28 maja 2020

Don’t Give Up – CoverToCover Vol. 48


Kompozycja Petera Gabriela była wielkim przebojem w 1986 roku, podobnie jak cały album – „So”. Fani Genesis dawno wybaczyli mu porzucenie zespołu, a niektórzy nawet uznali, że Gabrielowi wyszło to na dobre. Kilka poprzednich solowych albumów przyniosło przeboje w rodzaju „Games Without Frontiers” i „Biko”. Do produkcji albumu „So” Peter Gabriel zaprosił wybitnego fachowca – Daniela Lanois, jednego z tych producentów, którzy nie tylko wymądrzają się w studiu, ale potrafią też chwycić za dowolny instrument i zagrać. Daniel Lanois stoi za sukcesami przebojowych albumów takich sław jak Bob Dylan, U2, Neil Young i Robbie Robertson. Album „So” miał być jednym z pierwszych z tych największych sukcesów Daniela Lanois, jednak, kiedy razem z Gabrielem produkowali tą płytę, mieli już za sobą wspólnie przygotowaną muzykę do filmu „Birdie”, a Lanois pomógł zespołowi U2 wejść do światowej ekstraklasy produkując „Unforgettable Fire”. Daniel Lanois ma na swoim koncie również fantastyczne jazzowe albumy, które nie tylko wyprodukował, ale również w całości wymyślił i skomponował. Wykorzystując okazję warto wspomnieć o chyba najciekawszym z nich – „Belladonna” z 2005 roku z udziałem Briana Blade’a, Darryla Johnsona i Brada Mehldaua.


Dziś jednak cofamy się w czasie do roku 1986, kiedy to ukazuje się album, który promuje szereg przebojowych singli. „Don’t Give Up” jest drugim singlem z „So”. Tym pierwszym był wsparty animowanym teledyskiem „Sledgehammer”, później przebojami stały się utwory „Big Time”, „In Your Eyes” i „Red Rain”. W sumie 5 przebojowych singli z albumu, na którym umieszczono pierwotnie 8 utworów. Wśród nich niewydany na singlu „Mercy Street”. W nagraniu albumu wzięło udział sporo improwizujących muzyków: Tony Levin z King Crimson, Manu Katche, Bill Laswell, Laurie Anderson, Shankar i sam Daniel Lanois. Oczywiście nie wszyscy razem. Porządku pilnował przecież w tym czasie jeden z najlepszych producentów na świecie – Daniel Lanois.

W oryginalnym nagraniu doskonały duet wokalny z Peterem Gabrielem stworzyła Kate Bush, co z pewnością pomogło piosence w drodze na listy przebojów. Kate Bush zaśpiewała jednak w zastępstwie. Kompozycja inspirowana jest historią amerykańskiej katastrofy ekologicznej z lat trzydziestych – chyba pierwszym tego rodzaju wydarzeniu wywołanemu przez człowieka. Wielka fala pożarów wyjałowionej i wysuszonej gleby, a w jej efekcie kryzys ekonomiczny, głód i wielkie burze pyłowe dotknęły kilkanaście stanów USA, doskonale udokumentowane przez amerykańską fotografkę Dorothe’a Lange. Jej zdjęcia znał Peter Gabriel i chciał, żeby „Don’t Give Up” zaśpiewała z nim Dolly Parton, żeby było bardziej amerykańsko. Dolly Parton podobno odmówiła, więc w jej zastępstwie w studiu pojawiła się znajoma Petera Gabriela – Kate Bush.

Wśród znanych gwiazdorskich duetów wykonujących „Don’t Give Up” warto pamiętać o wersjach przygotowanych przez Willie Nelsona i Sinead O’Connor oraz wspólnym nagraniu Bono i Alicii Keys. W jazzowych klimatach Herbie Hancock zagrał ten utwór wykorzystując w roli wokalistów Johna Legend’a i Pink. Ja jednak wybieram mniej oczywiste i mniej znane instrumentalne wykonanie Jukki Perko i świetnie zaaranżowane nagranie zespołu wokalnego Take 6. Herbie Hancock z całą masą swoich coverów musi poczekać na kolejną okazję.

