24 maja 2017

The Great Harry Hillman - Tilt

Zespół The Great Harry Hillman z pewnością można nazwać demokratycznym. Muzycy dzielą pomiędzy siebie obowiązek wymyślenia repertuaru i poszukują istotnego dla muzyki zespołu klimatu dźwiękowego we współbrzmieniu instrumentów. Dla mnie jednak ten zespół to przede wszystkim intrygujący niespotykanym brzmieniem mocno przetworzonej elektronicznie gitary David Koch. To właśnie generowanych przez niego dźwięków oczekuję podczas ambientowych wstępów do części utworów. Szukając porównań i jakiś źródeł inspiracji muzycznego świata Davida Kocha, jedyne, co mogę zaproponować jako drogowskaz, to bardzo dalekie pokrewieństwo z Johnem Scofieldem i Kurtem Rosenwinkelem, a także nieco bliższe z niektórymi nagraniami Mary Halvorson. To jednak daje niewiele, jeśli weźmie się pod uwagę niezwykłą różnorodność brzmień gitary Mary Halvorson. To jednak właśnie własna unikalna dźwiękowa sygnatura wskazuje nam najciekawszych poszukujących muzyków młodego pokolenia. Moje pierwsze spotkanie z dźwiękami tworzonymi przez Davida Kocha w postaci albumu „Tilt” sprawiło, że od razu wpisałem go na listę muzyków, których poczynania trzeba uważnie obserwować.

Członkowie zespołu poruszają się sprawnie pomiędzy zbiorową improwizacją, rockowo brzmiącymi klimatami gitarowymi i stricte jazzowymi partiami w wykonaniu Nilsa Fischera, tworząc przy okazji pobudzającą wyobraźnię muzykę ilustracyjną, która musi robić niezwykłe wrażenie na kameralnych koncertach, będąc gotową ilustracją do dobrze zmontowanego filmu, choć raczej nie mam na myśli żadnej kasowej produkcji rodem z Hollywood. To byłoby raczej europejskie kino z długimi ujęciami, skupione na obrazie, często nazywane artystycznym, w odróżnieniu od tego znanego z większości kin, nazywanego komercyjnym, tak jakby nie można ludzi przekonać do obejrzenia ujęć dłuższych niż kilka sekund.

W składzie zespołu nie ma Harry’ego Hillmana, prawdopodobnie pochodzący ze Szwajcarii muzycy postanowili przypomnieć postać wielkiego lekkoatlety – Harry’ego Livingstone Hillmana, którego największym osiągnięciem było zdobycie 3 złotych medali na igrzyskach olimpijskich w Saint Louis w 1904 roku. Zakładając zespół w 2009 roku muzycy postanowili uczcić 105 rocznicę tego osiągnięcia… Dość osobliwe i intrygujące.

„Tilt” jest trzecim albumem nagranym przez zespół działający w niezmienionym składzie już od 8 lat. Jeśli zainteresuje Was ich brzmienie, ze znalezieniem poprzednich nagrań będziecie mieli trochę kłopotu, debiut muzycy wydali samodzielnie, a ich drugi album – „Veer Of Course” wydała mała niemiecka wytwórnia Klaeng Records.

Oficjalną premierę albumu „Tilt” wytwórnia zaplanowała na 26 maja 2017 roku, warto więc ustawić się w internetowej kolejne, bowiem Cuneiform nie ma oficjalnego polskiego dystrybutora, tak, żeby przed wakacjami nacieszyć się niezwykle świeżym spojrzeniem muzyków The Great Harry Hillman na połączenie improwizowanego europejskiego jazzu i współczesnych rockowych wzorców w postaci ich najnowszego albumu. Być może to przekona Was do poszukiwania na wakacyjnych szlakach klubu, w którym zagrają.

The Great Harry Hillman
Tilt
Format: CD
Wytwórnia: Cuneiform Records
Numer: 045775043326

23 maja 2017

Miles Davis - In Person: Friday And Saturday Nights At The Blackhawk Complete

Całkiem niedawno pisząc tekst o jednym z wczesnych albumów Herbie Hancocka – „My Point Of View” opisywałem zmiany personalne, które w zespole Milesa Davisa następowały w 1963 roku. Biografowie Milesa nazywają pewne składy wielkimi, kwintety genialnymi, nadając im numery, skazując tym samym na rodzaj niewypowiedzianego potępienia owe przejściowe i tymczasowe składy, jako muzycznie mniej wartościowe, no bo przecież gdzie takiemu Hankowi Mobleyowi do klasy Johna Coltrane’a. Takie porównania sensu nie mają, a z pozoru przypadkowe konfiguracje personalne mają swoje zalety, szczególnie w przypadku zespołów Milesa Davisa.

