13 września 2020

At The Woodchopper’s Ball – CoverToCover Vol. 78

Utwór jest jednym z pierwszych przebojów niezwykle cenionego w swoich czasach, a dziś chyba niesłusznie zapomnianego big bandu Woody Hermana. Działająca w pierwszej połowie lat czterdziestych orkiestra Woody Hermana nazywana była jego pierwszą trzódką lub stadem (First Herd) i w istocie jest jedną z nielicznych orkiestr jazzowych o składzie przekraczającym 5 osób zorientowanych na grę zespołową, która potrafiła płynnie przejść ze swoim liderem od swingowego grania do tańca do be-bopu. Po części muzycy Hermana zawdzięczali to liderowi z wizją nowoczesnego grania. Równie istotne były aranżacje takich numerów jak „Woody’n You” i „Down Under” napisane przez Dizzy Gillespiego.

„At The Woodchoppers Ball” napisał w 1939 roku Woody Herman i jeden z najstarszych wtedy stażem członków jego orkiestry, grający głównie na trąbce Joe Bishop, który jednak sukces nagrania zobaczył w kolejnych latach z pozycji aranżera orkiestry, bowiem na trąbce nie mógł już grać z racji na ciężką gruźlicę. Z melodią nie wiążą się żadne ciekawe historie, poza faktem, że była przebojem w wykonaniu orkiestr Woody Hermana przez wiele lat po rozwiązaniu przez niego najlepszego składu, który miał, czyli First Herd. Pierwsze nagranie tej melodii powstało zresztą na krótko przed zmianą stylu gry Hermana i jego zespołu, co doprowadziło do powstania wspomnianego be-bopowego składu.

Utwór jest jedną ze starszych melodii, powracającej w kolejnych drukowanych wydaniach „Real Book” (wersji legalnej wydawanej przez Hal Leonard) w aranżacji kompozytorów znanej z nagrań orkiestry Hermana. Nie jest tam może najstarszą melodią, ale z pewnością jedną z najstarszych z tych, które swoje życie zaczęły od razu w domenie jazzowej, a nie na deskach któregoś z teatrów na Broadwayu, lub w Hollywood.

Być może „At The Woodchopper’s Ball” nigdy nie doczekałby się prezentacji w cyklu CoverToCover, gdyby niezupełnie niespodziewana wersja, którą spopularyzował zespół Ten Years After w 1969 roku. Genialny zespół angielskich muzyków grał głównie blues rocka opartego na solidnych amerykańskich wzorcach. Dlaczego na koncertach grali „At The Woodchopper’s Ball”, tego nie udało mi się ustalić. Jednak umieścili ten utwór na płycie koncertowej „Undead” i od tej pory kompozycja Woody Hermana i Joe Bishopa stała się już nie tylko klasykiem czasu ewolucji od swingu do be-bopu, ale też doskonałym blues-rockowym numerem dla młodszych co najmniej o pokolenie słuchaczy, którzy zapewne w większości nigdy nie słyszeli o Woody Hermanie.

Utwór: At The Woodchopper’s Ball
Album: Woodchopper’s Ball
Wykonawca: Woody Herman And His Orchestra
Wytwórnia: Decca
Rok: 1946 (wydanie 1955)
Numer: Decca DL 8133
Skład: Woody Herman – as, cl, Sonny Berman - tp, Pete Candoli - tp, Flip Phillips - sax, Bill Harris – tromb, Billy Bauer – g, Ralph Burns – p, Oscar Pettiford (?) – b, Dave Tough – dr.

 Utwór: At The Woodchopper’s Ball
Album: Ten Years After
Wykonawca: Ten Years After
Wytwórnia: Deram / Decca / Universal
Rok: 1967
Numer: 042288289722
Skład: Alvin Lee – g, Chick Churchill – org, Ric Lee – b, Leo Lyons – dr.

