05 lipca 2017

Imelda May - Life. Love. Flesh. Blood

Nasza niedawna historia nadała nowego znaczenia pojęciu Artysta Drugiego Obiegu. Pozostawiając na boku polityczne zawiłości historii Europy Środkowej, dla mnie drugi obieg to ukryte muzyczne skarby, artyści nie szukający za wszelką cenę popularności. Zwykle oznacza to silną osobowość, wyrazistość, olbrzymią muzykalność, a także niebanalny, własny styl, często łączący zapomniane już, a nawet uznawane za niemodne, lub wręcz zbyt proste na współczesne czasy style sprzed lat. Bycie takim artystą drugiego obiegu oznacza sporą popularność wśród innych muzyków a także posiadanie grupy oddanych fanów, którzy traktują swoje odkrycia jak cenne skarby, chcąc ukryć je przed innymi, jakby w obawie przed utratą przez ich ulubionego artystę status kultowego i nieznanego.

Imelda May doskonale pasuje do takiego opisu artystki, która robi swoje nie oglądając się na to, co akurat modne, albo co może się dobrze sprzedać. Występowała już i nagrywała z całkiem pokaźną grupą muzyków z pierwszych stron gazet i promocyjnych półek w sklepach z płytami, jednak w żaden sposób nie starała się ogrzać w cieple ich popularności. W większości tego rodzaju współpracy, to raczej ci wielcy korzystali z jej obecności.

Do mnie wiedza o jej istnieniu dotarła kilka lat temu przy okazji wyśmienitej współpracy z Jeffem Beckiem, który jest gościem, choć pozostającym w cieniu samej Imeldy May, również w jednym z utworów na najnowszej płycie artystki „Life. Love. Flesh. Blood”. W 2010 roku Imelda wystąpiła gościnnie na płycie Jeffa Becka „Emmotion & Commotion”, a później sprawdziła się znakomicie w roli nowoczesnej Mary Ford na koncercie z Iridium wydanym jako „Rock 'n' Roll Party (Honoring Les Paul)”. Zainteresowanie rockabilly, rock and rollem, twórczością Fatsa Domino, Buddy Holy’ego i Roya Orbisona to jeden z ważniejszych aspektów działalności Imeldy May.

Wokalistka występuje często w irlandzkiej telewizji, prowadząc swój własny słowno-muzyczny program, w którym pojawiają się niezwykli goście i okazja do zaśpiewania niepowtarzalnych duetów (wyszukajcie sobie w internecie wspólny występ z Sinead O’Connor), a tematy poruszane w rozmowach są nie tylko muzyczne. Innego gościa specjalnego pojawiajacego się na płycie „Life. Love. Flesh. Blood” – doskonałego brytyjskiego pianistę i lidera orkiestry Joolsa Hollanda Imelda poznała przy okazji nagrania występu dla jego własnego muzycznego telewizyjnego programu „Later … With Jools Holland”.

Najnowszy album Imeldy May to pierwsze od lat jej własne nagranie, które powstało bez udziału byłego już męża – gitarzysty rockabilly Darrella Highama. Obsada zespołu z pewnością jest o co najmniej klasę ciekawsza, bowiem na zarejestrowanej chyba po raz pierwszy w całości w USA płycie gitary obsługują Marc Ribot i T-Bone Burnett.

Album wypełniony jest doskonale napisanymi przez samą Imeldę May piosenkami, w których powstaniu pomagał Bono. Całość wyprodukował T-Bone Burnett, a odejście od rockabilly wyszło artystce na dobre. Jeśli tak ma brzmieć dobrze zagrany album, na którym muzyka nie jest równie ważna, co tekst i osobowość wokalistki, to chyba uznam, że jestem fanem popowego grania.

„Life. Love. Flesh. Blood” jest mieszanką stylów, jazzowych improwizacji, bluesowej gitary, swingującego hammonda i fortepianu w duecie z Joolsem Hollandem, wyśmienitych ballad i doskonałej realizacji. Jazz był kiedyś muzyką rozrywkową, gdyby pozostał nią do dziś, pewnie Imelda May byłaby nową Billie Holiday, do której bywa czasem zresztą porównywana.

Dla mnie „Life. Love. Flesh. Blood” jest albumem na miarę „Astral Weeks”, pochodzącego również z Irlandii Van Morrisona. To najlepszy album Imeldy May, jaki dotąd nagrała. Dziś jest doskonałą propozycją na wakacyjne wieczory, za kilka lat stanie się klasyką gatunku i pozostanie na zawsze aktualny, choć teksty z pewnością są zapisem bardzo osobistych przeżyć rozwodowych artystki. Prawdopodobnie „Life. Love. Flesh. Blood” będzie dla Imeldy May przepustką do komercyjnego muzycznego świata wielkich wytwórni i olbrzymiej popularności, mam jednak cichą nadzieję, że nawet jeśli zrobi karierę, pozostanie niepokorną, niezależną i ceniącą przede wszystkim muzykę wokalistką.

Imelda May
Life. Love. Flesh. Blood
Format: CD
Wytwórnia: Decca / Universal
Numer: 602557149012

02 lipca 2017

Pat Martino – All Sides Now

Album „All Sides Now” właśnie skończył 20 lat. Historia jego powstania jest dziwna i z pewnością warta opowiedzenia, niezależnie od tego, że sam krążek zawiera doskonałą muzykę, podobnie jak większość albumów nagranych przez Pata Martino.

„All Sides Now” nie jest pierwszą płytą nagraną przez Pata Martino po powrocie do życia, komponowania i grania na gitarze to tym, kiedy po ciężkiej operacji mózgu musiał po raz drugi uczyć się grać na gitarze w zasadzie od zupełnego zera. To całkiem osobna historia, stanowiąca w dodatku dowód na istnienie genetycznych predyspozycji muzycznych, a także niezwykłej determinacji jednego z najbardziej niezwykłych gitarzystów wszechczasów, a z całą pewnością jedynego znanego, który uczył się grać na gitarze słuchając często swoich własnych nagrań…

Pat Martino przeszedł ciężką operację mózgu w 1980 roku i kilka lat zajęło mu mozolne odbudowywanie umiejętności. Przed chorobą, jeszcze w latach siedemdziesiątych nagrywał albumy dla wytwórni Muse. Przerwany problemami zdrowotnymi kontrakt obejmował zobowiązanie do nagrania kolejnych dwóch płyt, zrealizowane częściowo w 1987 roku w postaci pierwszego po niemal 10 latach albumu koncertowego „The Return”. Na kolejne nagrania musieliśmy czekać do 1994 roku, a przerwa była częściowo związana z chorobą i śmiercią rodziców muzyka. W 1994 roku po raz kolejny powrócił doskonałym, choć wydanym w małym nakładzie i dziś dostępnym jedynie z drugiej ręki „The Maker” wydanym przez japoński label Paddlewheel i później firmowanym przez Evidence. Kolejne dwie płyty powstały dla Muse – „Interchange” i „Nightwings” potwiedziły powrót do wielkiej artystycznej formy.

Kontrakt artysty z Blue Note miał być ważnym krokiem pozwalającym dotrzeć do szerszego grona jazzowych słuchaczy. Jak jednak sam Pat Martino pisze w swojej autobiografii „Here And Now!”, napisanej wspólnie z Billem Milkowskim, pierwszą płytę dla zasłużonej wytwórni wyobrażał sobie całkiem inaczej. Do współpracy zaprosił Pata Martino ówczesny prezydent wytwórni, nie mającej wtedy dobrego okresu – Bruce Lundvall. Niestety po dawnej sławie i profilu artystycznym w 1995 roku pozostało niewiele, a Blue Note potrzebowało komercyjnych sukcesów, żeby utrzymać się na powierzchni. W tym czasie jej szefowie wymyślili serię „Cover Series” – albumów odtwarzających hitowe nagrania z lat siedemdziesiątych artystów w rodzaju Carole King, Marvina Gaye’a, Boba Marleya, czy Sly And The Family Stone. Na szczęście nikt nie zmusił do tego Pata Martino, choć niemal dokładnie wtedy, w 1997 roku powstał opisywany niedawno przeze mnie album grającego w jednym utworze z Patem Martino Charlie Huntera – „Natty Dread”.

Przygotowanie „All Sides Now” z udziałem wielu znakomitych muzyków wymagało od Pata Martino wielu podróży do różnych studiów nagraniowych i sporo pracy produkcyjnej. Udało się znakomicie, choć przez długie lata Pat Martino nie lubił wracać do tematu tego albumu. Przypuszczam, że poczuł się zmuszony do nagrania takiego właśnie albumu, a wolałby zagrać kolejne wyśmienite gitarowo-hammondowe trio. Jednak z Blue Note Pat Martino w późniejszym okresie nagrał jeszcze kilka płyt, dostając od wytwórni z pewnością większą swobodę w wyborze materiału i muzyków.

Szczególne znaczenie miało dla Pata Martino wspólne nagranie z Les Paulem, którego pierwszy raz spotkał za kulisami jego koncertu, kiedy miał 12 lat. Zagrał wtedy dla Les Paula na jego gitarze, a ten będąc pod wrażeniem gry 12 latka, zapamiętał spotkanie i opisał wiele lat później w 1970 roku we wstępniaku do albumu Pata Martino „Desperado”. Les Paul w latach dziewięćdziesiątych był rezydentem w nowojorskim klubie Iridium. W sieci znajdziecie bez problemu wspólne jego nagrania z Patem Martino z tej sceny. „I’m Confessin' (That I Love You)” – ich wspólny duet jest jednym z najwspanialszych nagrań na „All Sides Now”. Gdyby o tytule albumu miała decydować jego zawartość artystyczna, a nie komercyjny potencjał – z pewnością to byłby jego tytuł. Jednak całkiem zgrabny duet z Cassandrą Wilson – jedyna piosenka na płycie – kompozycja Joni Mitchell „Both Sides Now” stała się dawcą tytułu zwiększając szansę dotarcia do szerszego odbiorcy, podobnie jak udział Joe Satrianiego i popularnego w Stanach mistrza udających jazzowe, popowych coverów Tucka Andressa (darujcie sobie nagrania duetu Tuck & Patti).

Co oczywiste – gitarzyści jazzowi - Charlie Hunter, Kevin Eubanks i Mike Stern dali radę i razem z mistrzem stworzyli wyśmienity, choć z oczywistych względów niezbyt jednolity stylistycznie album, którego wielką gwiazdą jest jedyny w swoim rodzaju Pat Martino. Michael Hedges, jeden z tych, którzy pomogli w powrocie do muzycznej formy Patowi Martino, niestety nie dożył premiery albumu – zginął w wypadku samochodowym, a wspólne nagranie „Two Days Old” z Patem Martino było jednym z jego ostatnich wizyt w studiu nagraniowym.

Jeśli zestawić „All Sides Now” z nagranym wkrótce – już według koncepcji samego Pata Martino kolejnym albumie dla Blue Note – „Stone Blue”, będącego powrotem do grania w stylu jego zespołu z lat siedendziesiątych Joylous Lake z Kenwoodem Dennardem i Delmarem Brownem i pochodzącym z tego samego okresu błyskotliwym i niezwykle kolorowym spotkaniu z Zakirem Hussainem w postaci płyty „Fire Dance” wytwórni Mythos, zrozumiecie, że „All Sides Now” jest być może najciekawszym albumem z tych niechcianych przez ich autorów. Ja znam jeszcze tylko jedną podobną historię – albumy nagrane dla Prestige przez Milesa Davisa.

