15 stycznia 2021

Moja płyta 2020 roku - Błoto – Erozje

W 2020 roku działo się w muzyce sporo, choć oczywiście to co działo się z całym światem miało wpływ na wydarzenia muzyczne, premiery, nowe nagrania, brak koncertów, a przede wszystkim nastrój wszystkich, w tym muzyków, który słychać na tych krążkach, które powstały już w czasie pandemii. Trudno jednak uznać ten rok za nieciekawy, choć większość z nas chciałaby o nim zapomnieć. Kiedy po raz pierwszy, wiosną ustała wszelka działalność koncertowa, skupiliśmy się w RadioJAZZ.FM na polskiej muzyce poszukując możliwości pomocy tym, którzy nie mogli spotkać się z publicznością na żywo. Przez kilka miesięcy wybierałem jedynie polskie płyty tygodnia. Od początku obawiałem się tej decyzji, przewidując, że nowości i tak nie będzie zbyt wiele. Pomyliłem się i to bardzo. Działalność wydawnicza zwolniła jedynie trochę i mam wrażenie, że najbardziej u tych, którzy i tak już nic nie muszą, ale ciągle mogą, czyli u gwiazd światowego formatu, dla których wydanie nowego albumu jest częścią większego przedsięwzięcia zaplanowanego wokół światowej trasy koncertowej, lub przynajmniej wyjazdu na europejskie letnie wakacje na kilkanaście koncertów plenerowych na licznych jazzowych festiwalach. Polska scena artystycznie rok 2020 zniosła świetnie, choć wiem, że z pewnością w kieszeniach wielu muzyków nie ma już wielu zapasów.

Z licznej grupy polskich płyt wydanych w 2020 roku zapamiętam z pewnością albumy Marcina Wasilewskiego, Dominika Wani, Kuby Stankiewicza, Kasi Pietrzko, Dariusza Oleszkiewicza, Jacka Niedzieli, Marka Napiórkowskiego i Artura Lesickiego, Joachima Mencla i innych, a także kilka wyśmienitych i zaskakujących reedycji nagrań z archiwów (jak choćby „1999 Harmolodic Odyssey”). Ten rok jednak ma w Polsce tylko jednego zwycięzcę, który bierze wszystko – to formacja EABS i Błoto – dwie edycje tego samego zespołu. Grupa wydała 3 albumy – EABS znakomity „Discipline Of Sun Ra”, a mniejszy skład Błoto – „Erozje” i „Kwiatostan”. Ten ostatni album powstał w czerwcu 2020 roku w dość trudnym epidemicznie okresie. Album „Erozje” powstał w 2018 roku, ale ukazał się już w czasie epidemicznej blokady. To właśnie ten album jest według mnie najlepszym albumem jazzowym 2020 roku, nie tylko w Polsce, ale w moim muzycznym świecie złożonym z około 450, może 500 nowych albumów, których z najwyższą uwagą i w większości z dużą przyjemnością wysłuchałem od pierwszej do ostatniej nuty w 2020 roku. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinienem przyznać mojego prywatnego tytułu Płyty Roku znakomitemu albumowi George’a Bensona „Walking To New Orleans: Remembering Chuck Berry And Fats Domino”. Po raz pierwszy od jakiś 30 lat usłyszałem Bensona śpiewającego z sensem i nie żałowałem, że realizator dał mu mikrofon. Koncert z materiałem złożonym z piosenek Chucka Berry i Fatsa Domino w wykonaniu George’a Bensona miał odbyć się w 8 kwietnia 2020 roku. Ciągle mam bilet na ten koncert, który nie został odwołany, tylko zawieszony. Jeśli odbędzie się, to będzie dla mnie znak, że świat choć trochę wróci do normalności. Jednak Benson zdobył już wiele nagród i ten album choć doskonały, nie jest jego najlepszym, więc pora zrobić miejsce młodszym. Dlatego też wybieram „Erozje” i poniżej przypominam Wam tekst, który napisałem o tym albumie w maju zeszłego, 2020 roku.