Utwór: Don’t Give Up
Album: So
Wykonawca: Peter Gabriel feat. Kate Bush
Wytwórnia: Virgin
Rok: 1986
Numer: 724381174623
Skład: Peter Gabriel – voc, synth, p, prog, Kate Bush – voc, David Rhodes – g, Simon Clark – synth, Richard Tee – p, Tony Levin – bg, Manu Katche – dr, perc.

Utwór: Don’t Give Up
Album: Beautiful World
Wykonawca: Take 6
Wytwórnia: Warner
Rok: 2002
Numer: 093624800323
Skład: Alvin Chea – voc, Cedric Dent – voc, p, Joey Kibble – voc, Mark Kibble – voc, Sherrie Kibble – voc, Karima Kibble – voc, Tiffany Palmer -voc, Shandra Penix – voc, Claude V. McKnight III – voc, Marcus Miller – b, kbd, prog, Vinnie Colaiuta – dr.

Utwór: Don’t Give Up
Album: Invisible Man
Wykonawca: Jukka Perko feat. Avara, with Jarmo Saari & Teemu Viinikainen
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2016
Numer: ACT 9819-2
Skład: Jukka Perko – as, ss, Jarmo Saari – g, Teemu Viinikainen – g.

27 maja 2020

Charles Mingus – Beneath The Underdog


Skoro o płytach można pisać, choć w zasadzie powinno się ich słuchać, to o książkach można opowiadać. Oczywiście i jedno, i drugie ma służyć wskazaniu pozycji wartościowych, ciekawych, czasem zaskakujących, lub nieco zapomnianych. W świecie pędzącym do przodu i zapatrzonym w nowości z zeszłego tygodnia, czasem warto spojrzeć za siebie. Postanowiłem spróbować nowego sposobu. Recenzje książek zobaczycie na YouTubie i na Instagramie. Szukajcie pod hasłem #czytamJAZZ. Premiera pierwszego odcinka już się odbyła. Kolejne w drodze. Już dziś mam listę ponad siedemdziesięciu jazzowych książek, które z pewnością trzeba przeczytać. Wybór autobiografii Charlesa Mingusa do pierwszego odcinka nie jest przypadkowa. To książka opowiadająca historie z pierwszej ręki. Napisał ją sam zainteresowany. To również pozycja odbiegająca od standardu jazzowej biografii. „Beneath The Underdog” nie jest kolekcją dat i składów grających razem w kolejnych sesjach nagraniowych. To opowieść o świecie otaczającym autora w latach trzydziestych i czterdziestych, a także później. Nie trzeba być fanem Charlesa Mingusa, ani nawet jazzu, żeby spędzić kilka wyśmienitych godzin z jego autobiografią.


25 maja 2020

Caroline, No – CoverToCover Vol. 47

Utwór napisany przez Briana Wilsona zamyka monumentalny album „Pet Sounds” The Beach Boys. Nie był z pewnością zaplanowany na przebój. Zresztą cały album, wymieniany często jako jeden z najważniejszych albumów rockowych nie obfitował w przeboje. Na singlach ukazały się zaledwie dwa utwory – „Sloop John B” i „Wouldn't It Be Nice”. „Caroline, No” też ukazał się na singlu i to nawet wcześniej, niż wymienione powyżej utwory, jednak był wtedy podpisywany jedynie nazwiskiem Briana Wilsona, który niemal rok przed wydaniem albumu de facto rozstał się z zespołem, skupiając się na pracy w studiu. Singiel zapowiadał album „Pet Sounds”, jednak specjalnej kariery na światowych listach przebojów nie zrobił. Być może dlatego właśnie dziś album jest płytą zespołu The Beach Boys, a nie Briana Wilsona. Zarówno w 1966 roku, jak i ponad pół wieku później marka umieszczona na produkcie ma znaczenie czasem nawet istotniejsze, niż jakość samego produktu.