Największą zaletą słabszych, przynajmniej na papierze składów jest to, że sam Miles musiał brać na siebie trochę więcej obowiązków, bowiem im słabsi soliści, tym więcej musi grać lider. Hank Mobley należy do tych, którzy z Milesem spędzili niewiele czasu. Ich wspólne nagrania, to jedna płyta studyjna – „Someday My Prince Will Come” i dwa zestawy nagrań koncertowych – z Carnegie Hall i z Blackhawk. Dodatkowo, w takich okresach niestabilnego składu, Miles często wracał do utworów, znanych wszystkim w tamtych czasach, stąd w repertuarze koncertów „On Green Dolphin Street”, „’Round Midnight”, czy „Walkin’”. Jeśli lubicie słuchać znanych melodii, to takie nagrania z pewnością polubicie.

Materiał znany dziś pod pełnym okładkowym tytułem „In Person: Friday And Saturday Nights At The Blackhawk Complete”, lub często nazywany w skrócie „The Complete Blackhawk”, nagrany w czasie koncertów w małym klubie w San Francisco, który w latach świetności, od 1956 do mniej więcej 1962 roku był jednym z najważniejszych klubów jazzowych w Ameryce. W naszym Kanonie jest już koncert Ahmada Jamala z tego miejsca, a w kolejce czekają nagrania Dave Brubecka i Cala Tjadera. Z pewnością jednak świat jazzu pamięta o Blackhawk głównie z powodu nagrań Milesa Davisa.

Wśród historyków trwa dyskusja o dokładnych datach nagrań, jednak to dla jakości muzyki nie ma większego znaczenia. Materiał wypełniający dziś w edycji nazywanej kompletną (to się jeszcze okaże – przed nami 60-lecie nagrań, pewnie będzie jakieś jubileuszowe wydanie) po brzegi cztery płyty kompaktowe, ukazał się pierwotnie jako dwie płyty analogowe. Był bardzo oczekiwanym, bowiem to było pierwsze oficjalne nagranie koncertowe Milesa Davisa. Dziś dostępne są wcześniejsze koncerty, nawet w obiegu oficjalnym, jednak nagrania z Blackhawk zostały wydane w 1961 roku i wtedy był to jedyny oficjalnie dostępny album koncertowy Milesa Davisa. Całość opublikowano oficjalnie po raz pierwszy w 2003 roku, choć w zasadzie materiał znany był z publikacji nieoficjalnych, jednak ich jakość nie pozwalała w zasadzie na uznanie tych bootlegów za przedstawiające jakąkolwiek muzyczną wartość. W szczególności album „Transition” omijajcie z daleka.

Nie szukajcie jakichkolwiek wersji skróconych. W wypadku tego nagrania, wersje odrzucone pierwotnie są równie dobre zarówno artystycznie, jak i technicznie. W 1961 roku podwójny album był przedsięwzięciem ryzykownym dla wytwórni, nawet w przypadku takiej gwiazdy jak Miles Davis, a o większej ilości płyt w jednym pudełku raczej nikt nie myślał.

Dzisiejsza edycja zawiera pełen zapis koncertów, bez przerw między utworami, co pozwala poczuć atmosferę wydarzenia tak doskonale, jak to możliwe po tylu latach. Brak Johna Coltrane’a, Billa Evansa i Cannonballa Adderleya dla wielu może być dyskwalifikujący. Muzycy zespołu nie byli nawet pierwszym wyborem Milesa po przebudowie składu. Wtedy nie udało mu się namówić do wspólnego grania Sonny Rollisa i Wayne Shortera, o których zabiegał. Czasy były rewolucyjne, na najmodniejszych scenach nowe kierunki wyznaczali między innymi Eric Dolphy i Ornette Coleman, a Davis mógł grać tylko swoje najbardziej ograne numery. Zebrał więc ekipę muzyków w życiowej formie i dołożył nieco własnej magii, sprawiając, że dla wszystkich członków zespołu to było jedno z najważniejszych wydarzeń w ich bogatych dyskografiach.

