21 października 2017

John Lewis - Jazz Abstractions: Compositions By Gunther Schuller And Jim Hall

Album „Jazz Abstractions…” jest historyczną szaradą już od samego tytułu. Jest umieszczany przez wielu w dyskografii Johna Lewisa, głównie w związku z graficznym układem okładki sugerującej jego wiodącą rolę w tym wydawnictwie – „John Lewis Presents Contemporary Music”. Faktyczny udział pianisty ograniczony jest jednak do roli producenta i nieokreślonego i nieuwzględnionego na okładce wkładu w przygotowanie kompozycji, firmowanych w większości nazwiskiem Gunthera Schullera. Gdyby stosować oceny racjonalne, nie powinien się jednak również znaleźć w jazzowych dyskografiach Schullera, bowiem on sam nie gra w żadnym z utworów, a jest jedynie kompozytorem większości kompozycji. To jednak jeszcze nie koniec tej układanki.

Gunther Schuller jest kompozytorem, ale otwarcie przyznaje, że swoje kompozycje wzorował na tematach Theloniousa Monka – „Criss Cross” i Johna Lewisa – „Django”. Czy zatem „Jazz Abstractions…” powinno znaleźć miejsce w jego dyskografii?

A może album trzeba umieścić w zbiorze płyt Erica Dolphy’ego, bo to on gra na flecie, klarnecie basowym i saksofonie altowym w największej ilości kompozycji umieszczonych na płycie. Są też tacy, którzy wiążą album z postacią Jima Halla, to jednak wymaga głębszej muzycznej wiedzy i powiązania stylistycznego części trzecionurtowej muzyki z niezwykle dla niej istotną postacią Jimmy’ego Giuffre i jego albumem „Jimmy Giuffre 3” z 1957 roku z udziałem Jima Halla, który w drugiej połowie lat pięćdziesiątych był jedną z kluczowych postaci poszukujących artystycznego połączenia amerykańskiego jazzu z muzyką klasyczną z Europy.

Znam również ludzi, w szczególności fanatycznych wyznawców kultu Ornette Colemana, dla których każdy album z jego udziałem staje się jego własną płytą, tak więc „Jazz Abstractions…” w tym wypadku stałaby się albumem Ornette Colemana. Istotny jest też udział niezbyt często grywającego w przypadkowych składach Billa Evansa.

Wbrew temu wszystkiemu, kluczową wydaje się być dla tej płyty jedna kompozycja, którą przygotował i starannie zaaranżował Jim Hall – „Piece For Guitar And Strings” – fragment muzyki, który jest jednym z najbliższych spełnienia idei Trzeciego Nurtu – twórczego połączenia jazzu i muzyki klasycznej, co w zasadzie udać się nie mogło, głównie ze względu na zbyt mało cech wspólnych obu muzycznych stylów. Tu jednak prawie się udało. Klasyczny kwartet smyczkowy doskonale zintegrował się z jazzową sekcją. Momentami jazzowy puls nie jest potrzebny, a Scott LaFaro staje się częścią sekcji smyczkowej. W tej kompozycji nie ma również miejsca dla perkusji, to istotna innowacja w jazzowym świecie 1960 roku.

Pomimo starannego zaplanowania muzyce nie brakuje spontaniczności, w szczególności za sprawą improwizacji Ornette Colemana. W wielu źródłach można odnaleźć relacje z sesji nagraniowych opowiadające o tym, jak muzycy grali kilka razy Colemanowi swoje partie, a ten włączał się do akcji dopiero wtedy, kiedy uznał, że ma pomysł na swój udział w nagraniu.

Publiczne uznanie kompozycji „Criss-Cross” przez Gunthera Schullera za arcydzieło, a także sukces koncertowy i nagraniowy jego wariacji na temat tego utworu pomogło utrzymać się Theloniousowi Monkowi na powierzchni w niełatwym dla niego roku 1960. Biografom nie udało się ustalić, czy Monk kiedykolwiek słyszał na żywo wariacje na temat „Criss-Cross”, ale z pewnością ich opracowanie dowiodło, że był on nie tylko pianistą, ale również, a może nawet przede wszystkim genialnym kompozytorem, jeśli ktoś jeszcze tego w 1960 roku nie rozumiał, a takich było wielu.