Piosenka miała być skierowana do nastolatków, sam Wilson, który zdecydowanie już nastolatkiem nie był, dokonał studyjnej manipulacji przyspieszając o pół tonu taśmę z nagraniem, podwyższając jednocześnie tonację swojego głosu. Chciał, żeby zabrzmiało młodziej. Na singlu piosence towarzyszył wydany wcześniej na płycie „Summer Days (And Summer Nights)” The Beach Boys utwór instrumentalny „Summer Means New Love”. Jak na zapowiedź albumu, który według samego Briana Wilsona miała być pierwszą wielką rockową płytą bez niepotrzebnych utworów wypełniających niepokojąco pustą powierzchnię krążka zespołu, któremu zabrakło pomysłów na wielkie przeboje, wypadło raczej skromnie.

Piosenka miała być klasycznym wyciskaczem łez wzorowanym na kompozycji „Hey Girl” Gerry Gofina i Carole King. Całkiem niedawno Brian Wilson wydał długo oczekiwaną autobiografię, którą napisał z pomocą doświadczonego dziennikarza i autora wielu publikacji Bena Greenmana. Pisząc o „Pet Sounds” Wilson wspomina, że według niego najlepszą kompozycją na płycie jest „God Only Knows”, ale jego ulubioną właśnie „Caroline, No”. Kiedy powstawał materiał na „Pet Sounds” małżeństwo Briana Wilsona miało się całkiem nieźle, ale zaczął odczuwać upływ czasu i dostrzegać, że żony też się starzeją. W ten sposób powstał pomysł na tekst do utworu. Szczekanie, które słychać w końcówce Brian Wilson nagrał sam wykorzystując swoje własne psy – Louie i Banana. Zresztą całą płytę pewnie zrobiłby sam, gdyby miał więcej czasu. Taki los perfekcjonistów, a Brian Wilson jest perfekcjonistą jakich w muzycznym świecie mało.

Przy okazji warto wyjaśnić ostatecznie genezę powstania nazwy albumu, która była przez lata źródłem wielu spekulacji, mimo faktu umieszczenia instrumentalnej kompozycji o tym tytule na płycie. Z pewnością utwór „Pet Sounds” nazywa się tak, bo wypadało mieć na płycie utwór tytułowy. Z pewnością nie jest też najważniejszym fragmentem muzyki na tym krążku. Sam Wilson we wspomnianej już autobiografii stwierdza, że tytuł powstał z połączenia chęci uwiecznienia fascynacji brzmieniem stworzonym przez Phila Spectora (zakodowane inicjały P.S.) z chęcią uwiecznienia dwóch ulubionych psów Wilsona, których szczekanie zamyka album. Dodatkowo muzyka była bardzo prywatna, osobista i stąd Wilson traktował ją jak odgłosy własnego domowego zwierzęcia. Okładka powstała później i nie jest źródłem tytułu albumu.

W oficjalnych opisach dyskograficznych, w tym na okładce albumu figurują członkowie zespołu The Beach Boys, jednak utwór został nagrany przede wszystkim z udziałem muzyków znanych jako The Wrecking Crew. W składzie tego zespołu, w nagraniu „Pet Sounds” wziął udział gitarzysta Barney Kessel. The Beach Boys na scenie byli zupełnie innym zespołem niż w studiu kontrolowanym przez Briana Wilsona. To miało się wkrótce stać źródłem ich kłopotów. To jednak historia, którą możecie poznać z pierwszej ręki czytając „I Am Brian Wilson”.

