22 sierpnia 2019

Stanley Turrentine – Up At Minton’s

Być tenorowym saksofonistą w latach sześćdziesiątych nie było łatwo, w jednym z podstawowych jazzowych instrumentów solowych epoki konkurencja była ogromna, a władza Johna Coltrane’a właściwie niepodważalna. Stąd też wielu doskonałych muzyków jest dziś nieco zapomnianych. Gdyby Stanley Turrentine rozpoczął karierę o dekadę wcześniej, lub pod koniec XX wieku byłby gwiazdą wielkiego formatu. Kiedy rozpoczynał swoją karierę w 1960 roku krytycy często zarzucali mu, że naśladuje Johna Coltrane’a i że jest mało oryginalny. Do dziś można to śmiało napisać o każdym początkującym saksofoniście. Po latach jednak porównywanie do Coltrane’a z zarzutu stało się komplementem, a naśladowanie zaczęto nazywać twórczym rozwinięciem idei, albo kontynuacją działa wielkiego mistrza. Sztuka marketingu rozwinęła się całkiem nieźle, więc i opowiadanie o muzyce jest dziś twórczością samą w sobie.

Stanley Turrentine urodził się i wychował w Pittsburgu, niezbyt jazzowym miejscu. Kontynuował tradycje rodzinne i jak wielu w latach pięćdziesiątych zaczynał od grania w zespołach rozrywkowych do tańca, czyli grał coś, co dziś dumnie nazywamy R&B. Jego ojciec był saksofonistą, matka grała na fortepianie, a starszy brat Tommy Turrentine został całkiem niezłym trębaczem. W 1953 roku został przyjęty do zespołu Earla Bostica, gdzie trafił po krótkim okresie współpracy z bluesowym gitarzystą Lowellem Fulsonem. Bostic był saksofonistą altowym i w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych jego zespół uchodził za jeden z tych, które nie tylko oferowały w miarę stabilną pracę i możliwość nauki w dobrym towarzystwie, ale również w związku z tym był miejscem, gdzie trafiało wielu obiecujących muzyków młodego pokolenia. W zespole Bostica Stanley Turrentine zastąpił jeszcze wtedy mało znanego Johna Coltrane’a.

Dorobek nagraniowy Stanley’a Turrentine’a otwiera album „Look Out!” z 1960 roku. Obszerną dyskografię wypełniają zarówno wydawane aż do śmierci muzyka w 2000 roku albumy własne, jak i liczne udziały w sesjach nagraniowych jazzowych sław. Do największych sław, z którymi często współpracował, należała organistka Shirley Scott, która przez 10 lat była jego żoną, ale również między innymi Donald Byrd, Kenny Burrell, Max Roach i Jimmy Smith. Turrentine doskonale znajdował dla siebie miejsce w popularnych w latach sześćdziesiątych składach z organami Hammonda i gitarą. Tego rodzaju zespoły często nagrywały muzykę skierowaną do szerszego niż tylko bywalcy kultowych jazzowych klubów grona odbiorców. Poszukiwanie nowych odbiorców skłoniło Turrentine’a w latach siedemdziesiątych do współpracy z wytwórnią CTI Creeda Taylora. Ten okres w jego karierze uważam za nieco mniej udany.

Materiał koncertowy z kultowego nowojorskiego Minton’s Playhouse z 1961 roku uważam za reprezentatywny dla muzycznego stylu Stanleya Turrentine’a, który gościł już w naszym Kanonie Jazzu za sprawą albumu „Midnight Blue” Kenny Burrella. Warto podkreślić, że album dziś wydawany w formie dwóch krążków CD, pierwotnie ukazał się na dwu oddzielnych płytach analogowych jako „Up At Minton’s” Vol. 1 i Vol. 2, co było dość nietypowym rozwiązaniem w 1961 roku. Fakt, że z koncertów w klubie powstały dwa albumy, świadczy o obszerności repertuaru zespołu złożonego z doskonałych muzyków. W owym czasie sety estradowe trwały jedynie nieco dłużej niż wypchana do granic technicznych możliwości płyta długogrająca, a po przerwie zespół często powtarzał ten sam repertuar, lub grał znane aranżacje popularnych jazzowych standardów.

