05 lipca 2017

Imelda May - Life. Love. Flesh. Blood

Nasza niedawna historia nadała nowego znaczenia pojęciu Artysta Drugiego Obiegu. Pozostawiając na boku polityczne zawiłości historii Europy Środkowej, dla mnie drugi obieg to ukryte muzyczne skarby, artyści nie szukający za wszelką cenę popularności. Zwykle oznacza to silną osobowość, wyrazistość, olbrzymią muzykalność, a także niebanalny, własny styl, często łączący zapomniane już, a nawet uznawane za niemodne, lub wręcz zbyt proste na współczesne czasy style sprzed lat. Bycie takim artystą drugiego obiegu oznacza sporą popularność wśród innych muzyków a także posiadanie grupy oddanych fanów, którzy traktują swoje odkrycia jak cenne skarby, chcąc ukryć je przed innymi, jakby w obawie przed utratą przez ich ulubionego artystę status kultowego i nieznanego.

Imelda May doskonale pasuje do takiego opisu artystki, która robi swoje nie oglądając się na to, co akurat modne, albo co może się dobrze sprzedać. Występowała już i nagrywała z całkiem pokaźną grupą muzyków z pierwszych stron gazet i promocyjnych półek w sklepach z płytami, jednak w żaden sposób nie starała się ogrzać w cieple ich popularności. W większości tego rodzaju współpracy, to raczej ci wielcy korzystali z jej obecności.

Do mnie wiedza o jej istnieniu dotarła kilka lat temu przy okazji wyśmienitej współpracy z Jeffem Beckiem, który jest gościem, choć pozostającym w cieniu samej Imeldy May, również w jednym z utworów na najnowszej płycie artystki „Life. Love. Flesh. Blood”. W 2010 roku Imelda wystąpiła gościnnie na płycie Jeffa Becka „Emmotion & Commotion”, a później sprawdziła się znakomicie w roli nowoczesnej Mary Ford na koncercie z Iridium wydanym jako „Rock 'n' Roll Party (Honoring Les Paul)”. Zainteresowanie rockabilly, rock and rollem, twórczością Fatsa Domino, Buddy Holy’ego i Roya Orbisona to jeden z ważniejszych aspektów działalności Imeldy May.

Wokalistka występuje często w irlandzkiej telewizji, prowadząc swój własny słowno-muzyczny program, w którym pojawiają się niezwykli goście i okazja do zaśpiewania niepowtarzalnych duetów (wyszukajcie sobie w internecie wspólny występ z Sinead O’Connor), a tematy poruszane w rozmowach są nie tylko muzyczne. Innego gościa specjalnego pojawiajacego się na płycie „Life. Love. Flesh. Blood” – doskonałego brytyjskiego pianistę i lidera orkiestry Joolsa Hollanda Imelda poznała przy okazji nagrania występu dla jego własnego muzycznego telewizyjnego programu „Later … With Jools Holland”.

Najnowszy album Imeldy May to pierwsze od lat jej własne nagranie, które powstało bez udziału byłego już męża – gitarzysty rockabilly Darrella Highama. Obsada zespołu z pewnością jest o co najmniej klasę ciekawsza, bowiem na zarejestrowanej chyba po raz pierwszy w całości w USA płycie gitary obsługują Marc Ribot i T-Bone Burnett.

Album wypełniony jest doskonale napisanymi przez samą Imeldę May piosenkami, w których powstaniu pomagał Bono. Całość wyprodukował T-Bone Burnett, a odejście od rockabilly wyszło artystce na dobre. Jeśli tak ma brzmieć dobrze zagrany album, na którym muzyka nie jest równie ważna, co tekst i osobowość wokalistki, to chyba uznam, że jestem fanem popowego grania.

