10 grudnia 2017

Daniel Popiałkiewicz - Nada

Daniel Popiałkiewicz właściwie od zawsze jest człowiekiem niezwykle zajętym. Należy do tych szczęśliwców, którzy dzięki swojemu talentowi i ciężkiej pracy znajdują niemal codziennie pracę w jakimś studiu nagraniowym. Potrafi być muzykiem niezwykle elastycznym, zagrać niemal wszystko i ze wszystkimi. Lista polskich artystów, na płytach których słychać jego gitarę to w zasadzie spora część listy tych, których w Polsce słuchać warto i należy. W sumie powiedzieć o polskiej płycie z popularną muzyką rozrywkową (to hasło niezwykle pojemne), że jeśli nie grają Popiałkiewicz lub Napiórkowski i do tego Kubiszyn, to znaczy, że nie warto słuchać, to dość dobra definicja naszego rynku muzycznego z półek z nowościami w popularnych sklepach.

Pamiętam, że już wiele lat temu Jarek Śmietana uważał Daniela Popiałkiewicza za wielki talent. W natłoku przeróżnych atrakcyjnych propozycji grania z gwiazdami, muzyk znajduje czas na dość konsekwentny, choć niekoniecznie intensywny rozwój swojej kariery solowej. „Nada”, to jeśli dobrze liczę, jego trzeci autorski album. Nie miałem okazji napisać niczego o dwu poprzednich, choć pamiętam, że „Solstice” był silnym kandydatem do tytułu płyty tygodnia, choć to było niemal 6 lat temu. Tyle właśnie trzeba było czekać na kolejną produkcję sygnowaną nazwiskiem Daniela Popiałkiewicza. Widocznie było sporo pracy…

Materiał umieszczony na płycie został nagrany ponad 2 lata temu i zawiera w całości autorski repertuar. Kompozycje są całkiem niezłe, niektóre mogłyby posłużyć za podstawę do nagranai przebojowej piosenki po dopisaniu tekstu, jak na przykład „Long Tongue”. Inne mogłyby stać się jazzowymi standardami, jak umieszczony głęboko w tradycji jazzowej gitary lat sześćdziesiątych „Stay”, którego nie powstydziłby się Pat Martino, czy Wes Montgomery. Na płycie brakuje mi jednak dwóch, może trzech bardziej znanych melodii, które umieściłyby brzmienie zespołu w jakimś znanym słuchaczowi muzycznym kontekście. Rozumiem jednak wybór artystyczny pozostania przy własnych kompozycjach.

Liderowi skutecznie udało się po raz kolejny nie być na swojej autorskiej płycie gitarowym wirtuozem. Tego nienawidzę, choć początkujących gitarzystów z pewnością jest wielu i to atrakcyjna grupa słuchaczy. Ja jednak wolę płyty z muzyką, a nie z popisami wirtuozów. Choć z pewnością zarówno Daniel Popiałkiewicz, jak i grający na basie Robert Kubiszyn potrafią popisać się tak, że nagrania na YouTube biją później rekordy popularności wśród potencjalnych naśladowców.

„Nada” z pewnoscią będzie przedmiotem analiz początkujących gitarzystów. Nie obawiajcie się, tu doskonałe opanowanie instrumentu nie jest najważniejsze. To oczywista podstawa i szansa na opowiedzenie własnej historii za pomocą autorskiego materiału. Z pewnością na koncertach będzie więcej ognia i solowych popisów, choć i na płycie takowych nie brakuje. Oby tylko na koncerty starczyło czasu, bowiem Daniel Popiałkiewicz jest muzykiem zapracowanym.

Mam nadzieję, że na następny album nie będzie trzeba czekać kolejnych 5 lat. Każdy z Was może niewątpliwie ten czas skrócić, kupując swój egzemplarz płyty. Ja dostałem album w prezencie od jego autora, ale uważam ten album za jeden z lepszych prezentów świątecznych i już zdążyłem kupić kilka egzemplarzy z przeznaczeniem na prezenty dla przyjaciół, co i Wam polecam.

Daniel Popiałkiewicz
Nada
Format: CD
Wytwórnia: Cufal / Agora

Numer: 5903111492106

11 listopada 2017

Django Bates with Hr-Bigband Frankfurt Radio – Saluting Sgt. Pepper

Niepostrzeżenie minęło pół wieku od premiery „Stg. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” zespołu The Beatles. Album przez lata obrósł legend, dla wielu fanów zespołu jest jego najdoskonalszym dziełem. Stał się też jednym z pokoleniowych symboli, pamiątką kulturowej dominacji Londynu lat sześćdziesiątych i muzycznego stylu, który już dawno przestał być modny i awangardowy. Okrągła rocznica nie pozostała niezauważona, w Wielkiej Brytanii odbyły się przeróżne celebracje, ukazała się oczywiście kolejna edycja oryginalnego albumu na nowo zmiksowana przez Gilesa Martina – syna George Martina – zupełnie słusznie nazywanego piątym członkiem legendarnego zespołu. W największej edycji album rozrósł się do 6 płytowego zestawu, choć sensownego materiału nawet dla fanów zebrało się ledwie na 3 płyty. Mimo wszystko album stał się po raz kolejny bestsellerem na Wyspach Brytyjskich, choć zapewne nie w związku z tą zupełnie niepotrzebnie rozszerzoną edycją.

W cieniu tych wszystkich wydarzeń, swój hołd dla tego albumu przygotował również Django Bates, niegdyś jedna z ważnych postaci brytyjskiego big bandu Loose Tubes, współpracownika Vince’a Mendozy, Michaela Breckera i Davida Sanborna, którego w związku z wieloma instrumentami na których gra, niezwykłym talentem producenckim i fantastycznymi aranżacjami nazywam od dawna na swój własny użytek angielskim Krzysztofem Herdzinem (mam nadzieję, że Krzysztof się nie obrazi za to porównanie).

W chwili premiery oryginalnego albumu Django Bates nie był jeszcze nawet nastolatkiem, więc szaleństwo związane z zespołem The Beatles zna raczej z opowiadań, sam bowiem przyznaje, że w jego domu rodzinnym słuchało się jazzu i rytmów afrykańskich, ówczesny pop uznając za niepotrzebny. Późniejsze poznawanie twórczości The Beatles doprowadziło Django Batesa do pomysłu nagrania własnej wersji całego albumu, a okrągła rocznica premiery z pewnością była doskonałą okazją do nagrania albumu „Saluting Stg. Pepper”, którego zawartość muzyczna jest dokładnym odwzorowaniem oryginalnej płyty. Znajdziemy tu wszystkie utwory z albumu The Beatles, w takiej samej kolejności, w części połączone w jeden ciągły przekaz muzyczny, przygotowany przez lidera we współpracy z niezwykle ciekawą orkiestrą działającą przy rozgłośni radiowej we Frankfurcie.

Niemcy są chyba dziś jedynym państwem w Europie, w którym działają dziś radiowe orkiestry. Zespół z Frankfurtu obok tego z Hamburga (NDR Big Band) i składów z Berlina należy do najciekawszych i często angażujących się w projekty jazzowe. Niemal identyczny skład, jak ten wykorzystany przez Django Batesa do nagrania „Saluting Sgt. Pepper” usłyszycie choćby na płycie Michaela Wollnego „Wunderkammer XXL”, a wielu muzyków zespołu rozpoznacie również w składach sekcji dętych wykorzystywanych przez Carlę Bley. Gdyby to oznaczało zbyt mało jazzu, w nagraniu uczestniczyli również muzycy zespołu Eggs Laid By Tigers, w tym Peter Bruun znany mi z współpracy z Marc’em Bernesteinem i Marc’em Ducretem oraz Jonas Westergaard.

Aranżacje z oryginalnego dzieła The Beatles do dziś uchodzą za niezwykle urozmaicone i pełne zaskakujących pomysłów. Zmierzenie się z tym materiałem w big-bandowej stylistyce zbliżonej do oryginału było pomysłem ryzykownym, można było wiele przegrać i niewiele wygrać. Wyszło ciekawie i z pewnością „Saluting Stg. Pepper” jest projektem udanym.

Oczywiście wśród tych, którzy znają oryginał na pamięć, pojawią się nieuniknione dyskusje na temat roli saksofonu (Tony Lakatos) w „Getting Better”, czy klarnetu w „When I’m Sixty Four”. To jednak nie ma wielkiego znaczenia. Dziś materiał The Beatles jest stałym elementem wielu jazzowych produkcji, a kompozycje w rodzaju „A Day In The Life”, „Lucy In The Sky With Diamonds”, czy „When I’m Sixty Four” można uznać za jazzowe standardy, z którymi Django Bates poradził sobie wyśmienicie.

„Saluting Stg. Pepper” to doskonała okazja do celebrowania urodzin oryginału. W żadnym razie nie jest przekombinowaną na siłę dekonstrukcją, czy jakimś unowocześnionym i przygotowanym dla młodych słuchaczy produktem. To pełna szacunku do oryginału współczesna wizja doskonałych melodii sprzed lat. Ten album powinien spodobać się wszystkim, którzy znają oryginał, a jeśli jakimś cudem go nie znacie – sięgnijcie po któreś z jubileuszowych wydań. Usłyszycie, że Django Bates z wielkim szacunkiem, po swojemu i nowocześnie użył doskonałej materii muzycznej tworząc nową, wyśmienitą produkcję.

Django Bates with Hr-Bigband Frankfurt Radio
Saluting Sgt. Pepper
Format: CD
Wytwórnia: Edition Records
Numer: 5060509790104

03 listopada 2017

Stefano Bollani Trio – Mediterraneo (Jazz At Berlin Philharmonic VIII)

Nie jestem wielkim znawcą muzyki filmowej, wiem jednak, że do filmu trzeba pisać atrakcyjne melodie. Przyczyn jest kilka, choć zawsze warto pisać piękne melodie, to w filmie kompozytor musi walczyć o atencję widzów z atrakcyjnym obrazem, pełniąc jednocześnie rolę ilustratora fabuły i jednego z wielu elementów wizualno-dźwiękowej układanki. Sztuka to niełatwa, stąd jeśli uda się napisać melodie do filmu, które bronią się bez obrazu, pozostają w pamięci słuchaczy i są przypominane przez muzyków nawet wtedy, gdy obrazy, do których powstały nie pojawiają już się w kinach ani nawet w przypominających klasyki sprzed lat przekazach telewizyjnych.

Nieco podobnie sprawy mają się z operami – pamiętamy treść i wybitne kreacje sławnych śpiewaków, a muzyka często pozostaje tłem. Kompozytorzy muzyki operowej też nie mieli łatwo.

Tak się składa, że w obu specjalnościach spore osiągnięcia mają kompozytorzy o włoskich korzeniach, więc dość oczywistym wyborem kompozycji w kolejnym wydaniu Jazz At Berlin Philharmonic poświęconej muzyce śródziemnomorskiej („Mediterraneo”) stały się właśnie kompozycje filmowe i włoskie klasyki sprzed wieków.

Część cyklu koncertów organizowanych przez ACT Music w berlińskiej filharmonii układa się od lat w dźwiękową wycieczkę po źródłach europejskiej muzyki. Elementami tego cyklu są szósty odcinek przypisany muzyce celtyckiej i drugi poświęcony źródłom norweskim. Do tego cyklu można również przypisać szwedzką tradycję kompozycji Esbjorna Svenssona (to odcinek 5) i cały udział w cyklu Leszka Możdżera z jego słowiańską nutą.

