04 grudnia 2018

Bootsy Collins – World Wide Funk

Dla fanów Bootsy Collinsa „World Wide Funk” nie będzie zaskoczeniem. Najnowszy album króla szaleńczego funku jest tym, czego się spodziewają. Najnowsze dzieło szalonego muzyka utrzymuje wysoki poziom wyznaczony przez niego samego dekady temu. Nieustająca impreza w studiu – chyba nie mogło być inaczej. Nagrania posklejane z małych skrawków zarejestrowanych wśród przyjaciół i później starannie wyprodukowanych. Nie biorę pod uwagę możliwości zarejestrowania tych dźwięków na żywo, choć Bootsy Collins grywa koncerty i są one równie szalone, jak jego studyjne nagrania.

Przeczytanie listy ludzi, którzy wzięli udział w rejestracji albumu zajmuje mniej więcej tyle czasu, ile jego wysłuchanie. Część tych artystów jest zupełnie nieznana, pojawiają się jednak również niekwestionowane gwiazdy rapu i nowoczesnej produkcji przebojów dla młodych słuchaczy w rodzaju Snoop Dogga, czy Big Daddy Kane’a, znanych również z innych przebojowych jazzowych produkcji spod znaku Quincy Jonesa. Zresztą recepta na muzykę Bootsy Collinsa jest dość podobna do tej z ostatnich albumów QJ – zaprosić mnóstwo gości, napisać dobre piosenki i posiedzieć trochę nad konsoletą. Tyle tylko, że produkcje Quincy Jonesa są bardziej wyważone, a te w wykonaniu Bootsy Collinsa zupełnie szalone, momentami wręcz radykalne. Dla każdego to, co mu pasuje. Ja sięgam od czasu do czasu po muzykę Bootsy Collinsa, zawiera niesamowitą wręcz dawkę energii.

Tym razem w studiu pojawili się również artyści o dużych jazzowych nazwiskach - Dennis Chambers, Stanley Clarke i Victor Lemonte Wooten. Ich udział jest jednak symboliczny. Utalentowany lider mógłby chyba wszystkie dźwięki zawarte na swojej najnowszej płycie zagrać sam, ale wtedy nie byłoby imprezy i okazji do umieszczenia szacownych nazwisk na specjalnej naklejce dumnie zdobiącej okładkę.

Często można spotkać się z opinią, że w twórczości Bootsy Collinsa więcej jest kiczu i udawania, niż prawdziwej muzyki. Niezwykle barwne stroje, konstruowane na zamówienie instrumenty i sceniczne spektakle to oczywiście nieodzowny element zjawiska kulturowego znanego jako Bootsy Collins. Nie można jednak ignorować szalonej i wymykającej się wszelkim próbom kategoryzacji muzyki tworzonej przy okazji tego szaleństwa. Kiedyś podobnie pisało się w jazzowym światku o sceniczny ekscesach Sun Ra, czy szalenie szerokich muzycznych horyzontach Johna Zorna. Dziś nikt nie kwestionuje ich muzycznych dokonań. Podobnie jest z Bootsy Collinsem, artystą, który na swój sposób szokuje publiczność już od niemal 50 lat, od momentu, kiedy jego pierwszy zespół – The Pacemakers stał się grupą akompaniującą Jamesowi Brownowi.

Czasem żałuję, że w jego autorskich projektach ma mało okazji do wykazania się swoim mistrzostwem gry na gitarze basowej i całkiem niezłym wokalem. Zatłoczone studio nie sprzyja popisom solowym. Taka od lat pozostaje konwencja muzyki Bootsy Collinsa. Dla tych, którzy chcą usłyszeć więcej samego lidera – pozostaje śledzenie jego całkiem licznych gościnnych występów na płytach innych gwiazd, od Keitha Richardsa poprzez Fatboy Slima, na Herbie Hancocku skończywszy.

