazz” Billa Evansa, czy coś w nieco innym stylu – jak choćby debiut Howlin Wolfa, garść hitów Elvisa Presleya, początki białego rocka w wykonaniu Billa Halleya, świetne albumy The Kingston Trio, czy Franka Sinatry – co komu pasuje.

To w zasadzie nie powinno się udać. Żaden producent nie powinien pozwolić na taką sesję. Od razu zaplanowano obszerny materiał, a pierwsze wydanie składało się z 5 płyt analogowych, co znacznie podniosło cenę i z pewnością ograniczyło krąg potencjalnych nabywców. Dziś również takie wydawnictwa sprzedają się znacznie gorzej, niż pojedyncze albumy.

Niemal dwa lata wcześniej Ella Fitzgerald i Louis Armstrong nagrali razem „Porgy And Bess” – album zawierający muzykę George’a i Iry Gershwinów z opery pod tym samym tytułem. Ten album, który był sporym sukcesem, również ukazał się w 1959 roku, w czasie nagrywania „Ella Fitzgerald Sings The George And Ira Gershwin Song Book”. W związku z tym, oraz planowanym wydaniem nagrań z Nelsonem Riddle już za kilka miesięcy, na sesjach muzycy nie zajmowali się w ogóle repertuarem z „Porgy And Bess”, w związku z czym na płytach zabrakło „Summertime”, „It Ain't Necessarily So” i „I Got Plenty O' Nuttin'” – przebojowych melodii znanych wszystkim, których popularność wspierała kinowa wersja „Porgy And Bess” w reżyserii  Otto Premingera w gwiazdorskiej obsadzie z Sidneyem Poitierem i Dorothy Dandridge w tytułowych rolach, która miała swoją premierę również w magicznym 1959 roku.

W dodatku za specjalistę od aranżowania Gershwinów uchodził wtedy Russell Garcia, odpowiedzialny zarówno za album Elli Fitzgerald z Louisem Armstrongiem, jak i nieco wcześniejszą, również doskonałą wersję z Melem Torme i Francis Faye.

Wbrew niemal wszystkiemu Norman Granz postanowił powierzyć misję przygotowania monumentalnej antologii piosenek George’a i Iry Gershwinów Nelsonowi Riddle, znanemu w branży aranżerowi i liderowi orkiestry towarzyszącej w studiu wielu znanym wokalistom i wokalistkom, który wtedy miał już na swoim koncie współpracę z Nat King Colem i Frankiem Sinatrą. Wyszło genialnie. Dziś muzyka z „Ella Fitzgerald Sings The George And Ira Gershwin Song Book” uważana jest za ważny element amerykańskiej kultury.

Ella Fitzgerald i Nelson Riddle kontynuowali później współpracę nagrywając razem kolejne songbooki Jerome’owi Kernowi i Johnny’emu Mercerowi. Te albumy choć świetne, nie powtórzyły sukcesu „Ella Fitzgerald Sings The George And Ira Gershwin Song Book”.

W nagraniach uczestniczył sam Ira Gershwin (George Gershwin zmarł wiele lat wcześniej), który powiedział w jednym z wywiadów, że nie zdawał sobie sprawy jak piękne piosenki udało mu się stworzyć dopóki nie usłyszał ich w wykonaniu Elli Fitzgerald, która była wtedy z pewnością u szczytu swoich wokalnych możliwości.

Często myślę, że być może lepiej wypadłaby wtedy w tym materiale w towarzystwie jazzowego combo prowadzonego na przykład przez Oscara Petersona, z którym miała później nagrać całe mnóstwo muzyki.

Aranżom i sposobie prowadzenia orkiestry przez Nelsona Riddle trudno jednak cokolwiek zarzucić. Stworzył genialną przestrzeń dla wokalistki a wiele jego aranżacji używanych jest do dzisiaj. Nakładające się na siebie i starannie rozplanowane warstwy skrzypiec nie zawsze pasują do improwizowanych partii wokalnych – czego przykładem jest najczęściej cytowany dziś fragment tego obszernego wydawnictwa – „I Got Rhythm”, jednak całość wypada zdumiewająco dobrze. Ja ciągle wolę Ellę Fitzgerald w bardziej jazzowym otoczeniu. Nie zaliczam się z pewnością do wielbicieli orkiestrowych produkcji, jednak w nagraniach z „Ella Fitzgerald Sings The George And Ira Gershwin Song Book” jest jakaś szczególna magia sprawiająca, że często do nich wracam, poszukując wzorcowych wykonań wielu piosenek George’a i Iry Gershwin. Być może to magia 1959 roku, kiedy wszystko się udawało, a może geniusz Elli Fitzgerald albo chirurgiczna dokładność Nelsona Riddle? Z całą pewnością geniusz Normana Granza, który odważył się na taki projekt i po raz kolejny pokazał światu, że coś co udać się nie powinno, jemu udaje się znakomicie.

Album „Ella Fitzgerald Sings The George And Ira Gershwin Song Book” to pozycja absolutnie obowiązkowa, dziś dostępna z wieloma alternatywnymi nagraniami i oferująca zdumiewającą, jak na 1959 rok jakość techniczną niełatwych do zrealizowania orkiestrowych nagrań.

Ella Fitzgerald
Ella Fitzgerald Sings The George And Ira Gershwin Song Book
Format: 4CD
Wytwórnia: Verve / Polygram
Numer: 731453975927