„Jazz Abstractions…” to muzyka ponad podziałami. Doskonały Jim Hall, pozostający w cieniu Bill Evans, wnoszący odrobinę szaleństwa Ornette Coleman i Eric Dolphy, dla mnie doskonały i nie rozumiem czemu niedoceniany w tym towarzystwie Eddie Costa (posłuchajcie tego albumu poszukując dźwięków wibrafonu…) i wielki nieobecny instrumentalnie – architekt całości Gunther Schuller.

John Lewis
Jazz Abstractions: Compositions By Gunther Schuller And Jim Hall
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Rhino / Warner

Numer: WPCR-27208 (SD 1365)

16 października 2017

Wojciech Pulcyn – Tribute To Charlie Haden

Jeśli pamięć mnie nie myli, „Tribute To Charlie Haden” to pierwszy album firmowany nazwiskiem Wojciecha Pulcyna w jego trwającej już ponad 20 lat muzycznej karierze. Pierwszy album na którym pojawia się jego nazwisko, przynajmniej w moich zbiorach, datowany jest na 1996 rok. Trudno uwierzyć, że w czasie ostatnich 20 lat artysta zagrał na ponad 20 albumach, w większości jazzowych, choć często eksperymentalnych w formie, grał z większością polskich jazzmanów, próbował sił w projektach eksperymentalnych i komponowaniu muzyki filmowej, właśnie wydał swój autorski debiut, jeśli nie brać pod uwagę albumu nagranego wspólnie z Bogdanem Hołownią, poświęconego muzyce Henryka Warsa.

Warto jednak nagrywać płyty wtedy, kiedy pojawia się dobry pomysł i dobre towarzystwo. Tak jak w przypadku „Tribute To Charlie Haden”. Album jest rejestracją koncertu, który odbył się niemal dokładnie rok temu, w czasie festiwalu Jazz Jamboree.

Wybór repertuaru dla osób obserwujących muzyczne poczynania lidera nie powinien być zaskoczeniem. Wojciech Pulcyn wielokrotnie podkreślał, że Charlie Haden jest dla niego muzycznym wzorem. Trafne dobranie kompozycji pokazuje to, co najważniejsze w muzyce Charlie Hadena – skupienie na melodii, która zawsze dla Charlie Hadena była istotą dobrej jazzowej kompozycji. W ten sposób oprócz zapisu fantastycznego koncertu otrzymujemy podręcznik kompozycji według Charlie Hadena.

Album otwierają dwie kompozycje Ornette Colemana, stanowiąc rodzaj ukłonu w stronę tego muzyka, od którego zaczęła się wielka kariera Charliego Hadena. Nagranie albumu „The Shape Of Jazz To Come” w 1959 roku było pierwszym poważnym nagraniem Hadena. Stąd obecność „Lonely Woman” – kompozycji z tego albumu wydaje się zabiegiem celowym. Współpracę Hadena z Ornette Colemanem podsumowuje „Broken Shadows” z albumu pod tym samym tytułem nagranego w 1971 roku i wydanego niemal dekadę później. Pozostałe utwory, oprócz zagranego na bis i pewnie granego przez Hadena „Shenandoah” (choć nie udało mi się znaleźć wersji Charliego Hadena w moich zbiorach), to już kompozycje bohatera, któremu poświęcony był koncert i będąca jego zapisem płyta. Część z kompozycji Haden nagrywał wielokrotnie, co z pewnością oznacza, że miały one dla niego duże znaczenie. Tak było w przypadku mającej swoją premierę na płycie „Angel City” balladzie „First Song (For Ruth)” zagranej później na „Beyond The Missouri Sky” z Patem Metheny i grywanej na koncertach przez Stana Getza. Do tej pięknej melodii zagranej wybornie przez Kubę Stankiewicza tekst napisany przez Abbey Lincoln na koncercie zaśpiewała Grażyna Auguścik. Kolejnuy utwór poświecony żonie Hadena – „Waltz For Ruth” pojawił się niemal jednocześnie na wspomnianej już płycie z Patem Metheny, jak również w duecie z Kenny Barronem (album „Night And The City”). W wykonaniu zespołu Wojciecha Pulcyna w roli głównej występuje saksofon Mateusza Śliwy.