Nie przeszkadza mi nawet to, że podobno z winy nadużywającego alkoholu i innych substancji Paula Chambersa, sekcja gubi czasem rytm. Nie przeszkadzają mi również bardzo uproszczone introdukcje na fortepianie serwowane przez Wyntona Kelly’ego. W zamian spokój Hanka Mobleya sprawił, że Miles musiał wziąć sprawy w swoje ręce i być główną atrakcją wieczoru. To właśnie z tego powodu ten album jest genialny.

Miles Davis
In Person: Friday And Saturday Nights At The Blackhawk Complete
Format: 4CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 5099708710620

18 maja 2017

Gregory Porter: Wykorzystuję wszystkie inne gatunki muzyczne do wyrażenia siebie na sposób jazzowy.

Gregory Porter, sam nazywa siebie muzykiem, wokalistą jazzowym, jest jednak gwiazdą światowego formatu. Uwielbiają go nie tylko fani jazzu w wydaniu sprzed lat, pamiętający najważniejsze improwizujące wokalistki i ci, którzy nie widzą świata poza Frankiem Sinatrą. Swoją cudowną bezpośredniością zjednuje sobie zwolenników wszędzie, gdzie się pojawi, łączy pokolenia i zakopuje podziały. Kiedy wydaje płytę, dostaje jazzowe Grammy. Podróżuje po świecie, jest obecnie jednym z nielicznych muzyków jazzowych, który potrafi połączyć doskonałą muzykę z popularnością, nie idzie na artystyczne kompromisy, ale trafia do wszystkich. Nie tylko śpiewa, ale też pisze teksty i komponuje. Długo czekał na swój czas, kiedy świat już go zauważył, nie odpuszcza. Potrafi współpracować z muzykami tak skrajnymi, jak Renee Fleming i tworzącym eksperymentalną muzykę elektroniczną duetem Disclosure. Niedawno odwiedził Warszawę i pomiędzy przeróżnymi komercyjnymi wystąpieniami znalazł chwilę na jazzową rozmowę. Po tej krótkiej chwili wiem, że miałbym wielką ochotę zaprosić go na kolację i posłuchać z nim moich ulubionych płyt, powspominać opowieści o najwspanialszych nagraniach sprzed lat, źródłach inspiracji i fascynacji. Niestety kolejka do uroczego, pełnego pozytywnej energii wieczoru w towarzystwie Gregory Portera jest nieskończenie długa. Na początek musiał mi wystarczyć 15 minut…

                                                                                                        fot. (c) Piotr Gruchała

Rafał Garszczyński: Na początek chciałbym zapytać o Twoje zapowiadane już od kilku miesięcy nowe wydawnictwo – płytę DVD? Kiedy wreszcie będzie można ją kupić?

Gregory Porter: Masz na myśli nagranie koncertowe?

RG: „Live In Berlin” to wydawnictwo dostępne już od kilku miesięcy, pytam o film dokumentalny „Don’t Forget Your Music”. To Twoje najnowsze wydawnictwo…

GP: Będzie dostępne już wkrótce. Dystrybutorzy są nieco zaskoczeni dużym zainteresowaniem ze strony festiwali filmowych. Nie znam jeszcze dokładnej daty.

RG: Nie mogę wyjść z podziwu, obserwując Twoje niespożyte pokłady pozytywnej energii i umiejętności jednoczenia widowni, bez względu na miejsce na świecie i różnice pokoleniowe, to w dzisiejszym świecie rzecz niezwykła.

GP: Jestem z tego bardzo dumny. Na koncerty przychodzą całe rodziny, babcie z wnuczkami. To fascynujące, takie sytuacje interesują mnie bardziej niż śpiewanie dla fanów jazzu, uwielbiam łączyć ludzi, muzycznie, intelektualnie, towarzysko w zasadzie w każdy sposób.

RG: Kiedy odwiedzasz sklep z płytami, gdzie chciałbyś odnaleźć swoje albumy? Na półce z jazzem, muzyką pop, czy może zupełnie gdzie indziej?

GP: Lubię, kiedy tam są, jazz, blues, gospel, soul, pop. Uważam się za artystę jazzowego. Wykorzystuję wszystkie inne gatunki muzyczne do wyrażenia siebie na sposób jazzowy. Moje Grammy to nagrody jazzowe, to dla mnie ważne. Jestem więc uważany za artystę jazzowego. Jeśli moja muzyka jest nowoczesna i dostępna dla wszystkich i jest jazzem, to jest dla mnie powód do dumy.