Formacja Błoto, to nowe, nieco okrojone wcielenie zespołu znanego jako EABS. Błyskotliwe odczytanie muzycznych idei Krzysztofa Komedy zdobyło w październiku 2017 roku tytuł naszej radiowej płyty tygodnia („Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda)”). Kolejna produkcja zespołu, jak dla mnie wyróżniła się jedynie jednym z najobszerniejszych tekstów dołączonych do jednego krążka CD, jakie w życiu widziałem. Muzyka mnie nie przekonała. Zanotowałem sobie, że to jakieś przekombinowane, To było we wrześniu ubiegłego roku. Przy okazji najnowszego albumu muzyków EABS – „Erozje” wróciłem do „Slavic Spirit” i dalej nie udało mi się rozwiązać zagadki tego albumu. Być może zmniejszenie składu zmieniło muzykę w stronę dla mnie korzystną – bardziej spontaniczną i improwizowaną. Nie zamierzam przekonywać Was, że „Slavic Spirit” nie jest albumem wartym uwagi. Sprawdźcie sami. Za to „Erozje” zdecydowanie mogę Wam polecić.

Album przygotowała czwórka muzyków zespołu EABS - Marek Pędziwiatr, Paweł Stachowiak, Olaf Węgier i Marcin Rak. Według krótkiego oświadczenia muzyków na ekologicznej okładce, cały materiał został wymyślony w czasie jednej wieczornej sesji nagraniowej. Jeśli tak istotnie było, to może muzycy powinni spotykać się w takich swobodnie improwizowanych i spontanicznych okolicznościach częściej, bo wyszło wyśmienicie.

„Erozje” to nowoczesna muzyczna magma, w której jazzowe tradycje zlewają się z psychodelią i transowymi rytmami rodem z zupełnie innej muzycznej bajki. Być może album okaże się zbyt nowoczesny dla fanów jazzowo mainstreamu, jednak jego spontaniczność, świeżość i otwarte podejście do kompozycji pozwala postawić go na półce z najlepszymi jazzowymi albumami ostatnich lat. Nie ma przecież niczego złego w twórczym przetwarzaniu otaczającej nas muzycznej rzeczywistości. W czasach największej świetności jazzu muzycy sięgali po proste melodii pisane dla rozrywkowego teatru i kina. Dziś wiele z nich nazywamy jazzowymi standardami. Muzycy formacji Błoto / EABS w podobny sposób przetwarzają dzisiejsze modne rytmy hip-hopu i transowe melodie. Być może za kolejne pół wieku uznamy, że to jazzowe standardy sprzed lat.

Być może „Bielice” są sygnałem ostatecznej dekompozycji klasycznego swingu, a sklejone razem „Czarnoziemy”, „Bagna” i „Czarne Ziemie” najbardziej ciekawym setem DJskim, jaki udało się spontanicznie stworzyć. Być może alarmujące syreny w „Glinie” sygnalizują ostateczny rozpad dawnej tradycji muzycznej. Każdy słuchacz musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy „Erozje” są świetnym zapisem kreatywnego wieczoru czwórki muzyków, którzy mają za sobą sporo wspólnych koncertów, czy koncepcyjnym albumem symbolizującym rozpad cywilizacji, albo przynajmniej ekologiczną katastrofę. Jeśli ktoś przywiązuje wagę do takich historii, to „Erozje” będą z pewnością niezłą zagadką. Dla mnie to doskonały, nowocześnie brzmiący album, który w najlepszy możliwy sposób łączy współczesne myślenie o jazzowej tradycji z muzyką młodego pokolenia w sposób, który jest atrakcyjny dla wszystkich pokoleń słuchaczy. Nie obraża poczucia estetyki wielbicieli jazzowego maistreamu otwartych na nowoczesność. Jest przebojowy i atrakcyjny, stanowiąc nieco bardziej złożoną harmonicznie i atrakcyjną rytmicznie alternatywę dla miałkiej muzyki klubowej. Jeśli taki klimat będzie możliwy do odtworzenia na koncertach, to z pewnością słuchaczy i fanów na nich muzykom zespołu nie zabraknie.\

Błoto
Erozje
Format: CD
Wytwórnia: Astigmatic
Data pierwszego wydania: 2020
Numer: AR013CD