„Life. Love. Flesh. Blood” jest mieszanką stylów, jazzowych improwizacji, bluesowej gitary, swingującego hammonda i fortepianu w duecie z Joolsem Hollandem, wyśmienitych ballad i doskonałej realizacji. Jazz był kiedyś muzyką rozrywkową, gdyby pozostał nią do dziś, pewnie Imelda May byłaby nową Billie Holiday, do której bywa czasem zresztą porównywana.

Dla mnie „Life. Love. Flesh. Blood” jest albumem na miarę „Astral Weeks”, pochodzącego również z Irlandii Van Morrisona. To najlepszy album Imeldy May, jaki dotąd nagrała. Dziś jest doskonałą propozycją na wakacyjne wieczory, za kilka lat stanie się klasyką gatunku i pozostanie na zawsze aktualny, choć teksty z pewnością są zapisem bardzo osobistych przeżyć rozwodowych artystki. Prawdopodobnie „Life. Love. Flesh. Blood” będzie dla Imeldy May przepustką do komercyjnego muzycznego świata wielkich wytwórni i olbrzymiej popularności, mam jednak cichą nadzieję, że nawet jeśli zrobi karierę, pozostanie niepokorną, niezależną i ceniącą przede wszystkim muzykę wokalistką.

Imelda May
Life. Love. Flesh. Blood
Format: CD
Wytwórnia: Decca / Universal
Numer: 602557149012

02 lipca 2017

Pat Martino – All Sides Now

Album „All Sides Now” właśnie skończył 20 lat. Historia jego powstania jest dziwna i z pewnością warta opowiedzenia, niezależnie od tego, że sam krążek zawiera doskonałą muzykę, podobnie jak większość albumów nagranych przez Pata Martino.

„All Sides Now” nie jest pierwszą płytą nagraną przez Pata Martino po powrocie do życia, komponowania i grania na gitarze to tym, kiedy po ciężkiej operacji mózgu musiał po raz drugi uczyć się grać na gitarze w zasadzie od zupełnego zera. To całkiem osobna historia, stanowiąca w dodatku dowód na istnienie genetycznych predyspozycji muzycznych, a także niezwykłej determinacji jednego z najbardziej niezwykłych gitarzystów wszechczasów, a z całą pewnością jedynego znanego, który uczył się grać na gitarze słuchając często swoich własnych nagrań…

Pat Martino przeszedł ciężką operację mózgu w 1980 roku i kilka lat zajęło mu mozolne odbudowywanie umiejętności. Przed chorobą, jeszcze w latach siedemdziesiątych nagrywał albumy dla wytwórni Muse. Przerwany problemami zdrowotnymi kontrakt obejmował zobowiązanie do nagrania kolejnych dwóch płyt, zrealizowane częściowo w 1987 roku w postaci pierwszego po niemal 10 latach albumu koncertowego „The Return”. Na kolejne nagrania musieliśmy czekać do 1994 roku, a przerwa była częściowo związana z chorobą i śmiercią rodziców muzyka. W 1994 roku po raz kolejny powrócił doskonałym, choć wydanym w małym nakładzie i dziś dostępnym jedynie z drugiej ręki „The Maker” wydanym przez japoński label Paddlewheel i później firmowanym przez Evidence. Kolejne dwie płyty powstały dla Muse – „Interchange” i „Nightwings” potwiedziły powrót do wielkiej artystycznej formy.

Kontrakt artysty z Blue Note miał być ważnym krokiem pozwalającym dotrzeć do szerszego grona jazzowych słuchaczy. Jak jednak sam Pat Martino pisze w swojej autobiografii „Here And Now!”, napisanej wspólnie z Billem Milkowskim, pierwszą płytę dla zasłużonej wytwórni wyobrażał sobie całkiem inaczej. Do współpracy zaprosił Pata Martino ówczesny prezydent wytwórni, nie mającej wtedy dobrego okresu – Bruce Lundvall. Niestety po dawnej sławie i profilu artystycznym w 1995 roku pozostało niewiele, a Blue Note potrzebowało komercyjnych sukcesów, żeby utrzymać się na powierzchni. W tym czasie jej szefowie wymyślili serię „Cover Series” – albumów odtwarzających hitowe nagrania z lat siedemdziesiątych artystów w rodzaju Carole King, Marvina Gaye’a, Boba Marleya, czy Sly And The Family Stone. Na szczęście nikt nie zmusił do tego Pata Martino, choć niemal dokładnie wtedy, w 1997 roku powstał opisywany niedawno przeze mnie album grającego w jednym utworze z Patem Martino Charlie Huntera – „Natty Dread”.