Zespół dowodzony przez Turrentine’a oferował słuchaczom Minton’s Playhouse mieszankę modnych gatunków – hard bopu i soulu. Mistrzem ballad Turrentine stał się nieco później, moim zdaniem w części pod wpływem wspomnianej już Shirley Scott, a być może także dlatego, że nie chciał uczestniczyć w niemożliwym do wygrania wyścigu w stronę możliwie największej ekspresji z Johnem Coltrane’m.

„Up At Minton’s” to album do dziś często wznawiany, również przez przeróżne analogowe wydawnictwa audiofilskie. Materiał, gdyby został nagrany dwadzieścia lat później byłby sensacją. W 1961 roku był tylko jedną z wielu dobrych płyt jazzowych Blue Note. Album jest również istotnym nagraniem dla fanów Granta Greena, który w 1961 roku dopiero zaczynał swoją nagraniową karierę, a w zespole Turrentine’a pełnił istotną rolę drugiego po liderze solisty, który dostawał sporo przestrzeni do popisów przyjmowanych entuzjastycznie przez wymagającą i znającą się na rzeczy publiczność w Minton’s. Jeśli czegoś nie przegapiłem, to album Turrentine’a jest pierwszym koncertowym nagraniem Granta Greena, który uczestniczył w 1961 roku w wielu sesjach nagraniowych, jednak „Up At Minton’s” pozostaje do dziś jego najwcześniejszą wydaną na płycie rejestracją koncertową.

Stanley Turrentine
Up At Minton’s
Format: 2CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol
Numer: 724382888529

21 sierpnia 2019

Joachim Kuhn – Melodic Ornette Coleman: Piano Works XIII

Najnowsze wydawnictwo Joachima Kuhna może być z pozoru zaskakujące, jednak dla tych, którzy znają artystyczny życiorys niemieckiego pianisty zaskoczeniem może być jedynie fakt, że na tą płytę trzeba było czekać tak długo.

Pianistą wydającym album poświęcony melodiom skomponowanym przez Ornette Colemana może być tylko Joachim Kuhn. Sam Coleman ogłosił w początkach swojej kariery, że w zasadzie fortepian w zespole jest czymś, co harmonicznie ogranicza jego muzykę i nie zamierza dłużej korzystać z usług pianistów. Słowa jednak nie dotrzymał, współpracując między innymi z Geri Allen i Paulem Bley’em. Miał również na swoim koncie cykl koncertów w duecie z Joachimem Kuhnem, udokumentowany jak dotąd tylko jednym albumem – „Colors: Live from Leipzig”, z którym niestety nie miałem okazji się jak dotąd zapoznać.

Wspólnych koncertów Ornette Colemana i Joachima Kuhna odbyło się ponoć 16, a program każdego z nich złożony był z 10 kompozycji wymyślonych przez Colemana specjalnie na każde z tych wydarzeń. Joachim Kuhn pomagał w ich opracowaniu i często dopisywał fragment melodii. Ponoć sam jest w posiadaniu nagrań studyjnych wszystkich tych kompozycji, których dokonywali wspólnie w studio wytwórni Harmolodic w Nowym Jorku przed każdym z koncertów oraz oryginalnych partytur.

Album „Melodic Ornette Coleman” złożony został przez Joachima Kuhna z przearanżowanych na fortepian solo 12 najbardziej udanych z tych unikalnych kompozycji, z których tylko jedna – zaprezentowana na płycie w dwu wersjach – „Lonely Woman” została wydana wcześniej przez Colemana. Z pewnością pozostałe w archiwach Kuhna kompozycje również są wartościowe, liczę więc na kontynuację cyklu w najbliższym czasie. Zawartość muzyczną uzupełnia umieszczona skromnie na końcu krążka kompozycja Kuhna dedykowana wielkiemu mistrzowi.