Okazją do przypomnienia włoskich korzeni europejskiej muzyki stało się zaproszenie do kolejnego koncertu włoskiego pianisty Stefano Bollaniego, który układając program koncertu udanie połączył tradycję operową z nowoczesną muzyką filmową, przypominając wszystkim, że to właśnie Włochy są krajem, który może pochwalić się najstarszymi salami koncertowymi i niezwykle bogatą i dobrze udokumentowaną, dzięki bogatym mecenasom, kulturą muzyczną.

Spotkanie jazzowego zespołu i grupą muzyków z orkiestry symfonicznej jest zwykle ryzykowne, wiele bowiem razy okazywało się, że te światy nie mają ze sobą wiele wspólnego i muzykom nie jest łatwo o nić porozumienia. Tym razem udało się znakomicie, w części to z pewnością zasługa repertuaru, który pojawia się zarówno w jazzowych klubach (przynajmniej w tej bardziej współczesnej części kompozycji umieszczonych w programie koncertu), jak i w zabytkowych salach koncertowych.

W rezultacie spotkania muzyków z różnych światów i genialnych aranżacji Geira Lysne powstała pełna ciepła i niezwykle barwna, mimo klasycznego instrumentarium muzyka. Po raz kolejny przekonałem się również, jak fenomenalnym muzykiem jest Vincent Peirani.

Stefano Bollani Trio
Mediterraneo (Jazz At Berlin Philharmonic VIII)
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9849-2

24 października 2017

EABS - Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda)

Już niemal 15 lat minęło od czasu, kiedy wrocławski DJ i producent muzyczny Oliver Zulic znany szerzej jako Kut-O, członek grupy K.A.S.T.A. wydał wtedy praktycznie niezauważony album „Astigmatic”. Już pierwsze dźwięki najnowszego albumu zespołu Electro-Acoustic Beat Sessions Marka Pędziwiatra przypomniały mi nagranie sprzed lat. Podobna koncepcja polegająca na wykorzystaniu sampli i muzycznej materii pochodzącej z katalogu filmowych kompozycji Krzysztofa Komedy łączą obie produkcje. Album „Astigmatic” był i pozostaje jednak muzyczną ciekawostką, a magrania zespołu EABS są doskonałym przykładem twórczego przetworzenia genialnych kompozycji.

Dobrze, że album ukazał się teraz, bo już za niemal dwa lata, kiedy minie 50 lat od śmierci Krzysztofa Komedy, czeka nas z pewnością wysyp wspominkowych i okazjonalnych produkcji, podobnie jak niedawno w okresie celebrowania roku Fryderyka Chopina. W 2019 roku nagrania zespołu EABS wydane przez posiadającą na razie skromny katalog wytwórnię Astigmatic, mogłyby zaginąć w tłumie wspomaganych przez państwowe instytucje kultury produkcji wspomnieniowych. Zakładam oczywiście, że Komeda będzie wtedy słuszny politycznie. Zostawmy jednak politykę, oby razem z politykami nie przeszkadzała twórczości artystycznej.

Muzycy nazywają swój sposób podejścia do twórczości Krzysztofa Komedy rekonstrukcją dekonstrukcji, co uznaję za pełne uroku i rzeczywistej treści opisowe określenie procesu twórczego, polegającego najpierw na zrozumieniu istoty kompozycji, ale także zebraniu dźwiękowych skrawków przypominających oryginalne nagrania, fragmentów filmowych dialogów oraz analogowej realizacji technicznej.

Słowa uznania należą się również muzykom za to, że nie umieścili na swoim albumie „Kattorny”, „Litanii”, czy „Astigmatic”. Większość kompozycji Krzysztofa Komedy jest w Polsce mało znana i nieczęsto przypominana. Wynika to ze sporego bałaganu dyskograficznego. Wiele nagrań nie jest wznawianych, obejrzenie filmów, które swoją muzyką ilustrował Komeda w zasadzie jest niemożliwe. Może 50 rocznica przyniesie nam jakąś filmową retrospektywę obejmującą coś więcej niż „Dziecko Rosemary” i „Nóż w wodzie”.

Jestem pod olbrzymim wrażeniem twórczego i niezwykle nowoczesnego podejścia zespołu do muzycznej materii sprzed pół wieku. Na wyróżnienie zasługuje grający na trąbce Jakub Kurek. Fascynujący jest powrót po latach do materiału Komedy Michała Urbaniaka, a przede wszystkim niezwykle oszczędne i twórcze wykorzystanie możliwości przeróżnych elektronicznych instrumentów.

Płytę można oczywiście kupić w wersji cyfrowej, jednak wnikliwa analiza pochodzenia kompozycji, dyskografii oryginalnych nagrań oraz kontekstu kulturowego zawarta w obszernej książeczce dołączonej do płyty warta jest inwestycji w wersję wydaną na płycie CD.

I na sam koniec najważniejsze - można, a nawet trzeba spojrzeć na „Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda)” nie tylko pod kątem wspomnieniowej ciekawostki. Jeśli zapomnimy o Komedzie, jego kultowym statusie i rozpoznawalności marki, to usłyszymy wizjonerski, wymukający się wszelkim klasyfikacjom album nowoczesnej muzyki, stanowiącej połączenie jazzowych improwizacji trąbki i saksofonu uzupełniony doskonałym gościnnym występem Michała Urbaniaka. EABS to bardzo obiecujący projekt muzyczny Marka Pędziwiatra – jazz nowej generacji, czerpiący inspirację nie tylko z tradycji wielkich jazzowych nagrań ery Komedy, ale również wszystkich nowoczesnych brzmień uwielbianych przez młodych słuchaczy. W ten sposób jazz idzie naprzód, wtapiając się w muzyczną aktualność w sposób niezwykle trafny, wykorzystując nowinki technologiczne i brzmieniowe, ale jednocześnie nie tracąc swojej improwizowanej spontaniczności i pozostając atrakcyjnym zarówno dla młodzieży, jak i tych, którzy pamiętają czasy Krzysztofa Komedy.

EABS
Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda)
Format: CD
Wytwórnia: Astigmatic
Numer: AR003CD

21 października 2017

John Lewis - Jazz Abstractions: Compositions By Gunther Schuller And Jim Hall

Album „Jazz Abstractions…” jest historyczną szaradą już od samego tytułu. Jest umieszczany przez wielu w dyskografii Johna Lewisa, głównie w związku z graficznym układem okładki sugerującej jego wiodącą rolę w tym wydawnictwie – „John Lewis Presents Contemporary Music”. Faktyczny udział pianisty ograniczony jest jednak do roli producenta i nieokreślonego i nieuwzględnionego na okładce wkładu w przygotowanie kompozycji, firmowanych w większości nazwiskiem Gunthera Schullera. Gdyby stosować oceny racjonalne, nie powinien się jednak również znaleźć w jazzowych dyskografiach Schullera, bowiem on sam nie gra w żadnym z utworów, a jest jedynie kompozytorem większości kompozycji. To jednak jeszcze nie koniec tej układanki.

Gunther Schuller jest kompozytorem, ale otwarcie przyznaje, że swoje kompozycje wzorował na tematach Theloniousa Monka – „Criss Cross” i Johna Lewisa – „Django”. Czy zatem „Jazz Abstractions…” powinno znaleźć miejsce w jego dyskografii?

A może album trzeba umieścić w zbiorze płyt Erica Dolphy’ego, bo to on gra na flecie, klarnecie basowym i saksofonie altowym w największej ilości kompozycji umieszczonych na płycie. Są też tacy, którzy wiążą album z postacią Jima Halla, to jednak wymaga głębszej muzycznej wiedzy i powiązania stylistycznego części trzecionurtowej muzyki z niezwykle dla niej istotną postacią Jimmy’ego Giuffre i jego albumem „Jimmy Giuffre 3” z 1957 roku z udziałem Jima Halla, który w drugiej połowie lat pięćdziesiątych był jedną z kluczowych postaci poszukujących artystycznego połączenia amerykańskiego jazzu z muzyką klasyczną z Europy.

Znam również ludzi, w szczególności fanatycznych wyznawców kultu Ornette Colemana, dla których każdy album z jego udziałem staje się jego własną płytą, tak więc „Jazz Abstractions…” w tym wypadku stałaby się albumem Ornette Colemana. Istotny jest też udział niezbyt często grywającego w przypadkowych składach Billa Evansa.

Wbrew temu wszystkiemu, kluczową wydaje się być dla tej płyty jedna kompozycja, którą przygotował i starannie zaaranżował Jim Hall – „Piece For Guitar And Strings” – fragment muzyki, który jest jednym z najbliższych spełnienia idei Trzeciego Nurtu – twórczego połączenia jazzu i muzyki klasycznej, co w zasadzie udać się nie mogło, głównie ze względu na zbyt mało cech wspólnych obu muzycznych stylów. Tu jednak prawie się udało. Klasyczny kwartet smyczkowy doskonale zintegrował się z jazzową sekcją. Momentami jazzowy puls nie jest potrzebny, a Scott LaFaro staje się częścią sekcji smyczkowej. W tej kompozycji nie ma również miejsca dla perkusji, to istotna innowacja w jazzowym świecie 1960 roku.

Pomimo starannego zaplanowania muzyce nie brakuje spontaniczności, w szczególności za sprawą improwizacji Ornette Colemana. W wielu źródłach można odnaleźć relacje z sesji nagraniowych opowiadające o tym, jak muzycy grali kilka razy Colemanowi swoje partie, a ten włączał się do akcji dopiero wtedy, kiedy uznał, że ma pomysł na swój udział w nagraniu.

Publiczne uznanie kompozycji „Criss-Cross” przez Gunthera Schullera za arcydzieło, a także sukces koncertowy i nagraniowy jego wariacji na temat tego utworu pomogło utrzymać się Theloniousowi Monkowi na powierzchni w niełatwym dla niego roku 1960. Biografom nie udało się ustalić, czy Monk kiedykolwiek słyszał na żywo wariacje na temat „Criss-Cross”, ale z pewnością ich opracowanie dowiodło, że był on nie tylko pianistą, ale również, a może nawet przede wszystkim genialnym kompozytorem, jeśli ktoś jeszcze tego w 1960 roku nie rozumiał, a takich było wielu.

„Jazz Abstractions…” to muzyka ponad podziałami. Doskonały Jim Hall, pozostający w cieniu Bill Evans, wnoszący odrobinę szaleństwa Ornette Coleman i Eric Dolphy, dla mnie doskonały i nie rozumiem czemu niedoceniany w tym towarzystwie Eddie Costa (posłuchajcie tego albumu poszukując dźwięków wibrafonu…) i wielki nieobecny instrumentalnie – architekt całości Gunther Schuller.