Przygotowanie „All Sides Now” z udziałem wielu znakomitych muzyków wymagało od Pata Martino wielu podróży do różnych studiów nagraniowych i sporo pracy produkcyjnej. Udało się znakomicie, choć przez długie lata Pat Martino nie lubił wracać do tematu tego albumu. Przypuszczam, że poczuł się zmuszony do nagrania takiego właśnie albumu, a wolałby zagrać kolejne wyśmienite gitarowo-hammondowe trio. Jednak z Blue Note Pat Martino w późniejszym okresie nagrał jeszcze kilka płyt, dostając od wytwórni z pewnością większą swobodę w wyborze materiału i muzyków.

Szczególne znaczenie miało dla Pata Martino wspólne nagranie z Les Paulem, którego pierwszy raz spotkał za kulisami jego koncertu, kiedy miał 12 lat. Zagrał wtedy dla Les Paula na jego gitarze, a ten będąc pod wrażeniem gry 12 latka, zapamiętał spotkanie i opisał wiele lat później w 1970 roku we wstępniaku do albumu Pata Martino „Desperado”. Les Paul w latach dziewięćdziesiątych był rezydentem w nowojorskim klubie Iridium. W sieci znajdziecie bez problemu wspólne jego nagrania z Patem Martino z tej sceny. „I’m Confessin' (That I Love You)” – ich wspólny duet jest jednym z najwspanialszych nagrań na „All Sides Now”. Gdyby o tytule albumu miała decydować jego zawartość artystyczna, a nie komercyjny potencjał – z pewnością to byłby jego tytuł. Jednak całkiem zgrabny duet z Cassandrą Wilson – jedyna piosenka na płycie – kompozycja Joni Mitchell „Both Sides Now” stała się dawcą tytułu zwiększając szansę dotarcia do szerszego odbiorcy, podobnie jak udział Joe Satrianiego i popularnego w Stanach mistrza udających jazzowe, popowych coverów Tucka Andressa (darujcie sobie nagrania duetu Tuck & Patti).

Co oczywiste – gitarzyści jazzowi - Charlie Hunter, Kevin Eubanks i Mike Stern dali radę i razem z mistrzem stworzyli wyśmienity, choć z oczywistych względów niezbyt jednolity stylistycznie album, którego wielką gwiazdą jest jedyny w swoim rodzaju Pat Martino. Michael Hedges, jeden z tych, którzy pomogli w powrocie do muzycznej formy Patowi Martino, niestety nie dożył premiery albumu – zginął w wypadku samochodowym, a wspólne nagranie „Two Days Old” z Patem Martino było jednym z jego ostatnich wizyt w studiu nagraniowym.

Jeśli zestawić „All Sides Now” z nagranym wkrótce – już według koncepcji samego Pata Martino kolejnym albumie dla Blue Note – „Stone Blue”, będącego powrotem do grania w stylu jego zespołu z lat siedendziesiątych Joylous Lake z Kenwoodem Dennardem i Delmarem Brownem i pochodzącym z tego samego okresu błyskotliwym i niezwykle kolorowym spotkaniu z Zakirem Hussainem w postaci płyty „Fire Dance” wytwórni Mythos, zrozumiecie, że „All Sides Now” jest być może najciekawszym albumem z tych niechcianych przez ich autorów. Ja znam jeszcze tylko jedną podobną historię – albumy nagrane dla Prestige przez Milesa Davisa.