Pat Martino
All Sides Now
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724383762729

20 czerwca 2017

Wayne Shorter - Juju

Wayne Shorter to jeden z najważniejszych jazzowych muzyków wszechczasów. Jest nim od końca lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku do dziś i pozostanie wśród największych na zawsze, niezależnie od tego, w jakim kierunku podąży rozwój jazzu w przyszłości. Dziś jest też jednym z największych żyjących i ciągle czasem pojawiających się na scenie muzyków, mimo faktu, że zbliża się już do dziewięćdziesiątych urodzin, a saksofon tenorowy, na którym gra najczęściej należy raczej do tych instrumentów, które wymagają solidnej siły oddechu. Nie jest też instrumentem najlżejszym. Jednak nawet wydając cząstki swojego przepastnego archiwum i od czasu do czasu pojawiając się na scenie choćby na chwilę, ciągle jest ważną współczesną postacią.

Wayne Shorter to filar drugiego wielkiego kwintetu Milesa Davisa, jeden z największych muzyków, którzy wyrośli z Jazz Messengers Arta Blakey’a, człowiek, bez którego Weather Report byłby zupełnie innym zespołem, ważny element wielu projektów Lee Morgana, Joni Mitchell, zespołów Herbie Hancocka (w tym VSOP), uczestnik niezliczonej ilości ważnych jazzowych nagrań od 1959 roku do dzisiaj. A przede wszystkim jeden z największych saksofonistów wszechczasów, jeden z tych muzyków, którzy niezależnie od aktualnej muzycznej mody – hard-bopu, jazz-rocka, fusion, neoklasycznego post-bopu, ambitnego rocka („Aja” zespołu Steely Dan), czy zwyczajnego rockowego grania w zespołach Carlosa Santany, czy z Rolling Stonesami („Bridges To Babylon”), potrafił być tylko i aż sobą.

Wayne Shorter najlepiej jednak wypada w swoich własnych, autorskich nagraniach, tam może skompletować sobie zespół wedle uznania i zagrać to co chce i jak chce, a kompozytorem jest jednym z największych, co udowodnił wymyślając „Footprints”, „Masqualero”, „Elegant People”, „Nefertiti” i wiele innych znanych tematów.

Album „Juju” powstał w jednym z magicznych jazzowych okresów, w roku 1964. Młody wtedy jeszcze 31 letni Wayne Shorter opuścił właśnie po 5 latach terminowania Jazz Messengers Arta Blakey’a i nagrył „Juju”, aby po miesiącu trafić do zespołu Milesa Davisa, który dziś nazywamy drugim Wielkim Kwintetem.

„Juju” to album zwyczajnie genialny, wypełnionymi nowoczesnymi jak na tamte czasy kompozycjami zapowiadającymi tematy, które już niedługo miał napisać dla Milesa Davisa. W 1964 roku nagrał też 3 albumy z Jazz Messengers, pojechał w trasę z Milesem (dziś dostępny jest album „Miles In Berlin”), nagrał dwa inne wybitne własne albumy – „Speak No Evil” i „Night Dreamer”, uczestniczył w nagraniach Lee Morgana, Gila Evansa i Grahama Moncura III. Sporo jak na 12 miesięcy…

W 1964 roku w wytwórni Blue Note łatwo było skompletować dobrą sekcję rytmiczną. Wayne Shorter poprowadził swoich muzyków genialnie. McCoy Tyner, Reggie Workman i Elvin Jones grają dokładnie tak jak trzeba. Pozostawiając wystarczająco duzo przestrzeni dla pomysłowych improwizacji lidera, wnosząc jednocześnie wiele od siebie. Najwięcej chyba McCoy Tyner – wizytówką jego stylu jest wspaniałe solo fortepianu w „Mahjong”. To właściwie cały McCoy. Nikt nie ma jednak wątpliwości, liderem jest Wayne Shorter. Tak samo genialny w 1964 roku, jak i dzisiaj. Dobrze, że są takie płyty.

W momencie premiery Wayne Shorter był przez część słuchaczy i muzyków uważany za naśladowcę Johna Coltrane’a, zbyt mocno zapatrzonego w wielkiego mistrza. Na pierwszych płytach dla Blue Note, w tym na „Juju” grała sekcja znana z nagrań z Johnem Coltrane’em, co dodatkowo pomnożyło listę komentarzy opisujących młodego Shortera jako naśladowcę Coltrane’a. Rozwój jego talentu, w szczególności kompozytorskiego, a także miejsce, jakie zajął w zespole Milesa Davisa, potwierdziło, że w żadnym wypadku nie jest naśladowcą Coltrane’a, choć w każdej jazzowej melodii zagranej na tenorze można odnaleźć odrobinę Trane’a.

Bez wątpienia, „Juju” to chronologicznie pierwszy z wielkich autorskich albumów Wayne Shortera. To absolutnie konieczna i ważna część jazzowej historii, produkcja ponadczasowa, nie poddająca się właściwie żadnej krytycznej ocenie, aktualna zawsze. Gdyby jeszcze realizacja dała trochę więcej przestrzeni fortepianowi McCoy Tynera. Od lat szukam wydanie, w którym cufrowi mistrzowie remasteringu będą potrafili dołożyć trochę dynamiki do wspaniałych fortepianowych fragmentów. Zastrzeżenia do realizacji Rudy Van Geldera to coś, co zdarza mi się niezbyt często, tym razem jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że fortepian stał w innym pokoju… Trochę szkoda, ale reszta i tak jest genialna.

Wayne Shorter
Juju
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 724349900523

18 czerwca 2017

Charlie Watts And The Danish Radio Big Band – Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band

Obecność Charlie Wattsa w tym miejscu może Was nieco zdziwić, on sam jednak nigdy nie ukrywał fascynacji big bandami i jazzowym graniem, mając na swoim koncie całkiem pokaźną, liczącą kilkanaście pozycji jazzową dyskografię. Większość muzycznej kariery Charlie Watts związał z The Rolling Stones, jednak grał również w Blues Incorporated Alexisa Kornera, w składzie którego poznał Jacka Bruce’a, a jego samego zastąpił Ginger Baker, kiedy on sam dołączył do The Rolling Stones. Przez wiele lat, już będąc członkiem sławnego The Rolling Stones prowadził jazzowy kwintet i nieco większy skład 9 osobowy, a także wielokrotnie wyruszał w trasę z dużym big bandem, w którego składzie grywali Evan Parker, Jack Bruce czy Courtney Pine. Ma na swoim koncie projekty wspominające dorobek Charlie Parkera z udziałem między innymi Reda Rodneya, klasyczne amerykańskie standardy i styl boggie woogie, a także własne kompozycje odwołujące się do muzycznego dorobku Elvina Jonesa, Roya Haynesa i Maxa Roacha. To za jego poradą, na miejsce Billa Wymana do The Rolling Stones trafił Darryl Jones, basista o sporych jazzowych doświadczeniach, między innymi z zespołu Milesa Davisa. Zapewne również za sprawą Charlie Wattsa w studyjnych nagraniach The Rolling Stones można było usłyszeć Sonny Rollinsa i Wayne Shortera.

Nagrania z orkiestrą duńskiego radia powstały w 2010 roku i najprawdopodobniej jedynie napięty kalendarz przeróżnych prac nagraniowych i koncertów spowodował, że na wydanie przez Impulse! Płyta musiała czekać aż 7 lat. Tak jak większość innych projektów Charlie Wattsa – ten też trudno namierzyć. Można zrozumieć, że strona internetowa The Rolling Stones nie promuje ubocznych produktów członków zespołu, ale Impulse! jest przecież częścią grupy Universal. Na światowych stronach Universalu nie ma śladu najmniejszego newsa o niedawnej premierze albumu, można go odnaleźć dopiero na stronach francuskiego oddziału medialnego koncernu, widocznie z punktu widzenia globalnej firmy perkusista The Rolling Stones jest artystą lokalnym, który nie zasługuje na światową promocję…

To wszystko przestaje mieć znaczenie, kiedy włożycie płytę do swojego odtwarzacza. Jej zawartość to zapis koncertu, który poprzedzony został jedynie kilkoma dniami wspólnych prób – to zapewne kolejny efekt wypełnionego przeróżnymi zajęciami kalendarza lidera. Repertuar to stanowiąca pretekst do nagrania premierowa prezentacja dwuczęściowej suity autorstwa Charlie Wattsa i Jima Keltnera poświęconej Elvinowi Jonesowi, uzupełnionej o trzy kompozycje z repertuaru The Rolling Stones, standard „I Should Care” Axela Stordahla, Paula Westona i Sammy Cahna oraz staranne odtworzenie „Molasses” Joe Newmana, wzorowanej na wiekowej aranżacji Woody Hermana uwzględniającej dwójkę perkusistów i dwa kontrabasy.

„Satisfaction”, „Paint It Black” i „You Can't Always Get What You Want” z repertuaru The Rolling Stones są w wykonaniu duńskiej orkiestry mocno zmienione, stanowiąc zaledwie pretekst do eksplorowania brzmienia orkiestry, a sam mistrz ceremonii pozostaje jak zwykle w skromnym tle, gdzieś w środku orkiestry, oddając pole innym, swojemu wieloletniemu partnerowi w różnych projektach – basiście Davidovi Greenowi, saksofonistom orkiestry i autorowi większości aranżacji – liderowi orkiestry Gerardowi Presencerowi.

Charlie Watts jest perkusistą genialnym, niedoścignionym wzorem muzyka, który jest idealnym filarem każdego możliwego składu, niezależnie od muzycznego stylu. Nigdy nie chce być gwiazdą, jeśli pozwala brzmieniu instrumentów perkusyjnych zdominować muzyczną przestrzeń, poszukuje partnera – to podstawa konstrukcji suity stanowiącej oś albumu – tu jego partnerem jest Soren Frost – perkusista orkiestry, który za bębnami siada dopiero w granym zapewne na bis „Molasses”, utworze zaaranżowanym na dwie perkusje przez Woody Hermana.

Nagrania Charlie Wattsa z orkiestrą duńskiego radia to fantastyczna lekcja muzyki, skupionej na szczegółach, starannie przygotowanej i wymyślonej, nowoczesnej, a jednocześnie wspominającej piękne czasy zespołowej gry wielkich jazzowych orkiestr, czasów kiedy liczył się zespół i aranżacje, a nie gwiazdorskie popisy liderów. Wyśmienita suita kompozycji Wattsa i Keltnera, doskonały pomysł na klasyki The Rolling Stones, fantastyczne brzmienie orkiestry – szkoda tylko, że to jedynie 7 utworów, myślę, że koncert był dłuższy, być może za kilka lat pojawi się kolejna część tego wydawnictwa.

Charlie Watts And The Danish Radio Big Band
Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band
Format: CD
Wytwórnia: Impulse! / Universal France
Numer: 602557441932

17 czerwca 2017

Miles Davis - ’Round About Midnight

Ten album zwyczajnie wypada znać i wypada mieć co najmniej jedną edycję w swojej kolekcji. To pierwsza płyta nagrana przez Milesa Davisa dla Columbii, początek trwającej wiele lat współpracy, czasu kiedy Miles z jednego z wielu niezłych muzyków jazzowych stał się ikoną światowej kultury. Materiał, nagrany przez zespół nazywany dziś często pierwszym wielkim kwintetem Milesa Davisa z udziałem mało jeszcze wtedy znanego Johna Coltrane’a, powstawał niemal rok, od października 1955 do września 1956 roku.