John Lewis
Jazz Abstractions: Compositions By Gunther Schuller And Jim Hall
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Rhino / Warner

Numer: WPCR-27208 (SD 1365)

16 października 2017

Wojciech Pulcyn – Tribute To Charlie Haden

Jeśli pamięć mnie nie myli, „Tribute To Charlie Haden” to pierwszy album firmowany nazwiskiem Wojciecha Pulcyna w jego trwającej już ponad 20 lat muzycznej karierze. Pierwszy album na którym pojawia się jego nazwisko, przynajmniej w moich zbiorach, datowany jest na 1996 rok. Trudno uwierzyć, że w czasie ostatnich 20 lat artysta zagrał na ponad 20 albumach, w większości jazzowych, choć często eksperymentalnych w formie, grał z większością polskich jazzmanów, próbował sił w projektach eksperymentalnych i komponowaniu muzyki filmowej, właśnie wydał swój autorski debiut, jeśli nie brać pod uwagę albumu nagranego wspólnie z Bogdanem Hołownią, poświęconego muzyce Henryka Warsa.

Warto jednak nagrywać płyty wtedy, kiedy pojawia się dobry pomysł i dobre towarzystwo. Tak jak w przypadku „Tribute To Charlie Haden”. Album jest rejestracją koncertu, który odbył się niemal dokładnie rok temu, w czasie festiwalu Jazz Jamboree.

Wybór repertuaru dla osób obserwujących muzyczne poczynania lidera nie powinien być zaskoczeniem. Wojciech Pulcyn wielokrotnie podkreślał, że Charlie Haden jest dla niego muzycznym wzorem. Trafne dobranie kompozycji pokazuje to, co najważniejsze w muzyce Charlie Hadena – skupienie na melodii, która zawsze dla Charlie Hadena była istotą dobrej jazzowej kompozycji. W ten sposób oprócz zapisu fantastycznego koncertu otrzymujemy podręcznik kompozycji według Charlie Hadena.

Album otwierają dwie kompozycje Ornette Colemana, stanowiąc rodzaj ukłonu w stronę tego muzyka, od którego zaczęła się wielka kariera Charliego Hadena. Nagranie albumu „The Shape Of Jazz To Come” w 1959 roku było pierwszym poważnym nagraniem Hadena. Stąd obecność „Lonely Woman” – kompozycji z tego albumu wydaje się zabiegiem celowym. Współpracę Hadena z Ornette Colemanem podsumowuje „Broken Shadows” z albumu pod tym samym tytułem nagranego w 1971 roku i wydanego niemal dekadę później. Pozostałe utwory, oprócz zagranego na bis i pewnie granego przez Hadena „Shenandoah” (choć nie udało mi się znaleźć wersji Charliego Hadena w moich zbiorach), to już kompozycje bohatera, któremu poświęcony był koncert i będąca jego zapisem płyta. Część z kompozycji Haden nagrywał wielokrotnie, co z pewnością oznacza, że miały one dla niego duże znaczenie. Tak było w przypadku mającej swoją premierę na płycie „Angel City” balladzie „First Song (For Ruth)” zagranej później na „Beyond The Missouri Sky” z Patem Metheny i grywanej na koncertach przez Stana Getza. Do tej pięknej melodii zagranej wybornie przez Kubę Stankiewicza tekst napisany przez Abbey Lincoln na koncercie zaśpiewała Grażyna Auguścik. Kolejnuy utwór poświecony żonie Hadena – „Waltz For Ruth” pojawił się niemal jednocześnie na wspomnianej już płycie z Patem Metheny, jak również w duecie z Kenny Barronem (album „Night And The City”). W wykonaniu zespołu Wojciecha Pulcyna w roli głównej występuje saksofon Mateusza Śliwy.

Najstarsza kompozycja w tym zestawieniu to napisana na wydany w 1976 roku album „Closeness” melodia „For Turiya”. Tym razem w roli głównej występuje grający na trąbce Tomasz Dąbrowski. Jak to w sytuacji festiwalowej fety koncertowej często się zdarza, mamy okazję usłyszeć wielu muzyków, zarówno tych, którzy mają już na swoim koncie spory dorobek – Kubę Stankiewicza, czy Grażynę Auguścik, jak i będących ciągle na dorobku Mateusza Śliwę i Tomasza Dąbrowskiego. Zawsze jednak w roli głównej występuje Wojciech Pulcyn, dla którego „Tribute To Charlie Haden” stanowi niezwykle udany debiut, choć ja zapamiętam również ten album jako kolejną doskonałą pozycję w dyskografii Kuby Stankiewicza.

Projekt „Tribute To Charlie Haden” ma szansę zaistnieć nieco dłużej, nie tylko w związku z wydaniem płyty, ale też sporą szansą na pojawienie się muzyków w podobnym składzie na krajowych scenach. Projekty wspominkowe dobrze się sprzedają, jednak w tym przypadku to nie jest skok na kasę, ale doskonale wymyślony, wykonany z wielkim szacunkiem dla dorobku wielkiego mistrza, ale jednocześnie bardzo osobisty i twórczy projekt. Zmierzenie się z kompozycjami Charlie Hadena i nadanie im własnego brzmienia nie było łatwe, ale Wojciechowi Pulcynowi udało się doskonale. Nad całością unosi się duch muzyki mistrza, a jednocześnie całość pozostaje twórczą autorską kreacją lidera i pomysłodawcy. Nawet nie wypada napisać, że to udany debiut, trzeba za to zapytać, czemu tak późno.

Wojciech Pulcyn
Tribute To Charlie Haden
Format: CD
Wytwórnia: ForTune
Numer: ForTune 0125 081

15 października 2017

Wolfgang Haffner - Kind Of Spain

Wolfgang Haffner po raz kolejny udowadnia, że perkusista może być liderem zespołu, a nie tylko osobistością, która nagrywając autorski album popisuje się przed kolegami po fachu. „King Of Spain” to album, który powinien być pozycją obowiązkową dla każdego perkusisty, który myśli o nagraniu własnej płyty. Podobnie zresztą jak poprzedni album Haffnera – otwierający minicykl „Kind Of…”, poświęcony klasykom cool jazzu „Kind Of Cool”, który prezentowaliśmy jako premierę w Płycie Tygodnia w styczniu 2015 roku. Wtedy na basie grał Dan Berglund, tym razem w składzie pojawił się Lars Danielsson.

Wybór repertuaru z pewnością przykuwa uwagę słuchaczy, albumy ze znanymi tytułami sprzedają się jakoś lepiej, jednak już po dwóch odcinkach cyklu widać, a raczej słychać, że to nie jest skok na naszą kasę, a zabawa stylem i zebranie w jednym miejscu utworów w dość luźny sposób związanych z tytułem albumu. To jednak tylko pretekst do wspólnego muzykowania i rodzaj drogowskazu w poszukiwaniach nowego odczytania czegoś, co w zasadzie nie istnieje w takim kontekście – czyli muzyki hiszpańskiej, a raczej hiszpańskich jazzowych standardów.

Niektóre z utworów mają swoje źródło w muzyce hiszpańskiej, choć zostały światu przedstawione szerzej przez mistrzów jazzu – jak choćby „Concierto De Aranjuez”, znany bardziej dzięki geniuszowi Gila Evansa i wykonaniu Milesa Davisa („Sketches Of Spain”) niż dowolnemu innemu, bliższemu oryginalnej partytury Joaquina Rodrigo z 1939 roku. Tak przy okazji – to chyba jedyny koncert, pierwotnie napisany na gitarę i orkiestrę, który ma swój własny pomnik, związany na równi z doskonałością kompozycji, jak i politycznym kontekstem jej powstania z inspiracji wydarzeniami hiszpańskiej wojny domowej, do czego sam kompozytor długo nie chciał się otwarcie przyznać.
Dzieło życia Joaquina Rodrigo zainspirowało również Chicka Corea do napisania jednej z jego najczęściej granych w jazzowym świecie kompozycji „Spain” pierwotnie umieszczonej na płycie „Light As A Feather” z 1973 roku nagranej z zespołem Return To Forever.

Związek innych jest dość luźny – jak choćby kompozycji amerykańskiego trębacza o włsokich korzeniach Chucka Mangione do filmu, którego akcja rozgrywa się w Meksyku, nakręconego według książki amerykańskiego pisarza – „Children Of Sanchez”.

Sebastianowi Studnitzkiemu oszczędzono konieczności zmierzenia się z melodią Joaquina Rodrigo znaną z kilku wyśmienitych wykonań studyjnych i koncertowych Milesa Davisa. Słuchając „Concerto De Aranjuez” zastanawiam się, dlaczego Gil Evans nie wpadł na pomysł wykorzystania gitary, szczególnie biorąc pod uwagę, że oryginał powstał z myślą o tym instrumencie. Być może było to zbyt oczywiste dla wielkiego maga jazzowej aranżacji.

Do całości pasuje doskonale „Pasodoble” Larsa Danielssona napisana na album nagrany z Leszkiem Możdżerem. Najmniej jazzowych korzeni ma „Recuerdos De La Alhambra” Francisco Tarregi, znana najbardziej z opracowania Mike’a Oldfielda ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Pola Śmierci”. Do tego garść kompozycji własnych członków zespołu w podobnym, inspirowanym hiszpańskimi klimatami kolorze.

Siłą albumu jest równowaga, zespół stanowiący brzmieniowy monolit, a także doskonałe aranżacje, coś zupełnie niezwykłego w wykonaniu jazzowego perkusisty. Pomysłów na kolejne części cyklu „Kind Of…” z pewnością nie zabraknie, a sama konstrukcja tego rodzaju albumów jest doskonałym pomysłem, zapewniającym brzmieniową różnorodność. Już nie mogę doczekać się kolejnego odcinka.

Wolfgang Haffner
Kind Of Spain
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9848-2

10 października 2017

Jimmy Giuffre - The Four Brothers Sound

„The Four Brothers Sound” to drugi album Jimmy’ego Giuffre pojawiajacy się w Kanonie Jazzu. Jego debiutem w naszym radiowym zestawieniu najważniejszych jazzowych płyt wszechczasów był album „The Easy Way” nagrany rok po premierze „The Four Brothers Sound” – w złotym jazzowym roku 1959. O tym albumie przeczytacie tutaj:


Oba albumy spina stylistyczną klamrą grający na gitarze Jim Hall, w składzie dziś opisywanego albumu pojawia się w kilku utworach grający na fortepianie Bob Brookmeyer, rok później jego miejsce w studiu zajął kontrabasista Ray Brown.

„The Four Brothers Sound” to album eksperymentalny, jak spora część dyskografii Jimmy’ego Giuffre z lat pięćdziesiątych. Niewątpliwie był wtedy artystą poszukującym nowych muzycznych możliwości. Sięgał często po flet, który nigdy nie stał się typowym dla jazzu instrumentem. Nie ukrywałl inspiracji europejską muzyką klasyczną, w szczególności twórczością Claude’a Debussy’ego. Poszukiwał nowego brzmienia dużej orkiestry, próbował grać bez fortepianu i bez kontrabasu. Pojawiał się w pobliżu twórców trzeciego nurtu, choć częściej grywał przebojowe melodie.

