14 listopada 2018

The Quartet - The Quartet

Dla mnie The Quartet to Tomasz Szukalski. Pozostałych przepraszam, ale tak już napisałem, kiedy ukazywał się doskonały dwupłytowy zbiór „The Quartet: Sławomir Kulpowicz Complete Edition I Volume 1”. Tak też mam z albumem, który ukazał się w 1979 roku nakładem (mocno chyba ograniczonym) Poljazzu w cyklu Biały Kruk Czarnego Krążka. W założeniu tylko dla klubowiczów, nazwa cyklu była adekwatna do zawartości, czasem genialnej, często niekoniecznie, jednak zawsze trudno dostępnej, więc elitarnej. Dziś kupienie oryginalnej edycji analogowej jest trudne, a jedyne wznowienie cyfrowe z 2009 roku (Anex) też jest już niedostępne. To i tak lepiej, niż w przypadku albumu Loaded” nagranego przez kwartet The Quartet w Helsinkach i wydanego przez Leo Records Edvarda Vesali. Po katalogu tej wytwórni ślad zaginął, a w jej katalogu są również unikalne nagrania Tomasza Stańko (Almost Green” i chwalony przez wszystkich, a słyszany przez niewielu z analogowego oryginału „Music From Taj Mahal And Karla Caves”).

Biorąc pod uwagę czasy w których działał The Quartet (mniej więcej od 1977 do 1980 roku) i ówczesne możliwości nagrywania i wydawania płyt, materiału z dzisiejszego punktu widzenia zachowało się całkiem sporo, jednak to album wydany przez Poljazz w 1979 roku jest najważniejszym dokumentem działalności zespołu, który często uważany jest za jeden z tych nielicznych całkowicie polskich, które mogły zrobić światową karierę. Często powtarzane są opowieści o możliwości podpisania przez zespół kontraktu w USA w czasie występu w słynnym Village Vanguard. Próba reaktywacji zespołu mniej więcej w 2007 roku nie wyszła legendzie zespołu na dobre, czasy były inne, a Tomasz Szukalski nie grał już na genialnym poziomie znanym z The Quartet.

Muzyka The Quartet rozwijała się niezwykle szybko, zespół dojrzewał w ekspresowym tempie, co doskonale można dziś prześledzić dzięki nagraniom dostępnym w zestawie „The Quartet: Sławomir Kulpowicz Complete Edition I Volume 1”. Album wydany w czasach świetności zespołu przez Poljazz pozwala wrócić do najlepszych czasów zespołu, momentu w którym muzycy mieli już za sobą wiele koncertów i wspólnych doświadczeń i ciągle wystarczająco dużo twórczych pomysłów na przyszłość.

Dla Kulpowicza, którego idolem zawsze był John Coltrane, Tomasz Szukalski był idealnym partnerem. W połączeniu z doskonałą sekcją powstał zespół niemal idealny. Osobiście uważam, że The Quartet był najlepszy na żywo, choć niestety nigdy na takim koncercie nie byłem. Za to zapis jednego z nich wydany niedawno we wspomnianym już cyklu antologii nagrań Sławomira Kulpowicza dowodzi tego w sposób, z którym trudno komukolwiek polemizować.

Jednak dla mnie The Quartet to ciągle geniusz Tomasza Szukalskiego. Pisząc dawno temu recenzję wówczas nowości – albumu Sławomnira Kulpowicza – „The Quartet: Sławomir Kulpowicz Complete Edition I Volume 1”, napisałem o grze Szukalskiego coś, czego nie potrafię dziś zrobić lepiej, stąd cytat:

Istotą sukcesu gry Tomasza Szukalskiego jest prawda. To niezależne od techniki, klasy instrumentu, czy jakości nagrania. Prawdziwe emocje w muzyce słychać zawsze. Szczególnie na scenie, przed publicznością nie da się udawać. To od razu słychać. Szakal był prawdziwy i w zasadzie jest wyczerpująca recenzja jego geniuszu. Niezależnie od tempa utworu, czy jego formalnej konstrukcji, zawsze pozostawał sobą. Podobnie jak John Coltrane i dlatego obydwaj byli równie genialni.”
W związku z tym, jeśli uwierzycie w moje słowa, to będzie wystarczająca rekomendacja do uznania albumu The Quartet” za muzyczne arcydzieło i jedną z najważniejszych płyt polskiego jazzu.