Najstarsza kompozycja w tym zestawieniu to napisana na wydany w 1976 roku album „Closeness” melodia „For Turiya”. Tym razem w roli głównej występuje grający na trąbce Tomasz Dąbrowski. Jak to w sytuacji festiwalowej fety koncertowej często się zdarza, mamy okazję usłyszeć wielu muzyków, zarówno tych, którzy mają już na swoim koncie spory dorobek – Kubę Stankiewicza, czy Grażynę Auguścik, jak i będących ciągle na dorobku Mateusza Śliwę i Tomasza Dąbrowskiego. Zawsze jednak w roli głównej występuje Wojciech Pulcyn, dla którego „Tribute To Charlie Haden” stanowi niezwykle udany debiut, choć ja zapamiętam również ten album jako kolejną doskonałą pozycję w dyskografii Kuby Stankiewicza.

Projekt „Tribute To Charlie Haden” ma szansę zaistnieć nieco dłużej, nie tylko w związku z wydaniem płyty, ale też sporą szansą na pojawienie się muzyków w podobnym składzie na krajowych scenach. Projekty wspominkowe dobrze się sprzedają, jednak w tym przypadku to nie jest skok na kasę, ale doskonale wymyślony, wykonany z wielkim szacunkiem dla dorobku wielkiego mistrza, ale jednocześnie bardzo osobisty i twórczy projekt. Zmierzenie się z kompozycjami Charlie Hadena i nadanie im własnego brzmienia nie było łatwe, ale Wojciechowi Pulcynowi udało się doskonale. Nad całością unosi się duch muzyki mistrza, a jednocześnie całość pozostaje twórczą autorską kreacją lidera i pomysłodawcy. Nawet nie wypada napisać, że to udany debiut, trzeba za to zapytać, czemu tak późno.

Wojciech Pulcyn
Tribute To Charlie Haden
Format: CD
Wytwórnia: ForTune
Numer: ForTune 0125 081

15 października 2017

Wolfgang Haffner - Kind Of Spain

Wolfgang Haffner po raz kolejny udowadnia, że perkusista może być liderem zespołu, a nie tylko osobistością, która nagrywając autorski album popisuje się przed kolegami po fachu. „King Of Spain” to album, który powinien być pozycją obowiązkową dla każdego perkusisty, który myśli o nagraniu własnej płyty. Podobnie zresztą jak poprzedni album Haffnera – otwierający minicykl „Kind Of…”, poświęcony klasykom cool jazzu „Kind Of Cool”, który prezentowaliśmy jako premierę w Płycie Tygodnia w styczniu 2015 roku. Wtedy na basie grał Dan Berglund, tym razem w składzie pojawił się Lars Danielsson.

Wybór repertuaru z pewnością przykuwa uwagę słuchaczy, albumy ze znanymi tytułami sprzedają się jakoś lepiej, jednak już po dwóch odcinkach cyklu widać, a raczej słychać, że to nie jest skok na naszą kasę, a zabawa stylem i zebranie w jednym miejscu utworów w dość luźny sposób związanych z tytułem albumu. To jednak tylko pretekst do wspólnego muzykowania i rodzaj drogowskazu w poszukiwaniach nowego odczytania czegoś, co w zasadzie nie istnieje w takim kontekście – czyli muzyki hiszpańskiej, a raczej hiszpańskich jazzowych standardów.