Nagrywając „The Four Brothers Sound” użył jedynie klasycznego saksofonu tenorowego. W przypadku tego albumu poszukiwania nieodkrytych dźwiękowych obszarów skupiły się na wielośladowym nagrywaniu partii saksofonu przez lidera, stąd tytuł wynikający z partii, w tym utworów nagranych bez towarzyszącej liderowi sekcji, zarejestrowanych na 4 ścieżkach studyjnego magnetofonu. W 1958 roku nakładanie przez muzyków kolejnych partii na poprzednio nagrany podkład nie było już ani technologiczną, ani artystyczną nowością, jednak ciągle nie było technicznie łatwe, ani powszechne. Pionierem wykorzystania tej technologicznej ciekawostki w jazzowej stylistyce był prawdopodobnie sam Sidney Bechet, który w 1941 roku nagrał kilka utworów obsługując samodzielnie saksofon tenorowy, sopranowy, klarnet, kontrabas, fortepian i perkusję. Jak łatwo się domyśleć, musiał użyć techniki wielościeżkowej. To jednak nagranie raczej dziś zapomniane. Świat poznał możliwości grania z samym sobą dzięki wynalazcy, geniuszowi elektroniki i równie wyśmienitemu gitarzyście – Les Paulowi, który udoskonalił swoje urządzenia do tego stopnia, że dawał występy na żywo dogrywając do zapętlonej taśmy kolejne partie gitary. Ochoczo też prezentował swoje wynalazki w programach początkującej wtedy amerykańskiej telewizji. Z nową techniką pod koniec lat czterdziestych eksperymentowali też Frank Sinatra i Lenny Tristano.

Do dziś za najlepszy przykład albumu opartego w całości o technikę overdubbingu uchodzi nagrany w 1963 roku album Billa Evansa – „Conversation With Myself”. To jednak Jimmy Giuffre jako pierwszy w 1958 roku zrealizował i wydał jazzowy album w całości oparty na tej technice, z której uczynił środek artystycznego wyrazu, a nie tylko przyciągającą słuchaczy technologiczną ciekawostkę.

Pierwszą stronę analogowej wersji albumu wypełniają kompozycje lidera, w tym tytułowa – „Four Brothers” związana tytułem z dźwiękowym pomysłem na płytę i okładkę sugerującą czterech braci grających razem na saksofonach. We wszystkich tych rolach występuje sam Jimmy Giuffre. Kompozycja powstała jednak dużo wcześniej i była już wtedy popularna i grywana między innymi przez Zoota Simsa i Stana Getza. Pozostałe utwory z pierwszej strony lider napisał prawdopodobnie specjalnie z okazji tego nagrania, czego w części dowodzi tytuł jednej z tych kompozycji – „Blues In The Barn” – od miejsca nagrania albumu – Music Barn w Pittsfield, miejsca legendarnych występów Modern Jazz Quartet, Theloniousa Monka, a także estrady na której prawdopodobnie Bob Dylan poznał Joan Baez, ale to zupełnie inne historie.

„The Four Brothers Sound” nie jest jednak tylko technologiczną i dźwiękową ciekawostką. Muzyczna współpraca dwu niezwykle otwartych na eksperymenty muzyków – Jimmy’ego Giuffre i Jima Halla w zasadzie nie przyniosła żadnego nieudanego albumu. Niezależnie od tego, czy grają kompozycje specjalnie napisane do takiego eksperymentu przez Giuffre, czy jazzowe standardy, które wypełniają drugą stronę płyty, udowadniają, że eksperymentować warto nie tylko dla przełamywania barier, ale również dla własnej i słuchaczy przyjemności.

Jimmy Giuffre
The Four Brothers Sound
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Rhino / Warner
Numer: Atlantic 1295

07 października 2017

Miroslav Vitous - Infinite Search

Moja chronologiczna pamięć muzyczna umieszcza zawsze ten album w okolicach roku 1974, a nawet 1975, czyli zdecydowanie w czasie, kiedy Miroslav Vitous opuścił już Weather Report. „Infinite Search” wypełnia bowiem zagrane w mistrzowski sposób w gwiazdorskiej obsadzie fusion. Status gwiazdy uzasadniający możliwość zatrudnienia największych nazwisk do nagrania własnej płyty zapewnił bowiem liderowi właśnie udział w nagraniu kilku pierwszych albumów zespołu Zawinula i Shortera.

„Infinite Search”, spotykany również pod nazwą „Mountain In The Clouds” to nagraniowy debiut czeskiego basisty w roli lidera, otwierający jego bogatą dyskografię, w której najnowszą pozycją jest wydany w Polsce album nagrany wspólnie z Adamem Pierończykiem („Wings”). Album powstał w październiku 1969 roku, niespełna dwa miesiące po sesji, która dziś znana jest jako „Bitches Brew” Milesa Davisa, w której wzięli udział John McLaughlin i JackDeJohnette, obecni również w zespole odpowiedzialnym za „Infinite Search”. To był historyczny dla jazzu moment, kiedy wprowadzenie instrumentów elektronicznych i rockowej energii pozwoliło artystom wyjść z małych klubów na wielotysięczne rockowe areny.

Solowa dyskografia Miroslava Vitousa rozpoczyna się od „Infinite Search”, a jego biografia należy do najbardziej niezwykłych w historii gatunku. Jeszcze w Pradze, w wieku kilkunastu lat założył swoje pierwsze trio z bratem Alanem Vitousem na perkusji i równie jak on sam wtedy nieznanym Janem Hammerem. Kiedy miał 20 lat był już członkiem zespołu Clarka Terry’ego, a jego gra spodobała się Milesowi Davisowi na tyle, że zaprosił go na kilka wspólnych koncertów. Kiedy po raz pierwszy znalazł się w profesjonalnym studiu nagraniowym – powstała płyta „Now He Sings, Now He Sobs” Chicka Corea nagrana w trzyosobowym składzie z Royem Haynesem na perkusji. Niespełna półtora roku później w sesji „Infinite Search” wzięli udział Herbie Hancock, John McLaughlin i Jack DeJohnette, a także reprezentujący nieco starsze muzyczne pokolenie, choć wcale nie dużo starszy wiekiem Joe Henderson.

W efekcie w czasie krótkiej sesji powstał autoski album, niemal w całości skomponowany i wymyślony przez Miroslava Vitousa, a już kilka miesięcy po jego nagraniu, wiosną 1970 roku Miroslav Vitous wraz z Wayne Shorterem i Joe Zawinulem (z którym wcześniej spotykał się w sytuacjach koncertowych) założyli Weater Report. Okoliczności tego wydarzenia zależne są mocno od tego, kto o nim opowiada, trudno jednak zaprzeczyć faktom, że Vitous był pełnoprawnym członkiem zespołu od pierwszego dnia jego istnienia.

Dziś „Infinite Search” jest jednym z najciekawszych albumów wczesnego, akustycznego fusion, wymyślonego w dużej części właśnie przez Miroslava Vitousa i producenta albumu – Herbie Manna, z którym wcześniej nagrał przebojowy „Memphis Underground”. Wiele późniejszych produkcji wzbogaconych o brzmienia elektroniczne nie zniosło dobrze próby czasu, jednak „Infinite Search” brzmi równie dobrze, jak w chwili swojej premiery. Być może brak tej płycie odrobiny geniuszu kompozytorskiego Joe Zawinula i chwytliwych melodii, jednak nie zmienia to faktu, że nieco dziś zapomniany debiut Miroslava Vitousa jest jedną z najdoskonalszych płyt fusion w historii gatunku.

Miroslav Vitous
Infinite Search
Format: CD
Wytwórnia: Embryo / Cotillion / Atlantic

Numer: 8122797130

03 października 2017

Organic Quartet - Terms And Conditions Apply

Dawno temu, jeszcze w poprzednim wieku, większość jazzowego rynku to były nagrania, których siłę stanowiła perfekcja wykonawcza i doskonalenie dawno ustalonego stylistycznego kanonu. Warto było wyróżnić się grając to samo, tylko lepiej. Udoskonalenie technik produkcji i łatwa cyfrowa dystrybucja spowodowała sporo rynkowych zmian. Przeglądając sterty płytowych nowości miewam wrażenie, że dziś droga do sukcesu wydawniczego jest zupełnie inna – trzeba się wyróżnić. Wtedy można zaistnieć. Owa potrzeba wyróżnienia się na tle wielu innych produkcji wynika w dużej mierze z faktu, że dziś nowych nagrań ukazuje się o wiele więcej niż jeszcze 20 lat temu. W internecie wszyscy mają równe szanse. Walka o słuchacza toczy się zatem na polu oryginalności.

Może jestem już nieco staromodny, ale chyba wolę, jeśli muzycy starają się zmierzyć z tradycją i mają odwagę twierdzić, że robią to co zostało już kiedyś wymyślone, tylko trochę lepiej, albo przynajmniej tak samo dobrze. Nagrywanie i wydawanie płyt jest przecież jedynie częścią rynku, a gotowy album zaproszeniem na najbliższy koncert. A wielu zespołów sprzed pół wieku posłuchać już się nie da. W związku z tym rynek tych, którzy chcą posłuchać zwyczajnie dobrej muzyki jest wielki, a z pewnością większy od tych, którym spodoba się nowy brzmieniowy eksperyment.

W związku z tym za niezwykle interesującą i cenną uważam twórczość takich zespołów, jak złożony z najlepszych czeskich muzyków Organic Quartet. Muzycy bowiem skupiają się na eksplorowaniu jednej z moich ulubionych jazzowych formuł – tworzą kwarter z organami Hammonda, elektryczną gitarą i saksofonem. Tego rodzaju granie przypomina mi setki płyt z lat sześćdziesiątych, dokonania moich ulubionych gitarzystów – Pata Martino, wczesnego George’a Bensona i Wesa Montgomery’ego, a także wszystkie wielkie gwiazdy organów Hammonda i saksofonistów, którzy potrafili w owych czasach nie naśladować Johna Coltrane’a, a zagrać coś lżejszego i w prostszy sposób czerpiącego z bluesa – na przykład w niezrozumiały sposób niedocenionego Sonny Stitta.

Muzycy Organic Quartet nie tylko znają te wszystkie nagrania, ale również potrafią z tej wiedzy zrobić użytek, prezentując własny repertuar, doskonale napisane melodie, które, gdyby powstały pół wieku wcześniej znalazłyby miejsce wśród jazzowych klasyków.

Zespół dowodzony jest przez grającego na organach Ondreja Piveca, który od kilku lat jest w Czechach jedynie gościem. Mieszka bowiem na stałe w Stanach Zjednoczonych i wyrobił już tam sobie całkiem niezłą pozycję, stając się jednym z poszukiwanych muzyków sesyjnych, w czym z pewnością pomogła mu nagroda Grammy przyznana płycie Gregory Portera „Take Me To The Alley”, na której gra wszystkie partie organowe.

Zespół uzupełniają znani na czeskiej jazzowej scenie muzycy. Gitarzysta Libor Smoldas, który prowadzi własne hammondowe trio w formule podobnej do Organic Quartet, z Jakubem Zomerem i Vaclavem Palką, oraz saksofonista Jakub Dolezal i perkusista Tomas Hobzek. „Terms And Conditions Apply” jest kolejną znakomitą produkcją wyrastającej na jedną z najciekawszych na czeskiej jazzowej scenie wytwórni – Animal Music.

