04 grudnia 2016

Made In China – Transmissions

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego autorem tego albumu jest zespół Made In China. Czy wśród fanów, których z pewnością każdy z muzyków uczestniczących w tym przedsięwzięciu ma na całym świecie przynajmniej garstkę wystarczająco wielu domyśli się, że za tą płytę odpowiedzialni są Michael Blake, Samuel Blaser i Michael Sarin? Ludzie jeszcze czasem kupują płyty, czasem robią to też w sklepach stacjonarnych. Jak mają odszukać ten album z udziałem muzyka, którego dziejami się interesują, jeśli znajdzie się on wśród tych bezimiennych składowanych pod literką M? Przecież nie dorobi się swojej własnej przekładki, bowiem zespół ma w dorobku chyba tylko to jedno nagranie?

Moda na projekty trwa, ale z pewnością bardziej atrakcyjnie wyglądałby okładkowy skład złożony z 3 znanych w świecie kreatywnej muzyki nazwisk. Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem wydają mi się być jakieś względy kontraktowe, prawne i finansowe związane z umowami z innymi wytwórniami…

Saksofonista Michael Blake pochodzi z Kanady, ma za sobą wiele muzycznych doświadczeń, jest z pewnością muzykiem poszukującym idealnego składu, brzmienia i stylu. Pamiętam go ze starego składu The Lounge Lizards Johna i Evana Lurie, a także z jednego z projektów wspominających kompozytorski dorobek Herbiego Nicholsa („The Herbie Nichols Project: Strange City”), choć w tym wypadku raczej pamiętam płytę, bo jestem fanem Herbie Nicholsa, niż występ na tym krążku Michaela Blake’a, jednak nić sympatii do muzyka, który podziela moje zdanie na temat zupełnie niesłusznie zapomnianego dorobku wielkiego hard-bopowego pianisty pozostaje. Z Samuelem Blaserem – również członkiem formacji „Made In China” Michaela Blake’a łączą wspólne nagrania z lat ubiegłych – choćby „One From None” wytwórni Fresh Sound.

Puzonista Samuel Blaser imponuje mi różnorodnością i ilością przeróżnych wystąpień muzycznych, które w jakiś cudowny sposób potrafi zamienić na niezwykłe spektakle, niezależnie od grona otaczających go muzyków. To doprawdy zapracowany muzyk, chwytający się przeróżnych możliwości pojawienia się na scenie. W jego przypadku ilość nie oznacza żadnych kompromisów jakościowych. Dodatkowo potrafi, i za to podziwiam go najbardziej, grać koncerty solowe, co dla żadnego instrumentalisty nie jest łatwe. Byłem kiedyś świadkiem takiego wystąpienia i z pewnością będę ten koncert długo pamiętał… Wśród puzonistów nie jest to rewolucja, bowiem pionierem był zdaje się Albert Mangelsdorf – jedna z największych gwiazd jazzowego puzonu, przynajmniej w Europie. Moim ulubionym albumem Samuela Blasera pozostanie chyba jednak na długo nagranie z Paulem Motianem („Consort In Motion”), choć solowy album „Solo Bone” z pewnością wart jest uwagi, choć moim zdaniem nie oddaje w całości dynamiki solowych koncertów, jakie dawał kiedyś Samuel Blaser.

Z trzecim członkiem zespołu – perkusistą Michaelem Sarinem spotkałem się na płycie „Made In China” po raz pierwszy. Z pewnością jest muzykiem doświadczonym, co słychać, z pewnością również spędził sporo lat w Nowym Jorku grając we współczesnych – czyli dość awangardowych składach. Zna się na swojej robocie. Dla mnie album „Made In China” będzie przyczynkiem do tego, żeby pogrzebać w katalogach niszowych jazzowych wydawnictw w poszukiwaniu kolejnych płyt z jego udziałem.

Nad muzyką zespołu, w szczególności nad kompozycjami Michaela Blake’a unosi się duch Ornette Colemana. Nietypowy skład instrumentalny (saksofon, puzon i perkusja) sprzyja brzmieniowym eksperymentom, jednak muzycy zespołu tym razem postanowili zbytnio nie eksperymentować.