Po latach dostępnych jest kilka ciekawych edycji z wartościowymi dodatkami. Oczywiście najlepiej jak zwykle mieć w kolekcji pierwsze analogowe wydanie, jednak z tych cyfrowych warto wybrań japońską edycję sprzed wielu lat (SRCS 9101) o moim zdaniem najciekawszym dźwięku, lub dwupłytową edycję Legacy, uzupełnioną o dobrze skatalogowane, choć zupełnie nie premierowe odrzuty z sesji do „’Round About Midnight”, które ukazały się na składankowych albumach „What Is Jazz”, „Jazz Omnibus”, „Basic Miles” i „Circle In The Round”. Prawdziwym rarytasem edycji Legacy jest jednak drugi krążek, wypełniony nagraniem wcześniej oficjalnie niepublikowanego koncertu z Pasadeny z lutego 1956 roku, uzupełniony z kolei o jedną ścieżkę z Newport zagraną przez zespół w zupełnie innym składzie.

Kiedy wydanie Legacy Edition ukazało się w 2005 roku, to był pierwszy oficjalnie dostępny koncert pierwszego wielkiego kwintetu Milesa. Dodatek z koncertu w Newport, choć skład zespołu jest zupełnie inny, ma swoje uzasadnienie, bowiem ten występ Milesa w 1955 roku był jednym z jego licznych wielkich powrotów, a tytułowy utwór albumu zagrał w towarzystwie jego kompozytora – Theloniousa Monka. To właśnie dwa utwory zagrane w Newport – „’Round About Midnight” i „Now’s The Time” – z sekcją rytmiczną Modern Jazz Quartet (Percy Heath i Connie Kay), saksofonistów Zoota Simsa i Gerry Mulligana oraz wspomnianego już Theloniousa Monka, zmieniły kompletnie bieg kariery powracającego po narkotykowych przygodach muzyka. „Now’s The Time” poświęcony został pamięci zmarłego krótko wcześniej Charlie Parkera, a jak się później okazało, „’Round About Midnight” miał być zapowiedzią pierwszego albumu dla Columbii.

Z wielu źródeł biograficznych wiemy, że Monkowi gra Milesa się nie podobała, nawet pokłócili się o sposób grania „’Round About Midnight” w drodze powrotnej z koncertu, ale za to bardzo podobało się George’owi Avakianowi, który natychmiast podpisał z Milesem kontrakt pomimo tego, że ważna była trzyletnia umowa trębacza z Prestige. Żeby wywiązać się z tej umowy, Miles nagrał w pośpiechu albumy dziś uważane za arcydzieła – „Workin’”, „Steamin’”, „Relaxin’” i „Cookin’”, oraz album znany dziś pod tytułem „Miles”. Potem mógł już przystąpić do pracy ze swoim zespołem i ważnym dla całości Gilem Evansem nad „’Round About Midnight”.

Koncert w Pasadenie prowadził mało się wtedy znający na jazzie i młodych talentach Gene Norman, późniejszy właściciel wytwórni GNP Crescendo, wtedy lokalny radiowy prezenter, który przedstawiał ze sceny nieznanego wtedy w Kalifornii Coltrane’a jako Johnny’ego Coltrane’a. Taka prezentacja imienia jak wiemy, raczej się nie przyjęła. Na tym koncercie zespół Milesa grał utwory znane z sesji dla Prestige, jednak dziś okazuje się, że prawa do tego nagrania zdobyła Columbia.

Gry Wielkiego Kwintetu nie podejmuję się oceniać, jest bowiem poza wszelką skalą gwiazdkową, punktową, czy jakąkolwiek inną. To jedna z tych płyt, która powinna być w każdej kolekcji prywatnej, a także w szkolnych bibliotekach i programie nauczania muzyki. Sami posłuchajcie, jeśli nie znacie jeszcze genialnych aranżacji Gila Evansa i genialnej współpracy Milesa Davisa z Johnem Coltrane’em – trochę Wam zazdroszczę nowego odkrycia, ja znam te dźwięki na pamięć.

Miles Davis
’Round About Midnight
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: SRCS 9101

13 czerwca 2017

Artur Dutkiewicz Trio – Traveller

Z najnowszym albumem Artura Dutkiewicza w mojej głowie połączyło się jedno niezwykle istotne słowo – prawdziwy. To jednak może oznaczać wiele różnych rzeczy, postaram się zatem moje skojarzenie rozwinąć. Prawdopodobnie jedynie część z Was pamięta czasy, kiedy na ulicach oglądaliśmy kunszt architektów, a nie radośnie pstrokatą twórczość agencji reklamowych. Warszawa bez ulicznych reklam była naprawdę piękna, a na pewno spokojniejsza nie tylko wizualnie. Tak zresztą wyglądała również reszta świata. Producenci dóbr wszelakich, w tym również muzyki konkurowali ze sobą jakością swoich produktów. Dziś konkurują starając się zwrócić naszą uwagę głównie agresywnym przekazem reklamowym. Jakość produktu stała się jakby mnie ważna. Jeśli kampania reklamowa jest udana, to wcale nie jest ważne, czy produkt dobry i czy w ogóle potrzebny. Nie jest też ważne, jaki jest naprawdę, ważne jest jak wygląda w reklamie.

Związek z muzyką jest oczywisty, bowiem o jakości muzyki na płycie decydują artyści, a o sposobie opakowania i sprzedaży często całkiem ktoś inny. Ja wolę kupować muzykę, a nie historie z nią związane. Chcę na chwilę znaleźć się w świecie artysty, który dźwięki wymyślił i zagrał. Jego prawdziwym świecie, a nie zmyślonym, żeby album lepiej sprzedać.

Oczywiście najbardziej podoba mi się muzyka artystów, których świat jest pełen piękna, wewnętrznego spokoju, kolorów i uczuć, które podzielam. Do świata Artura Dutkiewicza przeprowadziłbym się choćby dzisiaj. Nie wiem, jak w otoczeniu tylu dystraktorów, krzykliwych reklam, szalonego tempa życia można osiągnąć taki spokój wewnętrzny. Ja tego nie potrafię, a bardzo bym chciał. Wiem jednak, że każdy album Artura daje mi szansę na chwilę zbliżyć się do tego marzenia.

Gdyby tak choćby część ludzkości spędziła z płytami Artura choć część czasu, który poświęcają na zaglądanie do kolejnych smartfonowych powiadomień, mało potrzebnych emaili i smsów, świat byłby lepszy. Niestety raczej nie będzie, ale każdy z Was może sobie zafundować terapię za pomocą „Travellera”. W dodatku to lekarstwo, które wystarczy Wam do końca życia, choć oczywiście nie manawiam do tego, żebyście nie rozglądali się za kolejnymi płytami Artura. Zróbcie to koniecznie.

„Traveller” to album inspirowany licznymi artystycznymi podróżami autora, choć egzotyczne obrazy są tu mocno ukryte, stanowiąc łamigłówkę, która skłania do spędzania kolejnych wieczorów w towarzystwie muzyków, które mogą doprowadzić do zadziwiających skojarzeń. Ja wierzę we własną intuicję, nawet jeśli wydaje się być zupełnie zaskakująca. Weźmy choćby „Sattvic Mazurka” – nowoczesny mazurek brzmiący tak, jakby właśnie wczoraj wyszedł spod pióra samego Joe Zawinula. Muzykolodzy być może odkryją, dlaczego w mojej głowie powstało skojarzenie tej kompozycji z „Mercy, Mercy, Mercy”, ja nazywam je wspólnotą muzycznie pozytywnej energii. Pewne podobieństwo formalne pojawia się również w rozłożeniu akcentów, ale fachowe opowiedzenie o tym pozostawiam znawcom teorii kompozycji.

Każdy wieczór spędzony z najnowszym albumem Artura Dutkiewicza, Michała Barańskiego i Łukasza Żyłę sprawia, że jestem lepszym człowiekiem. „Traveller” zaskoczył mnie nieco swoją zwyczajnością. To znowu rzecz nieczęsto spotykana w dzisiejszych czasach, kiedy trzeba wyróżnić się w tłumie, czymkolwiek, odmiennością dla odmienności. Zrobić zwyczajnie piękny, prosto jazzowy, wypełniony muzyką album to rzecz dziś niespotykana. Zagrać własną muzykę pochodzącą z piękniejszego świata, na który nie stać większości z nas, goniących codziennie za nieważnymi sprawami to rzecz nadzwyczajna. Zatrzymać się na chwilę w pogoni za światem, którego nie złapiemy i poświęcić moment na piękną przygodę z muzyką Artura to przyjemność niezwykła.

Artur Dutkiewicz Trio
Traveller
Format: CD
Wytwórnia: Pianoart
Numer: 5907760035042

09 czerwca 2017

Herbie Hancock / Michael Brecker / Roy Hargrove – Live At Massey Hall: Directions In Music – Celebrating Miles Davis And John Coltrane

Massey Hall to miejsce dla jazzu święte, jedna z tych scen, na których grali niemal wszyscy, co dokumentują niezliczone nagrania, na czele z tym najważniejszym – „Jazz At Massey Hall” z 1953 roku. Wtedy w Toronto zagrali Dizzy Gillespie, Charlie Parker, Bud Powell, Charles Mingus i Max Roach. To skład marzeń 1953 roku. Niemal 50 lat później w tym samym miejscu spotkał się inny, bardziej współczesny wymarzony skład, żeby uczcić 75 lecie urodzin Milesa Davisa i Johna Coltrane’a, niemal rówieśników, tworzących przez lata jeden z najważniejszych muzycznych duetów XX wieku.

W Toronto zagrali Herbie Hancock, Michael Brecker, Roy Hargrove, John Patitucci i Brian Blade. Dwóch pierwszych, wymienionych na okładce muzyków ma na swoim koncie istotną współpracę z Milesem Davisem. Z Davisem nie grał z przyczyn oczywistych Roy Hargrove (w zespole Davisa nigdy nie było miejsca na drugą trąbkę). Brian Blade i John Patitucci chyba nigdy z Milesem nie grali. Johna Coltrane’a znają tylko z nagrań, urodzili się bowiem kilka lat po jego śmierci.

Kiedy album ukazał się, ponad 15 lat temu, zastanawiałem się, czemu w składzie pojawił się Michael Brecker, a nie Wayne Shorter. Dziś już się nie zastanawiam, to byłoby zupełnie inne nagranie, być może bliższe brzmieniu zespołów Milesa z Hancockiem i Shorterem na pokładzie. Założenie, jak opowiedział sam Herbie Hancock we wstępniaku – było zupełnie inne, nie odtwarzać i nie naśladować znanych aranżacji, ale improwizować i tworzyć muzykę tu i teraz, czyli robić dokładnie to, co zawsze polecał robić na scenie swoim muzykom Miles Davis.