Organic Quartet
Terms And Conditions Apply
Format: CD
Wytwórnia: Animal Music

Numer: 8594155991693

02 października 2017

Nils Landgren Funk Unit with Ray Parker Jr. - Unbreakable

Nils Landgren jest niezniszczalny. Podobnie jego Funk Unit, zespół, który istnieje już ponad 20 lat, a którego pierwszy album, „Live In Stockholm” z 1995 roku znalazł się już w naszym Kanonie Jazzu. Najnowsza propozycja – podobnie jak pierwszy album powstała z udziałem gościa specjalnego, którego udział uznano za znaczący i warty odnotowania na okładce – legendarnego amerykańskiego gitarzysty Raya Parkera Juniora. „Live In Stockholm” powstał z okazji wspólnych koncertów z Maceo Parkerem (zbieżność nazwisk zdecydowanie przypadkowa).

Uważnym słuchaczom, którzy mają w pamięci poprzednie albumy zespołu może wydawać się, że muzycy zwolnili nieco tempa, kierują się w stronę przebojowego, ugrzecznionego brzmienia. Istotnie, jednak moim zdaniem to raczej kwestia wyboru repertuaru, obejmującego między innymi „Rockin’ After Midnight” Marvina Gaye’a i „Just A Kiss Away” Allena Toussainta i faktu, że tym razem Nils Landgren raczej śpiewa, niż gra na swoim czerwonym puzonie. Nie mam wątpliwości, że zespół ciągle potrafi dać z siebie więcej rytmu i jego żywiołem jest scena. Kto widział, ten wie…

Warto również odnotować, że w jednym utworze gościem jest również Randy Brecker, choć jego wkład w powstanie albumu, choć całkiem ciekawy, z pewnością nie jest tak znaczący, jak głos i gitara Raya Parkera Juniora.

Specjalny gość zespołu, Ray Parker Jr. od lat skupia się na pracy producenta i roli osobistości uświetniającej gale i uroczystości wręczania przeróżnych amerykańskich nagród. Przepracowywać się specjalnie nie musi, przynajmniej od czasu, kiedy napisał melodię do filmu „Ghostbusters”, z czego całkiem przypadkiem wyszedł wielki przebój i co z całą pewnością zapewniło autorowi spokojne i dostatnie życie. Swój ostatni jak dotąd chyba album, całkiem zresztą udany „I’m Free” wydał w 2006 roku. Gdyby był młodą piosenkarką pop, każda z jedenastu kompozycji z tego albumu mogłaby stać się światowym wakacyjnym przebojem.

Lider zespołu – od zawsze w zasadzie postać numer jeden szwedzkiego życia muzycznego, należy do najbardziej aktywnych europejskich muzyków. Jego twórczość można podzielić na kilka, całkiem niezależnych i niezwykle różnorodnych stylistycznie bloków.

Funk Unit – to europejski funk w najlepszym wydaniu, sięgający do amerykańskich korzeni, jednak nie uciekający od skandynawskiego rodowodu. Dyskografia zespołu obejmuje, jeśli coś mi nie umknęło, 11 albumów.

Nils Landgren nagrywa również albumy pod własnym nazwiskiem, często niezwykle zaskakujące i z pewnością zupełnie inne niż te spod znaku Funk Unit. Polską ciekawostką w dyskografii puzonisty jest album nagrany dla wytwórni ACT z Tomaszem Stańko – „Gotland”.

Z niemal zegarmistrzowską precyzją co 2 lata powstaje kolejny album z cyklu „Christmas with My Friends”, niestety to lata parzyste, więc kolejny – szósty w tym cyklu powstanie dopiero w 20118 roku.

„Unbreakable” jest równie dobry, co poprzednie albumy Funk Unit. Jeśli macie poprzednie, z pewnością kupicie i ten najnowszy. Jeśli dopiero zaczynacie przygodę ze szwedzkim funkiem – sporo wydatków przed Wami…

Nils Landgren Funk Unit with Ray Parker Jr.
Unbreakable
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9039-2

01 października 2017

The Charles Lloyd Quartet - Journey Within

Charles Lloyd w 1967 roku był człowiekiem sukcesu, jednym z tych nielicznych jazzowych artystów, którzy potrafili zmienić swoją muzykę tak, aby spodobała się rockowej publiczności Zachodniego Wybrzeża, jednocześnie nie wyrzekając się swoich hard-bopowych korzeni. Udane połączenie rockowej energii i jazzowej estetyki pozwoliło zespołowi w doborowym składzie koncertować tam, gdzie grały zespoły rockowe po obu stronach Atlantyku. W owym czasie Fillmore Auditorium w San Francisco (miejsce często nazywane również zwyczajnie The Fillmore) prowadzone przez Billa Grahama było ważnym miejscem na rockowej mapie świata. Tu koncertowali wszyscy, The Doors, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Carlos Santana, a także zespoły brytyjskie, które chciały zdobyć Amerykę – The Who, Led Zeppelin, Cream i inni. Grał tam też w 1967 roku Charles Lloyd ze swoim zespołem.

Tak przy okazji – dziś globalny organizator koncertów – firma Live Nation uczyniła z nazwy Fillmore markę znaną w całym USA, tworząc i utrzymując przy życiu te istniejące od pół wieku sale widowiskowe noszące nazwę pochodzącą od ulicy Fillmore w San Francisco. Powszechnie w przeróżnych materiałach biograficznych, książkach, reedycjach płyt wielu historyków nazywa każdą salę prowadzoną przez Billa Grahama w San Francisco nazwą Fillmore West, dla odróżnienia od nowojorskiego Fillmore East. Ten błąd występuje w wielu miejscach. Fillmore West to bowiem zupełnie inne miejsce niż Fillmore Auditorium. Sala w której „Journey Within” nagrał Charles Lloyd działa niemal nieprzerwanie od 1954 roku do dzisiaj. Fillmore West – całkiem inne miejsce w San Francisco, działalo tylko przez 3 lata od 1968 roku. Album Charlesa Lloyda z pewnością powstał więc w Fillmore Auditorium.

To jednak tylko ciekawostka historyczno – dokumentalna. Ważniejsza jest muzyka – pełna hippisowskiej energii, przeróżnych egzotycznych inspiracji i radosnego poszukiwania pozytywnej energii. Muzyka wyzwolona od jazzowej formy, klasycznego bluesowego układu kompozycji, w dużej części improwizowana.

Angaż w zespole Charlesa Lloyda był również pierwszym utrwalonym obszernie na płytach epizodem w bogatej muzycznej karierze Keitha Jarretta, wciąż wtedy poszukującego swojej muzycznej tożsamości (jeśli nie liczyć mało znaczącego nagrania „Buttercorn Lady” zespołu Jazz Messengers). W okresie kilkunastu miesięcy współpracy z Charlesa Lloyda z Keithem Jarrettem powstało co najmniej 9 albumów w tym te najczęściej dziś wznawiane i najbardziej udane – „Journey Within”, „Forest Flower” i „Charles Lloyd In Europe”. Debiutancki album autorski Keitha Jarretta – „Live Between The Exit Signs” został nagrany 3 miesiące po rejestracji „Journey Within”. To co Keith Jarrett zagrał u Charlesa Lloyda doprowadziło go do debiutu w gwiazdorskim składzie z Paulem Motianem i Charlie Hadenem, a wkrótce potem do współpracy z Milesem Davisem.

Kolekcjonerską ciekawostką jest jedna z nielicznych obszernych rejestracji koncertowych Keitha Jarretta grającego całkiem składnie na saksofonie sopranowym, dla którego porzuca fortepian w finale koncertu, choć z perspektywy czasu nikt nie ma wątpliwości, że lepiej się stało, że porzucił ten instrument bezpowrotnie.

Wciągająca, transowa, otaczająca słuchacza ze wszystkich stron muzyka podobała się publiczności w 1967 roku, potrafi wciągnąć w egzotyczny świat również teraz. Dziś to nie jest już odejście od jazzowego idiomu, tanie poszukiwanie popularności i puszczanie oka do rockowej publiczności. Z perspektywy lat muzyka, którą grał zespół Charlesa Lloyda w końcówce lat sześćdziesiątych stała się jazzowym mainstreamem.

W 1967 roku w Fillmore Auditorium zespół Charlesa Lloyda pełnił rolę dodatkowej atrakcji, otwierającej występy uwielbianego w Kalifornii Butterfield Blues Band. Był jednym z pierwszych jazzowych składów, które tam zagrały. Dziś trudno wyobrazić sobie promotora, który zdecydowałby się na takie połączenie. Otwartość słuchaczy w Kalifornii była zadziwiająca. Wtedy liczyła się muzyka, a nie nazwisko i sceniczne efekty. A ta jeśli prawdziwa, nie zna stylistycznych podziałów i podoba się wszystkim, którzy pozwolą się unieść energii płynącej ze sceny.

Gdybyście nabrali ochoty na obejrzenie Keitha Jarreta grającego na sopranie – z łatwością odnajdziecie obszerne fragmenty programu Ralpha Gleasona „Jazz Casual” z występem zespołu Lloyda w składzie identycznym jak ten, który zagrał „Journey Within” – polecam.

The Charles Lloyd Quartet
Journey Within
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Rhino / Warner Bros.
Numer: WPCR-27107

21 września 2017

Milt Jackson Quintet - Live At The Village Gate

Milt Jackson jest dla wielu przede wszystkim, a nawet czasem wyłącznie muzykiem Modern Jazz Quartet. Istotnie, jeden z najbardziej znanych jazzowych wibrafonistów był członkiem tego zespołu od połowy lat czterdziestych – kiedy muzycy tworzący zespół, grający w orkiestrze Duke Ellingtona postanowili zagrać coś niezależnie od swojego mistrza. Grupa zakończyła działalność w 1994 roku, kiedy zmarł Connie Kay, który dołączył do zespołu w 1954 roku. Sam Milt Jackson zrobił sobie jedynie krótką przerwę w połowie lat siedemdziesiątych. Dziś już 3 letnia współpraca grupy muzyków uważana jest za wyjątkowo długą i owocną, a niektórzy upatrują w zmianach personalnych świadectwa rozwoju i ciągłych poszukiwań nowych brzmień i czegoś tam jeszcze. Muzycy The Modern Jazz Quartet potrafili być innowacyjni i cieszyć się swoim towarzystwem przez ponad pół wieku.

Przez pierwsze dwadzieścia mniej więcej lat zespół uważany był za nowatorski, a jego członkowie – w szczególności John Lewis i Milt Jackson uznawani byli za tych, którzy skutecznie poszukują i poszerzają jazzowe horyzonty korzystając obszernie z dorobku muzyki europejskiej. Później byli już dinozaurami, choć skutecznie przyciągali publiczność na całym świecie i nagrywali wyśmienite albumy.

Kiedy byli na fali, nagrywali dużo, a koncertowali jeszcze więcej. Dyskografia zespołu obejmuje około 50 płyt, co daje średnio jeden album rocznie, choć w latach sześćdziesiątych normą były dwa albumy rocznie. Album „Live At The Village Gate” został zarejestrowany w grudniu 1963 roku. To był dla Milta Jacksona pracowity okres – The Modern Jazz Quartet wydał w tym samym roku dwa albumy – „In A Crowd” i „1963: Monterey Jazz Festival”.

Mimo dużego powodzenia zespołu, Milt Jackson, podobnie jak pozostali jego członkowie, zawsze znajdował czas zarówno na swoje własne nagrania, jak i od czasu do czasu na udział w innych sesjach.

