09 sierpnia 2021

Jan Jarczyk – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Jan Jarczyk urodził się w 1947 roku w Krakowie. Dziadek i ojciec byli muzykami. Ojciec grał na akordeonie, udzielał też innym lekcji muzyki, był dyrygentem Orkiestry Tramwajarzy Krakowa, którą założył z kolei jego ojciec – czyli dziadek Jana Jarczyka. Siostra Halina gra na skrzypcach, od 1973 roku związana jest z Teatrem imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie, gdzie od wielu lat jest kierownikiem muzycznym, współpracuje też z Wadimem Brodskim, a w dawnych czasach grywała również w Krakowie z muzykami jazzowymi.

Już w podstawowej szkole muzycznej w Krakowie, gdzie trafił w 1954 roku Jan Jarczyk spotkał Zbigniewa Seiferta. Jego podstawowym instrumentem był fortepian, jednak często przez całą swoją karierę grywał też na puzonie. W średniej szkole muzycznej trafił do klasy prowadzonej przez Alojzego Thomysa, znakomitego krakowskiego saksofonistę, która w zasadzie nieformalnie była klasą jazzową. W Liceum Muzycznym w Krakowie w tym samym czasie uczyli się między innymi Tomasz Stańko, Janusz Stefański, Wojciech Karolak, Andrzej Dąbrowski i Roman Gucio Dyląg.

W liceum już w pierwszej klasie z udziałem Jarczyka działał zespół ze Zbigniewem Seifertem grającym podobno początkowo na kontrabasie i Januszem Stefańskim na perkusji. W 1962 powstaje Kwartet Seiferta z Jarczykiem na fortepianie.

Pierwszym poważnym miejscem do grania dla młodych muzyków w Krakowie był słynny Jazz Klub Helikon. Tam jednocześnie rezydowali Jazz Darings, Tomasz Stańko i Adam Makowicz. Seifert z Jarczykiem grali też w Piwnicy Pod Baranami, Pod Jaszczurami, w Zaścianku i w Żaczku.

Zespół Seiferta szybko zdobywał popularność. Muzycy założyli również inny ciekawy skład (w 1967 roku), znany jako The Lessers z Antonim Krupą, na gitarze, grający muzykę, jak to się wtedy nazywało „młodzieżową”, czyli rock and rolla i rhythm’n’bluesa. Ten skład grywał też utwory jazzowe w aranżacjach wzorowanych na modnym wówczas zespole prowadzonym w Wielkiej Brytanii przez Manfreda Manna. Grali Adderleya i kompozycje Neila Hefti’ego, ale też kiedy trzeba było, włoskie melodie z festiwalu w San Remo.

Duże wrażenie na Jarczyku i jego zespole wywarł występ kwintetu Charlesa Lloyda na Jazz Jamboree w Warszawie w 1967 roku z Keithem Jarrettem, Ronem McClure i Jackiem DeJohnette. Kwartet Seiferta z Jarczykiem w 1968 i 1969 roku zdobył nagrody na Jazz nad Odrą we Wrocławiu. Recenzenci uznali, że Jarczyk grający w zespole na fortepianie jest pod dużym wpływem praktykującego wtedy w zespole Charlesa Lloyda Keitha Jarretta, którego Jarczyk słuchał na żywo rok wcześniej w Warszawie.

W 1969 roku zespół Seiferta z Jarczykiem dostał kawałek miejsca na składance „JJ 69 - New Faces In Polish Jazz”. Przez wiele lat to był fonograficzny debiut Jarczyka, aż do czasu wydania przez GAD Records w 2010 roku albumu „Nora”, który zawiera nagrania kwartetu Seiferta (Zbigniew Seifert / Jan Jarczyk / Jan Gonciarczyk / Janusz Stefański) zarejestrowane w części kilka miesięcy wcześniej.