Pat Martino
All Sides Now
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724383762729

20 czerwca 2017

Wayne Shorter - Juju

Wayne Shorter to jeden z najważniejszych jazzowych muzyków wszechczasów. Jest nim od końca lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku do dziś i pozostanie wśród największych na zawsze, niezależnie od tego, w jakim kierunku podąży rozwój jazzu w przyszłości. Dziś jest też jednym z największych żyjących i ciągle czasem pojawiających się na scenie muzyków, mimo faktu, że zbliża się już do dziewięćdziesiątych urodzin, a saksofon tenorowy, na którym gra najczęściej należy raczej do tych instrumentów, które wymagają solidnej siły oddechu. Nie jest też instrumentem najlżejszym. Jednak nawet wydając cząstki swojego przepastnego archiwum i od czasu do czasu pojawiając się na scenie choćby na chwilę, ciągle jest ważną współczesną postacią.

Wayne Shorter to filar drugiego wielkiego kwintetu Milesa Davisa, jeden z największych muzyków, którzy wyrośli z Jazz Messengers Arta Blakey’a, człowiek, bez którego Weather Report byłby zupełnie innym zespołem, ważny element wielu projektów Lee Morgana, Joni Mitchell, zespołów Herbie Hancocka (w tym VSOP), uczestnik niezliczonej ilości ważnych jazzowych nagrań od 1959 roku do dzisiaj. A przede wszystkim jeden z największych saksofonistów wszechczasów, jeden z tych muzyków, którzy niezależnie od aktualnej muzycznej mody – hard-bopu, jazz-rocka, fusion, neoklasycznego post-bopu, ambitnego rocka („Aja” zespołu Steely Dan), czy zwyczajnego rockowego grania w zespołach Carlosa Santany, czy z Rolling Stonesami („Bridges To Babylon”), potrafił być tylko i aż sobą.

Wayne Shorter najlepiej jednak wypada w swoich własnych, autorskich nagraniach, tam może skompletować sobie zespół wedle uznania i zagrać to co chce i jak chce, a kompozytorem jest jednym z największych, co udowodnił wymyślając „Footprints”, „Masqualero”, „Elegant People”, „Nefertiti” i wiele innych znanych tematów.

Album „Juju” powstał w jednym z magicznych jazzowych okresów, w roku 1964. Młody wtedy jeszcze 31 letni Wayne Shorter opuścił właśnie po 5 latach terminowania Jazz Messengers Arta Blakey’a i nagrył „Juju”, aby po miesiącu trafić do zespołu Milesa Davisa, który dziś nazywamy drugim Wielkim Kwintetem.

„Juju” to album zwyczajnie genialny, wypełnionymi nowoczesnymi jak na tamte czasy kompozycjami zapowiadającymi tematy, które już niedługo miał napisać dla Milesa Davisa. W 1964 roku nagrał też 3 albumy z Jazz Messengers, pojechał w trasę z Milesem (dziś dostępny jest album „Miles In Berlin”), nagrał dwa inne wybitne własne albumy – „Speak No Evil” i „Night Dreamer”, uczestniczył w nagraniach Lee Morgana, Gila Evansa i Grahama Moncura III. Sporo jak na 12 miesięcy…

W 1964 roku w wytwórni Blue Note łatwo było skompletować dobrą sekcję rytmiczną. Wayne Shorter poprowadził swoich muzyków genialnie. McCoy Tyner, Reggie Workman i Elvin Jones grają dokładnie tak jak trzeba. Pozostawiając wystarczająco duzo przestrzeni dla pomysłowych improwizacji lidera, wnosząc jednocześnie wiele od siebie. Najwięcej chyba McCoy Tyner – wizytówką jego stylu jest wspaniałe solo fortepianu w „Mahjong”. To właściwie cały McCoy. Nikt nie ma jednak wątpliwości, liderem jest Wayne Shorter. Tak samo genialny w 1964 roku, jak i dzisiaj. Dobrze, że są takie płyty.