Niezwykłe pochodzenie kompozycji i niewątpliwie atrakcyjny dla fanów Colemana fakt prezentacji sporej ilości muzyki znanej dotąd tylko tym, którzy byli na wspomnianych koncertach dodaje albumowi aury tajemniczości i niemal archiwalnego odkrycia klasycznej muzyki sprzed 20 ponad lat. Jednak również bez tego zawartość muzyczna albumu wypada niezwykle atrakcyjnie.

Nagrywający od wielu lat dla ACT Music Joachim Kuhn pojawia się w trio, w duetach z saksofonem i fortepianem i większych składach, gra też gościnnie na płytach innych gwiazd wytwórni. Jego muzyka pozbawiona ekspansywnej ekspresji i wirtuozerskich popisów ginie w tłumie innych instrumentów. Joachim Kuhn najlepiej wypada solo. Jego najnowszy album jest tego najlepszym dowodem. Płyta wciąga już od pierwszych taktów najbardziej znanej (w związku z tym, że jedynej nie będącej premierą) kompozycji. Oferuje świat zdumiewająco melodyjny i uporządkowany, całkiem odmienny od tego, co większość kojarzy z muzyką Colemana. Nie sposób jednak ustalić, jak daleko interpretacje Kuhna odbiegają od oryginalnych kompozycji firmowanych przez Colemana, a napisanych z udziałem autora tego albumu.

To jednak nie ma większego znaczenia. Bez historii z przeszłości i faktu, że album pozwala zyskać całkiem nowe spojrzenie na muzykę autora kompozycji płyta byłaby tak samo doskonała. Album należy do kategorii tych, które posiadają swoisty magnetyzm, wciągają słuchacza w świat osobistych emocji muzyka, stymulują wyobraźnię i zmuszają do myślenia. Taki album trafia moje ręce co kilka lat. Ostatnio podobne wrażenie zrobiła na mnie płyta innego mistrza fortepianu – Krzysztofa Herdzina („Inside”). Obaj są wielkimi mistrzami osobistego opowiadania historii, do dziś nie wiem, czego historią jest „Inside”, historię powstania „Melodic Ornette Coleman” opowiada tytuł albumu i krótki komentarz autora umieszczony na okładce.

Joachim Kuhn
Melodic Ornette Coleman: Piano Works XIII
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: 9763-2

20 sierpnia 2019

Ben Webster – King of the Tenors

Oryginalne wydanie tego albumu przygotowanego dla wytwórni Norgran w 1953 roku opatrzone było tytułem „The Consummate Artistry of Ben Webster”. To był chronologicznie drugi w kolejności pełny album wydany przez założoną przez Normana Granza wytwórnię (numer katalogowy NG 1001). Kilka lat później Norgran wraz z całym katalogiem stał się częścią innej wytwórni, również wymyślonej przez Granza – Verve Records. Od 1956 roku materiał ukazuje się jako „King of the Tenors”. Tytuł dość odważny, w roku 1956, kiedy po raz pierwszy album ukazał się z takim tytułem, John Coltrane grał u boku Milesa Davisa, Sonny Rollins nagrał „Tenor Madness”, u szczytu twórczych możliwości byli też między innymi Stan Getz, Dexter Gordon, ciągle nagrywał też, zresztą również dla Granza, Lester Young, całkiem nieźle radził sobie też Coleman Hawkins. Wielu innych wybitnych saksofonistów, dla których tenor był i jest podstawowym instrumentem w połowie lat pięćdziesiątych również miało już na swoim koncie sporo doskonałych nagrań.

Dlaczego więc Ben Webster, albo Norman Granz uznali, że „King of the Tenors” będzie właściwym tytułem? Znane mi źródła historyczne nie notują żadnej opowieści dotyczącej ani konkretnego powodu wyboru takiego doniosłego tytułu, ani również, co jeszcze bardziej zastanawiające, jakiś szczególnych protestów innych pretendentów do tronu najlepszego z najlepszych tenorzystów owych doskonałych dla jazzu czasów. Może zwyczajnie nikt nie zwracał uwagi?