Zaskakujące jest umieszczenie w programie albumu kompozycji Louisa Moholo, południowoafrykańskiego perkusisty „You Ain't Gonna Know Me 'Cos You Think You Know Me”, która stała się w wykonaniu muzyków formacji Made In China balladowym przebojem, brzmieniową sygnaturą zespołu, który raczej nie nagra kolejnej płyty. Trochę szkoda, choć tak układają się życiowe ścieżki improwizujących muzyków, którzy ciągle poszukują najlepszego składu, brzmienia i muzycznej formuły albumu doskonałego. Zespół Made In China jest lub był na dobrej drodze do doskonałości, a album „Transmissions” pozostanie tego dowodem.

Made In China
Transmissions
Format: CD
Wytwórnia: ForTune

Numer: 0098 063

03 grudnia 2016

Dr. Lonnie Smith – Evolution

W czasie ostatnich miesięcy ukazało się wiele wybitnych jazzowych nowości. Podsumowując nowe albumy, które trafiły do mojej kolekcji od września ubiegłego roku, muszę jednak zaznaczyć, że nie znalazła się wśród nich żadna płyta fenomenalna, taka, którą znałbym dziś na pamięć i do ktrórej wracałbym niemal codziennie. Te, które otrzymały nasz radiowy tytuł Płyty Tygodnia nie są złe, niektóre są nawet wybitne, ale genialnej wśród nich nie odnalazłem. Postanowiłem więc wyróżnić album, do którego wracam najczęściej. Przy okazji zawiera on muzykę, którą chętnie zabiorę na wakacje, więc mam nadzieję, że i Was do tego namówię.

Dr. Lonnie Smith to jeden z kilku wielkich mistrzów organów Hammonda. Po ponad 45 latach powrócił w wielkim stylu do Blue Note. Jego ostatnie nagrania dla tej wytwórni pochodzą z roku 1970 – to studyjny album „Drives” i wydany w latach dziewięćdziesiątych koncertowy – „Live At Club Mozambique!”.

Przez całą w zasadzie karierę, jeśli nie liczyć początków i współpracy z Blue Note oraz debiutu nagranego dla Columbii Dr. Lonnie Smith nie mógł znaleźć wytwórni, która właściwie zajęłaby się jego niezwykłą muzyką. Ostatnio w akcie desperacji w 2013 roku zebrał fundusze na nagranie wyśmienitej płyty „In The Beginning: Volumes 1 &2” na portalu Kickstarter. Tą płytę, prezentowaną w rubryce Płyta Tygodnia, uznałem za jedną z najważniejszych jazzowych płyt 2013 roku. Nie tylko mnie się podobała, wyszła tak dobrze, że Dr. Lonnie Smithem na powrót zainteresował się wielki przemysł muzyczny w postaci przeżywającej dziś trudne chwile wytwórni Blue Note.

Dziś słynna firma nie jest już jazzową potęgą, jednak należy do koncernu Universal, który jedną decyzją managera średniego szczebla jest w stanie zapewnić światową dystrybucję i marketing nieporównywalny z tym, co mogły zaoferować artyście wytwórnie w rodzaju Pilgrimage, Palmetto, Lester Radio Corporation, czy Charoscuro – te niewiele mówiące nawet wytrawnym kolekcjonerom wytwórnie przez wiele lat wydawały kolejne wyśmienite albumy Dr. Lonnie Smitha.

Kiedy zobaczyłem na okładce „Evolution” nazwisko producenta – Dona Wasa, nie byłem najlepszej myśli. Ot, komercja do kwadratu, próba zbicia kasy przy pomocy wielkiego muzyka, który chce powrócić na salony. Don Was produkował przecież znane albumy The Rolling Stones, Vana Morrisona, Eltona Johna, Boba Dylana i całej masy muzyków country, a jego własny zespół Was (Not Was), delikatnie rzecz ujmując z ambitną muzyką nie miał wiele wspólnego. Czyżby więc to kolejna próba nagrania jazzowych przebojów dla mas słuchaczy? Soulowy groove to przecież coś, co Dr. Lonnie Smith może nagrać przy okazji porannej gimnastyki palców nie wstając z łóżka, z pewnością bowiem ma w domu jakieś stare i wyśmienicie grające organy Hammonda.