12 września 2020

Laura – CoverToCover Vol. 77

O takiej kompozycji jak „Laura” Davida Raksina dziś powiedzielibyśmy, że to piosenka pop wylansowana jako przebój w filmie. W 1944 roku popu jeszcze nie wymyślono, a popularne przeboje filmowe nazywano raczej muzyką rozrywkową, zgodnie z przeznaczeniem, zarówno filmu, jak i towarzyszącej mu muzyki. Film wyreżyserowany przez Otto Premingera dziś raczej zaginął w otchłaniach archiwów Hollywood, choć moim zdaniem jest w Europie miejsce na przynajmniej jeden kanał filmowy, który mógłby zajmować się prezentowaniem filmów z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Dziś takie produkcje opowiadają ciekawe filmowe historie, ale są też ciekawym źródłem wiedzy o minionych latach i technologiach tworzenia filmów bez komputerów. Wchodzimy w okres, w którym niemal nikt z widzów nie przeżył tej doskonałej w rozwoju kinematografii epoki osobiście. Ale to tak poza tematem, którym jest „Laura” Davida Raksina.

Reżyser chciał użyć jako tematu przewodniego w filmie kompozycji Duke’a Ellingtona „Sophisticated Lady”, która wtedy była popularna za sprawą orkiestry Ellingtona, ale też miała już ponad dekadę na karku i pewnie wielu uważało melodię za starą. Według niektórych wersji tej historii, zanim Otto Preminger wpadł na pomysł wykorzystania „Sophisticated Lady”, myślał też o „Summertime”. Raksin uważał jednak, że kompozycja Ellingtona się nie nadaje, co było sporą odwagą, bowiem Ellington był wtedy i jest do dziś wielce szanowanym kompozytorem i twórcą genialnych melodii (nawet jeśli nie wszystkie napisał całkiem samodzielnie). Raksin podjął się napisania równie dobrej nowej melodii i w ten sposób, podobno w kilka dni napisał „Laurę”. Dla Raksina to była praca jakich wiele. Napisał muzykę do ponad 100 filmów i kilkuset programów telewizyjnych, jednak czas miał pokazać, że „Laura” zostanie jego najbardziej znaną melodią. Łatwy do zapamiętania motyw muzyczny dostał w filmie sporo więcej czasu, niż zwykle dostawały wtedy tytułowe utwory – słychać go nie tylko w czołówce, ale też służy za tło muzyczne do sporej ilości scen w których pojawia się główny bohater – detektyw Mark McPherson.

Utwór powstał jako dzieło instrumentalne, ale został w filmie zauważony i przewidując popularność melodii, już po premierze filmu Johnny Mercer to jego tytułowej melodii dopisał słowa. Pierwsze ważne jazzowe wykonanie „Laury” z tekstem datowane jest na 1945 rok i należy do Woody Hermana. W tym samym czasie swoją wersję instrumentalną zaproponował czekający wtedy jeszcze na swoje największe muzyczne sukcesy Erroll Garner.

Melodia jest tak popularna, że trudno będzie w krótkiej audycji zmieścić nawet te najważniejsze jej wykonania. Dlatego też musimy zostawić bigbandowe wersje Woody Hermana, Duke’a Ellingtona, Glenna Millera i innych orkiestr popularnych w 1945 roku, a nawet Errola Garnera (choć tu mam większy problem). Pierwszym nagraniem będzie rejestracja Charlie Parkera z 1950 roku, który grał „Laurę” w czasie swojej krótkiej przygody z orkiestrą Woody Hermana i kiedy dostał szansę spełnienia swojego marzenia w postaci nagrania z rozbudowaną sekcją smyczkową, nie zastanawiał się długo. „Laura” pasowała do albumu „Charlie Parker With String” wyśmienicie.

W kolejnych latach wielu jazzowych mistrzów sięgało po „Laurę”, a chyba najczęściej grał utwór Raksina Dave Brubeck – tu znowu z dużym oporem muszę zostawić nagranie z jego płyty „Jazz At TheCollege Of The Pacific” na inną okazję, podobnie jak chyba najważniejsze nagrania wokalne w wykonaniu Franka Sinatry i Elli Fitzgerald. Historia i statystyka dowodzą jednak, że melodia Raksina zrobiła większą karierę niż słowa Johnny Mercera. Dziś więcej znajdziecie ciekawych interpretacji instrumentalnych. Dlatego też ja wybieram, kierując się niezmiennie chęcią pokazania melodii zagranej na różnych instrumentach mojego ulubionego Clifforda Browna i współczesne nagranie Joe Lovano, choć zaczynam już się wahać, czy wolno nazwać współczesnym album nagrany w 1994 roku.