RG: No cóż, ludzie żartują, że jak wydajesz płytę, to nie warto już nic wydawać, bo Grammy i tak będzie Twoje… (to nawiązanie do faktu, że za dwie swoje ostatnie płyty Gregory Porter dostał nagrodę Grammy w kategorii Best Jazz Vocal Album. Ta sztuka w czasach, kiedy jazzowych albumów wokalnych nie dzieli się na męskie i żeńskie udała się tylko Alowi Jarreau, Dianne Reeves i Nancy Wilson.). Powinna zatem powstać nowa kategoria Grammy – Best Jazz Vocal Album Not Performed By Gregory Porter

GP: Świetny pomysł.

RG: Nie myślisz czasem, że bycie artystą jazzowym raczej przeszkadza w zdobyciu szerszej publiczności?

GP: Nie uważam, żeby jazz był jakimś brzydkim słowem, albo oznaczał coś negatywnego. Trzeba pokazywać ludziom jak wiele jazz ma do zaoferowania, jak bardzo różnorodny potrafi być. Weźmy choćby Sarah Vaughan i Bobby McFerrina. Są przecież tak różni. Betty Carter i Frank Sinatra śpiewali standardy w jakże różny sposób. Jaz to temat niezwykle obszerny Trzeba poświęcić mu trochę czasu, poznać i dowiedzieć się, czy znajdziesz w jazzie coś dla siebie. Jeśli słuchasz odpowiednio długo, skupiasz się i koncentrujesz, z pewnością znajdziesz coś dla siebie.

RG: Fani jazzu to już wiedzą, ale wielu ludzi ucieka, kiedy słyszy, że będą grali jazz.

GP: Masz rację, kojarzą jazz z czymś trudnym, nieznanym. Jazz to nie tylko trudne improwizacje, to także Eddie Harris, Billy Cobham, czy Les McCann. Jest wiele możliwości.

RG: Często muzycy jazzowi pozostają niestety znani tylko fanom jazzu, tylko dlatego, że są jazzowi. Weźmy choćby cały jazz elektryczny, wszystko co powstało w latach siedemdziesiątych. Wspomniałeś już Lesa McCanna, było też choćby Weather Report i cały ruch elektryczny. Oni wszyscy byli muzykami jazzowymi. Dla mnie jazzem jest wszystko co nieprzewidywalne, kiedy idę na koncert lubię myśl, że usłyszę coś co zdarzy się tylko ten jeden raz. Każdy koncert musi być inny. Tobie udaje się połączyć szeroką popularność i autentyczność bez artystycznych kompromisów.

GP: Dla mnie ważna jest całość, tekst, barwa mojego głosu, kompozycja, unikalna kombinacja różnych cech, trafiam do ludzi i cieszę się tym. Oczywiście szanuję fanów skupionych na jednym gatunku, tych którzy słuchają jazzu, czy soulu. Szanuję ludzi, sam próbuję połączyć jazz, soul i gospel, a także sztukę pisania piosenek w jedną całość, moją autorską. Cieszę się, kiedy widzę, że publiczności się to podoba.

RG: Piszesz teksty i komponujesz własne piosenki. Nie myślałeś o śpiewaniu jazzowych standardów?

GP: Chciałbym siedzieć tylko w studiu i nagrywać 10 płyt rocznie, ale to z wielu względów niemożliwe. Mam nadzieję, że moja kariera będzie rozwijała się tak, że będę mógł wyrazić siebie za pośrednictwem własnych piosenek, ale również śpiewać wszystkie dobre piosenki, nie tylko amerykańskie, ale też inne. Będę też dodawał elementy znane z muzyki folk, gospel i soul, jazzowa ekspresja pozwala sięgać do takich utworów.

RG: Tworzysz na bieżąco listę takich ulubionych utworów, żeby o niczym nie zapomnieć?

GP: Tak to mniej więcej wygląda, zbieram dobre utwory. Takie nagranie może wydarzyć się już wkrótce. Słucham też sporo muzyki brazylijskiej i tej z Południowej Afryki. Nie rozumiem słów, ale interesują mnie takie formy ekspresji. Moja kariera wystartowała dość późno, ale nigdzie się nie spieszę. Na wszystko jest właściwy czas.