Zestaw utworów obejmujący „My Favourite Things” i „Straight No Chaser” oraz gości specjalnych w postaci saksofonisty Joe Lovano i pianisty Roberta Glaspera wyglądał jednak dużo bardziej obiecująco.

Nie wiem co zamierzał Don Was i jakie były oczekiwania managerów Blue Note, którzy nie stronią od popowo – jazzowych produkcji. Wiem jednak, że wyszła z tego płyta wybitna, jeden z najbardziej nowoczesnych albumów zagranych na organach Hammonda, jakie usłyszałem od czasu „Unity” Larry Younga – tak przy okazji to też Blue Note, ale czasy zupełnie inne – rok 1965.

„Evolution” nie nie ewolucją, jest rewolucją w spojrzeniu na organy Hammonda. Dr. Lonnie Smith potrafił pokazać, że można nagrać wyborną jazzową płytę grając na Hammondzie, który niekoniecznie musi zdominować swoją obecnością i brzmieniem muzyczny przekaz. Potrafił zagrać duet z akustycznym fortepianem (Robert Glasper). Potrafił tchnąć nowe życie w „My Favourite Things” i „Straight No Chaser”. Potrafił pogodzić organy Hammonda z elektronicznymi klawiatorami (w „African Suite”). Wielki mistrz, tylko słuchać i podziwiać.

Dr. Lonnie Smith
Evolution
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 602547618986

28 listopada 2016

Deborah Brown Quartet + Sylwester Ostrowski - Kansas City Here I Come

„Kansas City Here I Come” to niezwykła produkcja na mocno zatłoczonym rynku krajowych jazzowych premier. To prawdziwie zwyczajna płyta ze wspaniałą muzyką. Gdyby została nagrana pół wieku temu w Nowym Jorku, Chicago, czy Kansas City, byłaby równie piękna i równie aktualna. Album nie jest żadnym projektem specjalnym, wydanym z okazji, ku czci i na cześć. Nie zawiera specjalnie napisanych wydumanych kompozycji stworzonych dla uczczenia jakiejś historycznej okazji. W zamian za to wypełniony jest prawdziwą, zagraną i zaśpiewaną z pasją jazzową muzyką. To z pozoru garść wykonywanych i nagrywanych setki, a może i tysiące razy jazzowych standardów uzupełnionych o jedną kompozycję Deborah Brown.

Tak jest w istocie, przecież „Cry Me A River”, „Summertime”, czy „My One And Only Love”, to utwory, które prędzej czy później przy jakiejś okazji zaśpiewa każda jazzowa wokalistka. Międzynarodowy zespół akompaniujący wokalistce sprawdza się w swojej roli doskonale, jednak nie ma tu miejsca na pełne fajerwerków instrumentalne popisy muzyków. Najważniejszy jest głos Deborah Brown.

Animatorem i organizatorem nagrania oraz z pewnością niełatwych do zorganizowania i z pewnością sfinansowania koncertów jest szczeciński saksofonista Sylwester Ostrowski. Na płycie zaśpiewał też gościnnie Kevin Mahogany. W kilku utworach zagrała wrocławska orkiestra kameralna Narodowego Forum Muzyki Leopoldinium.

Dlaczego zatem warto kupić kolejną płytę z wybornie zaśpiewanymi jazzowymi standardami? Czy powinniśmy kierować się narodową dumą i podkreślać wieloletnie związki urodzonej w Kansas City wokalistki z Polską, wspominając jej nagrania choćby ze Zbigniewem Namysłowskim? Kolekcjonerskim rarytasem po latach będą z pewnością przepiękne duety z Kevinem Mahogany, który jest światową gwiazdą jazzowych salonów („Teach Me Tonight” i „My One And Only Love”).