The Quartet
The Quartet
Format: CD
Wytwórnia: Anex
Numer: AN 302

08 listopada 2018

Tomasz Stańko – Balladyna

Umieszczenie jednej płyty Tomasza Stańko w Kanonie Polskiego Jazzu to w zasadzie przedsięwzięcie niemożliwe do wykonania. Wybór pomiędzy „Balladyną”, „Litanią” i „Twetem” jest w zasadzie niemożliwy. Są też piękne pozycje nagrane dla ECM w ostatnich latach i awangardowe realizacje z początków kariery muzyka. Są występy gościnne i nagrania nieco zapomniane, jak choćby mój ulubiony album z Freelectronic nagrany na festiwalu w Montreux w 1987 roku czy fragmenty muzyki do filmu „Reich”. Jest jeszcze „Peyotl” i wiele innych.

„Balladynę” wybieram dlatego, że jest na niej Tomasz Szukalski, chociaż on akurat pojawia się też na „Twet”. Również dlatego, że to produkt międzynarodowy. Pierwszy album nagrany przez Stańkę dla ECM, z udziałem muzyków już wtedy w tej wytwórni zadomowionych – Dave Hollanda i Edwarda Vesali. Choć argumentów można znaleźć jeszcze kilka, to wybór dalej pozostaje trudny. Stańko awangardowy, elektroniczny, mainstreamowy, polski albo zagraniczny – każdy znajdzie w jego bogatej dyskografii coś dla siebie. Tomasz Stańko był również jednym z tych trębaczy, który w zasadzie od pierwszego nagrania – a był nim album Krzysztofa Komedy – „Astigmatic” miał niezwykle rozpoznawalny sound.

Tak więc wybór „Balladyny” nie oznacza, że to najlepsza płyta Tomasza Stańko, jest tak samo doskonała jak kilka innych, do których równie często wracam. Album nagrany w 1975 roku wcale nie miał łatwego życia. Jeśli odnajdziecie w sieci recenzje z 1976 roku, nie będą one jakoś szczególnie entuzjastyczne. Być może dlatego na kolejne nagrania Tomasza Stańko dla ECM trzeba było czekać 20 długich lat.

Zastanawiająca ciekawostką wydawniczą jest fakt systematycznego wznawiania „Balladyny” w szarej okładce z czerwonym tytułem zamiast oryginalnego zdjęcia, zabarwionej na czerwono łąki, które zostało użyte w pierwszym analogowym wydaniu tego albumu. Jedynym logicznym wytłumaczeniem może być brak możliwości odnowienia praw do użycia tej fotografii. Dziś pierwsze wydanie z unikalną okładką jest więc poszukiwanym kolekcjonerskim rarytasem, choć jedynie z powodu poligrafii, bowiem muzyka brzmi tak samo dobrze we wszystkich kolejnych edycjach.

Przy okazji apel skierowany właściwie nie wiadomo do kogo, to chyba zresztą przyczyna konieczności jego stworzenia. Spadkobiercy katalogu fińskiej wytwórni Leo Records należącej do Edwarda Vesali nie są chyba znani… Wznowienie „Almost Green” – wybitnej płyty kwartetu, który nagrał „Balladynę” jest absolutnie konieczne. W podobnym składzie powstały 4 albumy – „Balladyna”, „Live In Remont” z Antti Hytti zamiast Dave Hollanda na basie, „Almost Green” z Palle Danielssonem na tym instrumencie i „Twet” z Peterem Warrenem. Jak widać muzycy poszukiwali basisty.