14 stycznia 2021

South Of The Border – CoverToCover Vol. 107

W swoim pierwotnym brzmieniu, „South Of The Border” to była dość tandetna piosenka z raczej tandetnego filmu „South Of The Border (Down Mexico Way)” z 1939 roku opowiadającego o podróży do Meksyku (Down Mexico Way) w westernowej konwencji. Nie udało mi się dotrzeć do całego filmu, jednak nawet gdyby był dostępny chyba nie jestem gotowy na poświęcenie godziny z kawałkiem na jego obejrzenie. Film reżyserował niejaki George Sherman, a tytułową piosenkę napisali Michael Carr do słów Jimmy Kennedy’ego. Obaj mają na swoim koncie kilka innych piosenek, jednak żadnej z nich nie można uznać za wielki przebój. Jednak ich produkcjom nie można odmówić profesjonalizmu. Sprawnie napisane melodie filmowe często sprawdzały się w jazzowym świecie. Tak też stało się z „South Of The Border”. Zanim jednak utworem zainteresowali się muzycy jazzowi, w filmie zaśpiewał go główny bohater (podróżował na koniu do Meksyku), grany przez gwiazdę przedwojennych westernów Gene’a Autry’ego. W jego wykonaniu utwór nie został przebojem, podobnie jak sam film też wielkiej kariery nie zrobił.

Utwór jednak z czasem stał się klasyczną kowbojską balladą, śpiewaną przez wszystkich popularnych wykonawców w rodzaju Franka Sinatry, Perry’ego Como, Herba Alperta, Mela Torme czy Deana Martina. Kompozycja Michaela Carra sprawdzała się też w repertuarze bardziej młodzieżowych wykonawców. W latach sześćdziesiątych śpiewali ją Fats Domino, Willie Nelson i Sam Cooke. Ja przekornie do audycji wybieram jedną z nielicznych wersji kobiecych zaśpiewaną przez Patsy Cline w 1961 roku. To właśnie Patsy Cline, która w ciągu swojej krótkiej kariery, przed tragiczną śmiercią w wypadku małego samolotu w 1963 roku nagrała trzy albumy, jako pierwsza wkroczyła ze stylistyką country do świata muzyki pop, czyli patrząc na mapę Stanów Zjednoczonych, znalazła odbiorców również w północnych stanach. Jej wersja „South Of The Border” nie była singlowym przebojem, ale płyta „Showcase” narozrabiała trochę, łamiąc tradycyjny podział na wiejskiej country i miastowy pop.

W przypadku „South Of The Border” ważniejsze są jednak nagrania bez tekstu. Pierwszym z tych ważnych, przygotowanych przez znanych muzyków jest nagranie Lou Donaldsona z 1961 roku. Kilka lat później utwór nagrał Wes Montgomery, choć jego nagranie pochodzące z albumu „California Dreaming” nie należy do moich ulubionych, dlatego wybieram dużo nowocześniejszą, współczesną gitarową wersję przygotowaną kilka lat temu przez fińskiego gitarzystę Kalle Kalimę.

Utwór: South Of The Border
Album: Showcase
Wykonawca: Patsy Cline
Wytwórnia: Decca / MCA
Rok: 1961
Numer: 5017261207982
Skład: Patsy Cline – voc, Grady Martin – g, Hank Garland – g, Randy Hughes – g, Walter Haynes – steel g, Ben Keith – steel g, Owen Bradley – org, Suzanne Parker – p, Hargus Pig Robbins – p, Floyd Cramer – p, Bob Moore – b, Buddy Harman – dr, Doug Kirkham – dr, Byron Bach – cello, Brenton Banks – viol, Lillian Hunt – viol, George Binkley III – viol, John Bright – viola, Cecil Brower – viola, The Jordanaires.

Utwór: South Of The Border
Album: Gravy Train
Wykonawca: Lou Donaldson
Wytwórnia: Capitol / EMI
Rok: 1961
Numer: 094639277322
Skład: Lou Donaldson – as, Herman Foster – p, Ben Tucker – b, Dave Bailey – dr, Alec Dorsey – conga.

Utwór: South Of The Border
Album: High Noon
Wykonawca: Kalle Kalima
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2016
Numer: ACT 9596-2
Skład: Kalle Kalima – g, Greg Cohen – b, Max Andrzejewski – dr.

12 stycznia 2021

Dexter Gordon – Go

Kariera Dextera Gordona rozwijała się podobnie jak jego życiowe porażki w walce z nałogami, kiedy z chemią wygrywał, grał genialnie, kiedy miał gorszy okres, to bywało różnie. Początek lat sześćdziesiątych i wszystkie albumy, które w tym czasie nagrał dla Blue Note, a było tego całkiem sporo, to płyty genialne. Do 8 klasycznych albumów z katalogu Blue Note („Doin’ Allright” z 1961 do „The Squirrel” z 1967) dziś możemy jeszcze dorzucić te wydane dwadzieścia lat później przez SteepleChase, a nagrane w tym samym okresie, tych uzbierało się już dwanaście, jeśli coś mi nie umknęło. Do tego trzeba dorzucić jeszcze kilka albumów z tego samego okresu wydane przez Black Lion. Nie tylko było wyśmienicie, ale też obficie.

