18 lutego 2017

Mo’ Blow – Live In Berlin With Special Guests

„Live In Berlin With Special Guests” to najnowszy koncertowy album zespołu Mo’ Blow wydany przez ACT Music w serii Young German Jazz. Muzycy zespołu do weteranów z pewnością nie należą, jednak istniejący już pewnie około 10 lat zespół trudno nazwać młodym, szczególnie wedle jazzowych standardów. W świadku jazzu, wypełnionym kipiącymi kreatywnością talentami nie ma już bowiem w zasadzie zespołów. Są muzyczne projekty, co oznacza mniej więcej tyle, że muzyczne drogi kilku osób spotkały się na parę dni i w związku z tym, że fajnie im się rozmawiało, postanowili nagrać płytę. Wychodzi to różnie, jak to w życiu, czasem powstają nagrania genialne, często jednak jak na dłoni widać, a raczej słychać, że ów projekt jest niedopracowany, co wynika z niewystarczającej ilości czasu poświęconego na próby.

Mo’ Blow z pewnością czasu mieli wystarczającą ilość, bowiem zagrali razem pewnie tysiące koncertów we wszelkich możliwych jazzowych i klubowych miejscach w Europie. Występował również w Polsce. Skład zespołu ulegał zmianom, jednak z całą pewnością muzycy obecnego składu spędzili na wspólnym graniu więcej czasu niż większość jazzowych składów.

Domeną zespołu są niezwykle żywiołowe koncerty. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję, wybierzcie się koniecznie. Nie będzie to dla Was być może ortodoksyjnie jazzowe przeżycie, ale z pewnością niezwykle energetyczny i wypełniony radosnym muzykowaniem wieczór. Polecam.

Najnowszy, trzeci już wydany w wytwórni ACT Music album zespołu zawiera nagrania zarejestrowane w czasie kilku koncertów zespołu w berlińskim klubie A-Trane w sierpniu 2015 roku. Z pewnością wydawcy mogli zdecydować się na umieszczenie na krążku każdego z tych koncertów. Wybrana formuła zakładała jednak obecność gości specjalnych, którzy pojawiali się w czasie kolejnych wieczorów i dla każdego należało znaleźć odrobinę miejsca na płycie. Trochę szkoda, że wytwórnia nie zdecydowała się na podwójny album. Z pewnością materiału jest dużo więcej.

Wśród gości specjalnych na szczególne wyróżnienie zasługuje grający jak zwykle z niespotykaną u innych skrzypków intensywnością Adam Bałdych. Jego ekspresja nie oznacza zbędnej ilości niepotrzebnych dźwięków. Adam potrafi jak najwięksi mistrzowie zrobić użytek z muzycznej przestrzeni i zagrać mniej, co oznacza lepiej. To talent niezwykły, a „Ray” – utwór Matti Kleina – klawiszowca zespołu, z jego udziałem należy do najlepszych momentów tego niezwykle udanego albumu.

Pozostali goście też stają na wysokości zadania – po raz kolejny mogę więc napisać, że wolę Nilsa Landgrena jako puzonistę, niż wokalistę. Kacper Smoliński, również gość specjalny koncertu wyśmienicie wypadł w kompozycji członków zespołu – „Fried Chocolade”. Mam nadzieję, że jego obecność na scenie wraz z gwiazdami wytwórni ACT Music oznacza początek współpracy zasługującej na międzynarodową karierę formacji Weezdob Collective z tą wytwórnią. Jeśli to się uda – muzycy zespołu z pewnością wypłyną na szersze wody, co im się słusznie należy.

Goście specjalni stanowią jednak tylko dodatek do muzycznej kreacji zespołu Mo’ Blow, który od lat zapełnia kluby muzyczne w całej Europie, znajdując doskonałą równowagę pomiędzy cieszącymi publiczność tanecznymi rytmami i cytatami z komercyjnych przebojów oraz ich własnymi jazzowymi korzeniami.