Nie ma to większego znaczenia, bowiem oczywiście tytuł pomaga sprzedać album, ale z pewnością nawet gdyby album nazwać „Przypadkową sesją Bena Webstera z kolegami”, ja i tak brałbym w ciemno. Wystarczy popatrzeć na listę owych kolegów. Album powstał w czasie dwu sesji, stały skład obejmował Oscara Petersona i Raya Browna. W studiu pojawili się też Benny Carter i Harry Sweets Edison, na gitarze grali Herb Ellis i Barney Kessel, a za bębnami zasiedli Alvin Stoller i J. C. Heard. Takie nagrania nie mogły wypaść źle.

Jeden z krytyków napisał kiedyś, że Coleman Hawkins, Lester Young i Ben Webster stworzyli jazzowy tenor w zasadzie od zera. Ten pierwszy wymyślił jak na nim grać, Young unowocześnił jego pomysły, a Ben Webster udowodnił, że tenor może brzmieć lirycznie i swingować jednocześnie. Wszystko co wydarzyło się z tenorem później według autora tego błyskotliwego zestawienia jest efektem pracy i inwencji owych trzech muzyków.

Jedną ze znanych anegdot z życia Bena Webstera jest historia jego spotkania z księciem, prawdopodobnie następcą tronu Norwegii, kiedy został księciu przedstawiony, sam opisał siebie słowami „A ja jestem Ben Webster, King of the Tenors”.

W naszym radiowym Kanonie Jazzu Ben Webster pojawia się po raz pierwszy ze swoją własną produkcją dopiero na pozycji 283. Kanon nie jest listą przebojów. Ben Webster pojawiał się w składach zespołów innych wybitnych muzyków w Kanonie kilkukrotnie. Z pewnością wart jest jednak osobistego uhonorowania, do czego doskonałą okazją jest jego album „King of the Tenors”. Królów tenoru było wielu, do ich grona należy bez żadnych wątpliwości nieco dziś zapomniany, choć ciągle wielki Ben Webster, który był niedoścignionym mistrzem jazzowych ballad.

Ben Webster
King of the Tenors
Format: CD
Wytwórnia: Verve / Polygram
Numer: 731451980616

19 sierpnia 2019

Nils Landgren / Michael Wollny / Lars Danielsson / Wolfgang Haffner – 4 Wheel Drive

Najnowszy album czterech niezwykle zasłużonych dla ACT Music muzyków jest dokumentem w zasadzie rodzinnego spotkania. Każdy z członków zespołu prowadzi własne muzyczne projekty, uczestniczy w nagraniu innych albumów wytwórni, a także odbywa wiele związanych z koncertami podróży.

„4 Wheel Drive” nie odkrywa żadnych nowych artystycznych obszarów, w zasadzie znając listę uczestników nagrania można muzykę sobie wyobrazić i to co usłyszycie z tego krążka będzie w stu procentach zgodne z przewidywaniami tych, którzy obserwują kariery zamieszanych w ten projekt artystów. Nils Landgren zagrał parę błyskotliwych solówek na puzonie, tam, gdzie tekst był ciekawy całkiem sprawnie, choć nie w jakiś powalający szczególnie oryginalnością sposób zaśpiewał. Michael Wollny zagrał może nieco bardziej zachowawczo niż na swoich własnych płytach. Lars Danielsson – jeden z najbardziej uniwersalnych europejskich basistów wywiązał się ze swoich zadań znakomicie, zwłaszcza, że wybór kompozycji umieszczonych na płycie jest zgodny z jego muzycznymi pasjami. Żoną Larsa Danielssona jest przecież wokalistka Ceacile Norby, która ma na swoim koncie nie tylko wybitne płyty nagrane w rodzinie – tym razem prawdziwej muzyków z wytwórni ACT, ale również całkiem ciekawą karierę na duńskiej scenie rockowej. Wolfgang Haffner, być może nieco mniej eksponowany w końcowym nagraniu zrobił to co powinien doskonały perkusista – stał się niewidocznym elementem konstrukcyjnym zespołu.