„Go” to dziś klasyk nad klasyki i jeden z najważniejszych albumów w całej obszernej dyskografii Dextera Gordona, obejmującej wiele jazzowych epok – od pierwszych nagrań z Louisem Armstrongiem z początków lat czterdziestych do tych ostatnich z końcówki lat osiemdziesiątych. Historycy wiele miejsca poświęcają rywalizacji Dextera Gordona z Johnem Coltranem o miano najlepszego tenorzysty lat sześćdziesiątych. Obaj muzycy wielokrotnie podkreślali w owych czasach, że są dla siebie wzajemnie inspirujący. To jednak dwa zupełnie inne światy. Dexter Gordon, zdecydowanie bardziej skupiony na melodii i próbujący pogodzić jazzowe eksperymenty z przebojowymi tematami, Coltrane z nielicznymi wyjątkami dość radykalny i stanowczy w swoich muzycznych pomysłach. Na koncert Gordona młody fan jazzu mógł w tamtych czasach zabrać swoją dziewczynę, która nie słuchała jazzu jakoś zawzięcie. Na koncert Coltrane’a lepiej było pójść w towarzystwie przyjaciół, dla których jazz był całym życiem.

Album Gordona jest niemal książkowym przykładem szybkiej, jednodniowej sesji jakich w owym czasach w studiu Rudy Van Geldera odbywało się wiele, pewnie około 200 albo więcej każdego roku. Ta konkretna miała miejsce 27 sierpnia 1962 roku. Dexter Gordon był w tym czasie raczej wolny od narkotykowego nałogu, za to dla mocno już uzależnionego od heroiny pianisty – Sonny Clarka była to jedna z ostatnich sesji przed śmiercią w styczniu 1963 roku. Skład zespołu, być może grającego w tych dniach w którymś z nowojorskich klubów jest dość zaskakujący w związku z obecnością Butcha Warrena, którego wielu fanów nieco bardziej awangardowego grania może kojarzyć z wcześniejszymi nagraniami z Ornette Colemanem. Ten jednak nie miał zbyt wielu propozycji koncertowych w związku z rewolucyjnym, ale trudnym i kontrowersyjnym podejściem do własnej muzyki, więc Warren grywał również bardziej tradycyjną muzykę z Dexterem Gordonem.

Dwa dni później zespół w tym samym składzie i w tym samym miejscu nagrał równie dobry, choć mniej znany album „A Swingin’ Affair”. Później Gordon wyjechał na wiele lat do Europy i Blue Note wydawał materiał nagrany we Francji, lub zapraszał Gordona na krótkie sesje do Nowego Jorku.

Podobno Dexter Gordon przez całe życie grał to samo, tak przeczytałem w którejś z jazzowych książek. Jest w tym sporo racji, jednak nie każdy musi być rewolucjonistą. Niektórzy mogą robić coś zwyczajnie najlepiej na świecie. Do tej grupy należą Dexter Gordon. W latach czterdziestych był młodym obiecującym muzykiem, później klasykiem bebopu, w kolejnej dekadzie jednym z najważniejszych amerykańskich muzyków na stałe mieszkających w Europie. Kiedy wrócił do USA w latach siedemdziesiątych był najlepszym wyborem dla fanów jazzu, których męczyło elektryczne granie. Później został gwiazdą filmową dzięki „’Round Midnight”. W jego dyskografii, zarówno tej amerykańskiej, jak i europejskiej trudno znaleźć słabe nagrania, jednak nawet w tak wyrównanej stawce, „Go” jest jednym z klasyków.

Dexter Gordon
Go (The Complete Blue Note Sixties Sessions)
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol
Data pierwszego wydania: 1962
Numer: 724383420025

11 stycznia 2021

Tomasz Wendt – Chapter B.