Mimo nieco służebnej roli akompaniatorów warto zauważyć kilka całkiem ciekawych momentów w wykonaniu Sylwestra Ostrowskiego oraz docenić powściągliwość orkiestry. Nie przepadam za rozpoczynaniem każdego wokalnego standardu rozbudowanym przedstawieniem melodii przez smyczkowy zespół, nie tylko dlatego, że znam te melodie od lat, ale również dlatego, że najczęściej zaproszenie do studia dużej orkiestry sprawia, że cała produkcja staje się zbyt perfekcyjna i pozbawiona koniecznej w przypadku nagrywania klasyków bluesowej stylistyki. To zwykle problem aranżacji i sprowadzenia do studia muzyków, którzy z bluesem i swingiem nie mają na co dzień wiele wspólnego. Tak oto łatwo można wpaść w pułapkę w efekcie czego jazzowa płyta staje się produktem muzyki salonowej przeznaczonej dla mitycznego szerokiego grona odbiorców, czyli dla ludzi, którym istnienie muzyki w otaczającej ich rzeczywistości raczej nie przeszkadza.

Doceniam więc powściągliwość w wykorzystaniu wrocławskiej orkiestry i czystość formy nagrań dokonanych bez jej udziału. Nie oznacza to w żadnym wypadku krytyki dźwięków proponowanych przez jedną z najlepszych polskich orkiestr kameralnych. Znam jednak tylko jednego producenta, dla którego więcej ludzi w studiu zawsze oznaczało lepszą muzykę, niestety prędko produkcją się nie zajmie, bowiem opuści więzienie za kilkanaście lat. Tym geniuszem jest oczywiście Phil Spector. W przypadku wszystkich innych realizacji – mniej oznacza zwykle lepiej. Brawa więc dla twórców albumu za to, że oparli się pokusie ozdobienia wszystkich utworów dźwiękami orkiestry Leopoldinium.

Jak już wspomniałem, gwiazda może być tylko jedna, warto jednak wykonać ciekawe ćwiczenie słuchowe i w czasie kolejnego wieczoru spędzonego z tym albumem skupić się na doskonałych parkiach instrumentalnych. Moim zdaniem ten album byłby całkiem ciekawy nawet pozbawiony głosów Deborah Brown i Kevina Mahogany. To wielki komplement dla zespołu towarzyszącego, niezwykłą sztuką jest przyjąć służebną rolę wobec wokalistki i jednocześnie dać tak wiele od siebie.

Deborah Brown Quartet + Sylwester Ostrowski
Kansas City Here I Come
Format: CD
Wytwórnia: Agora

Numer: 9788326824654

27 listopada 2016

Herbie Hancock - The New Standard

Ten album to w zasadzie muzyczny samograj, choć kiedy ukazał się w 1996 roku, czyli dokładnie 20 lat temu, był całkiem sporą sensacją. W dyskografii Herbie Hancocka zajmuje chronologicznie miejsce między zdecydowanie stricte jazzowym albumem „Tribute To Miles” i acid-jazzowym „Dis Is Da Drum” bedącym rodzajem muzycznego rozliczenia z elektrycznym graniem z Rockit Band z lat osiemdziesiątych, a nagranym w duecie przez Herbie Hancocka i Wayne Shortera, bez udziału innych muzyków fenomenalnym i znowu zdecydowanie klasycznie jazzowym „1 + 1” z 1997 roku.

Sensacją nie był zespół towarzyszący pianiście – tu niespodzianek nie było. U boku Herbie Hancocka zagrali muzycy, z którymi grał wcześniej wielokrotnie. 20 lat temu to był zespół marzeń – Michael Brecker, Dave Holland, Jack DeJohnette i Don Alias. Dodatkowo w kilku utworach zagrała rozszerzona sekcja instrumentów dętych i smyczkowych. Taki zespół mógł zagrać wszystko, dowolny jazzowy repertuar. W ten sposób mogli nagrać płytę jakich wiele, doskonałą, a jednocześnie bardzo podobną do dziesiątek, a może i setek innych albumów zawierających perfekcyjne interpretacje jazzowych standardów z fantastycznymi solówkami wszystkich muzyków. Ten zespół nie miał słabych punktów. Herbie Hancock, muzyk, który w swojej bogatej karierze spróbował właściwie wszystkiego, może za wyjątkiem muzyki operowej (chyba, że coś przegapiłem…), postanowił jednak zrobić coś nietypowego. Zostawił na chwilę innym zajmowanie się kolejnymi interpretacjami jazzowych przebojów i postanowił udowodnić, że tak jak kiedyś popularne piosenki z niekoniecznie najlepszej klasy amerykańskich przedstawień teatralnych i filmów stawały się wielkimi przebojami w rękach jazzmanów, tak w każdym czasie utalentowani muzycy mogą posłużyć się aktualnymi popowymi przebojami i przerobić je na fantastyczne jazzowe melodie. Oczywiście nie da się tego zrobić z dowolną kompozycją, ale nawet wśród banalnych piosenek daje się znaleźć jazzowe klasyki.