Z tych 4 albumów „Balladyna” jest z dzisiejszej perspektywy albumem najbardziej kompletnym muzycznie, ale też, co istotne najlepiej zrealizowanym, tym samym pasującym do całej zagranicznej dyskografii Tomasza Stańki. Ten album jest też łatwo dostępny, czego nie da się powiedzieć o wielu jego albumach, nit tylko tych wymienionych, ale również innych wydanych przez Leo Records (w tym legendarnej wręcz płycie „Music From Taj Mahal And Karla Caves”), a także części nagrań z lat osiemdziesiątych.

Pomysł na kwartet bez fortepianu z pewnością wynikał z wcześniejszych doświadczeń Stańki z muzyką Ornette Colemana. „Balladyna” rozpoczyna u Stańki okres, który umownie można określić jako twórcze użycie przestrzeni między dźwiękami. Ta przestrzeń i oszczędne gospodarowanie czasem i luźne traktowanie sekcji rytmicznej miały pozostać jedną z unikalnych cech większości jego późniejszych nagrań.

„Balladyna” jest dla mnie pełna skrajności. Z jednej strony wymagająca skupienia i posiadająca mistrzowski rodzaj magnetyzmu i oczekiwania na każdy kolejny dźwięk. Z drugiej strony to jeden z najbardziej lirycznych albumów Stańki, pełen pięknych melodii, chociaż czasem odbieram go jako niezwykle niepokojący. Nigdy jednak, od dziesiątków lat nei potrafię przejść koło niego obojętnie. Niewiele znam takich płyt.

Tomasz Stańko
Balladyna
Format: CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 731451928925

04 listopada 2018

Jan Ptaszyn Wróblewski - Sprzedawcy glonów


Nagrania umieszczone na tej płycie powstały pomiędzy 1971 i 1973 rokiem. W zasadzie zagrali tu wszyscy lub prawie wszyscy, którzy liczyli się wtedy w polskim jazzie. Lista wykonawców przypomina encyklopedię muzyki improwizowanej. Ze względów oczywistych część muzyków nie mogła dostać odpowiedniej przestrzeni dla własnych solowych popisów. „Sprzedawcy glonów” to więc przede wszystkim pokaz sztuki kompozytorskiej i improwizatorskiej Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Tomasza Stańko, Andrzeja Trzaskowskiego i Zbigniewa Namysłowskiego.

Dziś zgromadzenie takiego superbandu w jednym miejscu jest w zasadzie niemożliwe z przyczyn finansowych i organizacyjnych. W początku lat siedemdziesiątych czas biegł inaczej, a państwowe, jedyne wówczas radio utrzymywało kilka orkiestr z muzykami na etacie i studia nagraniowe dostępne dla tych zespołów. Nagrywało się muzykę przeznaczoną do prezentacji na antenie.

Jan Ptaszyn Wróblewski – postać dominująca – kompozytor i autor aranżacji połowy utworów był szefem jazzowej orkiestry Polskiego Radia w Warszawie, która dawała stałą pracę sporej części warszawskiego jazzowego świata. W tak sprzyjającym otoczeniu powstał album będący jednym z nielicznych przykładów jazzowego, orkiestrowego nowoczesnego, nieco nawet eksperymentalnego grania w Polsce. Już wtedy większość muzyków wymienionych na okładce to były wielkie gwiazdy.

W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych Jan Ptaszyn Wróblewski, muzyk z olbrzymim już wtedy dorobkiem nagraniowym i doświadczeniach koncertowych ze scen na całym świecie był muzykiem niezwykle zajętym. Prowadził Studio Jazzowe Polskiego Radia, tworzył zespół Mainstream z Wojciechem Karolakiem, Markiem Blizińskim i Czesławem Dąbrowskim. Prowadził również Stowarzyszenie Popierania Prawdziwej Twórczości „Chałturnik”, zespół z początku zajmujący się parodiowaniem popularnych przebojów dla śmiechu, a później nieco bardziej na poważnie. W tym zespole również pracę znajdowały największe jazzowe gwiazdy. Był więc Jan Ptaszyn Wróblewski dostarczycielem pracy dla sporej części polskiego jazzowego środowiska, przy okazji komponując, pisząc aranżacje i grając na saksofonie. To sporo pracy i wszystko udawało się znakomicie. Do tego trzeba nie tylko wiele sił, ale jeszcze więcej talentu.