Zawsze uważałem album „Four And More” Milesa Davisa z George Colemanem za mocno niedoceniony. Ucieszyłem się, kiedy we wstępniaku w tekście Michaela Breckera przeczytałem, że to dla niego ważny album. Po ponad 15 latach dalej nie rozumiem, czemu przejściowy skład zespołu Milesa z Goergem Colemanem uważa się za słaby – posłuchajcie „Four And More” koniecznie.

Piątka równoprawnych muzycznie partnerów włożyła wiele emocji i ciekawych pomysłów w tematy gtrywane przez Milesa Davisa i Johna Coltrane’a oraz nowe, napisane specjalnie na okoliczność tego wydarzenia.  Zupełnie współcześnie zagrane „Transition” jest dowodem na ponadczasowy geniusz Coltrane’a, a „So What” połączone z „Impressions” pokazuje, jak można na nowo zagrać niezwykle wyekspoatowane przez lata kompozycje, godząc szacunek do muzycznej tradycji z nowoczesnością.

Album „Live At Massey Hall: Directions In Music – Celebrating Miles Davis And John Coltrane” był jedną z najważniejszych płyt początku XXI wieku i dalej pozostaje jedną z najważniejszych pozycji we współczesnej jazzowej dyskografii. Tak wiele rasowego, nowoczesnego i mięsistego brzmienia w wykonaniu stworzonego jedynie do tego wydarzenia zespołu, który w magiczny sposób brzmi, jakby grali ze sobą od lat w niezmienionym składzie, nie znajdziecie chyba na żadnej płycie z obecnego wieku. Młodzi starają się bardzo, eksperymentują, ale ciągle są na dorobku. Bardzo żałuję, że trzeba jeszcze kilku lat, żeby ten album umieścić w Kanonie Jazzu. W zasadzie powinien się w nim znaleźć już w momencie wydania w 2002 roku.

O wspomnianych powyżej nagraniach przeczytacie tutaj:

Herbie Hancock / Michael Brecker / Roy Hargrove
Live At Massey Hall: Directions In Music – Celebrating Miles Davis And John Coltrane
Format: CD
Wytwórnia: Verve / Universal
Numer: 731458965428

07 czerwca 2017

Atom String Quartet - Seifert

Album jednego z najlepszych na świecie improwizujących kwartetów smyczkowych poświęcony kompozycjom najlepszego jazzowego skrzypka na świecie w zasadzie skazany jest na sukces. Zawsze jednak coś może pójść nie tak. Zbigniew Seifert zrobił dla jazzowych skrzypiec mniej więcej to samo, co Jaco Pastorius dla gitary basowej, Charlie Parker dla saksofonu, Clifford Brown dla trąbki i Art Tatum dla fortepianu. Był wirtuozem, któremu wirtuozeria nie przeszkodziła być wielkim muzykiem. To nie jest łatwe, w dodatku, jeśli właściwie nie ma się żadnego wzorca. Przed Pastoriusem nikt nie grał na serio jazzu na gitarze basowej. Przed Seifertem skrzypce były ciekawostką w świecie muzyki improwizowanej. Warto również pamiętać, że w zasadzie tylko dwu muzyków, którzy urodzili się i wychowali poza USA ma podobny status w historii gatunku – Zbigniew Seifert i Django Reinhardt.

Muzycy Atom String Quartet postanowili poświęcić album nie wybitnym umiejętnościom improwizacyjnym i technicznym Seiferta, ale jego równie ciekawym i unikalnym kompozycjom, utworom w których kompozytor starał się przełożyć niełatwe muzyczne myślii Johna Coltrane’a na język tak różniącego się od saksofonu instrumentu, jakim są skrzypce. Z pozoru kompozycje napisane na skrzypce i jazzowy zespół powinny łatwo przekładać się na kwartet smyczkowy. Album Seifert nie jest jednak w żadnym wypadku jedynie katalogiem, wybranych według trudnego do rozpoznania klucza, kompozycji Seiferta na 4 instrumenty smyczkowe. Jest czymś o wiele ciekawszym – to autorskie, często dalekie od niezwykle ekspresyjnej stylistyki Zbigniewa Seiferta, spojrzenie na jego twórczy dorobek.

Próba ścigania się i naśladowania muzycznej energii i drapieżności brzmienia skrzypiec Zbigniewa Seiferta jest do dziś skazana na niepowodzenie, choć wielu próbowało… Zawsze lepiej jest robić muzykę po swojemu. Tak właśnie zrobili członkowie Atom String Quartet. Jeśli zatem spodziewacie się zwielokrotnienia energetycznych solówek Seiferta – musicie poszukać gdzieś indziej, choć raczej niczego takiego nie znajdziecie. „Seifert” to album zaskakująco melodyjny, równie niespodziewanie zespołowy i wpisujący się w brzmienie zespołu, jakie znacie z wielu innych płyt, na których najczęściej gościnnie występuje.

Muzykę Zbigniewa Seiferta znam niemal na pamięć, mimo tego, że niektóre z płyt są naprawdę trudne do zdobycia. Dziś mam już od dawna pełną kolekcję, a część z płyt w postaci kopii jeździ ze mną niemal zawsze zapełniając część pamięci iPoda, z którym nie rozstaję się w zasadzie nigdy. Kiedy album pojawił się w zapowiedziach wydawniczych, byłem raczej nastawiony dość sceptycznie, uważając, że w zasadzie muzyki Zbigniewa Seiferta nie powinno się dotykać i że wszystkie jego kompozycje mają tak niezwykle osobisty, autorski charakter, że nie powinny być grane przez innych muzyków. Kilka prób adaptacji nie było może jakiś wyjątkowo nieudanych, ale to raczej wspomnienia, niż jakieś szczególnie odkrywcze przetworzenie. Nie czepiam się choćby „A Tribute To Zbigniew Seifert” Jarka Śmietany, ale to raczej muzyczne wspominki i klasyczny Tribute, a nie jakaś szczególnie odkrywcza muzyka. Pojedyńcze kompozycje pojawiają się na płytach naszych skrzypków, co zrozumiałe. Wtedy sprawdzają się najlepiej – „Quo Vadis” w wykonaniu Adama Bałdycha i Yarona Hermana brzmi wręcz zjawiskowo, jednak nawet Adam, który jak nikt inny mógłby spróbować zagrać każdy materiał Seiferta nie robi tego. Szanuję go za to.

Album „Seifert” nie jest w żadnym wypadku efekciarsko-przebojowy, a mógłby takim być, muzykom kwartetu nie brakuje bowiem ani muzycznej inwencji, ani techniki, ani estradowego doświadczenia, pozwalającego zagrać pod publiczkę. „Seifert” to album zespołowy, wysmakowany aranżacyjnie, eksplorujący możliwości brzmieniowe smyczkowego kwartetu. W całości wręcz konserwatywny w zestawieniu z oryginalnymi kompozycjami. To autorskie spojrzenie na kompozycje jednego z największych polskich muzyków. Doskonała wizytówka polskiego jazzu i fantastyczny projekt oproacowany przy współpracy doskonale działającej Fundacji Zbigniewa Seiferta.

Płytę wydano niezwykle starannie. Wszystkie teksty z myślą o rynku międzynarodowym zostały opracowane dodatkowo w języku angielskim. Powstała w ten sposób niezwykła muzycznie, doskonała technicznie i edytorsko, światowa produkcja, za pomocą której można bez odrobiny wstydu przypominać światu, że niemal co drugi wielkiej klasy jazzowy skrzypek na świecie jest Polakiem, przypominając, że wszystko w zasadzie zaczęło się właśnie od Zbigniewa Seiferta. Jedna wątpliwość natury edytorskiej – według mojej najlepszej wiedzy popartej spojrzeniem na okładkę zarówno pierwszego analogowego wydania, jak i współczesnej cyfrowej edycji albumu „Man Of The Light”, współautorem kompozycji „Stillness” jest Cecil McBee. Ale to w sumienieistotny drobiazg zdecydowanie nie mający wpływu na wybitną jakość muzyczną najnowszego albumu Atom String Quartet.

Atom String Quartet
Seifert
Format: CD
Wytwórnia: Zbigniew Seifert Foundation
Numer: 5907222048009

05 czerwca 2017

Al Di Meola - Elegant Gypsy

Al Di Meola jest legend jazzowej gitary. Za sprawą takich przebojowych nagrań, jak „Friday Night In San Francisco” wielu uważa go za jedną z kluczowych postaci flamenco. W Hiszpanii uznanoby takie stwierdzenie za świętokradztwo. Słusznie zresztą. Al. Di Meola urodził się w USA, a jego rodzina przybyła za ocean z Włoch. Jego pierwszymi jazzowymi wzorami byli Kenny Burrell i Tal Farlow. Na początku lat siedemdziesiątych w czasie studiów w Berklee grał z zespołem Barry Milesa, który pojawia się w dwóch utworach na płycie „Elegant Gypsy”. Wkrótce trafił do Return To Forever – jednego z najważniejszych zespołów fusion lat siedemdziesiątych, dowodzonego przez Chicka Corea. Tam spotkał Stanleya Clarke’a, Lenny White’a i Steve’a Gadda (dwu ostatnich też słychać we fragmentach „Elegant Gypsy”).

Al. Di Meola przez całą swoją karierę skutecznie łączy grę na gitarze elektrycznej i akustycznej. Potrafi dotrzymać kroku Paco de Lucii i Johnowi McLaughlinowi. Ten pierwszy również pojawia się w roli gościa na „Elegant Gypsy”. Odnajduje się też w klimatach fusion bliższych Jeffowi Beckowi. Ta muzyczna uniwersalność, a także zainteresowanie muzyką południowoamerykańską i hiszpańską przyniosło w latach siedemdziesiątych muzykowi wielką popularność i pozwoliło łączyć działalność Return To Forever z własnymi projektami solowymi. Jego solowy debiut z 1976 roku – album „Land Of The Midnight Sun” wskazywał na niebywałe możliwości techniczne gitarzysty. „Elegant Gypsy” to drugi album w dyskografii Ala Di Meoli – produkcja bardziej dojrzała, skupiona na grze zespołowej i własnych kompozycjach, jest do dziś reprezentatywnym przykładem zarówno w twórczości muzyka, jak i dla modnego w tamtych czasach nurtu łączenia latynoskich i śródziemnomorskich inspiracji z przebojowymi melodiami w celu dotarcia do szerszego grona słuchaczy. Odrobina komercji w jazzowym świecie, jeśli nie przekracza się granic muzycznego banału, nikomu nie powinna przeszkadzać. „Elegant Gypsy” z pewnością znajduje się po właściwej stronie cienkiej granicy między muzyką a popowym banałem.

„Elegant Gypsy” pomimo tego, że jest zaledwie drugim chronologicznie w obszernej dyskografii albumem Ala Di Meoli, jest również najlepszym podsumowaniem jego twórczego dorobku. Znajdziecie tutaj wszystko. Jest połączenie rytmów latynoskich i rockowej gitary ze stylowym graniem fusion w stylu macierzystego w czasie nagrania albumu zespołu gitarzysty – Return To Forever. Zapowiedzią jednej z najlepiej sprzedających się płyt jazzowych wszechczasów – „Friday Night In San Francisco” jest duet akustycznych gitar lidera i Paco de Lucii w „Race With Devil On Spanish Highway”. Podsumowaniem wszystkich możliwych brzmień wszelkich gitar Ala Di Meoli jest zamykająca album, najdłuższa kompozycja na płycie – „Elegant Gypsy Suite”, znajdziecie tu brzmienia akustyczne i elektryczne, usłyszycie perkusję Steve Gadda i klawisze Jana Hammera.