Album jest również wzruszającym pożegnaniem Bernie Worrella, jednego z najwierniejszych muzycznych towarzyszy Bootsy Collinsa od początku jego muzycznej drogi, człona zespołów Parliament i Funkadelic, współpracującego również długo z Talking Heads. W kompozycji „A Salute To Bernie” wykorzystano fragmenty nagrane przez Worrella krótko przed jego śmiercią w 2016 roku.
„World Wide Funk” ukazał się po niemal 7 latach od ostatniej płyty Bootsy Collinsa – „Tha Funk Capital of the World”. Mam nadzieję, że na kolejny album nie będzie trzeba czekać aż tak długo, bowiem mistrz funku pozostaje w doskonałej dyspozycji i mimo faktu, że jego produkcje wydają się dość powtarzalne i przewidywalne, lubię jego styl i czekam na kolejne nagrania.

Trochę szkoda, że nie udało się lepiej wykorzystać potencjału basistów zgromadzonych do nagrania „Bass-Rigged-System” – po utworze z udziałem Vctora Wootena, Stanleya Clarke’a, Manou Gallo i wschodzącej gwiazdy funku – Alissii Benveniste oraz samego lidera spodziewałem się więcej basu… Jednak album i tak uważam za doskonały.

Bootsy Collins
World Wide Funk
Format: CD
Wytwórnia: Mascot
Numer: 819873014751

03 grudnia 2018

Charles Lloyd Quartet - Charles Lloyd In The Soviet Union

Album został zarejestrowany podczas występu kwartetu Charlesa Lloyda w Tallinnie, mieście wtedy będącym częścią Związku Radzieckiego, choć cieszącym się nieco większą swobodą kulturalną w związku z bliskością Finlandii i sporą odległością od Moskwy. W 1967 roku jazz nie był najbardziej lubianą przez tamtejszą władzę formą rozrywki.

Jednak nie ze względu na nietypowe okoliczności występu płyta zasługuje na uwagę. W owym czasie, objęta praktycznym kulturalnym embargiem publiczność przyjęłaby nawet słaby występ muzyków zza żelaznej kurtyny entuzjastycznie. Sam fakt tego występu był sensacją, nie jedyną, bowiem do Związku Radzieckiego przyjeżdżali okazjonalnie znani amerykańscy muzycy, których trasy koncertowe po wrogich krajach były ówcześnie sponsorowane przez amerykański Departament Stanu. W ramach takich tras między innymi w samej Moskwie wystąpiła orkiestra Dizzy Gillespiego. Wkrótce po słynnym koncercie grupy Charlesa Lloyda w Tallinnie, w Moskwie pojawił się Gerry Mulligan i jakimś cudem udało mu się zagrać kilka skromnych koncertów z radzieckimi muzykami. Do Związku Radzieckiego, podobnie jak do Polski docierały audycje Willisa Conovera. Zainteresowanym tematem polecam wyśmienite opracowanie Lisy E. Davenport „Jazz Diplomacy”.

Festiwal w Tallinnie, tym za żelazną kurtyną odbył się w zasadzie jedynie w 1966 i 1967 roku. Wtedy na tej samej scenie co Charles Lloyd wystąpił również Zbigniew Namysłowski z Adamem Makowiczem. Później już władza nie pozwoliła na kontynuowanie imprezy.

Niezależnie od okoliczności występu, zespół działający w składzie: Charles Lloyd, Keith Jarrett, Ron McClure i Jack DeJohnette nie mógł być słaby, nawet jeśli Keith Jarrett miał jeszcze całą swoją wielką karierę przed sobą. W 1967 roku – kiedy zarejestrowano album „Charles Lloyd In The Soviet Union”, Keith Jarrett wydał swoją debiutancką płytę „Life Between the Exit Signs”, na którą też pewnie przyjdzie czas w Kanonie Jazzu. W końcówce lat sześćdziesiątych kwartet Charlesa Lloyda był niezwykle aktywny. W samym tylko 1966 roku ukazały się 4 albumy tej formacji, podobnie w 1967 roku. Jedna z tych płyt – „Journey Within”, całkiem niedawno pojawiła się w naszym radiowym Kanonie Jazzu.