Po repertuar z „Pet Sounds” sięga wielu jazzowych wykonawców. To doskonałe, choć niekoniecznie w banalny sposób chwytliwe i przebojowe kompozycje. Dlatego też do prezentacji w cyklu CoverToCover wybieram ciekawą wersję instrumentalną w wykonaniu Charlesa Lloyda i całkiem nowe wykonanie Chrissie Hynde (The Pretenders), która z całkiem niezłym skutkiem na emeryturze postanowiła zostać wokalistką jazzową.

O płycie Chrissie Hynde przeczytacie tutaj: Chrissie Hynde with The Valve Bone Woe Ensemble – Valve Bone Woe.

O płycie Charlesa Lloyda przeczytacie tutaj: Charles Lloyd - Mirror

Utwór: Caroline, No
Album: Pet Sounds
Wykonawca: The Beach Boys
Wytwórnia: Capitol / EMI
Rok: 1966
Numer: 724352731923
Skład: Brian Wilson – voc, Carl Wilson – voc, Dennis Wilson – voc, Glen Campbell – g, Barney Kessel – g, Lyle Ritz - ukelele, Steve Douglas – ts, Bill Green – fl, Jim Horn – fl, Jay Migliori - fl, Pias Johnson - fl, Carol Kaye – bg, Hal Blaine – dr, Richie Frost – dr, perc, Frank Capp – vib, Al DeLory – harpsichord, org, p, Gary Coleman – bongos, tympani.

Utwór: Caroline, No
Album: Mirror
Wykonawca: Charles Lloyd Quartet
Wytwórnia: ECM
Rok: 2010
Numer: 602527404998
Skład: Charles Lloyd – ts, Jason Moran – p, Ruben Rogers – b, Eric Harland – dr.

Utwór: Caroline, No
Album: Valve Bone Woe
Wykonawca: Chrissie Hynde And The Valve Bone Woe Ensemble
Wytwórnia: BMG
Rok: 2019
Numer: 4050538504484
Skład: Chrissie Hynde – voc, James Walbourne – g, Peter Roth – g, Mike Lovatt – tp, flug, Tom Rees-Roberts – tp, Neil Sidwell – tromb, Andy Wood – tromb, Gordon Campbell – tromb, Martin Robertson – cl, Andy Panayi – alt fl, Nick Moss – fl, David Hartley – p, Eldad Guetta – kbd, g, tp, b, perc, Matt Robertson – kbd, prog, Marius De Vries – synth, p, Ben De Vries – prog, David Hartley – Rhodes, Liran Donin – b, Ian Thomas – dr.

24 maja 2020

Błoto – Erozje

Formacja Błoto, to nowe, nieco okrojone wcielenie zespołu znanego jako EABS. Błyskotliwe odczytanie muzycznych idei Krzysztofa Komedy zdobyło w październiku 2017 roku tytuł naszej radiowej płyty tygodnia („Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda)”). Kolejna produkcja zespołu, jak dla mnie wyróżniła się jedynie jednym z najobszerniejszych tekstów dołączonych do jednego krążka CD, jakie w życiu widziałem. Muzyka mnie nie przekonała. Zanotowałem sobie, że to jakieś przekombinowane, To było we wrześniu ubiegłego roku. Przy okazji najnowszego albumu muzyków EABS – „Erozje” wróciłem do „Slavic Spirit” i dalej nie udało mi się rozwiązać zagadki tego albumu. Być może zmniejszenie składu zmieniło muzykę w stronę dla mnie korzystną – bardziej spontaniczną i improwizowaną. Nie zamierzam przekonywać Was, że „Slavic Spirit” nie jest albumem wartym uwagi. Sprawdźcie sami. Za to „Erozje” zdecydowanie mogę Wam polecić.


Album przygotowała czwórka muzyków zespołu EABS - Marek Pędziwiatr, Paweł Stachowiak, Olaf Węgier i Marcin Rak. Według krótkiego oświadczenia muzyków na ekologicznej okładce, cały materiał został wymyślony w czasie jednej wieczornej sesji nagraniowej. Jeśli tak istotnie było, to może muzycy powinni spotykać się w takich swobodnie improwizowanych i spontanicznych okolicznościach częściej, bo wyszło wyśmienicie.