„Elegant Gypsy” może wydawać się z perspektywy lat albumem nieco chaotycznym, próbującym uchwycić zbyt wiele skrajnie różnych muzycznych pomysłów obok siebie. Łatwo uznać, że to zbiór przypadkowych szkiców, niekoniecznie składających się na jakąś wyjątkową całość. Ta sama obserwacja różnorodności jest również dowodem na niezwykłą kreatywność i szerokie muzyczne horyzonty lidera, a także niewiarygodną wręcz technikę gry oraz umiejętność wykorzystania egzotycznych rytmów i brzmień. Dla mnie „Elegant Gypsy” jest muzycznym notatnikiem muzycznego geniusza, obejmującym czas jego największej kreatywnej energii, niezaburzonej nadmiarem technologii, co zdarzało się Di Meoli w późniejszych nagraniach.

Jeśli przyjąć, że termin fusion oznaczać miał w latach swojej świetności spotkanie jazzu i rocka, to w brzmieniach gitary Ala Di Meoli słychać to najlepiej, dodatkowo na to z pozoru trudne spotkanie zostały zaproszone jeszcze zupełnie inne muzyczne światy – latynoskie rytmy i brzmienia flamenco, które towarzyszą muzykowi do dziś.

Al Di Meola
Elegant Gypsy
Format: CD
Wytwórnia: Sony
Numer: 074643446129

01 czerwca 2017

Charlie Hunter Quartet – Natty Dread

Charlie Hunter to muzyk eksperymentujący. Dziś ma w swojej dyskografii niezłą kolekcję własnych kompozycji, nagranych w przeróżnych, zarówno kameralnych, jak i bardziej rozbudowanych składach. W kolekcji jego nagrań znajdziecie również produkcje poświęcone takim muzykom jak Cole Porter, Duke Ellington, czy Hank Williams. Jest też album „Public Domain” z anonimowymi kompozycjami do których nikt nie ma praw autorskich. Grający często na nietypowych gitarach muzyk pojawia się często w roli gościa w przeróżnych nagraniach, nie tylko stricte jazzowych. Przez lata był również liderem rockowego zespołu Garage a Trois.

Jego stylu nie sposób porównać w zasadzie do jakiegokolwiek innego gitarzysty. Ciągle poszukuje swojego brzmienia. Każdy jego album jest dla mnie od lat wielką muzyczną ciekawostką. Najczęściej jednak wracam do „Natty Dread” – zaskakującego nagrania, które jest odtworzeniem noszącej ten sam tytuł płyty Boba Marleya. Kiedy album ukazał się w 1997 roku – wszystkiego mogłem spodziewać się po Charlie Hunterze, ale z pewnością nie tego, że poświęci całą płytę piosenkom Boba Marleya i zrobi to w tak bezpośredni sposób, odtwarzając repertuar jednego z klasycznych albumów mistrza reggae.

Nagrana w dość eksperymentalnym składzie – oprócz gitary dwa saksofony i perkusja, płyta pokazuje, że utwory znane z repertuaru Bobba Marleya, w rękach sprawnych muzyków mogą stanowić okazję do jazzowych improwizacji równie ciekawą, jak każda dobrze napisana piosenka. Możliwości brzmieniowe gitary lidera uzupełnione dodatkowymi urządzeniami elektronicznymi pozwalają mu emulować niezwykle stylowo organy Hammonda, co uzupełnia brak niezwykle potrzebnego dla takich klasyków, jak „No Woman, No Cry”, czy „Rebel Music” fundamentu gitary basowej.

Album wydany przez Blue Note jest częścią wymyślonego w latach dziewięćdziesiątych przez znajdującą się w kryzysie artystycznym wytwórnie cyklu „Cover Series” – albumów odtwarzających wielkie hity niekoniecznie jazzowych artystów sprzed lat. W ramach tego cyklu ukazało się jeszcze kilka płyt – „Tapestry” Boba Beldena (w oryginale oczywiście Carole King), „What’s Going On” Everette Harpa (Marvin Gaye), „There Is A Riot Goin’ On” (klasyk Sly And The Family Stone) i „Deja Vu” mniej znanego Fareeda Haque będący przypomnieniem płyty zespołu Crosby, Stills, Nash And Young. Był jeszcze album Ronnie Lawsa „Harvest For The World” przypominający płytę The Isley Brothers o tym samym tytule. Na tym seria zakończyła się po kilkunastu miesiącach, tak jak wiele prób reanimacji dawnej legendy wytwórni. Po całym przedsięwzięciu został doskonały album Charlie Huntera, który sprawę potraktował niezwykle poważnie. Kompozycje znane z „Natty Dread” Boba Marleya stały się okazją do jazzowych improwizacji, momentami przypominających dokonania Billa Frisella, jednak nastawionymi bardziej na integrowanie zespołu, niż popisy solowe.

Dziś łatwo usłyszeć w grze Charlie Huntera twórcze rozwinięcie tradycji jazzowej gitary Joe Passa uzupełnione u umiejętności zdobyte w czasie nauki, jaką pobierał u Joe Satrianiego. Dodatkowe możliwości brzmieniowe daje Hunterowi gra na 8 strunowej gitarze, którą potrafi wykorzystać do tworzenia równoległych linii melodycznych lub jednoczesnego grania partii gitary i basu. Jeden z krótko istniejących zespołów Charlie Huntera T.J. Kirk wziął nazwę od pomysłu połączenia muzycznych idei Jamesa Browna, Theloniousa Monka i Rashaana Rolanda Kirka. Udawało się całkiem nieźle, ale Charlie Hunter nie potrafił zatrzymać się w tym miejscu i wkrótce ruszył na kolejne poszukiwania. Album „Natty Dread” jest reprezentatywnym przykładem jego twórczości i w 20 lecie od premiery pozostaje równie ciekawy i odkrywczy, jak w czasie, kiedy był zaskakującą nowością.

Charlie Hunter Quartet
Natty Dread
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 724385242021

29 maja 2017

Matthew Shipp Quartet - Not Bound

Matthew Shipp, za oceanem postać legendarna, niezwykle ceniony pianista i kompozytor, w Europie może nieco mnie znany, pozostaje jednak amerykańskim muzykiem z mocnej pierwszej ligi. Nie może być inaczej, pobierał przecież nauki u samego Dennisa Sandole, słynnego muzycznego edukatora, u którego lekcje pobierał sam John Coltrane, a także Pat Martino (Dennis Sandole grał na gitarze) i Michael Brecker. Jego muzyczna kariera wystartowała dość późno. Pierwszy album nagrał w wieku 28 lat i do dziś stara się chyba tych kilka lat nadrobić. Od początku 2017 roku ukazało się już 5 albumów z jego udziałem, a nagrany w czerwcu 2016 roku w Nowym Jorku krążek „Not Bound” jest najnowszą produkcją, wydaną przez polską wytwórnię ForTune Productions.

Jeszcze całkiem niedawno nagranie światowej gwiazdy dla polskiego wydawcy byłoby wielką sensacją, dziś wielu muzyków jazzowych wydane tam, gdzie znajdzie się pomysł i odrobina pieniędzy na sfinansowanie całego przedsięwzięcia. Czasy dla jazzu nie są z pewnością łatwe, a Matthiew Shipp wydaje swoje nagrania w wielu różnych wytwórniach, nie ułatwiając zadania kompletowania obszernej dyskografii fanom.

„Not Bound” powstał w Nowym Jorku, a w nagraniu pianiście towarzyszył zespół lokalnych muzyków, z którymi współpracuje od lat. Najdłużej chyba z perkusistą – Whitem Dickey’em, ich pierwsze wspólne nagranie powstało w 1992 roku.

Najnowszy album Matthew Shippa ma wszelkie cechy, które pozwalają wierzyć, że stanie się jazzowym klasykiem i silną pozycją w obszernej dyskografii lidera. Nie ma tu eksperymentów brzmieniowych, klasyczny jazzowy kwartet muzyków, którzy mają za sobą wiele lat wspólnego grania i przeróżnych muzycznych doświadczeń tworzy kolejny ciekawy album złożony z kompozycji lidera. Niby rzecz normalna, z odrobiną eksperymentów w postaci przeróżnych instrumentów dętych obsługiwanych przez Daniela Cartera, weterana nowojorskiej sceny free.

W jednym z wywiadów, których Matthew Shipp udzielił ostatnio z okazji wydania jednego z najnowszych albumów – „Piano Song” – oświadczył, że to prawdopodobnie jedno z jego ostatnich nagrań. Powody takiej decyzji, jeśli muzyk będzie konsekwentny nie są do końca jasne, nie wynika to w żaden sposób z kłopotów zdrowotnych, ani też innego rodzaju życiowych problemów, to raczej decyzja artystyczna. Obserwując olbrzymią aktywność muzyka i energię twórczą, raczej trudno w to uwierzyć, być może będzie to oznaczało jakiś dłuższy urlop z dala od studiów nagraniowych i być może nawet koncertów, nie wierzę jednak w całkowite zerwanie Matthew Shippa z branżą muzyczną. Mam też nadzieję, że Matthew Shipp pozostanie freejazzowym pianistą, a nie skupi się na swoich hip-hopowych pomysłach i muzyce eksperymentalnej. Kilka razy próbowałem zmierzyć się z „Black Music Disaster” z 2012 roku i ciągle tego pomysłu nie rozumiem, choć mam wrażenie, że za kilka lat przyjdzie mi napisać, że to wizjonerski klasyk nowego czegoś. Kłopot w tym, że na razie nie wiem czego. Dziś wolę Matthew Shippa w klasycznej wersji jazzowej, ciekawego pianistę z wielką muzyczną wyobraźnią i głową otwartą na muzyczne nowości.

Zawsze też cieszę się, kiedy światowe nagrania ukazują się nakładem polskiego wydawcy, polecam więc z wielką przyjemnością najnowszy album Matthew Shippa – „Not Bound”.

Matthew Shipp Quartet
Not Bound
Format: CD
Wytwórnia: ForTune
Numer: ForTune 0124 080

28 maja 2017

Jimmy Rogers All Stars Blues Band – Blues Blues Blues

Projekty nazywane All Stars zwykle wychodzą słabiej, niż może to sugerować długa lista uznanych nazwisk na okładce. Każdy chce zabłysnąć, wykorzystać swoje kilka chwil. Wypada przecież być najlepszym w doborowej stawce, nawet wtedy kiedy już światu nie trzeba niczego udowadniać. Wypaść blado na tle innych nikt nie chce, a muzycznej przestrzeni w tłoku niewiele, więc trzeba się popisywać.

W przypadku ostatniego w dyskografii albumu Jimmy Rogersa, nagranego tuż przed jego śmiercią w 1997 roku, lista kandydatów do popisywania się jest niezwykle okazała – Eric Clapton, Taj Mahal, Jimmy Page, Robert Plant, Keith Richards, Mick Jagger, Stephen Stills, Lowell Fulson i Jeff Healey kuszą już na okładce, co oczywiste, bowiem sam Jimmy Rogers z pewnością nie sprzedałby aż tyle, co te bardziej znane nazwiska.