Dorobek Studia Jazzowego Polskiego Radia jest znacznie większy niż dwa albumy – „Sprzedawcy glonów” i wcześniejszy „Jazz Studio Orchestra Of The Polish Radio” z 1969 roku. To ponad 20 programów telewizyjnych i spora ilość muzyki nagranej dla Polskiego Radia, która być może spoczywa jeszcze gdzieś w archiwach. Większość z tych rejestracji z pewnością warta jest wznowienia, bowiem zespół prowadzony przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego był miejscem, gdzie polscy muzycy jazzowi mogli wypróbować każdy, nawet najbardziej szalony pomysł. Dokonania Studia Jazzowego Polskiego Radia można porównać do innych światowych orkiestr tego okresu prowadzonych przez Dona Ellisa (z genialnym Milcho Levievem), ciekawszą częścią nagrań Maynarda Fergusona i orkiestrą Thada Jonesa i Mela Lewisa.

Niestety wydana w 2006 roku cyfrowa reedycja „Sprzedawców glonów” sprzedała się szybko i dziś przydałaby się kolejna reedycja dla tych, którzy nie zdążyli, lub zwyczajnie do tej płyty dojrzeli, lub kiedy była dostępna, nie wiedzieli o jej istnieniu.

Jan Ptaszyn Wróblewski
Sprzedawcy glonów
Format: CD
Wytwórnia: Polskie Nagrania
Numer: PNCD 1090 (SXL 1141)

03 listopada 2018

Różni wykonawcy – Jazz 56 - I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej - Sopot, 6-12 Sierpnia 1956


Od tego miejsca w zasadzie wszystko się zaczyna. Festiwal w Sopocie w 1956 roku był początkiem nowoczesnego grania jazzu w Polsce. Oczywiście muzycy, którzy wystąpili na festiwalu, a wystąpili w zasadzie wszyscy, którzy mniej lub bardziej zawodowo wtedy zajmowali się w Polsce jazzem, nie zaczęli swoich karier dzień przed festiwalem. Jednak nagrania sprzed 1956 roku w zasadzie się nie zachowały, a tych co pamiętają nieliczne, często niekoniecznie legalne koncerty i domowe spotkania z jazzem, tym na żywo i tym odtwarzanym z płyt nie pozostało już zbyt wielu.

Tak więc stwierdzenie, że wydany po wielu latach przez Polskie Nagrania obszerny zbiór archiwalnych nagrań z Sopotu 1956 jest pierwszą polską płytą jazzową jest zdecydowanie uprawnione.

Część tych nagrań była wcześniej znana i wydawana, jednak za zebranie ich w postaci 3 dysków opatrzonych dobrym komentarzem i starannie przygotowanym opisem składów poszczególnych zespołów, z pewnością Polskim Nagraniom należą się słowa podziękowania.

Historii o przygotowaniach do festiwalu i jego przebiegu, kontekście politycznym, brzmiących dziś jak anegdoty ponoć prawdziwych wydarzeń z podróży gości zagranicznych na sam festiwal i całej otoczki tej imprezy jest równie dużo, jak publikacji na temat festiwalu. Za najbardziej rzetelną, obszerną i kompletną uważam książkę Stanisława Danielewicza – Jazzowisko Trójmiasta” wydaną przez PWM kilka lat temu. Ważną i istotną lekturą są też od niedawna dostępne w postaci skanów dzięki staraniom Fundacji im. Zbigniewa Seiferta archiwalne wydania pisma Jazz. W numerze 3 z 1956 roku rozkładówkę 8-stronicowego wtedy pisma poświęcono obszernej, ilustrowanej zdjęciami relacji z festiwalu. Skan sporządzano prawdopodobnie z trwale zszytego woluminu, więc środkowa kolumna tekstu jest trudna do odczytania. Powrót do czasów, kiedy recenzenci polecali muzykom pracę nad sobą i oceniali właściwą lub niewłaściwą kolejność improwizujących instrumentów jest niezłą podróżą w czasie.