Niektóre z utworów mają swoje źródło w muzyce hiszpańskiej, choć zostały światu przedstawione szerzej przez mistrzów jazzu – jak choćby „Concierto De Aranjuez”, znany bardziej dzięki geniuszowi Gila Evansa i wykonaniu Milesa Davisa („Sketches Of Spain”) niż dowolnemu innemu, bliższemu oryginalnej partytury Joaquina Rodrigo z 1939 roku. Tak przy okazji – to chyba jedyny koncert, pierwotnie napisany na gitarę i orkiestrę, który ma swój własny pomnik, związany na równi z doskonałością kompozycji, jak i politycznym kontekstem jej powstania z inspiracji wydarzeniami hiszpańskiej wojny domowej, do czego sam kompozytor długo nie chciał się otwarcie przyznać.
Dzieło życia Joaquina Rodrigo zainspirowało również Chicka Corea do napisania jednej z jego najczęściej granych w jazzowym świecie kompozycji „Spain” pierwotnie umieszczonej na płycie „Light As A Feather” z 1973 roku nagranej z zespołem Return To Forever.

Związek innych jest dość luźny – jak choćby kompozycji amerykańskiego trębacza o włsokich korzeniach Chucka Mangione do filmu, którego akcja rozgrywa się w Meksyku, nakręconego według książki amerykańskiego pisarza – „Children Of Sanchez”.

Sebastianowi Studnitzkiemu oszczędzono konieczności zmierzenia się z melodią Joaquina Rodrigo znaną z kilku wyśmienitych wykonań studyjnych i koncertowych Milesa Davisa. Słuchając „Concerto De Aranjuez” zastanawiam się, dlaczego Gil Evans nie wpadł na pomysł wykorzystania gitary, szczególnie biorąc pod uwagę, że oryginał powstał z myślą o tym instrumencie. Być może było to zbyt oczywiste dla wielkiego maga jazzowej aranżacji.

Do całości pasuje doskonale „Pasodoble” Larsa Danielssona napisana na album nagrany z Leszkiem Możdżerem. Najmniej jazzowych korzeni ma „Recuerdos De La Alhambra” Francisco Tarregi, znana najbardziej z opracowania Mike’a Oldfielda ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Pola Śmierci”. Do tego garść kompozycji własnych członków zespołu w podobnym, inspirowanym hiszpańskimi klimatami kolorze.

Siłą albumu jest równowaga, zespół stanowiący brzmieniowy monolit, a także doskonałe aranżacje, coś zupełnie niezwykłego w wykonaniu jazzowego perkusisty. Pomysłów na kolejne części cyklu „Kind Of…” z pewnością nie zabraknie, a sama konstrukcja tego rodzaju albumów jest doskonałym pomysłem, zapewniającym brzmieniową różnorodność. Już nie mogę doczekać się kolejnego odcinka.

Wolfgang Haffner
Kind Of Spain
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9848-2

10 października 2017

Jimmy Giuffre - The Four Brothers Sound

„The Four Brothers Sound” to drugi album Jimmy’ego Giuffre pojawiajacy się w Kanonie Jazzu. Jego debiutem w naszym radiowym zestawieniu najważniejszych jazzowych płyt wszechczasów był album „The Easy Way” nagrany rok po premierze „The Four Brothers Sound” – w złotym jazzowym roku 1959. O tym albumie przeczytacie tutaj:


Oba albumy spina stylistyczną klamrą grający na gitarze Jim Hall, w składzie dziś opisywanego albumu pojawia się w kilku utworach grający na fortepianie Bob Brookmeyer, rok później jego miejsce w studiu zajął kontrabasista Ray Brown.

„The Four Brothers Sound” to album eksperymentalny, jak spora część dyskografii Jimmy’ego Giuffre z lat pięćdziesiątych. Niewątpliwie był wtedy artystą poszukującym nowych muzycznych możliwości. Sięgał często po flet, który nigdy nie stał się typowym dla jazzu instrumentem. Nie ukrywałl inspiracji europejską muzyką klasyczną, w szczególności twórczością Claude’a Debussy’ego. Poszukiwał nowego brzmienia dużej orkiestry, próbował grać bez fortepianu i bez kontrabasu. Pojawiał się w pobliżu twórców trzeciego nurtu, choć częściej grywał przebojowe melodie.