Samych Jimmy Rogersów historia muzyki zna przynajmniej trzech, ale ten najważniejszy z nich, urodzony w 1924 roku gitarzysta, znany w świecie bluesa ze współpracy jeszcze w latach pięćdziesiątych z Muddy Watersem z pewnością jest postacią najważniejszą, najciekawszą i znaną powszechnie fanom bluesa chicagowskiego, do których zaliczają się wszyscy wymienieni na okładce muzycy, którzy stawili się z wielką ochotą, żeby oddać cześć swojemu bohaterowi.

W takim przypadku wszystko w rękach gospodarza projektu. Jego osobowość, atmosfera, jaką stworzy w studiu witając gości i zachęcając do wspólnego grania, sprawiają, że może powstać nagranie genialne, lub tylko bardzo dobre. Wśród wielkich muzycznego świata, wskazanie takich genialnych gospodarzy nie jest wcale trudne. Quincy Jones, B. B. King, Pat Martino, czy Tony Bennett, to tylko kilka przykładów.

W 1997 roku dołączył do tej listy Jimmy Rogers, bluesowa legenda, człowiek, który w zasadzie nigdy nie zaistniał na wielkich scenach, nie zabiegał o komercyjny sukces, uznanie i pieniądze, za to posiadający absolutnie bezdyskusyjny autorytet wśród muzyków, których zaprosił do nagrania albumu „Blues Blues Blues”.

W czasie, kiedy powstał ten album, podobnie zresztą jak obecnie, nie ma na świecie zbyt wielu muzyków, którzy mogą zadzwonić do Ericka Claptona, Jimmy Page’a, czy Micka Jaggera i zaprosić ich do wspólnego nagrania albumu, który nie jest w dodatku zaplanowany jako jakiś wielki komercyjny sukces, a ma być bluesowym, trochę wspominkowym, trochę podsumowującym własne życie projektem bez wielkich szans na światowy sukces.

Żeby to zrobić, trzeba być takim na przykład Jimmy Rogersem…

Właśnie z takiego spotkania powstał album „Blues Blues Blues”, nadzwyczajna bluesowa płyta, klasyk gatunku, dziś nieco zaginiony w niezbyt profesjonalnie w Europie zarządzanym katalogu wytwórni Atlantic. W przypadku takiego grania nie trzeba poszukiwać nowych brzmień, jakiejś nadzwyczajnej realizacji technicznej, czy nowych przebojowych piosenek. Wystarczy dobra atmosfera w studiu, garść klasyków i paru muzyków, którzy to co robią, robią najlepiej na świecie.

Odcinać kupony od dawnej sławy można na różne sposoby, z klasą, lub bez. Album „Blues Blues Blues” to poziom najwyższy z możliwych.

Jimmy Rogers na zawsze będzie jednym z najważniejszych twórców chicagowskiego bluesa. Wielu uważa, że właściwie stworzył ten gatunek na spółkę z Muddy Watersem. Jest w tym sporo prawdy. Po latach grał to samo, tak samo dobrze, a wielbicielom gatunku wcale brak zmian nie przeszkadzał. Innowacje można zostawić młodym. Wynalazkiem Jimmy Rogersa był blues chicagowski. Życzę każdemu, żeby wynalazł styl, który stanie się na wieki wzorem dla pokoleń młodych gitarzystów na całym świecie.

Na płycie brakuje najbardziej znanej kompozycji Jimmy Rogersa – „Walking By Myself”. Zgaduję, że nie było ochotników, chcących zmierzyć się z klasykiem w obecności twórcy?

„Blues Blues Blues” stał się muzycznym testamentem wielkiego mistrza. To jedna z najciekawszych propozycji typu All Stars wszechczasów. Album niemal zupełnie niezauważony w momencie premiery i do dzisiaj pozostający ukrytym skarbem kolekcjonerów i fanów jego autora. Zupełnie tego nie rozumiem. Płyta stała się klasykiem w dniu wydania, jest nim do dziś i pozostanie na zawsze jednym z istotnych wzorców gatunku.

Tak oto młodsze pokolenie oddało hołd twórcy stylu, dzięki któremu zrobili swoje kariery Eric Clapton, Mick Jagger, Jimmy Page i inni.

Jimmy Rogers All Stars Blues Band
Blues Blues Blues
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic

Numer: 075678314827

24 maja 2017

The Great Harry Hillman - Tilt

Zespół The Great Harry Hillman z pewnością można nazwać demokratycznym. Muzycy dzielą pomiędzy siebie obowiązek wymyślenia repertuaru i poszukują istotnego dla muzyki zespołu klimatu dźwiękowego we współbrzmieniu instrumentów. Dla mnie jednak ten zespół to przede wszystkim intrygujący niespotykanym brzmieniem mocno przetworzonej elektronicznie gitary David Koch. To właśnie generowanych przez niego dźwięków oczekuję podczas ambientowych wstępów do części utworów. Szukając porównań i jakiś źródeł inspiracji muzycznego świata Davida Kocha, jedyne, co mogę zaproponować jako drogowskaz, to bardzo dalekie pokrewieństwo z Johnem Scofieldem i Kurtem Rosenwinkelem, a także nieco bliższe z niektórymi nagraniami Mary Halvorson. To jednak daje niewiele, jeśli weźmie się pod uwagę niezwykłą różnorodność brzmień gitary Mary Halvorson. To jednak właśnie własna unikalna dźwiękowa sygnatura wskazuje nam najciekawszych poszukujących muzyków młodego pokolenia. Moje pierwsze spotkanie z dźwiękami tworzonymi przez Davida Kocha w postaci albumu „Tilt” sprawiło, że od razu wpisałem go na listę muzyków, których poczynania trzeba uważnie obserwować.

Członkowie zespołu poruszają się sprawnie pomiędzy zbiorową improwizacją, rockowo brzmiącymi klimatami gitarowymi i stricte jazzowymi partiami w wykonaniu Nilsa Fischera, tworząc przy okazji pobudzającą wyobraźnię muzykę ilustracyjną, która musi robić niezwykłe wrażenie na kameralnych koncertach, będąc gotową ilustracją do dobrze zmontowanego filmu, choć raczej nie mam na myśli żadnej kasowej produkcji rodem z Hollywood. To byłoby raczej europejskie kino z długimi ujęciami, skupione na obrazie, często nazywane artystycznym, w odróżnieniu od tego znanego z większości kin, nazywanego komercyjnym, tak jakby nie można ludzi przekonać do obejrzenia ujęć dłuższych niż kilka sekund.

W składzie zespołu nie ma Harry’ego Hillmana, prawdopodobnie pochodzący ze Szwajcarii muzycy postanowili przypomnieć postać wielkiego lekkoatlety – Harry’ego Livingstone Hillmana, którego największym osiągnięciem było zdobycie 3 złotych medali na igrzyskach olimpijskich w Saint Louis w 1904 roku. Zakładając zespół w 2009 roku muzycy postanowili uczcić 105 rocznicę tego osiągnięcia… Dość osobliwe i intrygujące.

„Tilt” jest trzecim albumem nagranym przez zespół działający w niezmienionym składzie już od 8 lat. Jeśli zainteresuje Was ich brzmienie, ze znalezieniem poprzednich nagrań będziecie mieli trochę kłopotu, debiut muzycy wydali samodzielnie, a ich drugi album – „Veer Of Course” wydała mała niemiecka wytwórnia Klaeng Records.

Oficjalną premierę albumu „Tilt” wytwórnia zaplanowała na 26 maja 2017 roku, warto więc ustawić się w internetowej kolejne, bowiem Cuneiform nie ma oficjalnego polskiego dystrybutora, tak, żeby przed wakacjami nacieszyć się niezwykle świeżym spojrzeniem muzyków The Great Harry Hillman na połączenie improwizowanego europejskiego jazzu i współczesnych rockowych wzorców w postaci ich najnowszego albumu. Być może to przekona Was do poszukiwania na wakacyjnych szlakach klubu, w którym zagrają.

The Great Harry Hillman
Tilt
Format: CD
Wytwórnia: Cuneiform Records
Numer: 045775043326

23 maja 2017

Miles Davis - In Person: Friday And Saturday Nights At The Blackhawk Complete

Całkiem niedawno pisząc tekst o jednym z wczesnych albumów Herbie Hancocka – „My Point Of View” opisywałem zmiany personalne, które w zespole Milesa Davisa następowały w 1963 roku. Biografowie Milesa nazywają pewne składy wielkimi, kwintety genialnymi, nadając im numery, skazując tym samym na rodzaj niewypowiedzianego potępienia owe przejściowe i tymczasowe składy, jako muzycznie mniej wartościowe, no bo przecież gdzie takiemu Hankowi Mobleyowi do klasy Johna Coltrane’a. Takie porównania sensu nie mają, a z pozoru przypadkowe konfiguracje personalne mają swoje zalety, szczególnie w przypadku zespołów Milesa Davisa.

Największą zaletą słabszych, przynajmniej na papierze składów jest to, że sam Miles musiał brać na siebie trochę więcej obowiązków, bowiem im słabsi soliści, tym więcej musi grać lider. Hank Mobley należy do tych, którzy z Milesem spędzili niewiele czasu. Ich wspólne nagrania, to jedna płyta studyjna – „Someday My Prince Will Come” i dwa zestawy nagrań koncertowych – z Carnegie Hall i z Blackhawk. Dodatkowo, w takich okresach niestabilnego składu, Miles często wracał do utworów, znanych wszystkim w tamtych czasach, stąd w repertuarze koncertów „On Green Dolphin Street”, „’Round Midnight”, czy „Walkin’”. Jeśli lubicie słuchać znanych melodii, to takie nagrania z pewnością polubicie.

Materiał znany dziś pod pełnym okładkowym tytułem „In Person: Friday And Saturday Nights At The Blackhawk Complete”, lub często nazywany w skrócie „The Complete Blackhawk”, nagrany w czasie koncertów w małym klubie w San Francisco, który w latach świetności, od 1956 do mniej więcej 1962 roku był jednym z najważniejszych klubów jazzowych w Ameryce. W naszym Kanonie jest już koncert Ahmada Jamala z tego miejsca, a w kolejce czekają nagrania Dave Brubecka i Cala Tjadera. Z pewnością jednak świat jazzu pamięta o Blackhawk głównie z powodu nagrań Milesa Davisa.

Wśród historyków trwa dyskusja o dokładnych datach nagrań, jednak to dla jakości muzyki nie ma większego znaczenia. Materiał wypełniający dziś w edycji nazywanej kompletną (to się jeszcze okaże – przed nami 60-lecie nagrań, pewnie będzie jakieś jubileuszowe wydanie) po brzegi cztery płyty kompaktowe, ukazał się pierwotnie jako dwie płyty analogowe. Był bardzo oczekiwanym, bowiem to było pierwsze oficjalne nagranie koncertowe Milesa Davisa. Dziś dostępne są wcześniejsze koncerty, nawet w obiegu oficjalnym, jednak nagrania z Blackhawk zostały wydane w 1961 roku i wtedy był to jedyny oficjalnie dostępny album koncertowy Milesa Davisa. Całość opublikowano oficjalnie po raz pierwszy w 2003 roku, choć w zasadzie materiał znany był z publikacji nieoficjalnych, jednak ich jakość nie pozwalała w zasadzie na uznanie tych bootlegów za przedstawiające jakąkolwiek muzyczną wartość. W szczególności album „Transition” omijajcie z daleka.