Utwór: Laura
Album: Charlie Parker with Strings (Bird: The Complete Charlie Parker On Verve)
Wykonawca: Charlie Parker with Strings
Wytwórnia: Clef / Verve
Rok: 1950
Numer: 042283714823
Skład: Charlie Parker – as, Sam Caplan – viol, concertmaster, Howard Kay – viol, Harry Melnikoff – viol, Sam Rand – viol, Zelly Smirnoff – viol, Izadore Zir – viola, Maurice Brown – cello, Joseph Singer  - French horn, Eddie Brown  - oboe, Verley Mills – harmonica, Bernie Leighton – p, Ray Brown – b, Buddy Rich – dr.

Utwór: Laura
Album: Clifford Brown With Strings (Brownie - The Complete EmArcy Recordings Of Clifford Brown)
Wykonawca: Clifford Brown
Wytwórnia: EmArcy / Nippon Phonogram
Rok: 1955
Numer: 042283830622
Skład: Clifford Brown – tp, Barry Galbraith – g, Richie Powell – p, George Morrow – b, Max Roach – dr, string orchestra.

Utwór: Laura
Album: I Remember Charlie Parker
Wykonawca: Joe Pass
Wytwórnia: Pablo / Fantasy / OJC
Rok: 1979
Numer: 025218660228
Skład: Joe Pass – g.

 Utwór: Laura
Album: Tenor Legacy
Wykonawca: Joe Lovano
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Rok: 1994
Numer: 724382701422
Skład: Joe Lovano – ts, Joshua Redman – ts, Mulgrew Miller – p, Christian McBride – b, Lewis Nash – dr, Don Alias – perc.

10 września 2020

Clarinet Factory – Pipers

Dwa lata temu czeski zespół Clarinet Factory przygotował album „Meadows”. Trafiłem na ten album dość przypadkowo, ale od tej chwili obserwuję kolejne muzyczne kroki zespołu ze sporą uwagą. Album był prezentowany w cyklu Płyta Tygodnia na antenie naszego radia. Muzycy zespołu kontynuują swoją muzyczną drogę w dość unikalnej formule czterech klarnetów już od ponad 10 lat. Ich twórczość trudno dopasować do jakiejkolwiek muzycznej kategorii, bowiem nawet nazwanie Clarinet Factory kwartetem klarnetowym nie sprawdza się w żadnym razie. Muzycy sięgają po inne instrumenty, niektórzy, kiedy trzeba są też wokalistami.



Radośnie improwizowana, a czasami starannie zaaranżowana muzyka zespołu bywa określana jako world music, czasem chamber music, folk albo modern european music. Niektórym potrzebne są takie etykiety. Dla mnie to radosna, bezkompromisowa, przełamująca muzyczne konwencje, niezwykle kolorowa, momentami zaskakująca i przebojowa muzyka dla wszystkich. Dla tych, którzy lubią, żeby coś grało w tle i dla tych, którzy uwielbiają analizować nietypowe harmonie i wnikliwie wyszukiwać cytaty z klasyków jazzu lub muzyki rozrywkowej.

Najnowszy album zespołu Clarinet Factory poszerza nieco unikalną formułę aranżacji ich muzyki. Na „Pipers” odnajdziecie więcej dźwięków elektronicznych i efektów. Dla mnie to spora dźwiękowa pułapka związana z nieznanym pochodzeniem dźwięków, co w mojej percepcji muzyki tworzy raczej barierę między odbiorcą i zespołem, a również sprawia, że kiedy wracam do tego rodzaju nagrań po latach, często brzmią one niezbyt dobrze. W skrócie – dźwięk klarnetu będzie tak samo dobry zawsze, a ten elektroniczny już niekoniecznie. Nie jestem w stanie przewidzieć przyszłości, choć czasem trochę tego żałuję, jednak mam wrażenie, że w przypadku Clarinet Factory i ich pomysłu na dołożenie odrobiny efektów do klasycznego brzmienia klarnetów, zużycie w czasie raczej nie nastąpi. Dołożenie wcześniej przygotowanych loopów pozwoli z pewnością też muzykom urozmaicić występy na żywo.