W efekcie powstał album o jakże adekwatnym tytule – „The New Standard” – nowe standardy. Nie wszystkie utwory są tu całkiem współczesne, ale również część melodii z Broadwayu czekała czasem kilkanaście lat na swoje drugie życie. Muzyka na tym albumie broni się sama, warto jednak przypomnieć rodowód tworzących tą płytę kompozycji.

„New York Minute” to kompozycja Dona Henleya, perkusisty grupy The Eagles z wydanej w roku 1989 płyty „The End Of The Innocence”. Don Henley raczej nie zrobił wielkiej światowej kariery. Takowej nie da się zrobić za pomocą muzyki, którą nagrywał w latach osiemdziesiątych. The Eagles zaliczył już cały szereg powrotów na scenę, jednak kiedy grono ich fanów z lat siedemdziesiątych przestanie przychodzić na koncerty, z pewnością kolejnego powrotu nie będzie…

„Mercy Street” to zdecydowanie bardziej znana i ciekawsza w oryginale kompozycja Petera Gabriela z genialnej płyty „So” z 1986 roku. Herbie Hancock wprowadził ją na jazzowe salony. Muzycy jazzowi sięgają chętnie po kompozycje Petera Gabriela, a „Mercy Street” usłyszycie choćby na jednej z płyt Ala Di Meoli. Ja jednak wolę wersję Herbie Hancocka ze świetnym duetem fortepiano i saksofonu uzupełnionym wybornym rytmem Dona Aliasa.

„Norwegian Wood” to jeden z najczęściej pojawiających się w jazzowych okolicznościach utworów skomponowanych przez Johna Lennona i Paula McCartneya. Kompozycja miała swoją premierę na płycie „Rubber Soul”. Z jazzowych wykonań tego utworu, zarówno instrumentalnych, jak i tych z tekstem można złożyć całkiem niezły album. Do najbardziej znanych należą wykonania Gary Burtona, Acker Bilka, Budy Richa, Gary Burtona, orkiestry Counta Basie, Iiro Rantali i Victora Lemonte Wootena. Większość z nich została nagrana wcześniej niż album „The New Standard”, więc akurat ten utwór nie jest muzycznym odkryciem Herbie Hancocka. Jeśli szukacie wersji z tekstem, jedną z najlepszych nagrała Grażyna Auguścik na płycie „The Beatles Nova”.

„When Can I See You” to znaleziona przez Herbie Hancocka, nagrodzona nagrodą Grammy w 1994 roku kompozycja muzyka znanego jako Babyface. Oryginał to zupełnie nie są moje klimaty, więc pozostaję z wersją Herbie Hancock i jego zespołu.

„You've Got It Bad, Girl” pochodzi z absolutnie genialnego albumu Stevie Wondera „Talking Book” z 1972 roku. Na tej płycie w zasadzie nie została zauważona, jednak w blasku „You Are The Sunshine Of My Life”, „Superstition” i „You And I” łatwo zgubić pozostałe utwory. Do jazzowej postaci doprowadził ten utwór sam Quincy Jones już rok po wydaniu „Talking Book” nadając swojej płycie tytuł „You've Got It Bad, Girl”. Tam w chórkach śpiewają Bill Withers, Billy Preston i Stevie Wonder – chórek marzenie. Od lat szukam pretekstu, żeby przemycić „Talking Book” do Kanonu Jazzu. Wersja Herbie Hancocka daje okazję do wykazania się wirtuozerską solówką Jackowi DeJohnette. Chciałbym kiedyś zapytać Stevie Wondera, co myśli o takim potraktowaniu jego kompozycji.