Wykorzystuję ostatnią możliwą szansę w 2020 roku, żeby album Adama Wendta pokazać w cyklu Płyta Tygodnia. Album, który dotarł do mnie całkiem niedawno, ukazał się w 2019 roku, więc już za tydzień miałby rocznikowo 2 lata, przez co byłby zdecydowanie za stary na Płytę Tygodnia. Co nie znaczy, że w przyszłym tygodniu muzyka zapisana na tym krążku straci na wartości. Tak się nie stanie, jednak reguły Płyty Tygodnia mimo tego, że traktuję je dość elastycznie, muszą pozostać określone. Płyta Tygodnia to nowości wydawnicze warte wysłuchania. Dlatego też ostatni tydzień 2020 roku wykorzystuję na album „Chapter B.” i definitywnie kończę rok 2019 w tym cyklu. To wcale nie oznacza, że inne płyty z 2019 roku nie są warte Waszej uwagi. Wśród tysięcy jazzowych płyt, które ukazywały się i ukazują niemal codziennie jest wiele takich, o których istnieniu po prostu nie wiem, na które zabrakło mi pieniędzy a wydawcom pomysłu, żeby podarować mi egzemplarz promocyjny. Nie mam do nikogo żalu, ale na wszystkie dobre płyty nie mam zwyczajnie budżetu, a przede wszystkim czasu. Nie da się z uwagą posłuchać wszystkich dobrych płyt. To zadanie niewykonalne. Jeśli zatem nie znajdziecie w cyklu Płyta Tygodnia swoich ulubionych płyt, nie oznacza to, że ich nie lubię, ale być może zwyczajnie nie znam. Choć w 2020 roku, tak jak w każdym poprzednim trafiłem na albumy, o których istnieniu chciałbym zapomnieć i na pewno do nich nie wrócę, jednak żadną siłą nie wydobędziecie ze mnie nigdy informacji jakie to nagrania. Polecam to co mi się podoba, nigdy nie odradzam tego, co do mnie nie trafia. Tego w zasadzie nie powinno się robić.

Wróćmy jednak do wyśmienitej płyty „Chapter B.”. Przyznam od razu na początku, że gdyby dał mi do posłuchania ten album w ślepym teście, uznałbym, w szczególności, jeśli taki test pominąłby krótki utwór „Opening” otwierający płytę, że to album na którym liderem jest skrzypek. Daję sobie jakieś 60 procent szans, że gdybym miał rozpoznać muzyka, prawidłowo wybrałbym Mateusza Smoczyńskiego. Nie oznacza to, że lider – Tomasz Wendt – gra jakoś słabo, albo za mało. To pewnie wina mojego nastawienia. Jeśli słyszę skrzypce, od razu za nimi podąża moja muzyczna myśl. A Smoczyński gra doskonale.

Ten album to równowaga, znakomite wykorzystanie brzmień syntetycznych w połączeniu z saksofonem i skrzypcami. To niezwykle dojrzałe nagranie. Drugi autorski album Tomasza Wendta, z pewnością nie było łatwo. Doskonale przyjęty debiut – „Behind The Strings” i nieuchronne porównania do utytułowanego ojca Adama Wendta z pewnością nie ułatwiły liderowi zadania.

Nietypowy skład zespołu bez gitary basowej lub kontrabasu pozostawił w przestrzeni muzycznej miejsce na skrzypce, co rozwiązuje zagadkę – słuchając albumu po raz pierwszy pomyślałem, że to mógłby być album Mateusza Smoczyńskiego. Warto również zauważyć, że album wypełniony jest w całości autorskimi kompozycjami lidera, które doskonale sprawdzają się w przyjętej konwencji nowoczesnego europejskiego mainstreamu w ciekawym składzie instrumentalnym kwartetu bez kontrabasu. Tomasz Wendt staje się powoli nie tylko saksofonistą zapraszanym przez wielu nieco bardziej doświadczonych artystów, ale również kompozytorem i liderem własnego składu z precyzyjnie określoną wizją autorskiej muzyki. Biorąc pod uwagę ilość projektów, w których uczestniczą muzycy składu odpowiedzialnego za nagranie albumu, raczej nie spodziewam się dużej ilości koncertów i kolejnych nagrań w podobnym zestawieniu, jednak jeśli takie nastąpią, ja już ustawiam się w kolejce.