Brzmienie „Pipers” jest potężniejsze, może nawet momentami zbyt monumentalne, jak na kwartet klarnetowy, choć w tej dziedzinie ciężko jest znaleźć materiał porównawczy. W efekcie „Meadows” była dla mnie płytą na każdy dzień, a „Pipers” jest raczej albumem, na który muszę mieć ochotę. Często po intensywnym dniu zajęć, dziesiątkach telefonów i kilku godzinach spędzonych przed komputerem potrzebuję czegoś spokojniejszego i bardziej przewidywalnego. Wtedy warto sięgnąć po „Meadows”. Jeśli potrzebuję więcej energii i zaskoczenia, lepszy będzie najnowszy album zespołu, który jest również bardziej przebojowy i sporo utworów będzie trudna do zapomnienia.

Na płytach Clarinet Factory nie znajdziecie jazzowych standardów, bluesa, ani freejazzowych improwizacji. Jeśli jednak jesteście gotowi na muzyczne eksperymenty i wyprawę w nieznane, warto sięgnąć po ich nagrania. W dodatku przekonacie się, że zerwanie z wszelkimi muzycznymi konwencjami nie musi oznaczać braku melodii i rytmu oraz pozornego chaosu, w którym orientują się jedynie nieliczni oraz ci, którzy dobrze udają, że rozumieją intencje autorów. Clarinet Facory to unikalny zespół, któremu udaje się połączyć w jedno niezwykły skład instrumentalny i brzmieniowe eksperymenty elektroniczne z tworzeniem łatwo wpadających w ucho melodii i muzyki, przed którą nie będą uciekać nawet fani najbardziej prymitywnego popowego grania. A czy ich twórczość można nazwać jazzem – to zależy od definicji, których jest wiele i z pewnością do niektórych dopasujecie twórczość zespołu.

Clarinet Factory
Pipers
Format: CD
Wytwórnia: Supraphon
Data pierwszego wydania: 2020
Numer: 099925659028

07 września 2020

Aga Zaryan – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Muzyczna historia Agi Zaryan, a raczej wtedy jeszcze Agnieszki Skrzypek, zaczyna się całkiem niedawno, przynajmniej z perspektywy karier innych Mistrzów Polskiego Jazzu, bo w roku 2002. Wtedy ukazał się album „My Lullaby” nagrany w fantastycznym, nie tylko jak na debiut, składzie, z Tomaszem Szukalskim, Michałem Tokajem, Darkiem Oleszkiewiczem i Łukaszem Żytą. Śmiało można więc uznać, że Aga Zaryan jest jednym z naszych najmłodszych Mistrzów Polskiego Jazzu i że te najciekawsze i najważniejsze swoje nagrania, ma dopiero w planach. Już dziś jednak jej dorobek pozwala na umieszczenie Agi Zaryan wśród naszych Mistrzów, a konkurencję w dziedzinie wokalnej mamy w tym gronie niezbyt liczną, ale za to na absolutnie światowym poziomie. W pierwszym sezonie Mistrzów tytuł odebrały Urszula Dudziak i Ewa Bem, a w drugim oprócz Agi Zaryan znajdzie się też już za kilka tygodni Grażyna Auguścik.

Muzyka było obecna w życiu Agi Zaryan od najmłodszych lat za sprawą ojca – koncertującego pianisty, a perfekcyjny angielski, który przydaje się w przygotowaniu fantastycznych interpretacji amerykańskich piosenek za sprawą mamy Agi Zaryan, autorki podręczników do nauki angielskiego również nie sprawia artystce żadnych problemów. Aga Zaryan po ukończeniu szkoły muzycznej i Policealnego Studium Jazzu spędziła trochę czasu w USA, biorąc udział w warsztatach i obserwując amerykański jazz w warunkach domowych.