„Erozje” to nowoczesna muzyczna magma, w której jazzowe tradycje zlewają się z psychodelią i transowymi rytmami rodem z zupełnie innej muzycznej bajki. Być może album okaże się zbyt nowoczesny dla fanów jazzowo mainstreamu, jednak jego spontaniczność, świeżość i otwarte podejście do kompozycji pozwala postawić go na półce z najlepszymi jazzowymi albumami ostatnich lat. Nie ma przecież niczego złego w twórczym przetwarzaniu otaczającej nas muzycznej rzeczywistości. W czasach największej świetności jazzu muzycy sięgali po proste melodii pisane dla rozrywkowego teatru i kina. Dziś wiele z nich nazywamy jazzowymi standardami. Muzycy formacji Błoto / EABS w podobny sposób przetwarzają dzisiejsze modne rytmy hip-hopu i transowe melodie. Być może za kolejne pół wieku uznamy, że to jazzowe standardy sprzed lat.

Być może „Bielice” są sygnałem ostatecznej dekompozycji klasycznego swingu, a sklejone razem „Czarnoziemy”, „Bagna” i „Czarne Ziemie” najbardziej ciekawym setem DJskim, jaki udało się spontanicznie stworzyć. Być może alarmujące syreny w „Glinie” sygnalizują ostateczny rozpad dawnej tradycji muzycznej. Każdy słuchacz musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy „Erozje” są świetnym zapisem kreatywnego wieczoru czwórki muzyków, którzy mają za sobą sporo wspólnych koncertów, czy koncepcyjnym albumem symbolizującym rozpad cywilizacji, albo przynajmniej ekologiczną katastrofę. Jeśli ktoś przywiązuje wagę do takich historii, to „Erozje” będą z pewnością niezłą zagadką. Dla mnie to doskonały, nowocześnie brzmiący album, który w najlepszy możliwy sposób łączy współczesne myślenie o jazzowej tradycji z muzyką młodego pokolenia w sposób, który jest atrakcyjny dla wszystkich pokoleń słuchaczy. Nie obraża poczucia estetyki wielbicieli jazzowego maistreamu otwartych na nowoczesność. Jest przebojowy i atrakcyjny, stanowiąc nieco bardziej złożoną harmonicznie i atrakcyjną rytmicznie alternatywę dla miałkiej muzyki klubowej. Jeśli taki klimat będzie możliwy do odtworzenia na koncertach, to z pewnością słuchaczy i fanów na nich muzykom zespołu nie zabraknie.

Błoto
Erozje
Format: CD
Wytwórnia: Astigmatic
Data pierwszego wydania: 2020
Numer: AR013CD

23 maja 2020

Michał Ciesielski - Share Location

Na polskiej scenie muzycznej mamy co najmniej trzech Michałów Ciesielskich. Jest gitarzysta grający flamenco oraz Michał Jan Ciesielski – saksofonista grający między innymi ze Sławomirem Jaskułke. Dziś jednak o najnowszej płycie Michała Ciesielskiego – pochodzącego z Gdańska pianisty i kompozytora. Jego solowy album „Share Location” ukazał się w końcówce 2019 roku, więc ciągle zalicza się do nowości. Szczególnie, że ostatnio świat jakby trochę zwolnił.