Zespół w tym czasie dużo koncertował i muzycy byli w wyśmienitej formie. Charles Lloyd potrafił z sukcesem porzucić etykietę naśladowcy Johna Coltrane’a, którą wówczas obdarzano właściwie każdego eksperymentującego tenorzystę. Coraz częściej sięgał również po flet, który przestał być w jego rękach jedynie brzmieniową ciekawostką.

„Charles Lloyd In The Soviet Union” do doskonała koncertowa rejestracja – dokument, pozwalający powrócić nam dziś do 1967 roku, kiedy obok zespołów Cannonballa Adderleya i Milesa Davisa, kwartet Charlesa Lloyda był jednym z najbardziej twórczych i jednocześnie najmniej komercyjnych jazzowych formacji swoich czasów. Miles miał właśnie nagrać „Miles In The Sky”, Cannonball miał na swoim koncie „Mercy, Mercy, Mercy”, a Charles Lloyd w towarzystwie dobrze się zapowiadającego pianisty – Keitha Jarretta robił swoje stojąc na straży jazzowego mainstreamu z odrobiną improwizacyjnego szaleństwa. Warto zauważyć, że we wszystkich 3 formacjach pierwsze kroki stawiali pianiści, którzy mieli już kilka lat później przejąć od swoich liderów rolę wyznaczających nowe jazzowe kierunki – u Cannonballa – Joe Zawinul, u Milesa sięgający po elektronikę Herbie Hancock, a u Charlesa Lloyda – Keith Jarrett.

Charles Lloyd Quartet
Charles Lloyd In The Soviet Union
Format: CD
Wytwórnia: Rhino / Atlantic / Warner
Numer: WPCR-27265

02 grudnia 2018

Dr. Lonnie Smith - All In My Mind

„Evolution” – poprzedni album Dr. Lonnie Smitha, był niezwykle udanym powrotem tego muzyka do wytwórni Blue Note. Wtedy w nagraniu uczestniczyli goście specjalni – Joe Lovano i Robert Glasper. Tym razem dużych nazwisk zabrakło, liderowi towarzyszył jego stały zespół, a album zarejestrowana na jednym z koncertów. W efekcie powstała nowoczesna płyta, będąca zapisem bieżącej wyśmienitej formy artystycznej 75-letniego Dr. Lonnie Smitha.

Czasy świetności zespołów opartych o organy Hammonda i gitarę przypadały na końcówkę lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, jednak wymyślona wtedy formuła melodyjnego grania przebojów znanych koncertowej publiczności jest ponadczasowa i aktualna do dziś. Album taki jak „All In My Mind” mógłby powstać równie dobrze ćwierć wieku temu. Współcześnie brzmienie klasycznego Hammonda można uzupełnić o inne instrumenty klawiszowe, z czego jednak, Dr. Lonnie Smith korzysta dość sporadycznie. Ten umiar w wykorzystaniu elektroniki jest doskonałą decyzją, pozwala wzbogacić brzmienie, ale zespół dalej porusza się w ramach sprawdzonej formuły. Uważam, że owych dodatkowych instrumentów nie powinno być więcej. Nowoczesną elektronikę warto zostawić innym.

Brzmieniową zagadką tego albumu jest dla mnie intro do „Alhambry”. Nie podejrzewam Dr. Lonnie Smitha użycie wcześniej przygotowanego fragmentu zagranego przez kogoś na trąbce, to raczej jakieś dobrze wykorzystane możliwości syntezatora pozwoliły na chwilę wyczarować trąbkę z tłumikiem w stylu Milesa Davisa z okresu nagrań dla Prestige.

To właśnie „Alhambra” – utwór skomponowany przez lidera jest tym utworem, dla którego będę często wracał do tego albumu – pierwszej istotnej wydanej w 2018 roku jazzowej płyty, firmowanej przez wielką kiedyś jazzową wytwórnię i wyprodukowanego przez Dona Wasa, producenta z dużym dorobkiem, mającego jednak „na sumieniu” sporo prostych, banalnych i komercyjnych produkcji. Jego współpraca z Dr. Lonnie Smithem nie stanowi jednak próby uczynienia z tego doskonałego muzyka dostawcy przebojów dla poszukującej nowej tożsamości legendarnej wytwórni. „All In My Mind” to jazzowy klasyk, podobnie jak poprzedni album muzyka wyprodukowany przez Dona Wasa – „Evolution”.