„Love Is Stronger Than Pride” był jednym z największych światowych przebojów muzyki po w 1988 roku w wykonaniu Sade. Mało kto wyobrażał sobie, że może istnieć bez tekstu. A jednak udało się. W rolach głównych Michael Brecker i John Scofield.

„Scarborough Fair” to najstarsza kompozycja na płycie – w 1966 roku nieco zmieniając tradycyjny tekst i melodię Paul Simon umieścił ją na płycie niezwykle wtedy popularnego duetu Simon & Garfunkel – „Parsley, Sage, Rosemary and Thyme”. Korzenie melodii i tekstu sięgają średniowiecznej Anglii. Herbie Hancock nie całkiem słusznie przypisał jej autorstwo duetowi Paul Simon i Art Garfunkel. O płycie „Parsley, Sage, Rosemary and Thyme” nikt dziś nie pamięta. Paul Simon zrobił w muzyce wiele, a niektórzy uważają, że jego najlepszym posunięciem było rozstanie się z Artem Garfunkelem. Wielu pamięta „The Sound Of Silence”, dzięki Herbie Hancockowi „Scarborough Fair” zyskała nowe życie.

„Thieves In The Temple” to po prostu Prince w najlepszej postaci. Premiera tej kompozycji miała miejsce w 1990 roku – wtedy ukazał się album „Graffiti Bridge”, będący ścieżką dźwiękową do filmu o tym samym tytule. Jako że Prince był geniuszem muzycznym i dość przeciętnym aktorem, dziś album sprzedaje się ciągle wyśmienicie, a o kolejnych wydaniach filmu jakoś trudno usłyszeć.

„All Apologies” to kompozycja Kurta Cobhaina z albumu Nirvany „In Utero”. Osobiście fenomenu Nirvany nie rozumiem, a największym jazzowym orędownikiem ich kompozycji pozostaje chyba niezmiennie Brad Mehldau. Pewnie na Nirvanę byłe za stary, wolę Police i Pink Floyd.

„Manhattan (Island Of Lights And Love)” jest prawdopodobnie klasycznym wypełniaczem, kompozycją Herbie Hancocka łamiącą konwencję konstrukcji repertuaru albumu „The New Standard”. Nie znam żadnego innego nagrania tego utworu.

Album zamyka jedna z najbardziej jazzowych kompozycji umieszczonych na tym krążku - „Your Gold Teeth II”. To utwór pochodzący z wydanej w 1975 roku płyty „Katy Lied” zespołu Steely Dan. Na tej płycie debiutował w roli wokalisty Michael McDonald, który później śpiewał między innymi duety z Chaką Khan i Arethą Franklin. Debiut zaliczył również Jeff Porcaro, perkusista związany przez większość muzycznej kariery z grupą Toto, który jednak nie stronił od jazzowego grania. Usłyszycie go na płytach Ala Jarreau, Arethy Franklin i George’a Bensona. Z Herbie Hancockiem grał na „Lite Me Up”. Nagrał też wielkie przeboje z Michaelem Jacksonem, Pink Floyd, Dire Straits, Eltonem Johnem, Madonną i w zasadzie wszystkimi największymi gwiazdami poprzedniego stulecia. Ale jego pierwszą pracą było nagranie „Your Gold Teeth II” z zespołem Steely Dan. Miał wtedy 20 lat. Po raz pierwszy na płycie Steely Dan pojawił się też przy tej okazji Larry Carlton, wtedy już uznany jazzowy gitarzysta, który wkrótce miał skierować zespół na nieco bardziej jazzowe drogi, co doprowadziło do nagrania przebojowego albumu „Aja”, ale to już zupełnie inna historia.