Nagrywając „The Four Brothers Sound” użył jedynie klasycznego saksofonu tenorowego. W przypadku tego albumu poszukiwania nieodkrytych dźwiękowych obszarów skupiły się na wielośladowym nagrywaniu partii saksofonu przez lidera, stąd tytuł wynikający z partii, w tym utworów nagranych bez towarzyszącej liderowi sekcji, zarejestrowanych na 4 ścieżkach studyjnego magnetofonu. W 1958 roku nakładanie przez muzyków kolejnych partii na poprzednio nagrany podkład nie było już ani technologiczną, ani artystyczną nowością, jednak ciągle nie było technicznie łatwe, ani powszechne. Pionierem wykorzystania tej technologicznej ciekawostki w jazzowej stylistyce był prawdopodobnie sam Sidney Bechet, który w 1941 roku nagrał kilka utworów obsługując samodzielnie saksofon tenorowy, sopranowy, klarnet, kontrabas, fortepian i perkusję. Jak łatwo się domyśleć, musiał użyć techniki wielościeżkowej. To jednak nagranie raczej dziś zapomniane. Świat poznał możliwości grania z samym sobą dzięki wynalazcy, geniuszowi elektroniki i równie wyśmienitemu gitarzyście – Les Paulowi, który udoskonalił swoje urządzenia do tego stopnia, że dawał występy na żywo dogrywając do zapętlonej taśmy kolejne partie gitary. Ochoczo też prezentował swoje wynalazki w programach początkującej wtedy amerykańskiej telewizji. Z nową techniką pod koniec lat czterdziestych eksperymentowali też Frank Sinatra i Lenny Tristano.

Do dziś za najlepszy przykład albumu opartego w całości o technikę overdubbingu uchodzi nagrany w 1963 roku album Billa Evansa – „Conversation With Myself”. To jednak Jimmy Giuffre jako pierwszy w 1958 roku zrealizował i wydał jazzowy album w całości oparty na tej technice, z której uczynił środek artystycznego wyrazu, a nie tylko przyciągającą słuchaczy technologiczną ciekawostkę.

Pierwszą stronę analogowej wersji albumu wypełniają kompozycje lidera, w tym tytułowa – „Four Brothers” związana tytułem z dźwiękowym pomysłem na płytę i okładkę sugerującą czterech braci grających razem na saksofonach. We wszystkich tych rolach występuje sam Jimmy Giuffre. Kompozycja powstała jednak dużo wcześniej i była już wtedy popularna i grywana między innymi przez Zoota Simsa i Stana Getza. Pozostałe utwory z pierwszej strony lider napisał prawdopodobnie specjalnie z okazji tego nagrania, czego w części dowodzi tytuł jednej z tych kompozycji – „Blues In The Barn” – od miejsca nagrania albumu – Music Barn w Pittsfield, miejsca legendarnych występów Modern Jazz Quartet, Theloniousa Monka, a także estrady na której prawdopodobnie Bob Dylan poznał Joan Baez, ale to zupełnie inne historie.

„The Four Brothers Sound” nie jest jednak tylko technologiczną i dźwiękową ciekawostką. Muzyczna współpraca dwu niezwykle otwartych na eksperymenty muzyków – Jimmy’ego Giuffre i Jima Halla w zasadzie nie przyniosła żadnego nieudanego albumu. Niezależnie od tego, czy grają kompozycje specjalnie napisane do takiego eksperymentu przez Giuffre, czy jazzowe standardy, które wypełniają drugą stronę płyty, udowadniają, że eksperymentować warto nie tylko dla przełamywania barier, ale również dla własnej i słuchaczy przyjemności.