Muzycy spotykali się w studiu i na scenach wiele razy, jednak chyba po raz pierwszy stworzyli demokratycznie działający kwartet, który nagrał „4 Wheel Drive” i latem z pewnością wyruszy w trasę. Na powierzchni krążka znajdziecie kilka zaskakujących momentów. Na repertuar złożyły się przeboje Phila Collinsa i Genesis, Stinga, Billy Joela i The Beatles. Dodatkowo, żeby było całkiem demokratycznie, każdy z członków kwartetu dołożył własną kompozycję. Dlaczego akurat te melodie? Zestawienie kompozycji 4 doskonałych twórców światowych przebojów ma sens, ale dlaczego akurat te melodie? Dlaczego „Lady Madonna” pozbawiona została tekstu? Dlaczego jeśli, jak sami wspominają we wstępniaku – wyborem był Paul McCartney, zagrali wspólna kompozycję McCartneya i Lennona? Dlaczego jeśli wybrańcem został Phil Collins i jego „She’s Always A Woman”, nie sięgnęli po inny jego przebój z okresu kariery solowej, ale po „That’s All” z repertuaru Genesis? Mało w tym logiki, ale wszystkie wybory okazały się doskonałe.

Solówka Nilsa Landgrena na puzonie w „Lady Madonna” brzmi wybornie i tekst przestał być tej melodii potrzebny. Najbardziej dynamiczny, zamykający album utwór tytułowy skomponowany został przez perkusistę zespołu, a „That’s All” również pozbawiony tekstu jest niezwykłym fragmentem ilustracyjnym gotowym na umieszczenie w jakimś wybitnym dziele filmowym. Jak zwykle awangardowo zabrzmiał „Shadows In The Rain” Stinga. To jeden z ulubionych utworów improwizujących jazzmanów, skomponowanych przez basistę The Police. Jeszcze bardziej pokręcona wersja wykonana w 2001 roku przez Christofa Lauera i Jensa Thomasa jest stałym elementem przeróżnych składanek wytwórni ACT Music.

Na singla wybrałbym „Maybe I’m Amazed”, w oryginale dość ekspresyjną kompozycję Paula McCartneya, w cudowny sposób zamienioną na fantastyczną jazzową balladę. Zespołowi w takim składzie nie wróżę zbyt długiej kariery, niestety wszyscy jego członkowie są niezwykle zajęci, choć odrobinę nadziei daje mi powracający już od wielu lat inny, związany z grudniowym sezonem muzycznym projekt Nilsa Landgrena – „Christmas With My Friends”. Jeśli możliwe jest nagranie 6 odcinków takiej produkcji, to dlaczego nie można co roku przypominać doskonałych melodii sprzed lat w doborowym czteroosobowym składzie. Takie nagrania powstają szybko – to tylko i aż dwa, maksimum trzy dni w studiu i dostajemy przebojowy album.

Nils Landgren / Michael Wollny / Lars Danielsson / Wolfgang Haffner
4 Wheel Drive
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9875-2

18 sierpnia 2019

Lambert, Hendricks & Ross - The Hottest New Group In Jazz


Zespół Lambert, Hendricks & Ross istniał jedynie 5 lat, od 1957 do 1962 roku. W tak krótkim i gorącym jazzowym okresie, kiedy powstało wiele arcydzieł gatunku, im udało się coś więcej. Nie tylko nagrali kilka doskonałych albumów, które przebiły się na rynku nawet w tak doskonałym, prawdopodobnie najlepszym jazzowym czasie, ale w dodatku w zasadzie stworzyli nowy gatunek muzyczny i do dziś pozostają nie tylko pionierami zespołowego śpiewu jazzowego, ale również jego najznakomitszymi przedstawicielami.