Krakowski zespół z Jarczykiem i Seifertem przestał istnieć, kiedy Stańko zabrał sobie Seiferta i Stefańskiego. Jan Jarczyk przeniósł się do Warszawy, studiował na Akademii Muzycznej kompozycję, zdobywał nagrody na Konkursie Improwizacji Fortepianowej w Gdańsku. Uczył się kompozycji u Bogusława Schaeffera. Jak sam powiedział w jednym z wywiadów, zawsze lepiej czuł się w roli kompozytora niż wykonawcy. Być może również, dlatego jego dyskografia jest dziś zbiorem nagrań, które nie dokumentują zbyt dobrze, lub nawet wcale części muzyki, którą tworzył w różnych zespołach. Pierwszy album z Janem Jarczykiem w roli samodzielnego lidera powstał dopiero w 1981 roku („To And Fro”).

W czasie studiów w Warszawie Jarczyk pisał dużo dla Studia Jazzowego Polskiego Radia. Był jednym z pierwszych prywatnych posiadaczy elektrycznego fortepianu Fendera w Polsce. Występował w różnych konfiguracjach na Jazz Jamboree od 1968 do 1977 z jedną tylko przerwą w 1975. Grał free z Namysłowskim i Szukalskim w 1972 i 1973 roku. W 1974 utworzył własny kwartet z Muniakiem, Bronisławem Suchankiem na basie i Jerzym Bezuchą na perkusji. W tym samym okresie grał jazzowe standardy z Ewą Bem. Grał też w Polsce i w Finlandii z zespołem Czesława Niemena i w Studiu Instrumentalnym prowadzonym przez Piotra Figla. Pojawiał się też w składzie Stowarzyszenia Popierania Prawdziwej Twórczości Chałturnik Jana Ptaszyna Wróblewskiego.

W 1977 roku pojechał do Berklee na letnie stypendium, rok wcześniej ten sam wakacyjny kurs zaliczył Janusz Stefański. Jarczyk postanowił zostać dłużej, na kolejne trzy miesiące. Na miejscu poznał swoją przyszłą żonę. Grał na puzonie i fortepianie w szkolnych orkiestrach. Spodobał mu się amerykański styl pracy, obowiązkowość i staranność. Po powrocie do Polski nie mógł odnaleźć się w warunkach wiecznej improwizacji i opuszczania prób przez muzyków radiowej orkiestry, którzy ciągle mieli jakieś zlecenia na mieście. W 1978 roku zdecydował się wyjechać do Szwecji, korzystając z kontaktów zdobytych w USA. Ciężką muzyczną pracą w Szwecji i Norwegii zarobił na możliwość dokończenia regularnych studiów w Berklee. Skończył amerykańską uczelnię grając dyplom na puzonie. Ożenił się i został wykładowcą na Berklee w 1980 roku, wykładał aranżację i harmonię. Nie były to jego pierwsze wykłady. Już w 1971 roku był wykładowcą na warsztatach w Chodzieży.

Jego żona mieszkała w Kanadzie, Jarczyk zdecydował się ze względów rodzinnych na formalną emigrację do Kanady, przeniósł się na Concordia University do Montrealu. Później długo pracował na McGill University, uczył kompozycji i fortepianu.

W dyskografii Jana Jarczyka znajdziecie bezcenne nagrania ze Zbigniewem Seifertem, płyty nagrywane z Kanadzie z lokalnymi składami, rejestracje jego kompozycji, które wykraczają poza klasyczne ramy jazzowej stylistyki, nagrania Studia Jazzowego Polskiego Radia prowadzonego przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Są też płyty Marianny Wróblewskiej, Wojciecha Karolaka i Novi Singers. Album „Meeting Of The Spirits” wiolonczelisty Matta Haimowitza, na którym Jarczyk zagrał z córką Amaryliss, która jest świetną wiolonczelistką i Johnem McLauglinem był nominowany w 2010 roku do nagrody Grammy. Grał z dużymi składami, w fortepianowych duetach i z udziałem dużych orkiestr. Niemal do końca swoich dni nie porzucił gry na puzonie. Zmarł w 2014 roku w Montrealu po długiej walce z ciężką chorobą.