Mo’ Blow
Live In Berlin With Special Guests
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9675-2

17 lutego 2017

Ornette Coleman - Free Jazz: A Collective Improvisation By The Ornette Coleman Double Quartet

Jeśli nie liczyć niezauważonych w zasadzie w swoim czasie płyt „Something Else!!!” i „Tomorrow Is A Question!” wydanych przez Contemporary, album „Free Jazz” jest czwartą płytą w dyskografii Ornette Colemana. Już jego debiut, opisywany dawno temu w Kanonie Jazzu album o znamiennym tytule „The Shape Of Jazz To Come” był dla jazzowego środowiska szokiem. Szokiem tym większym, że album powstał w najlepszym dla jazzowego mainstreamu okresie – magicznym roku 1959. Był swoistym skandalem i zapowiadał radykalne zmiany. Niektórzy uważali, że był zwyczajnie oszustwem. Po latach krytycy będą pisać zarówno o „The Shape Of Jazz To Come:, jak i o „Free Jazz”, którego postępowość będzie powszechnie porównywana do „Ascension” Johna Coltrane’a, że Ornette Coleman i John Coltrane nie potrafili jeszcze wtedy uwolnić się od zakorzenionego niezwykle mocno w jazzowej tradycji schematu temat – solówki… Istotnie, od 1959 roku termin free jazz z pewnością zmieniał swoje znaczenie.

Album „Free Jazz” został zarejestrowany w grudniu 1960 roku. Pierwsze kilka miesięcy tego roku kwartet grającego wtedy na słynnym już plastikowym saksofonie Grafton spędził w nowojorskim klubie Five Spot. W czasie tej długiej, nawet jak na ówczesne warunki rezydentury przez klub przewinęli się wszyscy znaczący krytycy i jazzowe gwiazdy. Większość uważała, że Ornette Coleman posunął się za daleko. A to był tylko jeden kwartet. Czy zatem „Free Jazz” powstał na przekór wszystkim? To tylko taka luźna hipoteza, jednak całość składa się w dość logiczną całość. Krytycy pisali o występach kwartetu Ornette Colemana nie tylko, że posunął się za daleko, ale również, że prawdopodobnie jest muzycznym oszustem, który nie ma nic do zaproponowania. Jedynie Nat Hentoff bronił Colemana usiłując w swoich dłuższych tekstach przeanalizować logikę rozwoju uwolnionej od klasycznej bluesowej formuły jazzowej kompozycji. Po latach obszerny krytyczny komentarz napisany w większości wiosną 1961 roku przez tego wybitnego krytyka komentarz ukaże się w poprawionym wydaniu jego książki „The Jazz Life”.

W 1960 roku Roy Eldridge pisał, że słuchał występów w Five Spot na trzeźwo i pod wpływem, próbując zrozumieć zagrał z Ornette Colemanem kilka setów i ciągle nie nadąża. Paul Chambers otwarcie, choć z odrobiną życzliwości mówił, że nie rozumie. Życzliwy awangardzie człowiek, który w najtrudniejszych czasach dawał pracę Theloniousowi Monkowi i Dizzy Gillespiemu, kiedy ich również nikt nie rozumiał, stwierdził dyplomatycznie, że Ornette Coleman potrzebuje jeszcze dużo czasu i musi muzycznie dojrzeć. To coś w rodzaju „Zadzwonimy do Pana…”, choć nie mamy numeru…

Red Garland był bardziej radykalny – w jednym z wywiadów uznał Ornette Colemana za muzycznego oszusta i dziwił się, że udało mu się zwieść nawet tak wybitnego muzyka jak John  Lewis. Zapewne miał na myśli fakt zaproszenia przez Johna Lewisa Ornette Colemana do nagrania albumu „John Lewis Presents Contemporary Music: Jazz Abstractions - Compositions By Gunther Schuller & Jim Hall” i kilku koncertów, które towarzyszyły temu wydarzeniu.