Nie szukajcie jakichkolwiek wersji skróconych. W wypadku tego nagrania, wersje odrzucone pierwotnie są równie dobre zarówno artystycznie, jak i technicznie. W 1961 roku podwójny album był przedsięwzięciem ryzykownym dla wytwórni, nawet w przypadku takiej gwiazdy jak Miles Davis, a o większej ilości płyt w jednym pudełku raczej nikt nie myślał.

Dzisiejsza edycja zawiera pełen zapis koncertów, bez przerw między utworami, co pozwala poczuć atmosferę wydarzenia tak doskonale, jak to możliwe po tylu latach. Brak Johna Coltrane’a, Billa Evansa i Cannonballa Adderleya dla wielu może być dyskwalifikujący. Muzycy zespołu nie byli nawet pierwszym wyborem Milesa po przebudowie składu. Wtedy nie udało mu się namówić do wspólnego grania Sonny Rollisa i Wayne Shortera, o których zabiegał. Czasy były rewolucyjne, na najmodniejszych scenach nowe kierunki wyznaczali między innymi Eric Dolphy i Ornette Coleman, a Davis mógł grać tylko swoje najbardziej ograne numery. Zebrał więc ekipę muzyków w życiowej formie i dołożył nieco własnej magii, sprawiając, że dla wszystkich członków zespołu to było jedno z najważniejszych wydarzeń w ich bogatych dyskografiach.

Nie przeszkadza mi nawet to, że podobno z winy nadużywającego alkoholu i innych substancji Paula Chambersa, sekcja gubi czasem rytm. Nie przeszkadzają mi również bardzo uproszczone introdukcje na fortepianie serwowane przez Wyntona Kelly’ego. W zamian spokój Hanka Mobleya sprawił, że Miles musiał wziąć sprawy w swoje ręce i być główną atrakcją wieczoru. To właśnie z tego powodu ten album jest genialny.

Miles Davis
In Person: Friday And Saturday Nights At The Blackhawk Complete
Format: 4CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 5099708710620

18 maja 2017

Gregory Porter: Wykorzystuję wszystkie inne gatunki muzyczne do wyrażenia siebie na sposób jazzowy.

Gregory Porter, sam nazywa siebie muzykiem, wokalistą jazzowym, jest jednak gwiazdą światowego formatu. Uwielbiają go nie tylko fani jazzu w wydaniu sprzed lat, pamiętający najważniejsze improwizujące wokalistki i ci, którzy nie widzą świata poza Frankiem Sinatrą. Swoją cudowną bezpośredniością zjednuje sobie zwolenników wszędzie, gdzie się pojawi, łączy pokolenia i zakopuje podziały. Kiedy wydaje płytę, dostaje jazzowe Grammy. Podróżuje po świecie, jest obecnie jednym z nielicznych muzyków jazzowych, który potrafi połączyć doskonałą muzykę z popularnością, nie idzie na artystyczne kompromisy, ale trafia do wszystkich. Nie tylko śpiewa, ale też pisze teksty i komponuje. Długo czekał na swój czas, kiedy świat już go zauważył, nie odpuszcza. Potrafi współpracować z muzykami tak skrajnymi, jak Renee Fleming i tworzącym eksperymentalną muzykę elektroniczną duetem Disclosure. Niedawno odwiedził Warszawę i pomiędzy przeróżnymi komercyjnymi wystąpieniami znalazł chwilę na jazzową rozmowę. Po tej krótkiej chwili wiem, że miałbym wielką ochotę zaprosić go na kolację i posłuchać z nim moich ulubionych płyt, powspominać opowieści o najwspanialszych nagraniach sprzed lat, źródłach inspiracji i fascynacji. Niestety kolejka do uroczego, pełnego pozytywnej energii wieczoru w towarzystwie Gregory Portera jest nieskończenie długa. Na początek musiał mi wystarczyć 15 minut…

                                                                                                        fot. (c) Piotr Gruchała

Rafał Garszczyński: Na początek chciałbym zapytać o Twoje zapowiadane już od kilku miesięcy nowe wydawnictwo – płytę DVD? Kiedy wreszcie będzie można ją kupić?

Gregory Porter: Masz na myśli nagranie koncertowe?

RG: „Live In Berlin” to wydawnictwo dostępne już od kilku miesięcy, pytam o film dokumentalny „Don’t Forget Your Music”. To Twoje najnowsze wydawnictwo…

GP: Będzie dostępne już wkrótce. Dystrybutorzy są nieco zaskoczeni dużym zainteresowaniem ze strony festiwali filmowych. Nie znam jeszcze dokładnej daty.

RG: Nie mogę wyjść z podziwu, obserwując Twoje niespożyte pokłady pozytywnej energii i umiejętności jednoczenia widowni, bez względu na miejsce na świecie i różnice pokoleniowe, to w dzisiejszym świecie rzecz niezwykła.

GP: Jestem z tego bardzo dumny. Na koncerty przychodzą całe rodziny, babcie z wnuczkami. To fascynujące, takie sytuacje interesują mnie bardziej niż śpiewanie dla fanów jazzu, uwielbiam łączyć ludzi, muzycznie, intelektualnie, towarzysko w zasadzie w każdy sposób.

RG: Kiedy odwiedzasz sklep z płytami, gdzie chciałbyś odnaleźć swoje albumy? Na półce z jazzem, muzyką pop, czy może zupełnie gdzie indziej?

GP: Lubię, kiedy tam są, jazz, blues, gospel, soul, pop. Uważam się za artystę jazzowego. Wykorzystuję wszystkie inne gatunki muzyczne do wyrażenia siebie na sposób jazzowy. Moje Grammy to nagrody jazzowe, to dla mnie ważne. Jestem więc uważany za artystę jazzowego. Jeśli moja muzyka jest nowoczesna i dostępna dla wszystkich i jest jazzem, to jest dla mnie powód do dumy.

RG: No cóż, ludzie żartują, że jak wydajesz płytę, to nie warto już nic wydawać, bo Grammy i tak będzie Twoje… (to nawiązanie do faktu, że za dwie swoje ostatnie płyty Gregory Porter dostał nagrodę Grammy w kategorii Best Jazz Vocal Album. Ta sztuka w czasach, kiedy jazzowych albumów wokalnych nie dzieli się na męskie i żeńskie udała się tylko Alowi Jarreau, Dianne Reeves i Nancy Wilson.). Powinna zatem powstać nowa kategoria Grammy – Best Jazz Vocal Album Not Performed By Gregory Porter

GP: Świetny pomysł.

RG: Nie myślisz czasem, że bycie artystą jazzowym raczej przeszkadza w zdobyciu szerszej publiczności?

GP: Nie uważam, żeby jazz był jakimś brzydkim słowem, albo oznaczał coś negatywnego. Trzeba pokazywać ludziom jak wiele jazz ma do zaoferowania, jak bardzo różnorodny potrafi być. Weźmy choćby Sarah Vaughan i Bobby McFerrina. Są przecież tak różni. Betty Carter i Frank Sinatra śpiewali standardy w jakże różny sposób. Jaz to temat niezwykle obszerny Trzeba poświęcić mu trochę czasu, poznać i dowiedzieć się, czy znajdziesz w jazzie coś dla siebie. Jeśli słuchasz odpowiednio długo, skupiasz się i koncentrujesz, z pewnością znajdziesz coś dla siebie.

RG: Fani jazzu to już wiedzą, ale wielu ludzi ucieka, kiedy słyszy, że będą grali jazz.

GP: Masz rację, kojarzą jazz z czymś trudnym, nieznanym. Jazz to nie tylko trudne improwizacje, to także Eddie Harris, Billy Cobham, czy Les McCann. Jest wiele możliwości.

RG: Często muzycy jazzowi pozostają niestety znani tylko fanom jazzu, tylko dlatego, że są jazzowi. Weźmy choćby cały jazz elektryczny, wszystko co powstało w latach siedemdziesiątych. Wspomniałeś już Lesa McCanna, było też choćby Weather Report i cały ruch elektryczny. Oni wszyscy byli muzykami jazzowymi. Dla mnie jazzem jest wszystko co nieprzewidywalne, kiedy idę na koncert lubię myśl, że usłyszę coś co zdarzy się tylko ten jeden raz. Każdy koncert musi być inny. Tobie udaje się połączyć szeroką popularność i autentyczność bez artystycznych kompromisów.

GP: Dla mnie ważna jest całość, tekst, barwa mojego głosu, kompozycja, unikalna kombinacja różnych cech, trafiam do ludzi i cieszę się tym. Oczywiście szanuję fanów skupionych na jednym gatunku, tych którzy słuchają jazzu, czy soulu. Szanuję ludzi, sam próbuję połączyć jazz, soul i gospel, a także sztukę pisania piosenek w jedną całość, moją autorską. Cieszę się, kiedy widzę, że publiczności się to podoba.

RG: Piszesz teksty i komponujesz własne piosenki. Nie myślałeś o śpiewaniu jazzowych standardów?

GP: Chciałbym siedzieć tylko w studiu i nagrywać 10 płyt rocznie, ale to z wielu względów niemożliwe. Mam nadzieję, że moja kariera będzie rozwijała się tak, że będę mógł wyrazić siebie za pośrednictwem własnych piosenek, ale również śpiewać wszystkie dobre piosenki, nie tylko amerykańskie, ale też inne. Będę też dodawał elementy znane z muzyki folk, gospel i soul, jazzowa ekspresja pozwala sięgać do takich utworów.

RG: Tworzysz na bieżąco listę takich ulubionych utworów, żeby o niczym nie zapomnieć?

GP: Tak to mniej więcej wygląda, zbieram dobre utwory. Takie nagranie może wydarzyć się już wkrótce. Słucham też sporo muzyki brazylijskiej i tej z Południowej Afryki. Nie rozumiem słów, ale interesują mnie takie formy ekspresji. Moja kariera wystartowała dość późno, ale nigdzie się nie spieszę. Na wszystko jest właściwy czas.

RG: No właśnie, jaką muzykę znajdę na Twoim Ipodzie? Czego słuchasz?

GP: Trudno stale słuchać nowej muzyki. Słucham sporo swoich nagrań. Szczególnie lubię cieszyć się dobrą jakością, płytą analogową. Słucham Elli Fitzgerald, Joe Passa, sporo wokalistów o niskim głosie, Billy Eckstine’a, „Copacabany” Sarah’y Vaughan. Jednym z moich ulubionych nagrań jest to dokonane wspólnie przez Cannonballa Adderley’a i Nancy Wilson. Słucham dużo muzyki, której słuchałem jeszcze w college’u.

RG: Kiedy możemy się spodziewać nowego albumu?

GP: Prace już trwają. To będzie album skoncentrowany na muzyce Nat King Cole’a. Będzie też spora orkiestra.

RG: Tak więc wokalne Grammy 2018 już rozdane…

GP: śmiech…. Jest wiele dobrej muzyki. Jestem wdzięczny życiu za to gdzie jestem.

RG: Dużo podróżujesz. Czy dostrzegasz różnice w odbiorze Twojej muzyki? Czy uważasz że muzyka jest uniwersalna? W Twojej muzyce ważne są też teksty.