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Jan Jarczyk dość często pojawiał się w Polsce, wydawał tu część swoich płyt, prowadził warsztaty i grał z polskimi muzykami. Był jednak bardziej kompozytorem i nauczycielem, niż koncertującym muzykiem, z pewnością z pożytkiem dla swoich licznych kanadyjskich uczniów i trochę ze szkoda dla jego jazzowej dyskografii. Robił jednak to co lubił – eksperymentował, nie czuł się ograniczony jazzową formą, przekazywał swoją wiedzę innym, a nagrywał, kiedy trafiała się ku temu dobra okazja.

08 sierpnia 2021

Martin Tingvall Trio – Dance

Martin Tingvall od mniej więcej dziesięciu lat systematycznie wydaje co najmniej jeden album rocznie. Ten niezwykle utalentowany pianista pozostaje poza głównym obiegiem, chyba nigdy nie wydał żadnego albumu w dużej światowej wytwórni, pozostaje wierny niemieckiej Skip Records. Tingvall może być w trio, czasem pojawia się solo. Praktycznie zawsze wypełnia płyty własnymi kompozycjami. Nigdy nie słyszałem, żeby grał u kogoś. Ot taki samotnik trochę, dorabiający sobie do jazzowego życia komponowaniem muzyki do filmów. Tingvalla na żywo można posłuchać przeważnie w Niemczech, mnie się nigdy nie udało, ale obserwuję jego trasy z nadzieją, że kiedyś gdzieś będę w pobliżu.


W takiej trochę konserwatywnej formule wszystko już w jazzie było. Fortepian solo, albo w towarzystwie basu i perkusji to wydaje się być formuła na zawsze zamknięta, z olbrzymią ilością nagrań na najwyższym światowym poziomie. Czemu więc nagrywać kolejne albumy, w dodatku z kompozycjami brzmiącymi dość konserwatywnie i bez zbędnego kombinowania z brzmieniem, czy próby zwrócenia uwagi nietypowym metrum, jakimiś studyjnymi zabawami dźwiękiem, albo dorabianiem zbędnej ideologii do kolejnych albumów?

Odpowiedź jest prosta – bo ludzie tacy jak ja, albo część z Was, jeśli czytacie ten tekst, mimo, że mamy na półce wszystkie te wielkie jazzowe produkcje, duże zasoby nagrań Oscara Petersona, Arta Tatuma, Dave’a Brubecka, Billa Evansa i innych gigantów, chcemy więcej, a ich już wśród żywych nie ma. Dlatego ja biorę Martina Tingvalla.

„Dance” to album, którego tematem przewodnim są tańce z różnych stron świata, choć to inspiracja potraktowana, przynajmniej jak na moje ucho dość luźno. Oczywiście można sugerować się tytułami – w „Ya Man” szukajcie reggae, w „Tokyo Dance” japońskiej egzotyki, w „Bolero” bolera, a w „Cuban SMS”… SMSów w kubańskim stylu? Czym jest „Spanish Swing”, albo „Arabic Slow Dance”? Być może kompozytor tych wszystkich melodii, lider tria Martin Tingvall czerpał inspiracje z podróży, albo płyt pochodzących z odpowiednich regionów świata? Nie chcę wdawać się w dyskusję na temat tych inspiracji, bo dla mnie równie dobrze mógłby ponumerować te kompozycje i nazwać je „Dance 1”, „Dance 2” i tak dalej. Byłyby równie dobre, równie kolorowe i świeże. Nie spodziewajcie się egzotyki i jakiś konkretnych i łatwo rozpoznawalnych cytatów, to doskonale zrobiona, kolejna już, może dziesiąta, albo nawet dwunasta świetna płyta Tingvalla.