Miles Davis na przekór wszystkim twierdził, że lubi to co robi Ornette Coleman, bo nikogo nie kopiuje. Ciekawe czy rozmawiał o tym z Redem Garlandem? Co bardziej przychylni uważali, że Ornette Coleman nie gra jazzu, tylko po prostu jakiś inny, wcześniej nieznany rodzaj muzyki. Mieli rację. Wielu do dziś uważa, że Ornette Coleman należy do nielicznego grona tych, którzy przez całe życie pozostali na swojej własnej planecie. Fajnie być w takim towarzystwie – Thelonious Monk, Ornette Coleman, Miles Davis w latach siedemdziesiątych, Jaco Pastorius, Cecil Taylor. I to chyba tyle.

W efekcie tych wszystkich dyskusji, wielu chciało sprawdzić kto tak właściwie ma rację, przychodząc do Five Spot i kupując płyty. „The Shape Of Jazz To Come” osiągnęło w 1960 roku nakład ponad trzykrotnie wyższy od innych znanych jazzowych albumów wydanych przez Atlantic w tym okresie.

Wtedy właśnie Ornette Coleman podwoił stawkę i zaprosił do współpracy kolejnych muzyków tworząc podwójny kwartet. Rozmontował system i na zawsze został najbardziej niepokornym wśród muzyków jazzowych. Reszty musicie posłuchać i zdecydować, czy jesteście tego samego zdania, co Miles Davis, czy zgadzacie się w Redem Garlandem.

Ja do wczesnego Ornette Colemana przekonywałem się długo. Kilka miesięcy temu postanowiłem spróbować po raz kolejny. Kupiłem w okazyjnej cenie wszystkie nagrania Ornette Colemana dla wytwórni Atlantic – 6 płytowy box „Beauty Is A Rare Thing: The Complete Atlantic Recordings” zawierający również „Free Jazz”. To ponad 6 godzin niezwykle intensywnej i angażującej muzyki. Wysłuchałem wszystkich płyt w zasadzie jednego dnia. To było niezwykle intensywne przeżycie.

Ornette Coleman
Free Jazz: A Collective Improvisation By The Ornette Coleman Double Quartet
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Warner

Numer: 075678134722

15 lutego 2017

Tete Montoliu – Boleros

Tete Montoliu z całą pewnością zasłużył sobie na miejsce w Kanonie Jazzu. Fani artysty będą zapewne spierać się, czy akurat „Boleros” jest najbardziej reprezentatywnym nagraniem w jego bogatej dyskografii. Są jednak co najmniej dwa powody dla których to właśnie ten album postanowiłem umieścić w Kanonie. Pierwszy z nich to fakt, że ten album jest niezwykle popularny w ojczyźnie muzyka – czyli w Katalonii. Drugą okazją jest niedawne wydanie tego albumu po raz kolejny w znakomicie zremasterowanej przez Discos Ensayo wersji ze starannie opracowaną w kilku językach przez Carlosa Sampayo przedmową.

Tete Montoliu nie jest i nigdy nie był w Polsce postacią jakoś specjalnie znaną i podziwianą, choć odwiedził nasz kraj co najmniej raz, grając koncert wspólnie z Andrzejem Olejniczakiem.

W bogatej dyskografii Tete Montoliu znajdziecie między innymi wspólne sesje z Benem Websterem, Artem Farmerem, Stephane Grappellim i Kenny Dorhamem. Jeśli uznacie, że to zbyt klasyczne nazwiska, to możecie sięgnąć po jego nagrania z Anthony Braxtonem, Charlie’m Mariano i Arche Sheppem. To oczywiście w większości sesje typowo amerykańskie. Dlatego właśnie w celu prezentacji dorobku tego wyśmienitego pianisty postanowiłem wybrać album nagrany w Hiszpanii, choć z pewnością sam muzyk chciałby, żeby zawsze pisać o Katalonii.