W momencie premiery Wayne Shorter był przez część słuchaczy i muzyków uważany za naśladowcę Johna Coltrane’a, zbyt mocno zapatrzonego w wielkiego mistrza. Na pierwszych płytach dla Blue Note, w tym na „Juju” grała sekcja znana z nagrań z Johnem Coltrane’em, co dodatkowo pomnożyło listę komentarzy opisujących młodego Shortera jako naśladowcę Coltrane’a. Rozwój jego talentu, w szczególności kompozytorskiego, a także miejsce, jakie zajął w zespole Milesa Davisa, potwierdziło, że w żadnym wypadku nie jest naśladowcą Coltrane’a, choć w każdej jazzowej melodii zagranej na tenorze można odnaleźć odrobinę Trane’a.

Bez wątpienia, „Juju” to chronologicznie pierwszy z wielkich autorskich albumów Wayne Shortera. To absolutnie konieczna i ważna część jazzowej historii, produkcja ponadczasowa, nie poddająca się właściwie żadnej krytycznej ocenie, aktualna zawsze. Gdyby jeszcze realizacja dała trochę więcej przestrzeni fortepianowi McCoy Tynera. Od lat szukam wydanie, w którym cufrowi mistrzowie remasteringu będą potrafili dołożyć trochę dynamiki do wspaniałych fortepianowych fragmentów. Zastrzeżenia do realizacji Rudy Van Geldera to coś, co zdarza mi się niezbyt często, tym razem jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że fortepian stał w innym pokoju… Trochę szkoda, ale reszta i tak jest genialna.

Wayne Shorter
Juju
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 724349900523

18 czerwca 2017

Charlie Watts And The Danish Radio Big Band – Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band

Obecność Charlie Wattsa w tym miejscu może Was nieco zdziwić, on sam jednak nigdy nie ukrywał fascynacji big bandami i jazzowym graniem, mając na swoim koncie całkiem pokaźną, liczącą kilkanaście pozycji jazzową dyskografię. Większość muzycznej kariery Charlie Watts związał z The Rolling Stones, jednak grał również w Blues Incorporated Alexisa Kornera, w składzie którego poznał Jacka Bruce’a, a jego samego zastąpił Ginger Baker, kiedy on sam dołączył do The Rolling Stones. Przez wiele lat, już będąc członkiem sławnego The Rolling Stones prowadził jazzowy kwintet i nieco większy skład 9 osobowy, a także wielokrotnie wyruszał w trasę z dużym big bandem, w którego składzie grywali Evan Parker, Jack Bruce czy Courtney Pine. Ma na swoim koncie projekty wspominające dorobek Charlie Parkera z udziałem między innymi Reda Rodneya, klasyczne amerykańskie standardy i styl boggie woogie, a także własne kompozycje odwołujące się do muzycznego dorobku Elvina Jonesa, Roya Haynesa i Maxa Roacha. To za jego poradą, na miejsce Billa Wymana do The Rolling Stones trafił Darryl Jones, basista o sporych jazzowych doświadczeniach, między innymi z zespołu Milesa Davisa. Zapewne również za sprawą Charlie Wattsa w studyjnych nagraniach The Rolling Stones można było usłyszeć Sonny Rollinsa i Wayne Shortera.

Nagrania z orkiestrą duńskiego radia powstały w 2010 roku i najprawdopodobniej jedynie napięty kalendarz przeróżnych prac nagraniowych i koncertów spowodował, że na wydanie przez Impulse! Płyta musiała czekać aż 7 lat. Tak jak większość innych projektów Charlie Wattsa – ten też trudno namierzyć. Można zrozumieć, że strona internetowa The Rolling Stones nie promuje ubocznych produktów członków zespołu, ale Impulse! jest przecież częścią grupy Universal. Na światowych stronach Universalu nie ma śladu najmniejszego newsa o niedawnej premierze albumu, można go odnaleźć dopiero na stronach francuskiego oddziału medialnego koncernu, widocznie z punktu widzenia globalnej firmy perkusista The Rolling Stones jest artystą lokalnym, który nie zasługuje na światową promocję…