Dlaczego zatem warto? Tingvall to Szwed, jednak łamie wszelkie możliwe stereotypy związane z tak zwanym jazzem skandynawskim – nie jest zimny, wyrachowany, nie szczędzi słuchaczom dźwięków, jest pogodny i melodyjny, w pełni panuje nad instrumentem. Jego trio jest międzynarodowe – szwedzko-kubańsko-niemieckie, a muzyka zupełnie pozbawiona czasu – taki album jak „Dance” mógł powstać 30 lat temu, a i za kolejne 30 moim zdaniem będzie równie aktualny.

Możecie szukać w „Dance” drugiego dna, rozbierać każdy z utworów na czynniki pierwsze i szukać związków tytułów kompozycji lidera z muzyczną tradycją z krajów sugerowanych przez tytuły kompozycji. Ja tego nie robię, cieszę się, że kolejna płyta Tingvalla jest równie udana jak poprzednie i mam nadzieję, że kiedyś trafię na jego koncert gdzieś w Europie. Grali kiedyś podobno w Warszawie, ale jak dla mnie, to kameralne trio wymaga kameralnego klubu, a nie otwartej przestrzeni i częściowo przypadkowej publiczności.

Tingvall Trio
Dance
Format: CD
Wytwórnia: Skip
Data pierwszego wydania: 2020
Numer: SKP-9177-2

07 sierpnia 2021

Andrzej Cudzich – Mistrzowie Polskiego Jazzu

 Andrzej Cudzich był jednym z najlepszych polskich kontrabasistów jazzowych. Jego pierwszym instrumentem był fortepian. Już w średniej szkole muzycznej zaczął specjalizować się w grze na kontrabasie, choć chciał zostać trębaczem, co nie udało się podobno w związku z wadą zgryzu wychwyconą przez komisję egzaminacyjną. Urodził się w 1960 roku w Puławach, edukację muzyczną rozpoczął w Nowym Targu, a gry na kontrabasie uczył się w Krakowie, gdzie w 1984 roku ukończył Akademię Muzyczną.

Zanim skończył liceum zaczął grać w swoim pierwszym zespole – Confirmation, z którym zdobył, jak niemal każdy Mistrz Polskiego Jazzu, nagrodę na festiwalu Jazz nad Odrą we Wrocławiu w 1978 roku. Od początku swojej kariery grał jazz, choć jego pierwszym muzycznym idolem był Jimi Hendrix.

Sukces na Jazzie nad Odrą oznaczał również zaproszenie do zespołu Janusza Muniaka, z którym grał przez kilka lat i występował na najważniejszych polskich scenach jazzowych. To była jego pierwsza poważna szkołą jazzowego życia i grania. Miał okazję uczyć się nie tylko od krakowskiego mistrza saksofonu, ale też od gościnnie występującego z Muniakiem Dona Cherry. Z Muniakiem Andrzej Cudzich występował w całej Europie, grał też z Freddie Hubbardem.

W 1982 roku był w pierwszym składzie Walk Away, choć z zespołem prowadzonym przez Krzysztofa Zawadzkiego nie dokonał żadnych nagrań, zdążył zdobyć nagrodę na krakowskim Jazz Juniors. W latach osiemdziesiątych Andrzej Cudzich regularnie pojawiał się w różnych składach prowadzonych przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego i zespole Tomasza Szukalskiego, z którym nagrał „Tina Blues” i „Body And Soul”.

Cudzich był muzykiem cenionym w całej Europie. Lata dziewięćdziesiąte spędził koncertując właściwie we wszystkich ważniejszych miejscach jazzowej mapy naszego kontynentu. Grał w różnych składach, zawsze potrafił dopasować się do wymagań i oczekiwań liderów. W 1992 roku zaczęła się również współpraca Andrzeja Cudzicha ze Zbigniewem Namysłowskim i Jarosławem Śmietaną. Ich wspólne nagrania są istotną częścią bogatej dyskografii Cudzicha.