Tete Montoliu urodził się w 1933. Od dziecka był niewidomy, co nie przeszkodziło mu przeżyć niezwykle intensywnego muzycznie życia wypełnionego podróżami i koncertami. Jego bogata kariera koncertowa trwała niemal nieprzerwanie aż do jego śmierci w 1997 roku. Całe jego muzyczne życie związane było z Barceloną, choć jego największym idolem był Art Tatum. W połowie lat pięćdziesiątych właśnie w Barcelonie jeden z jego kameralnych koncertów usłyszał Lionel Hampton i natychmiast zaproponował mu wspólną europejską trasę koncertową. Dzięki rekomendacji Lionela Hamptona, Tete Montoliu poznał wielu amerykańskich muzyków, z którymi koncertował w Nowym Jorku. Oprócz wymienionych wcześniej, z którymi nagrywał, były to również takie gwiazdy jak Dexter Gordon, Chick Corea i Dizzy Gillespie.

Wyśmienicie potrafił odnaleźć się w hard-bopowych gwiazdorskich składach, zarówno na scenie, jak i w studiu nagraniowym. Miał jednak własny, unikalny styl, który najlepiej wypada w kompozycjach autorów hiszpańskich i latynoskich piszących z myślą o pianistach. Właśnie w taki sposób powstał repertuar albumu „Boleros”. Niemal w całości jest złożony z kompozycji niemal nieznanych w jazzowych kręgach, zagranych kameralnie w towarzystwie lokalnych, zupełnie nieznanych muzyków. Klasycznym, jazzowym akcentem jest zamykająca album „Poinciana” Nata Simona i Buddy Berniera – ulubiona kompozycja jednego z największych jazzowych pianistów – Ahmada Jamala. Ten nieco z klasycznie jazzowego punktu widzenia egzotyczny repertuar doskonale pozwolił połączyć jazzową przestrzeń oszczędnie grającego lidera z odrobiną egzotyki i rytmicznej odmienności.

Po podobny repertuar sięgało wielu jazzowych pianistów, w tym Chick Corea, wspomniany już Ahmad Jamal, Bill Evans i Ray Bryant. Być może w takiej tradycji trzeba się wychować, żeby być jej częścią, a nie tylko odtwórcą. Dla mnie „Poinciana” w wykonaniu Tete Montoliu jest co najmniej tak samo dobra, jak ta grywana niemal na każdym koncercie przez Ahmada Jamala. To chyba wystarczająca rekomendacja, a „Boleros” to jeszcze 9 innych równie dobrze zagranych, choć mniej znanych kompozycji.

Tete Montoliu
Boleros
Format: CD
Wytwórnia: Discos Ensayo
Numer: 8424295051790

14 lutego 2017

Jim Black, Oskar Gudjonsson, Elias Stemeseder, Chris Tordini – Malamute

Oto kolejna, niekoniecznie najłatwiejsza, ale z pewnością warta zainteresowania Płyta Tygodnia. „Malamute” to jedna z tegorocznych nowości szwajcarskiej wytwórni Intakt, niestrudzonej w popularyzacji muzyki trudnej do zaszufladkowania.

Najnowszy projekt perkusisty Jima Blacka, to kwartet z udziałem islandzkiego saksofonisty Oskara Gudjonssona, nowojorskiego basisty Chrisa Tordini i austriackiego pianisty, tym razem odpowiedzialnego raczej za przeróżne dźwięki elektroniczne Eliasa Stemesedera, współpracującego ostatnio również z Johnem Zornem, z którym Jim Black miał już kiedyś okazję nagrywać dla wytwórni Winter&Winter (całkiem udany album „Somatic” i kilka innych). Ellias Stemeseder jest również członkiem innego projektu Jima Blacka – jego trio, które wydało niedawno album „The Constant”.

Album „Malamute” zawiera nowe kompozycje, jednak zespół ma za sobą udane koncerty w wielu europejskich klubach, w czasie których współpraca udawała się tak dobrze, że muzycy postanowili nagrać studyjny album. Jego zawartość to rodzaj muzycznego szkicownika, odrobiny eksperymentów i próbowania w studiu nowych brzmieniowych koncepcji.