„Live At The Village Gate” to jeden z kilku koncertowych albumów nagranych w bardzo znanym od otwarcia w 1958 roku nowojorskim klubie. Grali tam wszyscy, a wielu te występy zarejestrowało. Najbardziej znane koncertowe rejestracje z nieczynnego już dziś Village Gate to te firmowane przez Ninę Simone, Herbie Manna, Toshiko Akiyoshi i Charlie Byrda. Herbie Mann dwukrotnie nagrywał tam płyty koncertowe, a pojedyncze rejestracje znajdziecie też w dyskografii Sonny Rollinsa i Cecila Taylora. Nie zachowały się chyba żadne rejestracje z występów Johna Coltrane’a i Dextera Gordona, a jeden z koncertów Milesa Davisa podobno znajduje się w wyśmienitym stanie technicznym w prywatnych rękach i kiedyś zostanie wydany.

Z taką renomą klub zapewniał doskonałą publiczność, co zawsze pomaga muzykom. Tak było i tym razem – Milt Jackson w towarzystwie grającego na tenorze Jimmy Heatha i doskonałej sekcji w osobach Hank Jonesa, Boba Cranshawa i Albert Tootie Heath zapewnili publiczności doskonałą mieszankę ballad z hard-bopowym zacięciem. W takich przypadkach okazjonalnej współpracy raczej trudno o napisany specjalnie na taką okazję repertuar. Muzycy zagrali standardy i niedawno napisane w innych okolicznościach kompozycje własne – „Gemini” Jimmy Heatha nagrane na jego rodzinnym albumie „Triple Thread” kilka miesięcy wcześniej, „Bags Of Blues” napisany przez Milta Jacksona wspólnie z Ray’em Charlesem i nagrany na doskonałej płycie „Soul Brothers”, ograny wielokrotnie wcześniej „Ignunt Oil” i napisany chyba specjalnie w tym czasie „Gerri’s Blues”.

Współczesne wznowienia Original Jazz Classics zawierają dwa dodatki – „Willow Weep For Me” i „All Members”. W tym wypadku chyba warto poszukać krążka z dodatkowymi bonusami, bowiem szczególnie pierwsza z tych ścieżek – kompozycja Ann Ronnell to piękna melodia, do której ja osobiście ma słabość.

„Live At The Village Gate” to doskonały dokument swoich czasów – koncertowa rejestracja jakich wiele powstawało w tamtych latach i jakich niewiele powstaje dziś. Zwyczajna płyta z wyśmienitą muzyką, niczego nie odkrywająca, nie eksperymentująca, nie ogłaszająca światu nowych pomysłów. To kartka z kalendarza wybitnych muzyków z dnia, kiedy grali koncert, który postanowili zarejestrować.

Milt Jackson Quintet
Live At The Village Gate
Format: CD
Wytwórnia: Riverside / OJC
Numer: 025218030922

19 września 2017

Krzysztof Herdzin - Look Inward: Solo Piano

Drogi Krzysztofie,

Dziękuję za to, że powstał Twój najnowszy album. W natłoku przeróżnych jazzowych nowości opakowanych w krzykliwe okładki, to właśnie „Look Inward” przywrócił mi wiarę w prawdziwą muzykę, a także w istnienie artystów, którzy robią rzecz najtrudniejszą z możliwych – dzielą się ze słuchaczami swoim światem.

Trudno odnaleźć mi w pamięci ostatnie wydarzenie tego rodzaju, moment, w którym od pierwszych dźwięków byłem pewien, że ktokolwiek gości w moim domu razem ze swoim muzycznym światem, wszystkimi emocjami, radościami i odrobiną melancholii. Wiem, że jesteś człowiekiem spełnionym, szczęśliwym, akceptującym siebie. Bez tego nie nagrałbyś takiej muzyki.

Oczywiście potrzebny jest jeszcze warsztat, wyobraźnia, muzykalność, dobry fortepian, studio i parę innych, często trudnych do zorganizowania i sfinansowania spraw, ale to wszystko jest zupełnie niepotrzebne, jeśli nie ma się nic ciekawego do powiedzenia.

Pomimo ułomności studyjnej rejestracji, która zawsze jest zapisem chwili, która już dawno minęła w momencie, kiedy album trafia do odbiorców, wiem, że oto wraz z Twoim najnowszym nagraniem otrzymujemy odrobinę prawdy, a to dziś niezwykle rzadkie. Wiem też, że niewielu pozna się na takiej wybitnie bezpośredniej formie przekazu. Być może usłyszysz głosy, że to zbyt proste i nieco nonszalanckie wierzyć, że możesz oto usiąść do fortepianu i zagrać coś zupełnie z głowy, a raczej z serca, choć to kwestia bardziej światopoglądowa i uwieść słuchaczy.

Pewnie ktoś napisze, że Krzysztof Herdzin jest wybitnym aranżerem i producentem i szkoda, że tych talentów nie wykorzystał na swoim najnowszym albumie, albo że mógł ktoś zaśpiewać i powstałby kolejny przebój. Ja wiem, że jesteś kimś więcej, Artystą, człowiekiem, który nie boi się pokazać całemu światu swojego własnego wnętrza.

Ten przekaz dotrze do tych, jak słusznie zauważyłeś w skromnym tekście opisującym zawartość albumu, którzy nadają na tej samej fali. To ja. Mam też nadzieję, że takich słuchaczy jest więcej, im więcej tym świat lepszy, spokojniejszy i szczęśliwszy.

Chciałbym więcej takiej muzyki, ale nie czuj się proszę zmuszany moim pragnieniem ani jakimś kontraktem promocyjnym. Opowiadaj nam o swoim życiu wtedy, kiedy poczujesz taką potrzebę, a ja z pewnością zawsze chętnie tej opowieści wysłucham.

„Look Inward” brzmi tak, jak jego niezwykle trafny tytuł, jest bezpośredni, zwyczajnie piękny. To najlepsza płyta jaką nagrałeś, wiem jednak że kolejna będzie jeszcze ciekawsza, tak jak każda z tych produkcji, przy okazji których porzucasz całkowicie myślenie o sprzedaży, grupie docelowej, pozycji na rynku, kontraktach i możliwościach grania promocyjnych koncertów.

„Look Inward” to zapis chwili. Już nigdy nie zagrasz tak samo, nigdy nie powtórzy się tamten dzień, kiedy powstał album. Ośmielam się jednak prosić, żebyś w natłoku przeróżnych muzycznych zajęć, produkcji, aranżacji i komponowania, znalazł jeszcze czasem czas i opowiedział tym co nadają na podobnych falach, co u ciebie słychać…

Krzysztof Herdzin
Look Inward: Solo Piano
Format: CD
Wytwórnia: Krzysztof Herdzin / Fusion Music / Universal

Numer: 602557947120

16 września 2017

Michel Petrucciani – Live

Większość płyt Michela Petruccianiego zasługuje na wyróżnienie i udział w Kanonie Jazzu, który właśnie skończył 6 lat i obejmuje już ponad 240 albumów. Całkiem niezła kolekcja, którą wypada uzupełnić o kilka płyt zupełnie niezwykłego muzyka, jakim był Michel Petrucciani. Jego albumy solowe, te nagrane w towarzystwie światowych sław w osobach na przykład Wayne’a Shortera („Power Of Three” z Jimem Hallem), Joe Lovano („From The Soul”), czy Stephane’a Grappeli’ego („Flamingo”), czy te w których występował w większych składach (jak choćby „Dreyfus Night In Paris” z większym zespołem w skład którego weszli między innymi Marcus Miller i Kenny Garrett) bez wyjątku zachwycają.

Dlaczego więc częściej niż do innych wracam do „Live”? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Przynajmniej na poziomie możliwym do przelania na papier. Być może decyduje niezwykła umiejętność wykorzystania palety brzmień elektronicznych w wykonaniu Adama Holtzmana w sposób w zasadzie bezinwazyjny, ani przez chwilę nie dominujący nad fortepianem lidera? Ten skład jest oprócz albumu „Dreyfus Night In Paris” jednym z najbardziej zaskakujących w bogatej dyskografii Michela Petrucciani, artysty zupełnie niezwykłego, dotkniętego ciężką chorobą, która w zasadzie wykluczała możliwość gry na fortepianie. Nagrywał szybko i dużo, jakby czując, że nie będzie mu dane cieszyć się kilkudziesięcioletnią karierą koncertującego na całym świecie muzyka.

Jego pierwszy album autorski został zarejestrowany w 1980 roku („Flash”), a ostatni, nagrany tuż przed śmiercią artysty, w 1998. To tylko 18 lat, a albumów nazbierało się grubo ponad 30. Nie jest też przypadkiem, że sporo z nich to albumy koncertowe.

Wielu uważa, że Michel Petrucciani wybierał muzyków i brzmienia tak, żeby ludzie nie widzieli w nim kopii Billa Evansa. W sumie, być dobrą kopią Billa Evansa, to dla pianisty wcale nie taka zła rola, jednak Michel chciał być sobą, improwizować, ale też nadać swojej muzyce w tym przypadku odrobiny orkiestrowej przestrzeni.

Jak większość nagrań Michela Petruccianiego, szczególnie tych zarejestrowanych na koncertach, album „Live” zawiera autorski repertuar w skład którego wchodzą kompozycje, które raczej nie mają zadatków na jazzowe standardy, ale wymyślone są tak, żeby wykorzystać potencjał obecnych na scenie muzyków i dać liderowi okazję do improwizacji, w której czuł się zawsze najlepiej.

Adam Holtzman, muzyk kojarzony z „Tutu” Milesa Davisa, nagrał z Michelem Petruccianim jeszcze dwa inne albumy – „Music” i „Playground”, ale to właśnie „Live” z 1991 roku jest najlepszym dokumentem ich współpracy.

Michel Petrucciani
Live
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI

Numer: 077778058922

15 września 2017

Charles Lloyd & The Marvels - I Long To See You

Album Charlesa Lloyda długo czekał w mojej poczekalni na okazję wypełnienia roli płyty tygodnia. Od czasu premiery minęło już ponad półtora roku. Płyta dotarła do mnie z kilkumiesięcznym opóźnieniem i mimo swojego niekwestionowanego piękna przegrywała systematycznie cotygodniową rywalizację z innymi nowościami. Uznawałem ten album za zbyt oczywisty. Co to bowiem za sztuka zebrać wybitnych instrumentalistów i zagrać amerykańskie klasyki dorzucając garść własnych kompozycji w podobnym klimacie mieszanki pop, amerykańskiej piosenki i szlachetnego jazzu? W dodatku uzupełnionego o dwa skromne, choć przemyślane wykonania wokalne dostarczone przez Willie Nelsona (to dla starszych amerykańskich klientów) i Norah Jones (dla tych młodszych, a w zasadzie dla średniaków…). Przecież każdy muzyk z dorobkiem kilkudziesięciu lat kariery i wielu fenomenalnych albumów coś takiego potrafi. W dodatku uznałem, że Charles Lloyd ściągnął pomysł na ten album od Johna Scofielda („Piety Street”). Kilka miesięcy później ukazał się dla mnie rewelacyjny „Country For Old Men” i już nie wiedziałem, kto od kogo ściąga pomysł na płytę…

To jednak nie ma żadnego znaczenia. Być może pomysł nie jest jakiś rewolucyjny, za to wykonanie fantastyczne. Mimo obecności wspomnianych gości specjalnych, to przede wszystkim wyśmienity lider i doskonały zespół nazwany całkiem trafnie The Marvels są tu gwiazdami. A Charles Lloyd im starszy tym lepszy, niezależnie od tego, czy gra rzeczy trudniejsze – jak choćby „Athens Concert” z Marią Farantouri – to była nasza radiowa Płyta Tygodnia całkiem niedawno – czyli w 2011 roku, czy zabiera się za tradycyjne „Shenandoah” i „Masters Of War” Boba Dylana – jak w przypadku albumu „I Long To See You”.