To wszystko przestaje mieć znaczenie, kiedy włożycie płytę do swojego odtwarzacza. Jej zawartość to zapis koncertu, który poprzedzony został jedynie kilkoma dniami wspólnych prób – to zapewne kolejny efekt wypełnionego przeróżnymi zajęciami kalendarza lidera. Repertuar to stanowiąca pretekst do nagrania premierowa prezentacja dwuczęściowej suity autorstwa Charlie Wattsa i Jima Keltnera poświęconej Elvinowi Jonesowi, uzupełnionej o trzy kompozycje z repertuaru The Rolling Stones, standard „I Should Care” Axela Stordahla, Paula Westona i Sammy Cahna oraz staranne odtworzenie „Molasses” Joe Newmana, wzorowanej na wiekowej aranżacji Woody Hermana uwzględniającej dwójkę perkusistów i dwa kontrabasy.

„Satisfaction”, „Paint It Black” i „You Can't Always Get What You Want” z repertuaru The Rolling Stones są w wykonaniu duńskiej orkiestry mocno zmienione, stanowiąc zaledwie pretekst do eksplorowania brzmienia orkiestry, a sam mistrz ceremonii pozostaje jak zwykle w skromnym tle, gdzieś w środku orkiestry, oddając pole innym, swojemu wieloletniemu partnerowi w różnych projektach – basiście Davidovi Greenowi, saksofonistom orkiestry i autorowi większości aranżacji – liderowi orkiestry Gerardowi Presencerowi.

Charlie Watts jest perkusistą genialnym, niedoścignionym wzorem muzyka, który jest idealnym filarem każdego możliwego składu, niezależnie od muzycznego stylu. Nigdy nie chce być gwiazdą, jeśli pozwala brzmieniu instrumentów perkusyjnych zdominować muzyczną przestrzeń, poszukuje partnera – to podstawa konstrukcji suity stanowiącej oś albumu – tu jego partnerem jest Soren Frost – perkusista orkiestry, który za bębnami siada dopiero w granym zapewne na bis „Molasses”, utworze zaaranżowanym na dwie perkusje przez Woody Hermana.

Nagrania Charlie Wattsa z orkiestrą duńskiego radia to fantastyczna lekcja muzyki, skupionej na szczegółach, starannie przygotowanej i wymyślonej, nowoczesnej, a jednocześnie wspominającej piękne czasy zespołowej gry wielkich jazzowych orkiestr, czasów kiedy liczył się zespół i aranżacje, a nie gwiazdorskie popisy liderów. Wyśmienita suita kompozycji Wattsa i Keltnera, doskonały pomysł na klasyki The Rolling Stones, fantastyczne brzmienie orkiestry – szkoda tylko, że to jedynie 7 utworów, myślę, że koncert był dłuższy, być może za kilka lat pojawi się kolejna część tego wydawnictwa.

Charlie Watts And The Danish Radio Big Band
Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band
Format: CD
Wytwórnia: Impulse! / Universal France
Numer: 602557441932

17 czerwca 2017

Miles Davis - ’Round About Midnight

Ten album zwyczajnie wypada znać i wypada mieć co najmniej jedną edycję w swojej kolekcji. To pierwsza płyta nagrana przez Milesa Davisa dla Columbii, początek trwającej wiele lat współpracy, czasu kiedy Miles z jednego z wielu niezłych muzyków jazzowych stał się ikoną światowej kultury. Materiał, nagrany przez zespół nazywany dziś często pierwszym wielkim kwintetem Milesa Davisa z udziałem mało jeszcze wtedy znanego Johna Coltrane’a, powstawał niemal rok, od października 1955 do września 1956 roku.