Wśród światowych gwiazd, z którymi grał największe nazwiska to oprócz wspomnianych już Hubbarda i Dona Cherry również Bob Berg, Gary Thomas, David Kikoski, Hamiet Bluiett i Eddie Henderson. Niestety jedynie część tej współpracy udało się udokumentować na płytach. W autorskiej dyskografii Cudzicha na wyróżnienie zasługuje jego debiut w roli lidera – album „Able To Listen” nagrany w gwiazdorskiej obsadzie z udziałem Ronnie Burrage’a, Davida Kikoskiego i Gary Thomasa.

W 1995 roku powstał zespół AmenBand prowadzony przez Cudzicha, z którym nagrywał kolejne albumy i z którym występował niemal do końca życia. Równolegle do muzyki religijnej, która grał z AmenBand prowadził Cudzich również własny kwartet jazzowy i występował z wszystkimi naszymi mistrzami, którzy prowadzili aktywną działalność koncertową i nagraniową w latach dziewięćdziesiątych.

Andrzej Cudzich zmarł w 2003 roku w sile wieku po długiej chorobie, z którą nie udało mu się wygrać. Do wspólnych występów i nagrań z AmenBand zapraszał między innymi Janusza Skowrona, Mieczysława Szcześniaka, Ewę Urygę, Tomasza Szukalskiego i Andrzeja Jagodzińskiego.

Andrzej Cudzich był nie tylko doskonałym kontrabasistą potrafiącym odnaleźć się w wielu muzycznych konwencjach. Był również liderem własnych składów, kompozytorem autorskiego materiału i nauczycielem dla młodszego pokolenia muzyków. W jednym z wywiadów powiedział, że ćwiczy w zasadzie tylko utwory Bacha, bo to właśnie jego suity zawierają wszystkie potrzebne do grania jazzu figury harmoniczne.

06 sierpnia 2021

Paul Flaherty / Mike Roberson / Randall Colbourne / James Chumley Hunt - Borrowed From Children

Płyta Tygodnia RadioJAZZ.FM jest rodzajem mojego osobistego dziennika. Wybór kolejnego albumu na następny tydzień składa się z kilku etapów. Na pierwszym stosie płyt leżą wszystkie nowości, albumy, które ukazały się nie wcześniej niż 12 miesięcy od momentu umieszczenia ich w tym miejscu. Wszystkie lądują w moim odtwarzaczu co najmniej raz. Część już nigdy w to miejsce nie wraca. Płyty kupuję w przeróżnych miejscach, zarówno tych realnych, co lubię najbardziej, jak i wirtualnych sklepach. Część to prezenty od wytwórni, samych muzyków, lub przyjaciół. W każdym tygodniu przychodzi moment, w którym trzeba wybrać album na kolejny tydzień i przygotować tekst, taki, który teraz czytacie i audycje na antenę.


Wtedy sięgam po już sprawdzone nowości i w tym miejscu pojawia się subiektywny moment. Wśród nowości są przeróżne rodzaje muzyki improwizowanej – trafiają się śpiewane jazzowe standardy, dobre płyty bluesowe, starannie przygotowane i rozbudowane kompozycje na duże składy, albo całkowicie spontaniczne sytuacje nieco trudniejsze w odbiorze. Są albumy polskie i zagraniczne, przyznaję, że polskich jest jakby mniej, bo wśród wytwórni, które lubią i chcą przysyłać mi swoje nowości są producenci z wszystkich kontynentów i krajów niezwykle odległych, łącznie z Chile, Nową Zelandią i Malezją, a polscy wydawcy jakoś nie kwapią się do takiej formy promocji (z nielicznymi wyjątkami). Jeśli mam ochotę na coś trudniejszego, w płycie tygodnia słyszycie na przykład „Borrowed From The Children”, jeśli na coś z gładszą melodią, może się trafić na przykład Mino Cinelu i Nils Petter Molvaer („SulaMadiana”), albo Marilyn Mazur. Zawsze jednak sięgam w tym momencie po nowości, które już znam.