Po powrocie powstała wspomniana już pierwsza płyta – „My Lullaby” (w 2001 roku) z Tomaszem Szukalskim, która przyniosła wokalistce sporo propozycji koncertowych w Europie i USA, co sprawiło, że zniknęła z Polski na kilka lat. Wróciła, występując chyba po raz pierwszy po wielu miesiącach nieobecności na Torwarze na koncercie, gdzie jej zespół był suportem grupy Branforda Marsalisa. Pamiętam ten koncert, jakby to było wczoraj. To był jeden jedyny koncert Agi Zaryan, który mi się nie spodobał. Nawet bardzo. Oczywiście to była głównie wina Torwaru, w którym można zrobić wszystko, ale nie wolno robić kameralnych koncertów jazowych i Branforda Marsalisa, na którego czekałem, denerwując się, że owo czekanie wydłuża się przez koncert Agnieszki Skrzypek.

Wiele z tego wniosków, nie warto z gwiazdy robić supportu i nie wolno na siłę śpiewać w sali, w której gra się w hokeja, albo organizuje targi. To bez sensu. I jeszcze ta zupełnie niepotrzebnie za wysoka scena odgradzająca publiczność od potrzebującej bezpośredniego z nią kontaktu wokalistki. To był moment, kiedy chyba po raz pierwszy usłyszałem na żywo Agnieszkę Skrzypek i ostatni moment, kiedy mi się nie podobało.

Płyta „Picking Up The Pieces”, która ukazała się w tym samym 2006 roku była już w pełni kontrolowanym dziełem Agi Zaryan, doskonały zespół złożony z amerykańskich muzyków uzupełnionych o bardzo już wtedy amerykańskiego Dariusza Oleszkiewicza pokazał, że można nowocześnie zagrać i stylowo zaśpiewać ograne na wszelkie możliwe sposoby standardy i co 7zdumiewające, obronić taki album nie tylko muzycznie, ale też odnieść rynkowy sukces. Moda na Agę Zaryan, od tego czasu trwa do dziś i zdecydowanie przekracza zamknięty światek fanów jazzu, sprawiając, że w zalewie muzycznej tandety widząc kolejne nagrody i złote płyty przyznawane kolejnym płytom Agi Zaryan, zawsze mam chwilę radości i myśli, że nie wszystko jeszcze stracone.

Dla Agi Zaryan zespół był i jest równie ważny jak teksty piosenek i ich wokalna interpretacja. Tak jest w przypadku albumu „Picking Up the Pieces” i każdej następnej jej płyty.

Po sukcesie „Picking Up The Pieces” na rynku pojawiła się pierwsza płyta w dorobku Agi Zaryan zaśpiewana po polsku, która nieco zaskoczyła fanów spodziewających się kolejnego zestawu jazzowych standardów – „Umiera Piękno” z wierszami poetów z Powstania Warszawskiego i muzyką Michała Tokaja. To również ostatni album wydany przez polską wytwórnię. Wszystkie kolejne miały już światową dystrybucję. Aga Zaryan jest jedną z pierwszych polskich artystek, która wydała albumy dla zasłużonej dla jazzowe świata, choć ostatnio raczej szukającej swojej nowej muzycznej tożsamości Blue Note Records.

Aga Zaryan uwielbia zaskakiwać i ma od zawsze fantastyczne pomysły na kolejne albumy. Prawdopodobnie mogłaby nagrywać kolejne zestawy jazzowych standardów i robić to wyśmienicie. Albo wziąć się za albumy komponowane na zasadzie amerykańskich Songbooków wykorzystujące setki fantastycznych piosenek napisanych przez amerykańskich kompozytorów muzyki filmowej i teatralnej. Jestem przekonany, że obroniłaby swoje pomysły muzyczne na wykonanie jazzowych standardów w konkurencji z największymi amerykańskimi wokalistkami. Jednak Aga Zaryan podąża własną drogą.

„My Lullaby” z 2001 roku to doskonały debiut artystki, która jak sama często podkreśla, wiele zawdzięcza lekcjom, których udzielała jej Ewa Bem, a w których uczestniczył również Andrzej Jagodziński.

„Picking Up The Pieces” z 2006 roku to zbiór jazzowych w większości standardów uzupełniony o pierwszą próbę stworzenia własnego repertuaru w postaci piosenki tytułowej napisanej do muzyki Larry’ego Koonse. Kolejny album – „Umiera Piękno” to projekt z tekstami poetów z Powstania Warszawskiego, rzecz dla Agi Zaryan i twórcy muzyki – Michała Tokaja bardzo osobista, bowiem najbliżsi obojga muzyków zginęli w Powstaniu.