Po latach dostępnych jest kilka ciekawych edycji z wartościowymi dodatkami. Oczywiście najlepiej jak zwykle mieć w kolekcji pierwsze analogowe wydanie, jednak z tych cyfrowych warto wybrań japońską edycję sprzed wielu lat (SRCS 9101) o moim zdaniem najciekawszym dźwięku, lub dwupłytową edycję Legacy, uzupełnioną o dobrze skatalogowane, choć zupełnie nie premierowe odrzuty z sesji do „’Round About Midnight”, które ukazały się na składankowych albumach „What Is Jazz”, „Jazz Omnibus”, „Basic Miles” i „Circle In The Round”. Prawdziwym rarytasem edycji Legacy jest jednak drugi krążek, wypełniony nagraniem wcześniej oficjalnie niepublikowanego koncertu z Pasadeny z lutego 1956 roku, uzupełniony z kolei o jedną ścieżkę z Newport zagraną przez zespół w zupełnie innym składzie.

Kiedy wydanie Legacy Edition ukazało się w 2005 roku, to był pierwszy oficjalnie dostępny koncert pierwszego wielkiego kwintetu Milesa. Dodatek z koncertu w Newport, choć skład zespołu jest zupełnie inny, ma swoje uzasadnienie, bowiem ten występ Milesa w 1955 roku był jednym z jego licznych wielkich powrotów, a tytułowy utwór albumu zagrał w towarzystwie jego kompozytora – Theloniousa Monka. To właśnie dwa utwory zagrane w Newport – „’Round About Midnight” i „Now’s The Time” – z sekcją rytmiczną Modern Jazz Quartet (Percy Heath i Connie Kay), saksofonistów Zoota Simsa i Gerry Mulligana oraz wspomnianego już Theloniousa Monka, zmieniły kompletnie bieg kariery powracającego po narkotykowych przygodach muzyka. „Now’s The Time” poświęcony został pamięci zmarłego krótko wcześniej Charlie Parkera, a jak się później okazało, „’Round About Midnight” miał być zapowiedzią pierwszego albumu dla Columbii.

Z wielu źródeł biograficznych wiemy, że Monkowi gra Milesa się nie podobała, nawet pokłócili się o sposób grania „’Round About Midnight” w drodze powrotnej z koncertu, ale za to bardzo podobało się George’owi Avakianowi, który natychmiast podpisał z Milesem kontrakt pomimo tego, że ważna była trzyletnia umowa trębacza z Prestige. Żeby wywiązać się z tej umowy, Miles nagrał w pośpiechu albumy dziś uważane za arcydzieła – „Workin’”, „Steamin’”, „Relaxin’” i „Cookin’”, oraz album znany dziś pod tytułem „Miles”. Potem mógł już przystąpić do pracy ze swoim zespołem i ważnym dla całości Gilem Evansem nad „’Round About Midnight”.

Koncert w Pasadenie prowadził mało się wtedy znający na jazzie i młodych talentach Gene Norman, późniejszy właściciel wytwórni GNP Crescendo, wtedy lokalny radiowy prezenter, który przedstawiał ze sceny nieznanego wtedy w Kalifornii Coltrane’a jako Johnny’ego Coltrane’a. Taka prezentacja imienia jak wiemy, raczej się nie przyjęła. Na tym koncercie zespół Milesa grał utwory znane z sesji dla Prestige, jednak dziś okazuje się, że prawa do tego nagrania zdobyła Columbia.

Gry Wielkiego Kwintetu nie podejmuję się oceniać, jest bowiem poza wszelką skalą gwiazdkową, punktową, czy jakąkolwiek inną. To jedna z tych płyt, która powinna być w każdej kolekcji prywatnej, a także w szkolnych bibliotekach i programie nauczania muzyki. Sami posłuchajcie, jeśli nie znacie jeszcze genialnych aranżacji Gila Evansa i genialnej współpracy Milesa Davisa z Johnem Coltrane’em – trochę Wam zazdroszczę nowego odkrycia, ja znam te dźwięki na pamięć.

Miles Davis
’Round About Midnight
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: SRCS 9101