GP: Oczywiście czasem trzeba się dopasować do publiczności. Wiem, że mam szczęście być powszechnie akceptowanym wykonawcą, w Niemczech, Grecji, Meksyku. Wszędzie reakcje są pozytywne, mimo tak różnych miejsc. To mnie cieszy. Muzyka jest dla mnie misją. To ważne zdanie. Mam coś do powiedzenia. Jestem muzykiem jazzowym, ale opowiadam też historie, chciałbym, żeby one pozostały na dłużej. Opowiadam ludziom o miłości, szacunku. Kiedy śpiewam RG: Gregory śpiewa fragment swojej piosenki: „There will be no love that’s dying here”, to łączę się ze słuchaczami. Sądzę, że zapamiętają te słowa, może zaśpiewają je następnego dnia i jeszcze następnego, może stanie się to częścią ich życia. Sam czuję taką więź, kiedy śpiewam Nat King Cole’a RG: Tu znowu GP podśpiewuje fragment „Smile though your heart is aching”. Te słowa dużo dla mnie znaczą. RG: Kolejny fragment a capella, znowu znany z repertuaru Nat King Cole’a “Nature Boy” edena abheza: „The greatest thing you’ll ever learn is just to love and be loved in return”. Te słowa też wiele znaczą dla mnie. Mam nadzieję, że moje teksty są równie ważne dla mojej publiczności i że pamiętają je dłużej i czasem sobie nucą.

RG: Co z miejscami, gdzie grasz, w których ludzie nie znają angielskiego? Czują muzykę?

GP: Dokładnie tak! Jednym z pierwszych miejsc gdzie spotkało mnie niesamowite przyjęcie, mimo tego, że wielu nie rozumiało tekstów, była seria koncertów w Rosji i Ukrainie. Graliśmy w salach koncertowych w takich miejscach jakNowosybirsk, Jekaterynoburg, Kazań, czy Niżniewartowsk. Wielu słuchaczy nie znało niemal żadnego angielskiego słowa, ale „Moon River” jest uniwersalne. Po jednym z koncertów rozmawiałem z pewną starszą słuchaczką, miała pewnie z 80 lat, powiedziała mi, że jej zdaniem śpiewałem o mojej matce. „Moon River” jest o czymś zupełnie innym, tekst nie jest o mojej matce, ale dla mnie emocje związane są z moją matką, jej siłą i energią, które mi przekazała. Ta kobieta to zrozumiała, to było niesamowite.

RG: Twoja energia jest niezwykle pozytywna. Podziwiam też Twoje wyczucie muzycznej przestrzeni, tak jak największych mistrzów, cenię Ciebie nie tylko za nuty zaśpiewane, ale też te, których nie zaśpiewałeś. Jesteś niesamowicie prawdziwą, pozytywną osobą. Bardzo dziękuję za niezwykłą rozmowę.

GP: Bardzo dziękuję i zapraszam na moje koncerty.


Rozmowa przeprowadzona w kwietniu 2017 roku, wywiad ukazał się w majowym wydaniu miesięcznika JazzPRESS - do pobrania tutaj: JazzPRESS

17 maja 2017

Robert Glasper – Everything's Beautiful

Miałem z tym albumem trochę pod górkę… Najpierw czekał kilka miesięcy na swój czas, później uznałem, że Robert Glasper, którego cenię za poprzednie produkcje, dołączył do grona tych, którzy chcą się pogrzać w blasku wielkiego Milesa Davisa. W ten sposób album wylądował po raz kolejny na spodzie sporego stosu nowości. Postanowiłem jednak spróbować, za sprawą wspomnienia o wybornym albumie „Black Radio”. Przecież Robert Glasper żyje w alternatywnej rzeczywistości. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, było wsparcie Milesa Davisa. Sam jest geniuszem i nie musi korzystać ze sławy innych.

Czytając książeczkę dołączoną do albumu trudno pozbyć się wrażenia, że to kolejny zestaw remixów muzyki Milesa, którego nazwisko na okładce jest powtórzone kilkukrotnie, zajmując nawet chyba nieco więcej miejsca niż Roberta Glaspera. W części sklepów internetowych album bywa nawet opisywany jako wspólne dzieło obu muzyków.

Większość nagrań zawiera sample z nagrań Milesa Davisa, on sam otwiera płytę swoim monologiem o dość wymownym tytule „Talking Shit”. Większość sampli pochodzi z lat siedemdziesiątych. Kilka kompozycji nosi tytuł znanych utworów Milesa. Jeśli jednak oczekujecie czegoś na kształt „Panthalassy” Billa Laswella, to przygotujcie się na zupełne zaskoczenie, bowiem podstawą do stworzenia albumu „Everything's Beautiful” nie jest magiczne brzmienie trąbki mistrza, a pomysł na autorską, zwariowaną dekonstrukcję kompozycji, w dodatku raczej tych mniej znanych.

Robert Glasper sam gra niewiele, wykorzystując potencjał gościnnie występujących na płycei artystów. Wśród nich znajdziecie zarówno wielkie nazwiska, jak Stevie Wonder i John Scofield, jak i zupełnie, przynajmniej w jazzowym świecie nieznane. John Scofield pozostaje jedynym łącznikiem z realnym otoczeniem Milesa, który na płycie gra. W realizacji płyty wzięła udział rodzina Milesa, a album wydało Sony, więc z pewnością aprobata tych, którzy zajmują się, całkiem zresztą racjonalnie pośmiertną spuścizną Milesa Davisa została zapewniona.

Ten album potwierdził moje przekonanie, że Robert Glasper jest jednym z najważniejszych współczesnych muzyków. Nagrody dostaje najczęściej w kategoriach R&B, wielu uważa go za muzyka jazzowego, a on, podobnie zresztą jak Miles, gra swoje. Tworzy muzykę Roberta Glaspera, czasem nawet nie musi dotknąć żadnego instrumentu, pozostając wielkim inspiratorem, producentem, reżyserem i duchem muzycznych poczynań w studiu. Jest wizjonerem, zapewne części jego pomysłów dziś nie rozumiemy. Miles też był kilka razy w podobnej sytuacji.

Kojarzenie tego albumu z Milesem Davisem jest wielkim błędem. To absolutnie autorski projekt Roberta Glaspera, który nie potrzebuje wsparcia wielkich nazwisk na okładce. Mógłby równie dobrze wybrać któregoś z włoskich piosenkarzy z tej samej epoki, albo folklor dowolnego europejskiego kraju, czy coś zupełnie innego. Wyszłoby równie fenomenalnie.

Nigdy nie dowiemy się, jak brzmiałaby muzyka Milesa Davisa, gdyby w jakiś cudowny sposób dożył dzisiejszych czasów, mam jednak wrażenie, że podobnie do „Everything's Beautiful”, za wyjątkiem tego, że byłyby to raczej nowe kompozycje. Miles nie lubił patrzeć za siebie, zawsze był o krok przed wszystkimi. Dziś takim wyznaczaniem kierunku rozwoju twórczej muzyki zajmuje się Robert Glasper.
Ten album przeleżał na mojej półce z płytami, których jeszcze nie słuchałem niemal rok. Zastanawiam się, ile jeszcze podobnie rewelacyjnych produkcji kryje się pod setkami płyt, których zwykle słucham tylko raz. Do „Everything's Beautiful” z pewnością będę wracał.

Robert Glasper
Everything's Beautiful
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 888751578128

16 maja 2017

John Scofield & Pat Metheny – I Can See Your House From Here

Kiedy w 1994 roku ukazał się album „I Can See Your House From Here”, zastanawiałem się, dlaczego na pierwszym miejscy jego okładki znalazł się John Scofield, a nie Pat Metheny. Sądziłem, że powinny zadecydować względy komercyjne. Pat Metheny docierał i do dziś dociera do zdecydowanie szerszego kręgu publiczności, a wtedy większość muzyki sprzedawała się w sklepach w postaci fizycznych nośników. To skazywało album na umieszczenie w przegródce przeznaczonej dla albumów Johna Scofielda, gdzie przypuszczalnie nigdy nie odnalazła tego albumu większość fanów Pata Metheny, szczególnie tych, którzy nie śledzili jakoś szczególnie nowości wydawniczych.

Z muzycznego punktu widzenia to ma oczywiście głęboki sens – muzyce albumu zdecydowanie bliżej do ówczesnego bardziej jazzowego i nawet tego teraźniejszego, ludowego stylu Scofielda, niż klimatów Pat Metheny Group. Mimo tego, album dziś ma status klasyka i jest ważną pozycją w dyskografii obu muzyków. U mnie na półce stoi na końcu zbioru płyt Johna Scofielda, ale również na początku grupy albumów sygnowanych nazwiskiem Pata Metheny. W ten sposób nie musiałem decydować, czy ważniejszy jest prawy, czy lewy kanał finalnego miksu. Płytę przygotowano właśnie w ten sposób – w lewym kanale usłyszycie Johna Scofielda, a prawym Pata Metheny.

Album firmuje dwu, prawdopodobnie wtedy najważniejszych jazzowych gitarzystów. Mimo tego ich wspólne nagranie nie jest wirtuozerskim wyścigiem ani popisem możliwości technicznych, czy wciskaniem firmowych zagrywek w każde możliwe wolne miejsce. To raczej zrelaksowane, wypełnione luźnymi muzycznymi impresjami spotkanie ludzi, którzy niczego już nie muszą światu udowadniać, mogą cieszyć się swoim talentem, dobrze się bawić i dać fanom kilka wyśmienitych kompozycji, które w jazzowym świecie mogłyby być przebojami.

Album odniósł spory sukces komercyjny, doskonale godząc jazzowe improwizacje z chwytliwymi melodiami, bez artystycznych kompromisów i ukłonów w stronę jazzu za lekkiego i za łatwego. Nie sposób również pominąć doskonałej realizacji technicznej albumu, co w tamtym czasie nie było charakterystyczne dla Blue Note, ani kameralnych realizacji w Power Station – studiu specjalizującym się raczej w zdecydowanie głośniejszej muzyce. W kręgach audiofilskich album ma status kultowego i jest używany przez wielu recenzentów sprzętu audio, choć moim zdaniem dostępne przeróżne staranne tłoczenia analogowe w żaden sposób tej muzyce nie pomagają. Album najprawdopodobniej zarejestrowano w formie cyfrowej. Jeśli jakiś informacji w materiale źródłowym nie ma – nie odnajdziecie jej również w najstaranniej przygotowanych i wytłoczonych na najlepszym winylu tłoczeniach.

Być może zabrakło trochę interakcji, grania w stylu i na sposób podobny do najciekawszego utworu na płycie, kompozycji Johna Scofielda „Everybody’s Party”. Czy jednak ten album powinien być aż tak elektryczny? Ja zmieniam zdanie niemal za każdym razem, kiedy sięgam po tą płytę. To zwyczajnie zależy od nastroju. Czasem mam ochotę na nieco bardziej hałaśliwe granie – wtedy mogę sięgnąć po taki choćby „Uberjam”, a kiedy późno w nocy mam raczej nastrój na wyśmienitą jazzową balladę sięgam po „One Quiet Night”. Pomiędzy „Uberjam” Johna Scofielda i „One Quiet Night” Pata Metheny znajdziecie „I Can See Your House From Here”. To absolutny jazzowy klasyk, który powinien być w każdej kolekcji jazzowych nagrań.

John Scofield & Pat Metheny
I Can See Your House From Here
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724382776529