R7ok 2008 to moment nagrania albumu koncertowego – „Live At Palladium”, albumu, do którego mam wielki sentyment, jak do każdego nagranego i wydanego później koncertu, którego miałem przyjemność wysłuchać osobiście. Doskonały zespół – Darek Oleszkiewicz, Larry Koonse na gitarze i Munyungo Jackson na instrumentach perkusyjnych. Pamiętam ten koncert i zaskoczenie brakiem pianisty w składzie. Pomysł sprawdził się znakomicie, choć na szczęście nie oznaczał zakończenia współpracy z Agi Zaryan z Michałem Tokajem.

W 2010 roku kolejna płyta Agi Zaryan „Looking Walking Being” przyniosła fanom Agi Zaryan 12 nowych piosenek z tekstami amerykańskiej poetki Denise Levertov i samej wokalistki, oraz muzyką członków zespołu. Występującego w poprzedniej edycji zespołu amerykańskiego gitarzystę Larry’ego Koonse zastąpił znakomity czeski fachowiec – David Doruzka.

Kolejny rok przyniósł przygotowaną z dużym rozmachem produkcję z tekstami znanych poetów, w tym Czesława Miłosza, przygotowany w dwóch wersjach językowych – po angielsku jako „A Book Of Luminous Things” i po polsku jako „Księga Olśnień”. Obie wersje albumu w Polsce sprzedawały się doskonale, choć ja byłem wtedy zaskoczony faktem, że więcej sprzedało się wersji z angielskimi tekstami.

W 2013 roku ukazał się album „Remembering Nina And Abbey”, moim zdaniem obok koncertowego „Live At The Palladium” do dziś najdoskonalsza produkcja w dorobku Agi Zaryan, poświęcona piosenkom znanym z repertuaru dwu wielkich amerykańskich wokalistek – Niny Simone i Abbey Lincoln. Na tej płycie znajdziecie wiele sensacyjnych wręcz muzycznych wydarzeń. Po pierwsze – w nagraniu wzięli udział (istotny muzycznie, a nie tylko dekorujący okładkę) Geri Allen i Brian Blade. Po drugie, Aga Zaryan stała się pierwszą wokalistką, która nie mając własnych doświadczeń z rasistowskim światem Ameryki poradziła sobie wyśmienicie ze „Strange Fruit”. I co najważniejsze, to zwyczajnie absolutnie fantastyczna płyta.

Kolejne 5 lat w karierze Agi Zaryan to sporo świetnych koncertów i brak nowych nagrań. Za to w 2018 roku fani dostali w prezencie dwie nowe płyty – wypełniony autorskim repertuarem album „High And Low” i świąteczną niespodziankę - „What Xmas Means to Me” z gościnnym udziałem samego Freddy’ego Cole’a, nieco mniej znanego brata Nat King Cole’a, jednak równie utalentowanego, fantastycznego wokalisty.

W oczekiwaniu na kolejne nagrania i wznowienie w pełnym zakresie działalności koncertowej Agi Zaryan, oprócz jej albumów, możecie też uzupełnić swoje kolekcje o rekomendowane przez samą wokalistkę jej ulubione albumy. Z okazji całkiem niedawnego Dnia z Agą Zaryan, artystka rekomendowała wszystkim swoim fanom następujące albumy:
Joni Mitchell – Both Sides Now
Shirley Horn with Strings – Here’s To Life
Wayne Shorter – Native Dancer
Bill Evans Trio – Sunday At The Village Vanguard
Sonny Rollins – Saxophone Colossus.