Zestaw utworów jest typowy dla koncertowego repertuaru zespołów działających w podobnym składzie. Zapewnia wyeksponowanie brzmienia organów, okazję do zagrania chwytliwych melodii na gitarze i przestrzeń dla solówek dla wszystkich. Dodatkowy gościnny udział drugiego perkusisty (Joe Dyson) i wokalistki (Alicii Olatuja) urozmaica program występu. Zestawienie nowych utworów własnych („Alhambra”) ze sprawdzonymi klasykami – utwór tytułowy pojawił się po raz pierwszy na płycie „Funk Reaction” w 1977 roku uzupełniają klasyki jazzowe – „Juju” Wayne Shortera i „On a Misty Night” Tadda Damerona, a także zaskakujące covery zaczerpnięte z muzyki popularnej – „50 Ways to Leave Your Lover” Paula Simona.

Występami w nowojorskim Jazz Standard Dr. Lonnie Smith świętował swoje 75 urodziny. W takiej formule można nagrywać co chwilę nowy album, an przykład z okazji każdych kolejnych urodzin, a ja po każdy z nich ustawię się w kolejce. „All In My Mind” nie jest płytą historycznie ważną, przełomową ani zaskakującą. Jest tylko i aż doskonałą jazzową płytą, w szczególności wartą polecenia tym, którzy tak jak ja uwielbiają brzmienie klasycznych organów Hammonda.

Dr. Lonnie Smith
All In My Mind
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 00602567218722

01 grudnia 2018

Pat Martino - Baiyina (The Clear Evidence)

Pat Martino – mój ulubiony gitarzysta. Nie opisałem jeszcze wszystkich jego płyt. Nie wszystkie jeszcze znalazły się w Kanonie Jazzu. Pora więc na kolejny odcinek jego dyskografii. „Baiyina” to czwarta z wydanych, a piąta z nagranych autorskich płyt gitarzysty. Album powstał w 1968 roku, u szczytu pierwszej fascynacji autora kulturą wschodu. Album został zarejestrowany w niespełna pół roku po nagraniu „East!”. Album znam niemal na pamięć, od wielu lat właściwie nie ma tygodnia, w którym w moim odtwarzaczu CD, lub gramofonie przynajmniej na chwilę nie ląduje któraś z płyt Pata Martino.

Wróćmy jednak do albumu „Baiyina (The Clear Evidence)”. Do standardowego dla lidera zestawu instrumentów jazzowych – choć tym razem z basem zamiast organów Hammonda dochodzi dwu muzyków grających na instrumentach dalekowschodnich – Balakrishna i Reggie Fergusson. Związek z muzyką wschodu sugerują nie tylko egzotyczne instrumenty, ale również nietypowe podziały rytmiczne. Dla Pata Martino podziały w rodzaju 10/9, 7/4 czy 9/4 to nic szczególnego. O inspiracji Koranem można przeczytać w słowie wstępnym do albumu.

Na płycie pojawia się też Bobby Rose – gitarzysta, z którym w początkowym okresie kariery często grywał Pat Martino, a którego postać przypomniał niedawno Pat Martino albumem „Alone Together with Bobby Rose” wydobywając z archiwów trochę starych nagrań.

Pat Martino nie ukrywał inspiracji Koranem – dziś to niezbyt popularny w USA pomysł, pod koniec lat sześćdziesiątych muzycy jazzowi często przechodzili na Islam… Z perspektywy czasu zdaje się, że dla części z nich to było jedynie poszukiwanie czegoś oryginalnego, chęć wyróżnienia się z tłumu, a nie rzeczywiste zainteresowanie odmiennym systemem religijnym. Dla Pata Martino Islam był źródłem inspiracji muzycznej, raczej filozofią, niż religią, systemem wartości a nie modlitewną aktywnością.