Kiedy sam wybieram płyty w sklepie, oczywiście często sięgam po nazwiska, które znam. Mam listę tych, których nowe płyty biorę w ciemno, często nawet naruszając własną dyscyplinę budżetową. To rodzaj nałogu, może niezbyt niebezpiecznego, ale jednak to silniejsze ode mnie. Są też momenty, kiedy wchodzę do sklepu obiecując sobie, że dziś jest czas na poszerzenie horyzontów i jakieś niespodziewane nowości. Wtedy ustalam negocjując z własnym finansowym zdrowym rozsądkiem liczbę płyt, które mogą trafić do koszyka i kieruję się zupełnie wizualną intuicją, która od lat praktycznie mnie nie zawodzi. Większość płyt gra tak jak wygląda. Tak jest w przypadku najnowszego albumu Paula Flaherty’ego, którego wcześniej znałem tylko wirtualnie, raczej o jego muzyce czytałem, niż jej słuchałem. Może pojawił się gdzieś jako członek jakiegoś zespołu, ale nie zwróciłem na niego uwagi. Tym razem w przypadku albumu „Borrowed From The Children” spodobała mi się okładka. Uznałem, że będzie ogień i duża energia i niekoniecznie uporządkowane i zgrabne melodie. Przyglądając się okładce płyty wydanej przez 5777 Records spodziewałem się męskiego i energetycznego zadęcia sugerowanego przez portret lidera.

W sumie to Flaherty liderem nie jest, bowiem na okładce cztery nazwiska potraktowane są w podobny sposób, jednak to właśnie portret tego saksofonisty zdobi okładkę. Intuicja wizualna mnie nie zawiodła. Jest ostro, męsko i soczyście. Jest też trochę pozagatunkowo, wolna artystycznie forma koncertowa nie oznacza jednak braku koncepcji. Flaherty i Colbourne znają się od zawsze, a z pozostałymi muzykami spotykali się już z pewnością nie raz, choć nie potrafię opowiedzieć Wam o tym nic innego niż to co sami sobie odnajdziecie w internecie. Ja nie szukałem, bo w tym czasie wolę posłuchać jakiejś kolejnej nowości. Jeśli to wybrania tego albumu nie wystarczy Wam, tak jak mi zdjęcie z okładki, to zanim posłuchacie fragmentów albumu w moich audycjach sięgnijcie muzyczną pamięcią do najlepszych nagrań Alberta Aylera, Pharoa Sandersa, albo późnego Johna Coltrane’a. Taka właśnie jest muzyka Paula Flaherty’ego. Takie rekomendacje w sumie powinny wystarczyć. Jeśli jednak nie wystarczają, dodam, że skład kwartetu saksofon – gitara – trąbka – bębny jest jednak dość oryginalny w związku z brakiem fortepianu i basu, otwiera za to sporo brzmieniowych możliwości.

Z najnowszym albumem Flaherty’ego sytuacja jest dość prosta – to muzyka, na którą muszę mieć właściwy moment. To nie jest coś, czego mogę słuchać na okrągło i codziennie. Fanów ciężkiego free przykonywać nie muszę, a nieprzekonanych chyba nie przekonam, choć warto próbować. Dla tych pierwszych to sygnał, że album jest, dla pozostałych – prośba – zajrzyjcie czasem w okolice nieco trudniejszej, ale równie ciekawej muzyki, „Borrowed From Children” to dobry współczesny początek przygody z muzyczną wolnością.

Paul Flaherty / Mike Roberson / Randall Colbourne / James Chumley Hunt
Borrowed From Children
Format: CD
Wytwórnia: 577 Records
Data pierwszego wydania: 2020
Numer: 577 Records 5843

05 sierpnia 2021

Piotr Baron – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Piotr Baron 5 stycznia skończył 60 lat. Jest rodowitym wrocławianinem pozostającym od początku swojej kariery do dziś związanym z muzycznym środowiskiem swojego rodzinnego miasta. Pierwszymi instrumentami Piotra Barona był klarnet i fortepian, na których grać uczył się w podstawowej szkole muzycznej. W średniej doskonalił grę na klarnecie, sięgając też po raz pierwszy po saksofon. Jednak rozbieżność wizji muzycznych nauczycieli i młodego ucznia nie pozwoliła mu ukończyć średniej szkoły muzycznej. Do nauki wrócił już jako mistrz, muzyk z dorobkiem i wielokrotny gospodarz warsztatów muzycznych. W 2005 roku został magistrem ze specjalizacją saksofonową.