Album złożony jest w całości z autorskich kompozycji inspirowanych podróżami autora – przynajmniej tak sugerują tytuły utworów. Michał Ciesielski jest muzykiem doświadczonym, aktywnym na międzynarodowych scenach i udzielającym się w roli pedagoga na niezwykle konkurencyjnym i największym na świecie rynku muzycznym, czyli w Chinach. Kiedy jest w Polsce, gra w wielu różnych składach, pojawiając się na scenie i w studiu między innymi z Piotrem Lemańczykiem, Maciejem Grzywaczem i Maciejem Sikałą. Jest również liderem działającego od kilku lat tria Confusion Project z Piotrem Gierszewskim i Adamem Golickim. Zarówno zespół Confusion Project, jak i sam lider i autor „Share Location” – Michał Ciesielski, mają na swoim koncie już kilka albumów, jednak dopiero najnowsza produkcja pianisty zwróciła moją uwagę. Do poprzednich nagrań wrócę w najbliższym czasie, żeby przekonać się, czy kiedy się ukazywały, utonęły w natłoku innych ciekawych nowości, czy nie okazały się wystarczająco intrygujące, żeby pojawić się w moich pasmach na antenie RadioJAZZ.FM. Powrót po latach do zapomnianych płyt to okazja nie tylko do odkurzenia zapomnianych półek, ale również możliwość obserwacji rozwoju muzycznych talentów.

Tak zupełnie przy okazji – kupujcie płyty młodych zespołów, kiedyś będziecie właścicielami unikalnych pierwszych niskonakładowych edycji nagrań wielkich gwiazd. Takiej rady udzielił mi kiedyś pewnie bardzo znany kolekcjoner sztuki nowoczesnej – nie trzeba się na niej znać, wystarczy kupić po dwa obrazy wszystkich tegorocznych absolwentów Akademii Sztuk Pięknych i poczekać 20 lat. Będą raczej niedrogie. Kupujemy hurtem i czekamy powiedzmy 20 lat. W tym czasie jeden z kilkudziesięciu absolwentów zostanie sławnym i drogim artystą, a my wyciągniemy z piwnicy jego nieznane i sporo warte dzieło z młodości. Trochę wolny, ale za to podobno pewny sposób na zarobienie dużych pieniędzy. Wśród pozostałych dzieł będą z pewnością obrazy ładne, może nawet ciekawsze, ale na rynku warte niewiele.

Krytykę sztuki pozostawię jednak specjalistom. „Share Location” to bez wątpienia ciekawe dzieło artysty już znanego i mającego pozycję zdecydowanie bardziej docenianego twórcy, niż absolwencie Akademii. Życiowe doświadczenie, podróże, które kształcą, obserwowane obrazy i dźwięki stymulujące wyobraźnię w połączeniu z doskonałym opanowaniem instrumentu pozwoliły stworzyć kolorową, intrygującą i odważną płytę.

Za odważne uważam przygotowanie dzieła w pełni autorskiego, solista grający własną muzykę nie może bowiem mieć już do nikogo pretensji o to, że się nie udało. Założeniem albumu było przygotowanie kompozycji inspirowanych odwiedzonymi przez Michała Ciesielskiego miejscami. Mamy więc Trójmiasto, Lwów, muzyczną relację z pociągu do Karagandy, wspomnienia znad jeziora Bajkał i rzeki Angary a także motywy chińskie. Może ktoś z Was potrafi odnaleźć rzeczywiste ślady muzyki tych miejsc w kompozycjach Michała Ciesielskiego. Ja ich nie odnajduję, co w żaden sposób nie powoduje, że muzyka jest gorsza. Być może to zupełnie niemuzyczne wspomnienia z tych miejsc, raczej dziennik nastroju i osobistych wspomnień. To nie ma większego znaczenia. Do muzyki z albumu „Share Location” chce się wracać. Pianiści występujący solo powinni opowiadać historię. Ja historii opowiedzianej przez Michała Ciesielskiego jeszcze nie rozumiem, ale wracam do tego albumu jak do dobrej książki, żeby za każdym razem zrozumieć więcej i złożyć muzyczne obrazy w jedną całość, przy okazji spędzając nad tą łamigłówką kolejne przyjemnie godziny.

Michał Ciesielski
Share Location
Format: CD
Wytwórnia: Soliton
Data pierwszego wydania: 2019
Numer: 590571099866