Muzycznie najlepiej się dziś broni występ zespołu Krzysztofa Komedy – najbardziej dojrzały artystycznie project zaprezentowany na festiwalu, mimo faktu, że sam Komeda był wtedy w zasadzie na początku swojej artystycznej drogi. Jednak próbował już sięgać po inspiracje do muzyki klasycznej (Memories Of Bach”) oraz najnowszego jazzowe repertuaru nowoczesnego – Django” Johna Lewisa z repertuaru The Modern Jazz Quartet.

Ciekawa jest obserwacja stylu konferansjerki Leopolda Tyrmanda i podziału, który wtedy był dość ściśle przestrzegany, na repertuar klasyczny (nazywany wtedy dixielandem) i modern – wywiedziny z cool i aktualnych w ówczesnych latach amerykańskich nowościach. Niektórym muzykom, jak choćby Kurylewiczowi, autor ówczesnej recenzji – Franciszek Lipowicz, ważna postać, jeden z organizatorów festiwalu i współzałożycieli pisma Jazz, zarzucał niesłuszne i niepotrzebne występy w repertuarze zarówno klasycznym, jak i nowoczesnym, jak sam wtedy pisał – pełnym coolowej inwencji i wspaniałej techniki. Takie czasy.

Goście zagraniczni na festiwalu byli i zagrali – amatorski właściwie zespół Dave Burmana z Wielkiej Brytanii w składzie zebranym z tych, którzy nie bali się przyjechać do Polski i niezły skład Kamila Hali, który po festiwalu pozwolił sobie na krytykę naszego jazzowego środowiska, nie znajdując w żadnym z występów najmniejszego objawu samodzielnej inwencji muzycznej”. Komedowa interpretacja Bacha według Kamila Hali musiała „rozśmieszyć każdego bardziej muzykalnego słuchacza”. Tego rodzaju inwektyw w artykule Hali wydrukowanym w pofestiwalowym numerze Jazzu znalazło się więcej. Nikt nie wspomniał, że sam Hala muzykiem jazzowym w zasadzie nie był, na festiwal trafił z łapanki, a większość swojego życia spędził dowodząc orkiestrą w jednym z czechosłowackich cyrków. Wśród krytykowanych przez Hala znaleźli się światowej później sławy kompozytor muzyki filmowej Krzysztof Komeda, lider europejskiego Trzeciego Nurtu Andrzej Trzaskowski, lider młodzieżowej orkiestry w Newport Jan Ptaszyn Wróblewski, a także Andrzej Kurylewicz. Każdemu wolno się pomylić, ale żeby aż tak? W każdym razie lektura tekstu „Pokłosie sopockiego festiwalu” z wydania październikowego 1956 pisma Jazz jest ciekawą przygodą.

Jazz 56 - I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej - Sopot, 6-12 Sierpnia 1956” to pozycja obowiązkowa w Kanonie Polskiego Jazzu, to wydawnictwo powinno być obowiązkowym elementem połączonych lekcji najnowszej historii i muzyki we wszystkich polskich szkołach. Jest też absolutnie obowiązkowe dla każdego fana jazzu w Polsce.

Różni wykonawcy
Jazz 56 - I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej - Sopot, 6-12 Sierpnia 1956
Format: 3CD
Wytwórnia: Polskie Nagrania
Numer: 5907783499302

29 października 2018

Wojciech Karolak – Easy

Album został nagrany w 1974 roku, od czasu pierwotnego wydania w 1975 roku wznowiono go tylko raz w formie cyfrowej w 2005 roku (Polskie Nagrania PNCD 1081 w serii Polish Jazz Deluxe). Kto nie zdążył, będzie miał dzisiaj kłopot ze zdobyciem tego albumu.