RG: No właśnie, jaką muzykę znajdę na Twoim Ipodzie? Czego słuchasz?

GP: Trudno stale słuchać nowej muzyki. Słucham sporo swoich nagrań. Szczególnie lubię cieszyć się dobrą jakością, płytą analogową. Słucham Elli Fitzgerald, Joe Passa, sporo wokalistów o niskim głosie, Billy Eckstine’a, „Copacabany” Sarah’y Vaughan. Jednym z moich ulubionych nagrań jest to dokonane wspólnie przez Cannonballa Adderley’a i Nancy Wilson. Słucham dużo muzyki, której słuchałem jeszcze w college’u.

RG: Kiedy możemy się spodziewać nowego albumu?

GP: Prace już trwają. To będzie album skoncentrowany na muzyce Nat King Cole’a. Będzie też spora orkiestra.

RG: Tak więc wokalne Grammy 2018 już rozdane…

GP: śmiech…. Jest wiele dobrej muzyki. Jestem wdzięczny życiu za to gdzie jestem.

RG: Dużo podróżujesz. Czy dostrzegasz różnice w odbiorze Twojej muzyki? Czy uważasz że muzyka jest uniwersalna? W Twojej muzyce ważne są też teksty.

GP: Oczywiście czasem trzeba się dopasować do publiczności. Wiem, że mam szczęście być powszechnie akceptowanym wykonawcą, w Niemczech, Grecji, Meksyku. Wszędzie reakcje są pozytywne, mimo tak różnych miejsc. To mnie cieszy. Muzyka jest dla mnie misją. To ważne zdanie. Mam coś do powiedzenia. Jestem muzykiem jazzowym, ale opowiadam też historie, chciałbym, żeby one pozostały na dłużej. Opowiadam ludziom o miłości, szacunku. Kiedy śpiewam RG: Gregory śpiewa fragment swojej piosenki: „There will be no love that’s dying here”, to łączę się ze słuchaczami. Sądzę, że zapamiętają te słowa, może zaśpiewają je następnego dnia i jeszcze następnego, może stanie się to częścią ich życia. Sam czuję taką więź, kiedy śpiewam Nat King Cole’a RG: Tu znowu GP podśpiewuje fragment „Smile though your heart is aching”. Te słowa dużo dla mnie znaczą. RG: Kolejny fragment a capella, znowu znany z repertuaru Nat King Cole’a “Nature Boy” edena abheza: „The greatest thing you’ll ever learn is just to love and be loved in return”. Te słowa też wiele znaczą dla mnie. Mam nadzieję, że moje teksty są równie ważne dla mojej publiczności i że pamiętają je dłużej i czasem sobie nucą.

RG: Co z miejscami, gdzie grasz, w których ludzie nie znają angielskiego? Czują muzykę?

GP: Dokładnie tak! Jednym z pierwszych miejsc gdzie spotkało mnie niesamowite przyjęcie, mimo tego, że wielu nie rozumiało tekstów, była seria koncertów w Rosji i Ukrainie. Graliśmy w salach koncertowych w takich miejscach jakNowosybirsk, Jekaterynoburg, Kazań, czy Niżniewartowsk. Wielu słuchaczy nie znało niemal żadnego angielskiego słowa, ale „Moon River” jest uniwersalne. Po jednym z koncertów rozmawiałem z pewną starszą słuchaczką, miała pewnie z 80 lat, powiedziała mi, że jej zdaniem śpiewałem o mojej matce. „Moon River” jest o czymś zupełnie innym, tekst nie jest o mojej matce, ale dla mnie emocje związane są z moją matką, jej siłą i energią, które mi przekazała. Ta kobieta to zrozumiała, to było niesamowite.

RG: Twoja energia jest niezwykle pozytywna. Podziwiam też Twoje wyczucie muzycznej przestrzeni, tak jak największych mistrzów, cenię Ciebie nie tylko za nuty zaśpiewane, ale też te, których nie zaśpiewałeś. Jesteś niesamowicie prawdziwą, pozytywną osobą. Bardzo dziękuję za niezwykłą rozmowę.

GP: Bardzo dziękuję i zapraszam na moje koncerty.