W rezultacie tych brzmieniowych i kompozycyjnych poszukiwań powstał album różnorodny, zaskakujący i wielowymiarowy. Znajdziecie tu zarówno całkiem konserwatywnie brzmiące melodie saksofonisty zespołu - Oskara Gudjonssona, jak i dźwiękowe elektroniczne eksperymenty Jima Blacka i Eliasa Stemesedera.

Wiele dźwięków pojawiających się na tym krążku jest trudnych do zidentyfikowania, nie wiadomo, czy pochodzą z sampli przygotowanych przez Jima Blacka, czy z komputerów obsługiwanych przez Eliasa Stemesedera. Brzmieniowe abstrakcje brzmią jednak interesująco i stanowią ciekawe urozmaicenie dla melodyjnych improwizacji Oskara Gudjonssona. Muzykom udało się znaleźć równowagę pomiędzy użyciem klasycznych instrumentów (saksofon, bas i perkusja) i całkowicie syntetycznymi dźwiękami generowanymi przez Jima Blacka i Oskara Stemesedera.

W efekcie powstał zbiór różnorodnych, czasem free-jazzowych, czasem bardziej rockowych, a nawet transowych szkiców kompozycyjnych, które są dobrym początkiem do działalności dobrze współpracujących ze sobą muzyków.

Kiedy pierwszy raz słuchałem tego albumu, po pierwszych kilku utworach uznałem, że to kolejny eksperyment dźwiękowy Jima Blacka, niekoniecznie wyróżniający się wśród wielu jego podobnych nagrań. Wtedy usłyszałem umieszczony mniej więcej w połowie albumu utwór „Just Turned Two”. Dla tego, zawierającego najwięcej inwencji i muzycznej energii utworu warto kupić album „Malamute”. Nie oznacza to, że pozostałe kompozycje nie są warte uwagi, ale dla mnie „Malamute” to właśnie brzmienie „Just Turned Two”. Spróbujcie zacząć przygodę z albumem właśnie od tego utworu.

Jim Black, Oskar Gudjonsson, Elias Stemeseder, Chris Tordini
Malamute
Format: CD
Wytwórnia: Intakt
Numer: Intakt CD 283 / 2017

13 lutego 2017

Grant Green - Matador

Grant Green jest częstym gościem w Kanonie Jazzu, zarówno za sprawą prezentacji jego własnych nagrań – jak w przypadku „The Complete Quartets with Sonny Clark”, „Idle Moments” czy „Street Of Dream”, jak i za sprawą albumów, w których był jedynie gościem. Do tej drugiej kategorii nagrań prezentowanych w Kanonie Jazzu możemy zaliczyć na przykład całkiem niedawno prezentowany album „Workout” Hanka Mobleya, czy „Into Somethin’” Larry Younga. Jest jednym z najważniejszych gitarzystów lat sześćdziesiątych. Do dziś pozostaje bohaterem dla wielu rozpoczynających swoją karierę muzyków grających na tym instrumencie, niektórzy poświęcają jego pamięci całe albumy i grają na koncertach jego repertuar, zarówno jego własne kompozycje, jak i te standardy, które jazzowy świat zapamiętał z wykonań mistrza.

Dorobek nagraniowy Granta Greena, nawet jak na standardy lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku jest niezwykle obszerny. W ciągu tej dekady, która była najważniejszym okresem w jego twórczej aktywności nagrał około 30 albumów pod własnym nazwiskiem. W samym tylko 1961 roku uczestniczył dodatkowo w około 20 sesjach, których rezultaty znamy dziś z albumów Jacka McDuffa, Lou Donaldsona, czy Stanleya Turrentine’a. Nagrywał również z wspomnianym już Hankiem Mobleyem, Horace Parlanem, Sonny Clark’iem i wieloma innymi. Do najważniejszych w jego karierze sesji zaliczamy dziś z perspektywy czasu wspólne nagrania z Jimmy Smithem, Lee Morganem („Search For A New Land” z pewnością zasługuje na miejsce w Kanonie Jazzu), Larry Youngiem i Herbie Hancockiem („My Point Of View” z 1963 roku). Ciekawostką w dyskografii Granta Greena jest dziś jego wspólna sesja z Willie Dixonem, dostępna najczęściej pod tytułem „Blues Roots Series vol. 12”.