Płyta często uznawana za żart muzyczny na poziomie Chałturnika z tego samego okresu, jest jednak graniem całkiem na serio. Chałturnik od początku pomyślany był jako muzyczny żart. U Karolaka gra spora część muzyków zaangażowanych również w projekt Chałturnik, to jednak nie z powodu stylistycznego podobieństwa, a udziału orkiestry dowodzonej przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego, w której grywali wtedy niemal wszyscy ze Stańką, Namysłowskim i Szukalskim na czele.

Według deklaracji samego Wojciecha Karolaka, zamiarem było zrealizowanie „płyty zawierającej muzykę rozrywkową nagraną przez muzyków jazzowych”. Muzyka miała – tu znowu cytat być „zrobiona na luzie i przeznaczona do słuchania na luzie, może wpadać jednym uchem a wypadać drugim”. Właściwie wszystko udało się wedle tej deklaracji, pisanej już po nagraniu materiału. Rzeczywistość jest zgodna z deklaracją autora niemal w całości. Trudno zgodzić się jednak z tezą, że powstała muzyka rozrywkowa, chociaż jeśli tak miałaby wyglądać muzyka rozrywkowa, to świat byłby z pewnością ciekawszy. Niestety rzeczywistość odbiega od takiego ideału, a „Easy” jest pozycją dziś nieco zapomnianą i niełatwą do zdobycia.

Do dziś album Easy” z 1974 roku jest jedyną płytą sygnowaną wyłącznie nazwiskiem Wojciecha Karolaka na okładce w jego dyskografii. Karolak jest etatowym współliderem, kilka płyt firmuje wspólnie z Jarosławem Śmietaną, w Kanonie Polskiego Jazzu mamy też Time Killers” z Szukalskim i Bartkowskim. Album „Mainstream” firmują wspólnie Karolak z Janem Ptaszynem Wróblewskim. Gościnne występy na płytach przeróżnych wykonawców trudno policzyć. Jednak „Easy” jest jedyną płytą z Wojciechem Karolakiem w roli lidera.

Powstanie albumu zbiega się w czasie z działalnością grupy Constellation Michała Urbaniaka i szczytem popularności elektrycznego fusion w Polsce. W 1974 roku zwyczajnie wypadało tak grać, a próba Karolaka dotarcia z wciąż nieco eksperymentalną muzyką do szerszego grona słuchaczy (zakładając, że taka była intencja), wypada spektakularnie. Bez artystycznych kompromisów i melodyjnego banału, kompozycje lidera uzupełnione jednym utworem napisanym przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego osiągają poziom równy tym pisanym wówczas przez Shortera, Zawinula, McLauglina i Bensona.

Spektakularna lista muzyków biorących udział w nagraniu dostaje dzięki kompozycjom lidera sporo miejsca do solowych popisów. Stańko, Szukalski i Wróblewski doskonale wykorzystują swój czas. O grze samego lidera można tylko napisać, że jest na najwyższym światowym poziomie jak zwykle.

Połączenie w jednym miejscu odjechanej solówki Stańki („A Day In The City”), swingującego Szukalskiego i bluesowych organów Hammonda z wokalizami części składu Novi Singers może nie było nowatorskie, jednak udało się doskonale. „Why Not Samba” nadaje się do tańca, a całość jest uniwersalnie muzycznie piękna i nadaje się zarówno dla fanów jazzu, jak i tych, którzy przed tym słowem uciekają do drugiego pokoju. Może czasem można było trochę prościej i skromniej, ale prawdopodobnie siła rażenia elektrycznego Milesa Davisa, gdzie było wszystkiego więcej i głośniej zadziałała i na Wojciecha Karolaka.

Wojciech Karolak
Easy
Format: CD
Wytwórnia: Polskie Nagrania
Numer: 5907783420818