Tomasz Wendt
Chapter B.
Format: CD
Wytwórnia: SJ Records
Data pierwszego wydania: 2019
Numer: 5912596066832

10 stycznia 2021

Julian Cannonball Adderley Sextet - Jazz Workshop Revisited

Album „Jazz Workshop Revisited” jest rejestracją koncertów grupy Juliana Cannonballa Adderleya z 22 i 23 września 1962 roku ze znanego również z innych nagrań koncertowych klubu Jazz Workshop w San Francisco. To album jakich wiele, w zasadzie nie wyróżnia się niczym szczególnym w dyskografii Cannonballa. Miejsce w historii jazzu należy mu się w równym stopniu, jak większości albumów Cannonballa z udziałem Zawinula i brata – Nata Adderleya grającego na kornecie. Ten skład był rewelacyjny, a koncertowe rejestracje zwykle są ciekawsze i przenoszą tych, którzy urodzili się za późno, żeby móc cieszyć się takim graniem na żywo, choć na chwilę do czasów, kiedy słynne amerykańskie kluby nie były atrakcją turystyczną, ale miejscem gdzie grało się wybitną muzykę.

Jeśli spojrzeć na jazzową linię czasu, to w 1962 roku styl prezentowany przez zespół Cannonballa można nazwać jazzem środka, a nawet może nieco konserwatywnym i przystępnym graniem skierowanym raczej do szerszej publiczności. Przebojowe melodie, soczyste i pełne instrumentalnej wirtuozerii solówki są przystępne i czerpią obficie z tradycji grania jazzu do tańca, choć w Jazz Workshop raczej nie było miejsca do tańca. Swoje płyty koncertowe nagrali tam między innymi Thelonious Monk, Ahmad Jamal, Kenny Dorham, Charles Mingus i Jack McDuff. To było miejsce z dobra energią i znającą się na dobrej muzyce publicznością.

Dla Juliana Cannonballa Adderleya to był powrót do miejsca, gdzie grał wielokrotnie i gdzie niemal trzy lata wcześniej nagrał doskonale przyjęty album „The Cannonball Adderley Quintet In San Francisco”. Stąd tytuł albumu odnoszący się do poprzedniego nagrania. W zespole od czasu nagrania pierwszego albumu koncertowego w Jazz Workshop zmienił się pianista – Bobby Timmonsa zastąpił Joe Zawinul. Kwintet zmienił się w sekstet, a barwne solówki na flecie Yusefa Lateefa poszerzyły paletę brzmieniową i pozwoliły w momentach, kiedy ten sięgał po tenor stworzyć doskonałą kompaktową sekcję dętą.

Lateef grał w składzie Cannonballa jedynie przez kilka miesięcy. Album „Jazz Workshop Revisited” jest najlepszym nagraniem kwintetu Adderleya, który na te kilka miesięcy stał się sekstetem. Dlatego ten album jest ciekawszy i wyróżnia się na tle innych koncertowych nagrań zespołu i dlatego również umieszczam go w Kanonie Jazzu przed poprzednim nagraniem Cannnonballa z Jazz Workshop, któremu bez wątpienia również należy się miejsce w historii muzyki improwizowanej. Lateef skłonił członków zespołu do eksperymentów brzmieniowych. Sam korzystał z różnych fletów i oboju, w jego towarzystwie Louis Hayes sięgał po nieco bardziej egzotyczne rytmy, a Sam Jones zabierał w trasę oprócz kontrabasu również wiolonczelę.

W 1963 roku Cannonball zmienił wytwórnię, po zakończeniu współpracy z Riverside podpisał bardziej atrakcyjny finansowo kontrakt z Capitolem. To oznaczało jednak zwrot w stronę trafiającego lepiej do szerszej publiczności i modnego brzmienia R&B. „Jazz Workshop Revisited” to jedna z ostatnich płyt wydanych pierwotnie przez Riverside (wznowienia należały już do Capitolu). Późniejsze produkcje dla nowej wytwórni przesunęły styl Cannonballa w stronę bardziej komercyjną, czego przykładem choćby nagranie muzyki ze spektaklu „Fiddler On The Roof”, czy płyty realizowane z orkiestrami takie jak „Domination”, czy „Great Love Themes”. Warto jednak pamiętać, że producenci Capitolu, którzy mieli niekoniecznie udane pomysły na komercyjne studyjne nagrania Cannonballa w tym samym czasie wydawali jego arcydzieła koncertowe w rodzaju „Mercy, Mercy, Mercy! Live At The Club”, czy „Cannonball in Japan”.

Julian Cannonball Adderley Sextet
Jazz Workshop Revisited
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Data pierwszego wydania: 1962
Numer: 724352944125