Skoro Bob Dylan może nagrywać fantastyczne, choć z pewnością niekoniecznie oczekiwane przez większość fanów „Triplicate” (to premiera sprzed dosłownie kilku dni), po dla wielu kontrowersyjnym, choć moim zdaniem fantastycznym „Fallen Angels” (to też była nasza radiowa Płyta Tygodnia) i równie dobrym „Shadows In The Night”, to dlaczego Charles Lloyd nie może zaskoczyć nas albumem „I Long To See You”? Muzyka jest tylko dobra, albo niedobra, a wśród tej dobrej ta, która nam się podoba i pozostała, jak mawiało wielu klasyków.

Moim ulubionym albumem w dyskografii autorskiej Charlesa Lloyda na zawsze pozostanie „Of Course, Of Course” z 1965 roku nagrany w składzie niemal genialnym – z Tony Williamsem, Gaborem Szabo i Ronem Carterem. Współczesne wydania tego albumu pokazują, że już wtedy Charles Lloyd myślał o muzyce nie zamykając się w bopowym światku – jeden z bonusów zawiera próbne nagranie z Robbie Robertsonem. Ten album trzeba koniecznie umieścić w Kanonie Jazzu. Postaram się niedługo nadrobić tą istotną zaległość.

„I Long To See You” to mieszanka wspomnianych amerykańskich klasyków, buddyjskiej medytacji w najdłuższym, kończącym album „Barche Lamsel” i powrotu do mojego ulubionego wspomnianego już albumu „Of Course, Of Course” w postaci tytułowej kompozycji. Zespół odpowiedzialny za tą produkcję to muzycy grający z Charlesem Lloydem od lat - Reuben Rogers i Eric Harland, a także specjalnie na tą okoliczność towarzyszący liderowi gitarzyści – Greg Leisz i Bill Frisell.

Dla mnie genialne – fantastyczne „Masters Of War” i „Shenandoah”, nowoczesne, choć bliskie oryginałowi „Of Course, Of Course” a także zupełnie fenomenalna, choć na płycie krótko naszkicowana melodia „Abide With Me”

Charles Lloyd & The Marvels
I Long To See You
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Universal

Numer: 602547652577

04 września 2017

Adam Bałdych & Helge Lien Trio feat. Tore Brunborg – Brothers

Wobec płyt Adama jestem bezsilny, o tym już pisałem nie raz. Kolejny album nagrany wspólnie z zespołem Helge Liena potwierdza fakt już niezaprzeczalny – oto mamy premierowy album najciekawszego jazzowego skrzypka na świecie, muzyka kompletnego, wybitnego kompozytora i doskonałego lidera zespołu, w dodatku odnajdującego się również w roli sidemana – jak choćby we współpracy z Iiro Rantalą.

„Brothers” jest albumem lirycznym, wspomnieniowym, takim o którym można powiedzieć, że najlepiej byłoby, gdyby nigdy nie powstał. Album, wraz z promocyjnym wspomnieniowym teledyskiem dedykowany jest pamięci zmarłego niedawno Grzegorza Bałdycha. Gdyby jednak nie powstał ten album, z pewnością powstałby kolejny album muzyków, których współpraca układa się doskonale.

„Brothers” to kolejny album, na którym mniej znaczy lepiej. Nie usłyszycie tu arcytrudnych skrzypcowych pasaży, solówek wzbudzających zachwyt na koncertach. Jednak brzmienia tej płyty trudno będzie się Wam pozbyć, będziecie do niego wracać wiele razy. To magia wielkiej sztuki, trudna do opisania.

Dodanie kolejnego instrumentu – saksofonu Tore Brunborga subtelnie poszerzyło możliwości brzmieniowe zespołu. Autorski repertuar stworzony z myślą o takim składzie, pozostawia wiele przestrzeni członkom zespołu, choć skrzypce lidera są dominujące. Album uzupełnia nieśmiertelna ballada „Hallelujah” Leonarda Cohena. Słyszałem kilka wykonań koncertowych Adama i najczęściej brzmiały one ciekawiej, zawierając więcej pasji i odrobinę muzycznej agresji. To nie jest jednak wada rejestracji studyjnej, ale zachęta do wybrania się na koncert zespołu.

Można pisać wiele o ciekawych kompozycjach, innowacyjnych harmoniach, perfekcji wykonawczej, muzycznej przestrzeni, czy doskonałym porozumieniu muzyków, którzy mają za sobą wiele wspólnie zagranych koncertów. To jednak wszystko okazuje się mało ważne, choć potrzebne, na równi z talentem wszystkich członków zespołu pomagając przygotować tak niezwykły album. „Brothers” to prawdziwe emocje, a te zawsze wypadają najlepiej. Darem wielkich twórców jest posiadanie warsztatu pozwalającego je utrwalić. Tak właśnie jest w przypadku Adama Bałdycha, Helge Liena, Frode Berga, Pera Oddvara Johansena i Tore Brunborga.

Na ten album fani Adama musieli poczekać dość długo, mam nadzieję, że kolejne pomysły pojawiają się już i zostaną zrealizowane w nieco krótszym czasie…

Adam Bałdych & Helge Lien Trio feat. Tore Brunborg
Brothers
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music

Numer: ACT 9817-2

05 lipca 2017

Imelda May - Life. Love. Flesh. Blood

Nasza niedawna historia nadała nowego znaczenia pojęciu Artysta Drugiego Obiegu. Pozostawiając na boku polityczne zawiłości historii Europy Środkowej, dla mnie drugi obieg to ukryte muzyczne skarby, artyści nie szukający za wszelką cenę popularności. Zwykle oznacza to silną osobowość, wyrazistość, olbrzymią muzykalność, a także niebanalny, własny styl, często łączący zapomniane już, a nawet uznawane za niemodne, lub wręcz zbyt proste na współczesne czasy style sprzed lat. Bycie takim artystą drugiego obiegu oznacza sporą popularność wśród innych muzyków a także posiadanie grupy oddanych fanów, którzy traktują swoje odkrycia jak cenne skarby, chcąc ukryć je przed innymi, jakby w obawie przed utratą przez ich ulubionego artystę status kultowego i nieznanego.

Imelda May doskonale pasuje do takiego opisu artystki, która robi swoje nie oglądając się na to, co akurat modne, albo co może się dobrze sprzedać. Występowała już i nagrywała z całkiem pokaźną grupą muzyków z pierwszych stron gazet i promocyjnych półek w sklepach z płytami, jednak w żaden sposób nie starała się ogrzać w cieple ich popularności. W większości tego rodzaju współpracy, to raczej ci wielcy korzystali z jej obecności.

Do mnie wiedza o jej istnieniu dotarła kilka lat temu przy okazji wyśmienitej współpracy z Jeffem Beckiem, który jest gościem, choć pozostającym w cieniu samej Imeldy May, również w jednym z utworów na najnowszej płycie artystki „Life. Love. Flesh. Blood”. W 2010 roku Imelda wystąpiła gościnnie na płycie Jeffa Becka „Emmotion & Commotion”, a później sprawdziła się znakomicie w roli nowoczesnej Mary Ford na koncercie z Iridium wydanym jako „Rock 'n' Roll Party (Honoring Les Paul)”. Zainteresowanie rockabilly, rock and rollem, twórczością Fatsa Domino, Buddy Holy’ego i Roya Orbisona to jeden z ważniejszych aspektów działalności Imeldy May.

Wokalistka występuje często w irlandzkiej telewizji, prowadząc swój własny słowno-muzyczny program, w którym pojawiają się niezwykli goście i okazja do zaśpiewania niepowtarzalnych duetów (wyszukajcie sobie w internecie wspólny występ z Sinead O’Connor), a tematy poruszane w rozmowach są nie tylko muzyczne. Innego gościa specjalnego pojawiajacego się na płycie „Life. Love. Flesh. Blood” – doskonałego brytyjskiego pianistę i lidera orkiestry Joolsa Hollanda Imelda poznała przy okazji nagrania występu dla jego własnego muzycznego telewizyjnego programu „Later … With Jools Holland”.

Najnowszy album Imeldy May to pierwsze od lat jej własne nagranie, które powstało bez udziału byłego już męża – gitarzysty rockabilly Darrella Highama. Obsada zespołu z pewnością jest o co najmniej klasę ciekawsza, bowiem na zarejestrowanej chyba po raz pierwszy w całości w USA płycie gitary obsługują Marc Ribot i T-Bone Burnett.

Album wypełniony jest doskonale napisanymi przez samą Imeldę May piosenkami, w których powstaniu pomagał Bono. Całość wyprodukował T-Bone Burnett, a odejście od rockabilly wyszło artystce na dobre. Jeśli tak ma brzmieć dobrze zagrany album, na którym muzyka nie jest równie ważna, co tekst i osobowość wokalistki, to chyba uznam, że jestem fanem popowego grania.

„Life. Love. Flesh. Blood” jest mieszanką stylów, jazzowych improwizacji, bluesowej gitary, swingującego hammonda i fortepianu w duecie z Joolsem Hollandem, wyśmienitych ballad i doskonałej realizacji. Jazz był kiedyś muzyką rozrywkową, gdyby pozostał nią do dziś, pewnie Imelda May byłaby nową Billie Holiday, do której bywa czasem zresztą porównywana.

Dla mnie „Life. Love. Flesh. Blood” jest albumem na miarę „Astral Weeks”, pochodzącego również z Irlandii Van Morrisona. To najlepszy album Imeldy May, jaki dotąd nagrała. Dziś jest doskonałą propozycją na wakacyjne wieczory, za kilka lat stanie się klasyką gatunku i pozostanie na zawsze aktualny, choć teksty z pewnością są zapisem bardzo osobistych przeżyć rozwodowych artystki. Prawdopodobnie „Life. Love. Flesh. Blood” będzie dla Imeldy May przepustką do komercyjnego muzycznego świata wielkich wytwórni i olbrzymiej popularności, mam jednak cichą nadzieję, że nawet jeśli zrobi karierę, pozostanie niepokorną, niezależną i ceniącą przede wszystkim muzykę wokalistką.

Imelda May
Life. Love. Flesh. Blood
Format: CD
Wytwórnia: Decca / Universal
Numer: 602557149012

02 lipca 2017

Pat Martino – All Sides Now

Album „All Sides Now” właśnie skończył 20 lat. Historia jego powstania jest dziwna i z pewnością warta opowiedzenia, niezależnie od tego, że sam krążek zawiera doskonałą muzykę, podobnie jak większość albumów nagranych przez Pata Martino.