Karierę na scenach rozpoczął momencie osiągniecia pełnoletności. W 1978 roku uzyskał wyróżnienie na festiwalu Jazz Nad Odrą, a rok później pojawił się również na Jazz Juniors w Krakowie. Jury rodzinnego Jazzu Nad Odrą przyznało Piotrowi Baronowi również nagrodę w 1980 roku. Wtedy pojawił się na festiwalu w składzie grupy Four razem ze Zbigniewem Lewandowskim.

Na scenie wrocławskiego festiwalu Piotr Baron będzie się później pojawiał wielokrotnie ze swoimi zespołami, ale również w składzie dużych lokalnych orkiestr prowadzonych przez Aleksandra Mazura i już w XXI wieku przez Zbigniewa Czwojdę.

Jednym z pierwszych składów, w których regularnie pojawiał się w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych Piotr Baron był zespół Super Blue z Mirosławem Mazurem, Zbigniewem Lewandowskim, Romualdem Freyem i Wojciechem Jaworskim.

W 1984 roku do wielu krajowych nagród Piotr Baron dołożył również cenne trofeum zdobyte na bardzo prestiżowym festiwalu w San Sebastian. W tym samym roku pojawia się prawdopodobnie pierwsze nagranie z udziałem Piotra Barona – album „Gain” kwartetu Zbigniewa Lewandowskiego z Mieczysławem Jureckim i Jerzym Kaczmarkiem. Mimo wielu ciekawych występów, w latach osiemdziesiątych Baron omijał studio nagraniowe. Na jego pierwszy autorski album „Take One” fani musieli czekać aż do 1995 roku. Wcześniej nagrywał z Erykiem Kulmem i jego Quintessence i z Jarosławem Śmietaną.

W końcówce lat dziewięćdziesiątych powstał jeden z najoryginalniejszych zespołów dekady – Trio Cygańskie w składzie Witold Szczurek – Jarosław Śmietana – Piotr Baron. Ten zespół nie zarejestrował niestety żadnego autorskiego materiału. W 1994 roku powstał niezwykle obiecujący Travelling Birds Quintet – czyli Piotr Baron, Piotr Wojtasik, Kuba Stankiewicz, Darek Oleszkiewicz i Cezary Konrad. To był skład nie tylko doskonały, ale też niezwykle lokalny, utworzony przez muzyków związanych z wrocławskim środowiskiem muzycznym. Kwintet zanim nagrał swoją pierwszą doskonale przyjętą płytę „Travelling Birds Quintet” często był przedstawiany jako Wrocław Reunion Band. Niestety wiele innych projektów jego członków spowodowało, że mimo nagrania dwu doskonałych albumów po kilkunastu miesiącach zespół przestał istnieć.

Piotr Baron zabrał się więc za budowanie swojej własnej dyskografii. Po pierwszej płycie „Take One” powstały następne – „Tango” i „Blue Rain”, przygotowane z pomocą muzyków, z którymi Baron grał w innych składach – między innymi Adama Czerwińskiego, Kazimierza Jonkisza i Sławomira Kulpowicza.

W 2000 roku Baron nagrał w mistrzowskim składzie z Arturem Dutkiewiczem, Piotrem Wojtasikiem, Darkiem Oleszkiewiczem i Kazimierzem Jonkiszem (wszyscy już są w naszej grupie Mistrzów Polskiego Jazzu) doskonałą jazzową interpretację „Bogurodzicy”. Nie był co prawda pierwszy, jednak dla zespołu Rama 111 to była jedynie jedna z melodii nagranych na sesji dla gdańskiego radia, a dla Barona główny temat albumu. Wątek religijny pozostaje ważny w jego grze i życiu do dzisiaj.