W latach siedemdziesiątych Grant Green opuścił Blue Note i był nieco mniej aktywny muzycznie, głównie w związku z pogarszającym się stanem zdrowia. Eksperymentował z nowymi brzmieniami, część historyków i fanów uznaje za znaczący jego wkład w rozwój początkującego wtedy gatunku znanego dziś jako acid jazz.

Wiele z nagrań z lat sześćdziesiątych musiało poczekać na wydanie niemal dwie dekady. Ich obecności na rynku nie doczekał sam Grant Green, który zmarł na atak serca, wynikający z przepracowania i wielu różnych problemów zdrowotnych w 1979 roku. Do takich nagrań należy właśnie album „Matador”, nagrany w 1964 roku i wydany po raz pierwszy w 1979 roku, którko po śmierci muzyka w 1979 roku przez japoński oddział Blue Note. Fakt, że ten materiał nie został wydany natychmiast po nagraniu, można przypisać jedynie temu, że w samym 1964 roku Grant Green nagrał trzy inne albumy, z których jeden - „Talkin’ About!” został wydany wkrótce po nagraniu, a pozostałe musiały poczekać na lepszy moment.

Album „Matador” powstał w wyjątkowym składzie, z udziałem dwu muzyków Johna Coltrane’a – McCoy Tynera i Elvina Jonesa oraz basisty Sonny Rollinsa – Boba Cranshawa. Prawdopodobnie obecność muzyków Coltrane’a sprawiła, że muzycy zagrali „My Favourite Things”.

Utwór tytułowy przypomina nieco „Plaza De Toros”, inną kompozycję lidera napisaną specjalnie dla Larry Younga na album „Into Somethin’”, wskazując nie będącą jedynie jednorazową próbą fascynację folklorem hiszpańskim. Nagranie „My Favourite Things” z połową zespołu Johna Coltrane’a musiało być niezwykłym wyzwaniem, z którego Grant Green wywiązał się wyśmienicie, uciekając od pułapki naśladowania licznych wykonań Coltrane’a, które z pewnością musiał znać.

Wyśmienitym rodzynkiem w wybornym cieście przygotowanym przez Granta Greena jest solo Elvina Jonesa w „Bedouin”. Dodany w cyfrowych wydaniach, a odrzucony pierwotnie utwór „Wives and Lovers” Burta Bacharacha można pominąć milczeniem, czasem decyzje muzyków i producentów podejmowane w studiu okazują się słuszne, jednak pozostałe 4 utwory w zupełności wystarczają, żeby nazwać ten album zwyczajnie genialnym.

Grant Green
Matador
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 077778444220

12 lutego 2017

Paolo Fresu / Richard Galliano / Jan Lundgren – Mare Nostrum II

Muszę przyznać się do błędu – przegapiłem „Mare Nostrum” – wydaną w 2007 roku przez ACT Music pierwszą część wyśmienitej drugiej części, której już nie przegapiłem. Muszę to szybko nadrobić, bowiem to już niemal 10 lat, a niezwykle bogaty katalog wytwórni ACT Music bywa czasem zaskakująco dziurawy i pozycje sprzed lat stają się niezwykle poszukiwanymi białymi krukami. Jeśli nie zdążycie kupić części pierwszej, z pewnością drugą uznacie podobnie jak ja za wybitne osiągnięcie tria wspaniałych muzyków. Zakładam, że część pierwsza jest równie doskonała. W przypadku twórczej współpracy trójki wybitnie kreatywnych światowej sławy muzyków zwykle tak jest.