06 września 2020

Wojciech Majewski - Przemiana


Działalność nagraniową Wojciecha Majewskiego śledzę dość dokładnie. Wyciągnięta jak as z rękawa kilka lat temu przez Fortune Records płyta „Remembrance” zrobiła na mnie spore wrażenie. Kiedy ukazała się kilka lat temu spędziłem z nią kilka wieczorów. Nagraną krótko po wydaniu „Remembrance” płytę „Nie Było Lata” uznałem za nieco zbyt przegadaną i w związku z tym dołączyła ona do grona tysięcy wydawnictw, do których wrócę być może za jakiś czas przy okazji przygotowywania jakiejś tematycznej audycji – monografii Wojciecha Majewskiego, zestawu jazzowych tekstów Stanisława Grochowiaka, albo ciekawostek z dyskografii Stanisława Sojki. Płyty z nagraniami kompozycji Skriabina nie zrozumiałem, to nie była płyta dla mnie, dlatego w żadnym wypadku nie chciałbym, żebyście zrozumieli, że to nie jest dobra płyta („Wojciech Majewski gra Skriabina”), znam kilka osób, które uważają, że to jedna z najlepszych ostatnio płyt z muzyką tego kompozytora.


Wiem jednak, że Wojciech Majewski jest doskonałym pianistą, bowiem „Przemiana” to album wyborny, w dodatku w stu procentach nagrany solo, a to formuła nie wybaczająca pianiście żadnego błędu. To nie jest pierwszy album zagrany przez Wojciecha Majewskiego solo, tak bowiem został również nagrany pięć lat temu album z muzyką Skriabina, ale jak już wspomniałem, ja wolę Wojciecha Majewskiego w nieco bardziej jazzowym wydaniu, nawet jeśli część repertuaru wcale nie ma jazzowego rodowodu, album kończy bowiem jedna kompozycja Stevie Wondera i dwie napisane przez Davida Bowie. Moda na przypominanie twórczości Davida Bowie trwa w najlepsze, jednak Wojciech Majewski znalazł w tym własną drogę, przypominając dwie kompozycje z nieco mniej znanych albumów artysty „I’m Deranged” z albumu „1. Outside” z połowy lat dziewięćdziesiątych i zapomnianą kompozycję „An Occasional Dream” z 1969 roku (album „David Bowie” z „Space Oddity”, od którego zaczęła się światowa kariera Davida Bowie”). W natłoku ciekawych nowych interpretacji muzyki Davida Bowie nie spotkałem się jeszcze z tymi kompozycjami.

Album podzielony jest logicznie na dwie części. Pierwsza, zbudowana wokół niemal najdłuższej, otwierającej płytę kompozycji „Sam”, składa się w większości z kompozycji Wojciecha Majewskiego, łączącego w swoich utworach wątki stricte jazzowe z zainteresowaniem i wiedzą na temat muzyki klasycznej. W drugiej części, złożonej z kompozycji Bowiego, Stevie Wondera, a także kilku obecnych w jazzowym świecie od pół wieku melodii filmowych i pochodzących z muzycznych przedstawień pojawia się również utwór znany z jednej z płyt Jana Garbarka. Próbowałem rozwiązać zagadkę związaną z wyborem akurat tych utworów, jednak oprócz opartej jedynie na własnej intuicji tezie, że to wybór kompozycji znanych Wojciechowi Majewskiemu z młodości połączonych z inspiracjami wyniesionymi z domu, w którym muzyka z lat sześćdziesiątych musiała pojawiać się często za sprawą zainteresowań Henryka Majewskiego – ojca Wojciecha jazzowymi standardami nie udało mi się stworzyć innej teorii. To zresztą nie ma żadnego znaczenia, nawet jeśli Wojciech Majewski czuje się akurat z tymi utworami jakoś szczególnie związany, to w jego interpretacji są one jedynie punktem wyjścia stworzenia na bazie każdego z nich własnych muzycznych obrazów. Cenię ten wybór jako ciekawy i zaskakujący, jednak mam wrażenie, że dowolne inne dobrze napisane melodie, jakich w jazzowym słowniku są tysiące, dałyby w wykonaniu Henryka Majewskiego równie ciekawy i kolorowy, momentami zaskakujący nagłymi zmianami muzycznego klimatu obraz.

„Przemiana” jest jak dotąd najciekawszą muzyczną propozycją Wojciecha Majewskiego. Od momentu, kiedy po raz pierwszy posłuchałem tego albumu wiem, że każde następne jego nagranie warte będzie najwyższej uwagi.

Wojciech Majewski
Przemiana
Format: CD
Wytwórnia: Soliton
Data pierwszego wydania: 2020
Numer: 5901571096902