Herbie Hancock
The New Standard
Format: CD
Wytwórnia: Verve / Polygram
Numer: 731452771520

23 listopada 2016

Kenny Burrell with Art Blakey – On View At The Five Spot Cafe

Nowojorski klub Five Spot to miejsce dla jazzu absolutnie kultowe. Nie ma może takiej sławy jak Blue Note, za to odwiedzane było zawsze przez prawdziwych fanów, nie znajdując się na trasie muzycznych wycieczek przygodnych turystów odwiedzających Nowy Jork. Klub Five Spot, którego krótki biznesowy i jazzowy żywot przypadał na absolutnie genialny dla jazzu schyłek lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku zadebiutował występami mało wtedy jeszcze znanego w nowojorskim światku Cecila Taylora z zespołem, w którego składzie znalazł się wtedy absolutnie nieznany, nie mający na swoim koncie żadnego solowego nagrania saksofonista – Steve Lackritz, znany później pod artystycznym pseudonimem – Steve Lacy.

Cecil Taylor grał w Five Spot Cafe na przełomie 1956 i 1957 roku. Niestety nikt tych występów nie nagrywał. Latem 1957 roku Thelonious Monk odzyskawszy według wielu niesłusznie zabraną mu tak zwaną kartę kabaretową, bez której nie można było legalnie występować w Nowym Jorku, wprowadził się do Five Spot Cafe. Występował tam niemal bez przerwy przez pół roku, kilka razy w tygodniu zapełniając skromną widownię swoimi fanami. Najczęściej, zwykle spóźniony na scenie pojawiał się również John Coltrane. W 1958 roku ukazały się dwie płyty koncertowe Theloniousa Monka nagrane latem w Five Spot Cafe, jednak w 1958 roku Coltrane już nie grał w zespole, zastąpił go Johnny Griffin. Przez ponad 30 lat jedną z powtarzanych często jazzowych legend była historia o istnieniu nagrań Theloniousa Monka z Johnem Coltrane’em z Five Spot Cafe, dokonanych przez Naimę Coltrane. W 1993 roku okazało się, że legenda była prawdziwa. Jakość techniczna nagrań pozostawia wiele do życzenia, jednak ich wartość historyczna z pewnością uzasadniała ich wydanie.

W Five Spot Cafe swoje płyty nagrali również między innymi Jimmy Giuffre, Eric Dolphy, Charles McPherson, Phil Woods i Pepper Adams. Skromne wejście do klubu na okładce umieścił George Russell, który również tam zarejestrował swój album „George Russell Sextet At The Five Spot”.

Wśród gwiazd jazzu lat pięćdziesiątych, którzy grywali w Five Spot Cafe był również Kenny Burrell, którego album „On View At The Five Spot Cafe” został zarejestrowany latem magicznego jazzowego roku 1959. Na scenie kameralnego klubu dającego wolność artystyczną muzykom i zapewniającego znającą się na muzyce publiczność, która przychodziła najpierw posłuchać muzyki, a potem się napić (kolejność niekoniecznie oczywista w wielu jazzowych miejscach w tamtych latach), spotkały się same wielkie nazwiska – liderowi towarzyszyli Art Blakey i Ben Tucker, na saksofonie w kilku utworach zagrał jeden z najbardziej niedocenianych muzyków tamtych czasów – Tina Brooks, a klubowy, całkiem niezły fortepian obsługiwali na zmianę Roland Hanna i Bobby Timmons – kolejne niedoceniane należycie osobowości tamtych lat. Dziwić może obecność w tym zespole Arta Blakey’a, który w owym czasie prowadził własny zespół, w którym nie grał Kenny Burrell. Fani zgromadzeni w Five Spot Cafe nie wiedzieli przypuszczalnie wtedy o ich wspólnych nagraniach studyjnych z 1956 i 1968 roku, która została wydana dopiero w 1980 roku w postaci albumu „Swingin’”, na którym premierę miały również nowo odzyskane z archiwów nagrania z Five Spot Cafe, które dziś są (co jest absolutnie logiczne) bonusami do nowych wydań „At The Five Spot Cafe”.

Jeden z krytyków napisał, że solo Kenny Burrella w „Lover Man” jest jednym z najdoskonalszych gitarowych solówek wszechczasów. Może to przesada, nawet z perspektywy 1959 roku, ale z pewnością album uchwycił Kenny Burrella w wysokiej formie.

Kenny Burrell with Art Blakey
On View At The Five Spot Cafe
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 077774653824