Rozmowa przeprowadzona w kwietniu 2017 roku, wywiad ukazał się w majowym wydaniu miesięcznika JazzPRESS - do pobrania tutaj: JazzPRESS

17 maja 2017

Robert Glasper – Everything's Beautiful

Miałem z tym albumem trochę pod górkę… Najpierw czekał kilka miesięcy na swój czas, później uznałem, że Robert Glasper, którego cenię za poprzednie produkcje, dołączył do grona tych, którzy chcą się pogrzać w blasku wielkiego Milesa Davisa. W ten sposób album wylądował po raz kolejny na spodzie sporego stosu nowości. Postanowiłem jednak spróbować, za sprawą wspomnienia o wybornym albumie „Black Radio”. Przecież Robert Glasper żyje w alternatywnej rzeczywistości. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, było wsparcie Milesa Davisa. Sam jest geniuszem i nie musi korzystać ze sławy innych.

Czytając książeczkę dołączoną do albumu trudno pozbyć się wrażenia, że to kolejny zestaw remixów muzyki Milesa, którego nazwisko na okładce jest powtórzone kilkukrotnie, zajmując nawet chyba nieco więcej miejsca niż Roberta Glaspera. W części sklepów internetowych album bywa nawet opisywany jako wspólne dzieło obu muzyków.

Większość nagrań zawiera sample z nagrań Milesa Davisa, on sam otwiera płytę swoim monologiem o dość wymownym tytule „Talking Shit”. Większość sampli pochodzi z lat siedemdziesiątych. Kilka kompozycji nosi tytuł znanych utworów Milesa. Jeśli jednak oczekujecie czegoś na kształt „Panthalassy” Billa Laswella, to przygotujcie się na zupełne zaskoczenie, bowiem podstawą do stworzenia albumu „Everything's Beautiful” nie jest magiczne brzmienie trąbki mistrza, a pomysł na autorską, zwariowaną dekonstrukcję kompozycji, w dodatku raczej tych mniej znanych.

Robert Glasper sam gra niewiele, wykorzystując potencjał gościnnie występujących na płycei artystów. Wśród nich znajdziecie zarówno wielkie nazwiska, jak Stevie Wonder i John Scofield, jak i zupełnie, przynajmniej w jazzowym świecie nieznane. John Scofield pozostaje jedynym łącznikiem z realnym otoczeniem Milesa, który na płycie gra. W realizacji płyty wzięła udział rodzina Milesa, a album wydało Sony, więc z pewnością aprobata tych, którzy zajmują się, całkiem zresztą racjonalnie pośmiertną spuścizną Milesa Davisa została zapewniona.

Ten album potwierdził moje przekonanie, że Robert Glasper jest jednym z najważniejszych współczesnych muzyków. Nagrody dostaje najczęściej w kategoriach R&B, wielu uważa go za muzyka jazzowego, a on, podobnie zresztą jak Miles, gra swoje. Tworzy muzykę Roberta Glaspera, czasem nawet nie musi dotknąć żadnego instrumentu, pozostając wielkim inspiratorem, producentem, reżyserem i duchem muzycznych poczynań w studiu. Jest wizjonerem, zapewne części jego pomysłów dziś nie rozumiemy. Miles też był kilka razy w podobnej sytuacji.

Kojarzenie tego albumu z Milesem Davisem jest wielkim błędem. To absolutnie autorski projekt Roberta Glaspera, który nie potrzebuje wsparcia wielkich nazwisk na okładce. Mógłby równie dobrze wybrać któregoś z włoskich piosenkarzy z tej samej epoki, albo folklor dowolnego europejskiego kraju, czy coś zupełnie innego. Wyszłoby równie fenomenalnie.

Nigdy nie dowiemy się, jak brzmiałaby muzyka Milesa Davisa, gdyby w jakiś cudowny sposób dożył dzisiejszych czasów, mam jednak wrażenie, że podobnie do „Everything's Beautiful”, za wyjątkiem tego, że byłyby to raczej nowe kompozycje. Miles nie lubił patrzeć za siebie, zawsze był o krok przed wszystkimi. Dziś takim wyznaczaniem kierunku rozwoju twórczej muzyki zajmuje się Robert Glasper.
Ten album przeleżał na mojej półce z płytami, których jeszcze nie słuchałem niemal rok. Zastanawiam się, ile jeszcze podobnie rewelacyjnych produkcji kryje się pod setkami płyt, których zwykle słucham tylko raz. Do „Everything's Beautiful” z pewnością będę wracał.