Jazzowe trio złożone z fortepianu, akordeonu i trąbki to z pewnością nie jest zestawienie często spotykane na europejskich scenach. Jazz jednak widział już w zasadzie dowolne zestawienia instrumentów, które okazywały się niezwykle trafione dopiero, kiedy zagrali prawdziwi mistrzowie. Tak jest i tym razem, choć z pewnością zespół zrobi dużo większą karierę w Europie, gdzie jazzowe ramy są niezwykle szerokie. Dla wielu amerykańskich słuchaczy „Mare Nostrum II” nie będzie jazzem, tylko europejską współczesną muzyką improwizowaną. Amerykanie nazywają czasem tego rodzaju produkcje „chamber music” – ot taki niezwykle pojemny termin znaczący w zasadzie tyle samo co „inne”, albo „nieklasyfikowalne”. Nazwijcie to sobie jak chcecie. Dla mnie „Mare Nostrum II” to niezwykle piękna, prosta w środkach wyrazu, malarska, melodyjna i nastrojowa muzyka dla każdego. W sumie sprawdzi się równie dobrze słuchana w skupieniu w długi zimny wieczór, jak i jako dźwiękowe tło w dobrej hotelowej windzie. To wcale nie wstyd, choć jeżdżenie windą nie jest moim ulubionym sposobem na słuchanie muzyki. Mogę sobie jednak wyobrazić parę nadprogramowych pięter przy dźwiękach muzyki z tego albumu.

Jak zrobić taki album – z pozoru prosto – wystarczy napisać parę ładnych ballad, dorzucić kilka klasyków, na przykład Erika Satie, czy Claudio Monteverdiego, zagrać raczej mniej dźwięków niż więcej, mieć piękny ton i całe pokłady muzykalności. I jeszcze jedno – nie starać się przekrzykiwać i gwiazdorzyć, o co w gronie utytułowanych kolegów nie jest znowu tak łatwo.

Z perspektywy słuchacza amerykańskiego mamy muzykę europejską. Dla polskiego słuchacza to będzie projekt niezwykle międzynarodowy – połączenie muzycznej tradycji Sardynii (Paolo Fresu), Francji (Richard Galliano) i Szwecji (Jan Lundgren) – mój faworyt wśród tej trójki. To wszystko zależy od muzycznej wiedzy i wyobraźni. Któż bowiem z nas tu i teraz uzna jakieś amerykańskie trio za mieszankę tradycji Alabamy, Teksasu i Kalifornii? A przecież Alabama jest dużo większa od Sardynii, Teksas jest wielkości Francji mniej więcej, a Szwecja odpowiada wielkości Kalifornii. Potencjał muzyczny to osobna historia nie dotycząca wcale piękna muzyki zapisanej na krążku nazwanym „Mare Nostrum II”.

Myzycy grają ze sobą od wielu lat i często koncertują. Wzajemnie się inspirują. Niezwykle czyste i proste dźwięki trąbki Paolo Fresu, najbardziej jazzowe, w klasycznym rozumieniu tego słowa akordy fortepianu Jana Lundgrena i kolorowe, czasem zaskakujące dźwięki akordeonu Richarda Galliano, który niesłusznie kojarzony jest jedynie z muzyczną tradycją Astora Piazzoli, lub z akordeonowymi interpretacjami kompozycji Bacha i Vivaldiego. Kto nie wierzy w jazzowe korzenie Richarda Galliano – powinien posłuchać choćby jego nagrań z Clarence Pennem i Larry Grenadierem, lub z Ronem Carterem.

Gwiazdy ACT Music nigdy nie zawodzą. „Mare Nostrum”  - Morze, nasze morze… Nasze wspólne muzyczne przestrzenie.

Paolo Fresu / Richard Galliano / Jan Lundgren
Mare Nostrum II
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9812-2