„Baiyina” to muzyka ekscytująca, inspirująca i zaskakująco nietypowa biorąc pod uwagę czas i miejsce powstania a także fakt, że za chwilę cały jazzowy świat miał obrócić się – łącznie z Patem Martino (Joylous Lake) w stronę elektrycznego fusion. Znajdziecie w tej muzyce odrobinę egzotycznego orientu, trochę psychodelii i hipisowskiego luzu, a jednocześnie niezwykle staranne podejście do kompozycji, co zawsze cechowało i cechuje do dziś niezwykle uporządkowanego, szczęśliwego i spokojnego na wschodni właśnie sposób Pata Martino. To muzyka wymykająca się wszelakim klasyfikacjom, a takie płyty potrafią nagrywać jedynie najwięksi…

Pat Martino
Baiyina (The Clear Evidence)
Format: CD
Wytwórnia: Prestige / Fantasy
Numer: 025218635523

30 listopada 2018

Janczarski & McCraven Quintet - Liberator

Poprzedni album nagrany przez kwintet Borysa Janczarskiego i Stephena McCreavena – wydana w 2015 roku płyta „Travelling East West” nie zrobił na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Odnotowałem w swoim dzienniku kolejne pojawienie się niezwykle utalentowanej i równie skutecznie ukrywającej się przed mediami pianistki – Joanny Gajdy, którą pamiętałem sprzed paru lat z jej własnego albumu „Heaven Earth Earth Heaven”, na którym również pojawił się Borys Janczarski.

Formację działającą w tym składzie, jak wiele tego rodzaju zespołów, uznałem w 2015 roku za skład, który nigdy się nie powtórzy i który powstał dla nagrania jednego albumu. Od tego czasu nigdy nie trafiłem na koncert zespołu, nie miałem również świadomości, że muzycy kontynuują współpracę.

Album „Liberator” stanowi materialny dowód działania zespołu i jego twórczego rozwoju. Do ich poprzedniego albumu w ciągu ostatnich kilku lat nigdy nie powróciłem, uznając go za poprawny, ale niekoniecznie wart większej uwagi. „Liberator”, nagrany po 3 latach od powstania ich pierwszego albumu to już zupełnie inna liga. Zespół dojrzał, materiał nagrany w studiu kilka lat temu na koncercie wypada zdecydowanie lepiej.

Nadal gwiazdą zespołu pozostaje absolutnie zjawiskowa Joanna Gajda, która gdyby urodziła się w Stanach, już dziś byłaby wielką światową gwiazdą. „Liberator” to jedna z najbardziej amerykańskich płyt nagranych w Polsce, jaką słyszałem. Ten album jest światową produkcją, która powinna być kandydatem do wszelkich jazzowych nagród. Niestety pewnie nie będzie, bo nikt poza Polską o istnieniu niezwykłego zespołu odpowiedzialnego za nagranie tego albumu się nie dowie. Strata tych, którzy nie wiedzą.

Dojrzałość i pewność własnych pomysłów to cecha nie tylko Joanny Gajdy. Dotyczy to również duetu Rasula Siddika i Borysa Janczarskiego, których wspólna gra przypomina największych trębaczy i saksofonistów wszechczasów.

Zespół tworzy oparte na najlepszych światowych wzorcach jazzowe kompozycje, nawiązując zarówno do hard-bopowych klasyków, jak i przebojowych melodii z czasów, kiedy jazz był muzyką rozrywkową. Dziś niewiele osób kupuje płyty słuchając ich fragmentów w sklepie, jednak gdyby tak było i jeśli nie przepadacie za free-jazzowymi improwizacjami – nie zaczynajcie przygody z „Liberatorem” od pierwszego utworu na krążku, ten jest najtrudniejszy, dalej jest moim zdaniem ciekawiej i bardziej przebojowo.

Kiedy powstała pierwsza płyta zespołu, nie czekałem na kolejną, dziś mam pewność, że zrobię wiele, żeby kolejnej nie przegapić i żeby usłyszeć zespół na żywo.

Janczarski & McCraven Quintet
Liberator
Format: CD
Wytwórnia: ForTune Productions
Numer: ForTune 0132 085