Kolejne albumy firmowane nazwiskiem Piotra Barona powstają w Stanach Zjednoczonych – w 2004 roku „Reference” w Nowym Jorku z udziałem Eddie Hendersona, Johna Hicksa i Victora Lewisa oraz Darka Oleszkiewicza, a także „Salve Regina” z Wadada Leo Smithem i Marvinem Smitty Smithem. Baron współpracował z całkiem sporą grupą muzyków amerykańskich, oprócz wymienionych grał również z Artem Farmerem, Davidem Murrayem, Kevinem Mahogany, Kei Akagi i wieloma innymi. Wielu z tych wspólnych przedsięwzięć nie udało się niestety utrwalić na płytach. Jednak według różnych źródeł, w dyskografii Piotra Barona znajdziecie ponad 100 albumów, z których według moich szacunków mnie więcej połowa jest dziś powszechnie dostępna. Jego własne albumy to pozycje mieszczące się w głównym jazzowym nurcie. Kiedy w 2020 roku zapytaliśmy Piotra Barona przy okazji dnia z jego muzyką o jego 5 ulubionych płyt, wymienił same jazzowe klasyki – „A Love Supreme” Coltrane’a, „Kind Of Blue” Milesa Davisa, „Moanin’” – czyli „Blue Note 4003” Arta Blakey’a i jego Jazz Messengers, „Time Out” Dave’a Brubecka i „Ella And Louis” Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga.

Piotr Baron podejmuje jednak również inne muzyczne wyzwania. Pojawia się na płytach swoich synów – Adama (m. in. Pink Freud) i Aleksandra (Afromental), bierze udział w nagraniach muzyki filmowej („Reich”) i pracach dużych składów orkiestrowych, którymi czasem również dowodzi. Dziś jest szefem Polskiej Orkiestry Sinfonia Iuventus im. Jerzego Semkowa, był koncertmistrzem European Broadcasting Union International Big Band w Sztokholmie. Z Jackiem Niedzielą zrealizował „Sceny z Macondo”, a z Krzysztofem Herdzinem jego poemat symfoniczny „Looking For Balance” i „Composer's Concert Live”.

W dyskografii Barona znajdziecie również pozycje egzotyczne, jak choćby „Voices Of The Goddess” irańskiego wirtuoza tabli Emama, niezwykle udane popularne adaptacje jazzowych standardów w wykonaniu zespołu Lion Vibrations i jazzowe adaptacje kompozycji z repertuaru Zbigniewa Wodeckiego – „Wodecki Jazz”.

Moim ulubionym nagraniem Piotra Barona jest album nagrany w czasie koncertu na zamku na Hradczanach w Pradze. Seria „Jazz Na Hrade” nie jest oficjalnie numerowana, ale płyta Piotra Barona z tego cyklu z 2012 roku jest według wielu źródeł 51 pozycja cyklu. W tym cyklu znajdziecie też ciekawy album Zbigniewa Namysłowskiego. Większość nagrań z tego cyklu zaczynała się zapowiedzią samego Vaclava Klausa, który bywał gościem większości koncertów. Podobnie było w przypadku koncertu kwintetu Piotra Barona. Wyśmienity koncert i przy okazji cały cykl pokazujący doskonale jak nasi południowi sąsiedzi traktują dobra muzykę. O nagraniu Barona na zamku w Pradze mogę powiedzieć tylko jedno – duch Johna Coltrane’a żyje w tamtejszych komnatach i ma się dobrze!

Piotr Baron jest autorem podręcznika gry na saksofonie i pedagogiem od lat przekazującym swoją wiedzę młodszym muzykom zarówno na muzycznych uczelniach różnych poziomów nauczania (Wrocław, Nysa, Zielona Góra, Irvine, Valencia (USA), Ankara (Turcja)) jak i licznych jazzowych warsztatach. Od niemal 10 lat współpracuje również z RadioJAZZ.FM jako autor audycji.