„All Sides Now” nie jest pierwszą płytą nagraną przez Pata Martino po powrocie do życia, komponowania i grania na gitarze to tym, kiedy po ciężkiej operacji mózgu musiał po raz drugi uczyć się grać na gitarze w zasadzie od zupełnego zera. To całkiem osobna historia, stanowiąca w dodatku dowód na istnienie genetycznych predyspozycji muzycznych, a także niezwykłej determinacji jednego z najbardziej niezwykłych gitarzystów wszechczasów, a z całą pewnością jedynego znanego, który uczył się grać na gitarze słuchając często swoich własnych nagrań…

Pat Martino przeszedł ciężką operację mózgu w 1980 roku i kilka lat zajęło mu mozolne odbudowywanie umiejętności. Przed chorobą, jeszcze w latach siedemdziesiątych nagrywał albumy dla wytwórni Muse. Przerwany problemami zdrowotnymi kontrakt obejmował zobowiązanie do nagrania kolejnych dwóch płyt, zrealizowane częściowo w 1987 roku w postaci pierwszego po niemal 10 latach albumu koncertowego „The Return”. Na kolejne nagrania musieliśmy czekać do 1994 roku, a przerwa była częściowo związana z chorobą i śmiercią rodziców muzyka. W 1994 roku po raz kolejny powrócił doskonałym, choć wydanym w małym nakładzie i dziś dostępnym jedynie z drugiej ręki „The Maker” wydanym przez japoński label Paddlewheel i później firmowanym przez Evidence. Kolejne dwie płyty powstały dla Muse – „Interchange” i „Nightwings” potwiedziły powrót do wielkiej artystycznej formy.

Kontrakt artysty z Blue Note miał być ważnym krokiem pozwalającym dotrzeć do szerszego grona jazzowych słuchaczy. Jak jednak sam Pat Martino pisze w swojej autobiografii „Here And Now!”, napisanej wspólnie z Billem Milkowskim, pierwszą płytę dla zasłużonej wytwórni wyobrażał sobie całkiem inaczej. Do współpracy zaprosił Pata Martino ówczesny prezydent wytwórni, nie mającej wtedy dobrego okresu – Bruce Lundvall. Niestety po dawnej sławie i profilu artystycznym w 1995 roku pozostało niewiele, a Blue Note potrzebowało komercyjnych sukcesów, żeby utrzymać się na powierzchni. W tym czasie jej szefowie wymyślili serię „Cover Series” – albumów odtwarzających hitowe nagrania z lat siedemdziesiątych artystów w rodzaju Carole King, Marvina Gaye’a, Boba Marleya, czy Sly And The Family Stone. Na szczęście nikt nie zmusił do tego Pata Martino, choć niemal dokładnie wtedy, w 1997 roku powstał opisywany niedawno przeze mnie album grającego w jednym utworze z Patem Martino Charlie Huntera – „Natty Dread”.

Przygotowanie „All Sides Now” z udziałem wielu znakomitych muzyków wymagało od Pata Martino wielu podróży do różnych studiów nagraniowych i sporo pracy produkcyjnej. Udało się znakomicie, choć przez długie lata Pat Martino nie lubił wracać do tematu tego albumu. Przypuszczam, że poczuł się zmuszony do nagrania takiego właśnie albumu, a wolałby zagrać kolejne wyśmienite gitarowo-hammondowe trio. Jednak z Blue Note Pat Martino w późniejszym okresie nagrał jeszcze kilka płyt, dostając od wytwórni z pewnością większą swobodę w wyborze materiału i muzyków.

Szczególne znaczenie miało dla Pata Martino wspólne nagranie z Les Paulem, którego pierwszy raz spotkał za kulisami jego koncertu, kiedy miał 12 lat. Zagrał wtedy dla Les Paula na jego gitarze, a ten będąc pod wrażeniem gry 12 latka, zapamiętał spotkanie i opisał wiele lat później w 1970 roku we wstępniaku do albumu Pata Martino „Desperado”. Les Paul w latach dziewięćdziesiątych był rezydentem w nowojorskim klubie Iridium. W sieci znajdziecie bez problemu wspólne jego nagrania z Patem Martino z tej sceny. „I’m Confessin' (That I Love You)” – ich wspólny duet jest jednym z najwspanialszych nagrań na „All Sides Now”. Gdyby o tytule albumu miała decydować jego zawartość artystyczna, a nie komercyjny potencjał – z pewnością to byłby jego tytuł. Jednak całkiem zgrabny duet z Cassandrą Wilson – jedyna piosenka na płycie – kompozycja Joni Mitchell „Both Sides Now” stała się dawcą tytułu zwiększając szansę dotarcia do szerszego odbiorcy, podobnie jak udział Joe Satrianiego i popularnego w Stanach mistrza udających jazzowe, popowych coverów Tucka Andressa (darujcie sobie nagrania duetu Tuck & Patti).

Co oczywiste – gitarzyści jazzowi - Charlie Hunter, Kevin Eubanks i Mike Stern dali radę i razem z mistrzem stworzyli wyśmienity, choć z oczywistych względów niezbyt jednolity stylistycznie album, którego wielką gwiazdą jest jedyny w swoim rodzaju Pat Martino. Michael Hedges, jeden z tych, którzy pomogli w powrocie do muzycznej formy Patowi Martino, niestety nie dożył premiery albumu – zginął w wypadku samochodowym, a wspólne nagranie „Two Days Old” z Patem Martino było jednym z jego ostatnich wizyt w studiu nagraniowym.

Jeśli zestawić „All Sides Now” z nagranym wkrótce – już według koncepcji samego Pata Martino kolejnym albumie dla Blue Note – „Stone Blue”, będącego powrotem do grania w stylu jego zespołu z lat siedendziesiątych Joylous Lake z Kenwoodem Dennardem i Delmarem Brownem i pochodzącym z tego samego okresu błyskotliwym i niezwykle kolorowym spotkaniu z Zakirem Hussainem w postaci płyty „Fire Dance” wytwórni Mythos, zrozumiecie, że „All Sides Now” jest być może najciekawszym albumem z tych niechcianych przez ich autorów. Ja znam jeszcze tylko jedną podobną historię – albumy nagrane dla Prestige przez Milesa Davisa.

Pat Martino
All Sides Now
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724383762729

20 czerwca 2017

Wayne Shorter - Juju

Wayne Shorter to jeden z najważniejszych jazzowych muzyków wszechczasów. Jest nim od końca lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku do dziś i pozostanie wśród największych na zawsze, niezależnie od tego, w jakim kierunku podąży rozwój jazzu w przyszłości. Dziś jest też jednym z największych żyjących i ciągle czasem pojawiających się na scenie muzyków, mimo faktu, że zbliża się już do dziewięćdziesiątych urodzin, a saksofon tenorowy, na którym gra najczęściej należy raczej do tych instrumentów, które wymagają solidnej siły oddechu. Nie jest też instrumentem najlżejszym. Jednak nawet wydając cząstki swojego przepastnego archiwum i od czasu do czasu pojawiając się na scenie choćby na chwilę, ciągle jest ważną współczesną postacią.

Wayne Shorter to filar drugiego wielkiego kwintetu Milesa Davisa, jeden z największych muzyków, którzy wyrośli z Jazz Messengers Arta Blakey’a, człowiek, bez którego Weather Report byłby zupełnie innym zespołem, ważny element wielu projektów Lee Morgana, Joni Mitchell, zespołów Herbie Hancocka (w tym VSOP), uczestnik niezliczonej ilości ważnych jazzowych nagrań od 1959 roku do dzisiaj. A przede wszystkim jeden z największych saksofonistów wszechczasów, jeden z tych muzyków, którzy niezależnie od aktualnej muzycznej mody – hard-bopu, jazz-rocka, fusion, neoklasycznego post-bopu, ambitnego rocka („Aja” zespołu Steely Dan), czy zwyczajnego rockowego grania w zespołach Carlosa Santany, czy z Rolling Stonesami („Bridges To Babylon”), potrafił być tylko i aż sobą.

Wayne Shorter najlepiej jednak wypada w swoich własnych, autorskich nagraniach, tam może skompletować sobie zespół wedle uznania i zagrać to co chce i jak chce, a kompozytorem jest jednym z największych, co udowodnił wymyślając „Footprints”, „Masqualero”, „Elegant People”, „Nefertiti” i wiele innych znanych tematów.

Album „Juju” powstał w jednym z magicznych jazzowych okresów, w roku 1964. Młody wtedy jeszcze 31 letni Wayne Shorter opuścił właśnie po 5 latach terminowania Jazz Messengers Arta Blakey’a i nagrył „Juju”, aby po miesiącu trafić do zespołu Milesa Davisa, który dziś nazywamy drugim Wielkim Kwintetem.

„Juju” to album zwyczajnie genialny, wypełnionymi nowoczesnymi jak na tamte czasy kompozycjami zapowiadającymi tematy, które już niedługo miał napisać dla Milesa Davisa. W 1964 roku nagrał też 3 albumy z Jazz Messengers, pojechał w trasę z Milesem (dziś dostępny jest album „Miles In Berlin”), nagrał dwa inne wybitne własne albumy – „Speak No Evil” i „Night Dreamer”, uczestniczył w nagraniach Lee Morgana, Gila Evansa i Grahama Moncura III. Sporo jak na 12 miesięcy…

W 1964 roku w wytwórni Blue Note łatwo było skompletować dobrą sekcję rytmiczną. Wayne Shorter poprowadził swoich muzyków genialnie. McCoy Tyner, Reggie Workman i Elvin Jones grają dokładnie tak jak trzeba. Pozostawiając wystarczająco duzo przestrzeni dla pomysłowych improwizacji lidera, wnosząc jednocześnie wiele od siebie. Najwięcej chyba McCoy Tyner – wizytówką jego stylu jest wspaniałe solo fortepianu w „Mahjong”. To właściwie cały McCoy. Nikt nie ma jednak wątpliwości, liderem jest Wayne Shorter. Tak samo genialny w 1964 roku, jak i dzisiaj. Dobrze, że są takie płyty.

W momencie premiery Wayne Shorter był przez część słuchaczy i muzyków uważany za naśladowcę Johna Coltrane’a, zbyt mocno zapatrzonego w wielkiego mistrza. Na pierwszych płytach dla Blue Note, w tym na „Juju” grała sekcja znana z nagrań z Johnem Coltrane’em, co dodatkowo pomnożyło listę komentarzy opisujących młodego Shortera jako naśladowcę Coltrane’a. Rozwój jego talentu, w szczególności kompozytorskiego, a także miejsce, jakie zajął w zespole Milesa Davisa, potwierdziło, że w żadnym wypadku nie jest naśladowcą Coltrane’a, choć w każdej jazzowej melodii zagranej na tenorze można odnaleźć odrobinę Trane’a.

Bez wątpienia, „Juju” to chronologicznie pierwszy z wielkich autorskich albumów Wayne Shortera. To absolutnie konieczna i ważna część jazzowej historii, produkcja ponadczasowa, nie poddająca się właściwie żadnej krytycznej ocenie, aktualna zawsze. Gdyby jeszcze realizacja dała trochę więcej przestrzeni fortepianowi McCoy Tynera. Od lat szukam wydanie, w którym cufrowi mistrzowie remasteringu będą potrafili dołożyć trochę dynamiki do wspaniałych fortepianowych fragmentów. Zastrzeżenia do realizacji Rudy Van Geldera to coś, co zdarza mi się niezbyt często, tym razem jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że fortepian stał w innym pokoju… Trochę szkoda, ale reszta i tak jest genialna.

Wayne Shorter
Juju
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 724349900523