W polskim Kanonie gatunek stworzony przez Jon Hendricksa, Annie Ross i Dave’a Lamberta reprezentuje zespół Novi Singers, dla którego inspiracją były amerykańskie nagrania, w tym najciekawszy album – „The Hottest New Group In Jazz”. Tytuł mógłby uchodzić za jakieś nieuzasadnione przechwałki, jednak nie został wymyślony przez zespół ani wytwórnię, jest cytatem z recenzji niezwykle wtedy ważnego Down Beatu.

Współczesne, dwupłytowe wydanie cyfrowe zawiera oprócz oryginalnego albumu (pierwsze 10 utworów na pierwszym dysku) również dwa kolejne albumy zespołu – „Lambert, Hendricks & Ross Sing Ellington” i „High Flying with Lambert, Hendricks & Ross” oraz kilka wcześniej niedostępnych bonusów. To całkiem dobry pomysł na wzbogacenie, w dodatku jakościowo doskonałe, zawartości cyfrowego wydania. Taki pomysł skazuje jednak na artystyczny niebyt wspomniane albumy, których okładki co prawda pojawiają się na odwrocie pudełka na płyty, jednak ich tytuły z pewnością nie zapadną w pamięci tak, jak „The Hottest New Group In Jazz”.

Ten album jest wzorcem metra jazzowej zbiorowej wokalizy. Gatunku, który wymyślili Dave Lambert i Jon Hendricks mniej więcej w 1955 roku. Dwa lata później, kiedy w zespole pojawiła się Ann Ross, powstała pierwsza płyta – „Sing A Song For Basie”. Kiedy wokalistka opuściła zespół pięć lat później, mimo kilku prób okazało się, że była w tej grupie niezastąpiona. Próby kontynuowania pracy z Yonalde Bavan i Anne Marie Moss nie były specjalnie udane. W ten sposób mało znana brytyjska aktorka Annie Ross, aranżer zespołu Gene’a Krupy i wokalny eksperymentator Dave Lambert i niespełniony wokalista Jon Hendricks, który zanim mógł wypić legalnie piwo w amerykańskim barze miał za sobą występy u boku Arta Tatuma i Charlie Parkera stworzyli nową muzyczną kategorię starannie zaplanowanej, często bez słów wykonywanej zespołowej wokalizy. Wszyscy, którzy próbowali tego później do dziś usiłują osiągnąć mistrzostwo, które świat usłyszał po raz pierwszy w wykonaniu Hendricksa i Lamberta, wtedy jeszcze w duecie w utworze skomponowanym przez Jimmy’ego Giuffre – „Four Brothers” w 1955 roku.

Dziś zachwycamy się możliwościami wokalnymi Bobby McFerrina i szukającymi miejsca na jazzowych salonach zespołów czerpiących inspirację z muzyki gospel w rodzaju Take 6. To wszystko jednak zaczęło się od zespołu Lambert, Hendricks & Ross bardzo dawno temu. Być może wtedy nie mieli jeszcze pomysłu jak poradzić sobie z trąbką i do zagrania solówki w „Moanin’” Bobby Timmonsa, którą w Jazz Messengers Arta Blakey’a grywał najczęściej Lee Morgan zaprosili starego mistrza Harry Sweets Edisona.

Nadzieje fanów na reaktywowanie zespołu skończyły się szybko, wraz ze śmiercią Dave’a Lamberta w 1966 roku. Jon Hendricks zmarł w 2017 roku, koncertując niemal do ostatnich dni, jednak jego kariera nie była już tak spektakularna, jak za czasów zespołu. Annie Ross do połowy lat dziewięćdziesiątych występowała od czasu do czasu na scenie i pojawiała się na filmowym ekranie. Jej ostatni album ukazał się w 2005 roku. Jednak ani Annie Ross ani Jonowi Hendricksowi nie udało się osiągnąć nigdy poziomu, na jaki wznieśli się w zespole z Dave’em Lambertem.

Lambert, Hendricks & Ross
The Hottest New Group In Jazz
Format: 2CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 5099706493327