Robert Glasper
Everything's Beautiful
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 888751578128

16 maja 2017

John Scofield & Pat Metheny – I Can See Your House From Here

Kiedy w 1994 roku ukazał się album „I Can See Your House From Here”, zastanawiałem się, dlaczego na pierwszym miejscy jego okładki znalazł się John Scofield, a nie Pat Metheny. Sądziłem, że powinny zadecydować względy komercyjne. Pat Metheny docierał i do dziś dociera do zdecydowanie szerszego kręgu publiczności, a wtedy większość muzyki sprzedawała się w sklepach w postaci fizycznych nośników. To skazywało album na umieszczenie w przegródce przeznaczonej dla albumów Johna Scofielda, gdzie przypuszczalnie nigdy nie odnalazła tego albumu większość fanów Pata Metheny, szczególnie tych, którzy nie śledzili jakoś szczególnie nowości wydawniczych.

Z muzycznego punktu widzenia to ma oczywiście głęboki sens – muzyce albumu zdecydowanie bliżej do ówczesnego bardziej jazzowego i nawet tego teraźniejszego, ludowego stylu Scofielda, niż klimatów Pat Metheny Group. Mimo tego, album dziś ma status klasyka i jest ważną pozycją w dyskografii obu muzyków. U mnie na półce stoi na końcu zbioru płyt Johna Scofielda, ale również na początku grupy albumów sygnowanych nazwiskiem Pata Metheny. W ten sposób nie musiałem decydować, czy ważniejszy jest prawy, czy lewy kanał finalnego miksu. Płytę przygotowano właśnie w ten sposób – w lewym kanale usłyszycie Johna Scofielda, a prawym Pata Metheny.

Album firmuje dwu, prawdopodobnie wtedy najważniejszych jazzowych gitarzystów. Mimo tego ich wspólne nagranie nie jest wirtuozerskim wyścigiem ani popisem możliwości technicznych, czy wciskaniem firmowych zagrywek w każde możliwe wolne miejsce. To raczej zrelaksowane, wypełnione luźnymi muzycznymi impresjami spotkanie ludzi, którzy niczego już nie muszą światu udowadniać, mogą cieszyć się swoim talentem, dobrze się bawić i dać fanom kilka wyśmienitych kompozycji, które w jazzowym świecie mogłyby być przebojami.

Album odniósł spory sukces komercyjny, doskonale godząc jazzowe improwizacje z chwytliwymi melodiami, bez artystycznych kompromisów i ukłonów w stronę jazzu za lekkiego i za łatwego. Nie sposób również pominąć doskonałej realizacji technicznej albumu, co w tamtym czasie nie było charakterystyczne dla Blue Note, ani kameralnych realizacji w Power Station – studiu specjalizującym się raczej w zdecydowanie głośniejszej muzyce. W kręgach audiofilskich album ma status kultowego i jest używany przez wielu recenzentów sprzętu audio, choć moim zdaniem dostępne przeróżne staranne tłoczenia analogowe w żaden sposób tej muzyce nie pomagają. Album najprawdopodobniej zarejestrowano w formie cyfrowej. Jeśli jakiś informacji w materiale źródłowym nie ma – nie odnajdziecie jej również w najstaranniej przygotowanych i wytłoczonych na najlepszym winylu tłoczeniach.

Być może zabrakło trochę interakcji, grania w stylu i na sposób podobny do najciekawszego utworu na płycie, kompozycji Johna Scofielda „Everybody’s Party”. Czy jednak ten album powinien być aż tak elektryczny? Ja zmieniam zdanie niemal za każdym razem, kiedy sięgam po tą płytę. To zwyczajnie zależy od nastroju. Czasem mam ochotę na nieco bardziej hałaśliwe granie – wtedy mogę sięgnąć po taki choćby „Uberjam”, a kiedy późno w nocy mam raczej nastrój na wyśmienitą jazzową balladę sięgam po „One Quiet Night”. Pomiędzy „Uberjam” Johna Scofielda i „One Quiet Night” Pata Metheny znajdziecie „I Can See Your House From Here”. To absolutny jazzowy klasyk, który powinien być w każdej kolekcji jazzowych nagrań.

John Scofield & Pat Metheny
I Can See Your House From Here
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724382776529