Jimmy Giuffre
The Four Brothers Sound
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Rhino / Warner
Numer: Atlantic 1295

07 października 2017

Miroslav Vitous - Infinite Search

Moja chronologiczna pamięć muzyczna umieszcza zawsze ten album w okolicach roku 1974, a nawet 1975, czyli zdecydowanie w czasie, kiedy Miroslav Vitous opuścił już Weather Report. „Infinite Search” wypełnia bowiem zagrane w mistrzowski sposób w gwiazdorskiej obsadzie fusion. Status gwiazdy uzasadniający możliwość zatrudnienia największych nazwisk do nagrania własnej płyty zapewnił bowiem liderowi właśnie udział w nagraniu kilku pierwszych albumów zespołu Zawinula i Shortera.

„Infinite Search”, spotykany również pod nazwą „Mountain In The Clouds” to nagraniowy debiut czeskiego basisty w roli lidera, otwierający jego bogatą dyskografię, w której najnowszą pozycją jest wydany w Polsce album nagrany wspólnie z Adamem Pierończykiem („Wings”). Album powstał w październiku 1969 roku, niespełna dwa miesiące po sesji, która dziś znana jest jako „Bitches Brew” Milesa Davisa, w której wzięli udział John McLaughlin i JackDeJohnette, obecni również w zespole odpowiedzialnym za „Infinite Search”. To był historyczny dla jazzu moment, kiedy wprowadzenie instrumentów elektronicznych i rockowej energii pozwoliło artystom wyjść z małych klubów na wielotysięczne rockowe areny.

Solowa dyskografia Miroslava Vitousa rozpoczyna się od „Infinite Search”, a jego biografia należy do najbardziej niezwykłych w historii gatunku. Jeszcze w Pradze, w wieku kilkunastu lat założył swoje pierwsze trio z bratem Alanem Vitousem na perkusji i równie jak on sam wtedy nieznanym Janem Hammerem. Kiedy miał 20 lat był już członkiem zespołu Clarka Terry’ego, a jego gra spodobała się Milesowi Davisowi na tyle, że zaprosił go na kilka wspólnych koncertów. Kiedy po raz pierwszy znalazł się w profesjonalnym studiu nagraniowym – powstała płyta „Now He Sings, Now He Sobs” Chicka Corea nagrana w trzyosobowym składzie z Royem Haynesem na perkusji. Niespełna półtora roku później w sesji „Infinite Search” wzięli udział Herbie Hancock, John McLaughlin i Jack DeJohnette, a także reprezentujący nieco starsze muzyczne pokolenie, choć wcale nie dużo starszy wiekiem Joe Henderson.

W efekcie w czasie krótkiej sesji powstał autoski album, niemal w całości skomponowany i wymyślony przez Miroslava Vitousa, a już kilka miesięcy po jego nagraniu, wiosną 1970 roku Miroslav Vitous wraz z Wayne Shorterem i Joe Zawinulem (z którym wcześniej spotykał się w sytuacjach koncertowych) założyli Weater Report. Okoliczności tego wydarzenia zależne są mocno od tego, kto o nim opowiada, trudno jednak zaprzeczyć faktom, że Vitous był pełnoprawnym członkiem zespołu od pierwszego dnia jego istnienia.

Dziś „Infinite Search” jest jednym z najciekawszych albumów wczesnego, akustycznego fusion, wymyślonego w dużej części właśnie przez Miroslava Vitousa i producenta albumu – Herbie Manna, z którym wcześniej nagrał przebojowy „Memphis Underground”. Wiele późniejszych produkcji wzbogaconych o brzmienia elektroniczne nie zniosło dobrze próby czasu, jednak „Infinite Search” brzmi równie dobrze, jak w chwili swojej premiery. Być może brak tej płycie odrobiny geniuszu kompozytorskiego Joe Zawinula i chwytliwych melodii, jednak nie zmienia to faktu, że nieco dziś zapomniany debiut Miroslava Vitousa jest jedną z najdoskonalszych płyt fusion w historii gatunku.

Miroslav Vitous
Infinite Search
Format: CD
Wytwórnia: Embryo / Cotillion / Atlantic

Numer: 8122797130