12 marca 2017

James Moody – Feelin’ It Together

James Moody to jedna z wielkich legend świata jazzu. Powszechnie uznawany za duszę jazzowego towarzystwa, zawsze uśmiechnięty i gotowy do gry. Od pierwszych dźwięków, które zarejestrował, do końca swoich dni stworzył niemożliwą do policzenia ilość genialnych ballad. Już w końcówce lat czterdziestych był klasykiem gatunku, choć tenorzyści jego pokolenia uznawani byli za duchowych spadkobierców Charlie Parkera, Moody zawsze pozostał sobą.

Na zawsze wpisał się do jazzowych podręczników już w latach pięćdziesiątych za sprawą niezwykłej kompozycji Eddie Jeffersona – „Moody’s Mood For Love”, która została oparta na solówce Jamesa Moody z utworu „I’m In The Mood For Love” nagranego w końcówce lat czterdziestych.

W czasie swojej długiej kariery, którą rozpoczęła się w wojskowej orkiestrze w czasie drugiej wojny światowej i nauką jazzowego życia w grupie Dizzy Gillespiego, grał ze wszystkimi największymi mistrzami. W zespole Dizzy Gillespiego poznał Kenny Barrona, który pozostał jego muzycznym przyjacielem na całe dekady. Album „Feelin’ It Together” powstał w 1973 roku, a muzycy ciągle uwielbiali swoje towarzystwo.

Tym, którzy uważają Jamesa Moody za saksofonistę drugiego planu i idealnego uczestnika rozlicznych big-bandowych zespołów Dizzy Gillespiego w późnych latach jego kariery polecam odnalezienie reedycji takich albumów jak „The Tower Of Power!” Dextera Gordona, czy „Big Bags” orkiestry Milta Jacksona.

James Moody był jednak indywidualistą i w zasadzie od początku swojej kariery wystarczająco dużą gwiazdą (spora w tym zasługa komercyjnego sukcesu „Moody’s Mood For Love”), żeby nagrywać autorskie albumy właściwie przez całą karierę. Jego ulubionym instrumentem był tenor, równie dobrze grał jednak na alcie i flecie. Album „Feelin’ It Together” to doskonały przykład sprawności technicznej w grze na tych wszystkich instrumentach i pogody ducha lidera. Nagranie powstało w trudnych dla muzyków jazzowych początkach lat siedemdziesiątych, kiedy wydawało się, że jazz w postaci akustycznej w zasadzie już nigdy nie powróci, a kto nie grał hałaśliwego fusion w zasadzie był traktowany jak okaz muzealny, a w najlepszym wypadku idealny kandydat do lukratywnego angażu w hallu, lub sali do gry w bingo w którymś z wysłużonych i atrakcyjnych jedynie dla emerytów hotelu w Las Vegas.

James Moody potrafił jednak w tamtych czasach zrobić coś niezwykłego – wykorzystać odrobinę nowoczesnego instrumentarium w postaci elektrycznego fortepianu swojego najlepszego muzycznego przyjaciela – Kenny Barrona i stworzyć mowocześnie brzmiące ballady. Powściągliwość w wykorzystaniu nowoczesnych brzmień spowodowała, że nagrana w 1973 roku płyta od razu stała się ponadczasowym klasykiem i pozostaje nim do dziś.

„Feelin’ It Together” nie jest jakimś szczególnym albumem w obszernej dyskografii Jamesa Moody. Jest dla mnie okazją, żeby przedstawić tego muzyka i po raz kolejny powrócić do doskonałej muzyki, opisanej nie tylko przez jedyny w swoim rodzaju dźwięk jego saksofonów, ale także dźwiękowe eksperymenty brzmieniowe Kenny Barronna (jak choćby początek „Kriss Kross”). Ten album to również jedna z najwspanialszych bobopowych solówek Jamesa Moody, tego sposobu gry uczył się przecież od samego Charlie Parkera. Otwierający album utwór – „Anthropoly” to w mojej osobistej klasyfikacji jedna z najciekawszych wersji „I Got Rhythm” wszechczasów. Nie tylko w związku z jedyną w swoim rodzaju solówką lidera, ale również z równie doskonałą odpowiedzią Kenny Barrona i całkiem błyskotliwym fragmentem zagranym na kontrabasie przez Larry Ridleya. Jeśli zestawić ten utwór z umieszczonym nieco dalej „Wave” Antonio Carlosa Jobima, zrozumiecie jak niezwykle uniwersalnym muzykiem był James Moody.

James Moody
Feelin’ It Together
Format: CD
Wytwórnia: Muse / 32 Jazz
Numer: 604123204521

Brak komentarzy: