25 sierpnia 2019

Various Artists - Joni 75: A Birthday Celebration


Joni Mitchell to artystka jedyna w swoim rodzaju. Jej twórczość w zasadzie nie daje się zakwalifikować do żadnego gatunku muzycznego. Jednak jej związki z jazzem są niepodważalne. W jej jazzowych zespołach w latach siedemdziesiątych grali między innymi Jaco Pastorius, Don Alias, Wayne Shorter, Airto Moreira, Larry Carlton, Phil Woods, John McLaughlin, Gerry Mulligan, Tony Williams, Jan Hammer, Stanley Clarke, Pat Metheny, Lyle Mays, Michael Brecker, Mark Isham, Manolo Badrena i Alex Acuna. Lista równie długa, co znakomita.


Jeden z jej najlepszych albumów poświęcony jest w całości muzyce Charlesa Mingusa – „Mingus” wydany w 1979 roku – powstał w składzie najlepszym z możliwych w owym czasie. Zespół towarzyszący wokalistce, która napisała teksty do utworów Mingusa stworzyli Phil Woods, Gerry Mulligan, John McLaughlin, Jan Hammer, Stanley Clarke i Tony Williams. W sumie żaden z nich nie był specjalnie związany z muzyką Mingusa, podobnie jak sama Joni Mitchell, jednak powstał album wybitny.

Joni Mitchell to przede wszystkim poetka i całkiem uzdolniona malarka, na scenie zawsze jednak była niezwykle sprawną wokalistką, czasem sięgała po gitarę. Niestety w związku z przewlekłą chorobą nie była w stanie uczestniczyć w muzycznej celebracji swoich 75 urodzin, pewnie też nie doczekamy się już jej nowego materiału, jednak kolejny album z nagraniami jej utworów – tym razem w wersji z urodzinowego koncertu przypomina, jak wiele ważnych i ciekawych kompozycji stworzyła.

Jak zwykle w takim przypadku spotkało się wiele muzycznych indywidualności, część nagrań wypadło wręcz rewelacyjnie, inne są co najmniej poprawne. Doskonale sprawdził się zespół towarzyszący wokalistkom i wokalistom, w składzie którego znaleźli się również muzycy o wieloletniej historii współpracy z samą Joni Mitchell – rewelacyjny jak zwykle Brian Blade, pianista Jon Cowherd i pełniąca również w kilku utworach funkcję solistki Chaka Khan.

Dziś prezentuję płytę CD, choć wiem, że na szykowanym do wydania w Europie krążku z nagraniem video jest więcej materiału, w tym również dodatkowe nagrania tych, którzy wypadki najlepiej. Wzruszające wspomnienie zafundował sobie i pewnie słuchającej w domowym zaciszu jubilatce Graham Nash, dawny kochanek Joni Mitchell, który swoją własną kompozycją „Our House” przypomniał czas, kiedy mieszkali razem w Laurel Canyon w okolicach Los Angeles. Cała reszta zawartości muzycznej krążka audio, i przypuszczam również, że filmu, który w niektórych krajach (niestety chyba w Polsce nie doczekamy się seansów kinowych) pojawia się na dużym ekranie to kompozycje jubilatki, te najbardziej znane i inne, nieco już zapomniane.

Wśród tych, których wykonania zapamiętam na dłużej i będę przypominał w moich audycjach będzie z pewnością niezwykłe wykonanie „Amelii” przed Dianę Krall. Już jedynie dla tej piosenki warto kupić całą płytę. W wersji filmowej Diana Krall śpiewa jeszcze podobno „For The Roses” – nie mogę się doczekać tego wydania. Zapamiętam też przejmujący wokal Krisa Kristoffersona, który jest niemal 10 lat starszy od bohaterki wydarzenia, a jego głos przypomina mi niezwykle męski i pewny, choć obiektywnie słaby sposób śpiewania Johnny Casha z jego ostatnich płyt (seria „American Recordings”). Całkiem nieźle wypadła również Norah Jones, o której kolejny już raz muszę napisać, że to artystka genialnie przygotowująca kilka piosenek, ale ciągle nie potrafiąca udźwignąć zadania nagrania dobrej płyty solowej. Rewelacyjnie jak zwykle zaprezentowała swoje wykonania Chaka Khan, a całość ubarwił charakterystycznym tonem trąbki Ambrose Akinmusire.

Album, co oczywiste, ma lepsze i nieco słabsze momenty, ale w takich sytuacjach nie może być inaczej. Warto jednak po niego sięgnąć, bowiem zawiera muzykę niezwykłej artystki i jeśli fani Seala, Diany Krall czy Nory Jones po wysłuchaniu tego albumu zainteresują się nagraniami Joni Mitchell, to można będzie uznać, że robota została należycie wykonana.

Various Artists
Joni 75: A Birthday Celebration
Format: CD
Wytwórnia: Decca / Verve / Universal
Numer: 602577427473

24 sierpnia 2019

Tomasz Szukalski – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Gdyby Tomasz Szukalski urodził się w Nowym Jorku, jak Sonny Rollins, albo w Filadelfii jak Stan Getz, albo gdzieś w środku niczego w Karolinie Północnej jak John Coltrane. Gdyby chociaż nie było żelaznego muru oddzielającego zupełnie niepotrzebnie polskie środowisko jazzowe od reszty świata, płyt, koncertów i nocnych klubowych spotkań. Znalazłby miejsce w Berklee a nie w warszawskim liceum muzycznym. Nic oczywiście nie mam do tej uczelni, ale to jednak trochę coś innego, a owo trochę robi znaczną różnicę.

Oczywiście takie narzekanie jest uprawnione w przypadku wielu jazzowych karier naszych polskich wielkich mistrzów i oczywiście nigdy nie dowiemy się, co grałby Tomasz Szukalski, gdyby wychował się w Nowym Jorku. Z naszego polskiego punktu widzenia, to może nawet lepiej, bo wielu sław lat sześćdziesiątych ci, którzy nie jeździli wtedy do Ameryki, a tych była większość, nie mieli okazji zobaczyć na żywo nigdy, albo tylko raz czy dwa w czasie Jazz Jamboree. A tak Tomasza Szukalskiego i wielu innych mistrzów naszego rodzimego jazzu, często dorównujących opanowaniem instrumentu, muzykalnością i ilością oryginalnych pomysłów mieliśmy przez wiele lat w zasadzie na wyłączność.

Muzyka nie jest jednak dyscypliną sportową i w zasadzie nie ma tu znaczenia, że ktoś na drugim końcu świata gra równie dobrze, albo nawet ciekawiej. Trzeba cieszyć się tym, co dla nas dostępne i osiągalne. Dlatego też w cyklu prezentującym 20 wielkich postaci polskiego jazzu przypomnimy tych, których już nie ma wśród żywych i których możemy wspominać tylko sięgając po ich doskonałe nagrania, jak i tych, którzy mimo fenomenalnego dorobku mają jeszcze swoje najciekawsze płyty przed sobą, według powiedzenia popularnego w środowisku, że moja najlepsza płyta to ta następna. Muzycy jazzowi często dodają, że ta następna, na której nagranie jakimś cudem niezwykłym znajdę pieniądze, ale to już zupełnie inny, nieco pozaartystyczny temat.

Z dokonanego wyboru akurat tych muzyków, a nie innych tłumaczyć się nie zamierzam, bo wiem, że w ciągu najbliższych tygodni przypomnę tym starszym i być może zaprezentuję po raz pierwszy tym młodszym postaci wybitne i jeśli ktoś nawet poczuje się obrażony przez moment, że w tym gronie się nie znalazł, to niech spróbuje zakwestionować wielkość któregokolwiek z tych muzyków, o których wkrótce opowiem. Poza tym zawsze jest miejsce na kontynuację cyklu, a przecież te najlepsze płyty przed nami.

Po raz kolejny muszę również podzielić się obserwacją, że niestety wiele genialnych płyt sprzed lat dostępnych jest jedynie garstce nieustających w poszukiwaniach kolekcjonerów, albo tym, którzy mieli okazję żyć dorosłym życiem w czasach, kiedy ukazywały się płyty naszych wielkich mistrzów, które uznajemy dziś za najlepsze. Oczywiście pojawiają się wznowienia, jak choćby rosnący katalog wydawanej na nowo serii Polish Jazz, czy wydawnictwa opracowywane niezwykle starannie przez GAD Records, czy Fundację Zbigniewa Seiferta. Pochwalić też należy za reedycje i wydania archiwalne Polskie Radio. Jednak w dyskografii w zasadzie każdego z naszych mistrzów są niezwykle istotne pozycje niedostępne od lat.

Tomasz Szukalski, jak wielu znakomitych muzyków, uczył się w młodości grać na zupełnie innym instrumencie, niż ten, który stał się jego podstawowym. W przypadku Szakala tym pierwszym był podobno klarnet, który studiował w PWSM w Warszawie. W zakresie gry na tenorze i sopranie był samoukiem. Jeśli tak było rzeczywiście, to można uznać nawet, że szkoły muzyczne nie są potrzebne, bo talent wystarczy, choć nauka gry na klarnecie z pewnością nie przeszkadzała.

W końcówce lat sześćdziesiątych Tomasz Szukalski, wtedy jeszcze student wspomnianej PWSM występował z zapomnianym dziś zespołem Partita, który pojawił się nawet w programie Jazz Jamboree w 1967 roku. Jednak dla prawdziwego jazzu odkrył Szukalskiego Zbigniew Namysłowski. To z nim nagrał pierwszą moim zdaniem istotną pozycję w swojej dyskografii – album „Winobranie”. Okazjonalne występy z Niebiesko-Czarnymi, Marianną Wróblewską i orkiestrą radiową Namysłowskiego są istotne historycznie, choć muzycznie nie stanowią jakiejś reprezentatywnej dokumentacji rozwoju talent Szakala, który miał niewątpliwe szczęście do istotnego uczestnictwa w ważnych i absolutnie genialnych sesjach, które w ciągu kilkunastu miesięcy otworzyły jego bogatą, choć ubogą we własne produkcje dyskografię. „Easy!” Wojciecha Karolaka, „TWET” Tomasza Stańko, „Sprzedawcy Glonów” Ptaszyna i „Kujawiak Goes Funky” Namysłowskiego to tylko część nagrań Szakala z lat 1973-1975. To pozycje zupełnie oczywiste i często wymieniane jako jedne z najważniejszych płyt tego okresu nie tylko dla Szakala.

Całkiem niedawno wznowiona została w serii Polish Jazz znakomita płyta Czesława Bartkowskiego „Drums Dream” z 1976 roku nagrana w składzie Bartkowski, Karolak, Makowicz, Stańko, Szukalski, której być może jedynym problemem był fakt, że liderem był perkusista, czyli człowiek siedzący z tyłu sceny, a nie solista z trąbką, czy saksofonem. Co prawda Szukalski jest na tym albumie obecny jedynie w jednym utworze, ale krążek ten jest do niedawna zupełnie niedostępną istotną częścią dyskografii wszystkich grających na nim muzyków, w tym Stańki i Makowicza.

W tym czasie Szakal był stałym członkiem zespołu Tomasza Stańki, co można dziś usłyszeć na genialnej płycie „Balladyna” a garść szczęśliwców może wprawiać w zazdrość innych fanów prezentując im materiał z takich albumów, jak „Live At Remont” czy „Almost Green”. Przy okazji muszę pogratulować temu, kto usłyszał Szakala na „Jasmin Lady” Namysłowskiego, bo to błąd powielany w wielu źródłach, a gdzieś musi mieć swój początek. To zresztą kolejny genialnie piękny i równie niedostępny album. Jak pewnie się domyślacie, o Namysłowskim też wkrótce będzie i obiecuję, że nagrania z tej płyty pojawią się w audycjach.

Dorobek nagraniowy Tomasza Szukalskiego w roli lidera jest niezwykle istotny i niestety niezwykle niedostępny. W zasadzie bez problem znajdziecie któreś ze wznowień albumu „Tina Kamila” i „Time Killers” 3 liderów – Karolaka, Szukalskiego i Bartkowskiego. Dalej już zaczynają się schody i wyzwanie. „Tina Blues” z 1986 roku w zasadzie niedostępny i tylko raz, niekoniecznie legalnie wznowiony. „Borżomski Wąwóz / Body And Soul” wznowiony raz i dziś raczej trudny do kupienia, a „Sz – Sz” Szukalskiego i Szprota dostępny łatwo w formie zużytych i niechlujnie wytłoczonych w dużej ilości dawno temu analogów i niewielkiego, dawno wyczerpanego wznowienia cyfrowego. Z występami gościnnymi jest nieco lepiej – płyty Tomasza Stańko, Anny Marii Jopek, czy Agi Zaryan kupić łatwo, ale spróbujcie znaleźć choćby doskonały album Artura Dutkiewicza, postaci ważnej w artystycznym i prywatnym, niełatwym życiu Szakala „Lady Walking”, mnie się ostatnio udało, albo „Sunrise Sunset” Grażyny Auguścik.

Szakal był zresztą mistrzem ubarwiania swoimi genialnymi solówkami nagrań wokalistek (Aga Zaryan, Marianna Wróblewska, Grażyna Auguścik, Karin Krog, Anna Maria Jopek) i wokalistów (Stanisław Sojka, Grzegorz Karnas). Odnajdował się równie doskonale w nieco mniej konserwatywnych klimatach, eksperymentując z SBB, czy w The Quartet z Kuplowiczem, Jarzębskim i Stefańskim.

W 2010 roku RadioJAZZ.FM było organizatorem niezwykłego koncertu, z którego dochód przeznaczyliśmy na pomoc Tomaszowi Szukalskiemu, który wtedy już nie mógł ze względu na stan zdrowia koncertować. Trudno znaleźć w historii polskiego jazzu wydarzenie równie spontaniczne, które zebrało tyle sław gotowych pomóc choremu przyjacielowi.

Każdy kto słyszał Szakala choć raz na żywo, nie zapomni tego do końca życia. Ja poznałem dotąd tylko kilku muzyków o podobnej osobowości, tak niezwykle zaangażowanych w każdy dźwięk zagrany na scenie i w studio, tak prawdziwych, bezpośrednich i jednocześnie muzycznie genialnych. Tomasz Szukalski był jednym z nich. Dlatego z żalem odkrywam fakt niedostępności niemal połowy jego dyskografii.

23 sierpnia 2019

BartolomeyBittmann - Dynamo

Niezwykle kreatywny i momentami stylistycznie zaskakujący duet wiedeńskich muzyków nagrywając trzecią już wspólną płytę, po raz pierwszy w wytwórni ACT Music doskonale wykorzystał szansę na światową promocję swojej niezwykłej twórczości. Ich poprzednie albumy – „Meridian” z 2013 roku i „Neubau” z 2015, które ukazały się w zupełnie nieznanych wytwórniach, dla wielu fanów ciekawej muzyki poza Austrią pozostały zupełnie niezauważone.


Kilka lat temu zespół dał nawet koncert w Polsce, jednak ich występ w Jaworznie nie przyniósł jakiegoś szczególnego wzrostu popularności zespołu. Grający na wiolonczeli Matthias Bartolomey i skrzypek Klemens Bittmann mają klasyczne wykształcenie muzyczne. Bittman oprócz studiów klasycznych uczył się gry na skrzypcach u Didiera Lockwooda. Chętnie sięga również po zelektryfikowane wersje mandoli, dawnego podobnego do mandoliny instrument wyposażonego w 4 pary strun. Użycie tego instrumentu pozwala osiągnąć nietypowe, pełne ekspresji, niezwykłe brzmienie zespołu.

Obaj muzycy pozostają niezwykle aktywni zarówno w świecie muzyki klasycznej, jak i eksperymentalnej, często współpracując ze znanymi muzykami jazzowymi. Klemens Bittmann współpracował między innymi z Wolfgangiem Muthspielem i Klausem Paierem. Dla radio.string.quartet aranżował muzykę Mahavishnu Orchestra. Matthias Bartolomey skupia się na poszukiwaniu nowych technik gry na wiolonczeli, pozostając niezwykle aktywnym uczestnikiem austriackiego życia muzycznego.

Ich wspólny projekt BartolomeyBittmann jest niezwykłym muzycznym eksperymentem. Pełna nagłych zmian, dynamiczna i zaskakująca autorska muzyka sięga głęboko do klasycznej tradycji muzycznej zespołów smyczkowych wykorzystując jednocześnie środki ekspresji znane jedynie ze scen rockowych. W ich wykonaniu w jednej chwili pięknie napisana ballada potrafi zamienić się w rockowy riff zagrany na mandoli. Taka różnorodność jest w zdumiewający sposób spójna i nie ma na celu jedynie szokowania słuchacza nietypowym brzmieniem kameralnego w założeniu zespołu. Wymykająca się wszelkim stylistycznym klasyfikacjom muzyka z pewnością budzi entuzjazm tych, którzy mają okazję wysłuchać zespołu w czasie jego licznych koncertów. Ja niestety nie miałem jeszcze okazji posłuchać zespołu na żywo, jednak po kilkukrotnym wysłuchaniu „Dynamo” wpisuję zespół na listę tych, których trasy koncertowe obserwuję.

Podejrzewam, że koncertowa odsłona muzyki duetu BartolomeyBittmann uzupełnia kolorowe, zaskakujące kompozycje o spory element spontanicznej improwizacji. Muszę to sprawdzić w najbliższym możliwym terminie, a na razie nie pozostaje mi nic innego, jak cieszyć się ich najnowszym wydawnictwem, poszukując możliwości uzupełnienia domowej płytoteki o trudno dostępne poprzednie albumy.

„Dynamo” polecam tym słuchaczom, którzy nie boją się wyzwań, uwielbiają muzyczne układanki i detektywistyczne poszukiwania źródeł inspiracji w prezentowanym materiale.

BartolomeyBittmann
Dynamo
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9043-2

22 sierpnia 2019

Stanley Turrentine – Up At Minton’s

Być tenorowym saksofonistą w latach sześćdziesiątych nie było łatwo, w jednym z podstawowych jazzowych instrumentów solowych epoki konkurencja była ogromna, a władza Johna Coltrane’a właściwie niepodważalna. Stąd też wielu doskonałych muzyków jest dziś nieco zapomnianych. Gdyby Stanley Turrentine rozpoczął karierę o dekadę wcześniej, lub pod koniec XX wieku byłby gwiazdą wielkiego formatu. Kiedy rozpoczynał swoją karierę w 1960 roku krytycy często zarzucali mu, że naśladuje Johna Coltrane’a i że jest mało oryginalny. Do dziś można to śmiało napisać o każdym początkującym saksofoniście. Po latach jednak porównywanie do Coltrane’a z zarzutu stało się komplementem, a naśladowanie zaczęto nazywać twórczym rozwinięciem idei, albo kontynuacją działa wielkiego mistrza. Sztuka marketingu rozwinęła się całkiem nieźle, więc i opowiadanie o muzyce jest dziś twórczością samą w sobie.


Stanley Turrentine urodził się i wychował w Pittsburgu, niezbyt jazzowym miejscu. Kontynuował tradycje rodzinne i jak wielu w latach pięćdziesiątych zaczynał od grania w zespołach rozrywkowych do tańca, czyli grał coś, co dziś dumnie nazywamy R&B. Jego ojciec był saksofonistą, matka grała na fortepianie, a starszy brat Tommy Turrentine został całkiem niezłym trębaczem. W 1953 roku został przyjęty do zespołu Earla Bostica, gdzie trafił po krótkim okresie współpracy z bluesowym gitarzystą Lowellem Fulsonem. Bostic był saksofonistą altowym i w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych jego zespół uchodził za jeden z tych, które nie tylko oferowały w miarę stabilną pracę i możliwość nauki w dobrym towarzystwie, ale również w związku z tym był miejscem, gdzie trafiało wielu obiecujących muzyków młodego pokolenia. W zespole Bostica Stanley Turrentine zastąpił jeszcze wtedy mało znanego Johna Coltrane’a.

Dorobek nagraniowy Stanley’a Turrentine’a otwiera album „Look Out!” z 1960 roku. Obszerną dyskografię wypełniają zarówno wydawane aż do śmierci muzyka w 2000 roku albumy własne, jak i liczne udziały w sesjach nagraniowych jazzowych sław. Do największych sław, z którymi często współpracował, należała organistka Shirley Scott, która przez 10 lat była jego żoną, ale również między innymi Donald Byrd, Kenny Burrell, Max Roach i Jimmy Smith. Turrentine doskonale znajdował dla siebie miejsce w popularnych w latach sześćdziesiątych składach z organami Hammonda i gitarą. Tego rodzaju zespoły często nagrywały muzykę skierowaną do szerszego niż tylko bywalcy kultowych jazzowych klubów grona odbiorców. Poszukiwanie nowych odbiorców skłoniło Turrentine’a w latach siedemdziesiątych do współpracy z wytwórnią CTI Creeda Taylora. Ten okres w jego karierze uważam za nieco mniej udany.

Materiał koncertowy z kultowego nowojorskiego Minton’s Playhouse z 1961 roku uważam za reprezentatywny dla muzycznego stylu Stanleya Turrentine’a, który gościł już w naszym Kanonie Jazzu za sprawą albumu „Midnight Blue” Kenny Burrella. Warto podkreślić, że album dziś wydawany w formie dwóch krążków CD, pierwotnie ukazał się na dwu oddzielnych płytach analogowych jako „Up At Minton’s” Vol. 1 i Vol. 2, co było dość nietypowym rozwiązaniem w 1961 roku. Fakt, że z koncertów w klubie powstały dwa albumy, świadczy o obszerności repertuaru zespołu złożonego z doskonałych muzyków. W owym czasie sety estradowe trwały jedynie nieco dłużej niż wypchana do granic technicznych możliwości płyta długogrająca, a po przerwie zespół często powtarzał ten sam repertuar, lub grał znane aranżacje popularnych jazzowych standardów.

Zespół dowodzony przez Turrentine’a oferował słuchaczom Minton’s Playhouse mieszankę modnych gatunków – hard bopu i soulu. Mistrzem ballad Turrentine stał się nieco później, moim zdaniem w części pod wpływem wspomnianej już Shirley Scott, a być może także dlatego, że nie chciał uczestniczyć w niemożliwym do wygrania wyścigu w stronę możliwie największej ekspresji z Johnem Coltrane’m.

„Up At Minton’s” to album do dziś często wznawiany, również przez przeróżne analogowe wydawnictwa audiofilskie. Materiał, gdyby został nagrany dwadzieścia lat później byłby sensacją. W 1961 roku był tylko jedną z wielu dobrych płyt jazzowych Blue Note. Album jest również istotnym nagraniem dla fanów Granta Greena, który w 1961 roku dopiero zaczynał swoją nagraniową karierę, a w zespole Turrentine’a pełnił istotną rolę drugiego po liderze solisty, który dostawał sporo przestrzeni do popisów przyjmowanych entuzjastycznie przez wymagającą i znającą się na rzeczy publiczność w Minton’s. Jeśli czegoś nie przegapiłem, to album Turrentine’a jest pierwszym koncertowym nagraniem Granta Greena, który uczestniczył w 1961 roku w wielu sesjach nagraniowych, jednak „Up At Minton’s” pozostaje do dziś jego najwcześniejszą wydaną na płycie rejestracją koncertową.

Stanley Turrentine
Up At Minton’s
Format: 2CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol
Numer: 724382888529

21 sierpnia 2019

Joachim Kuhn – Melodic Ornette Coleman: Piano Works XIII

Najnowsze wydawnictwo Joachima Kuhna może być z pozoru zaskakujące, jednak dla tych, którzy znają artystyczny życiorys niemieckiego pianisty zaskoczeniem może być jedynie fakt, że na tą płytę trzeba było czekać tak długo.

Pianistą wydającym album poświęcony melodiom skomponowanym przez Ornette Colemana może być tylko Joachim Kuhn. Sam Coleman ogłosił w początkach swojej kariery, że w zasadzie fortepian w zespole jest czymś, co harmonicznie ogranicza jego muzykę i nie zamierza dłużej korzystać z usług pianistów. Słowa jednak nie dotrzymał, współpracując między innymi z Geri Allen i Paulem Bley’em. Miał również na swoim koncie cykl koncertów w duecie z Joachimem Kuhnem, udokumentowany jak dotąd tylko jednym albumem – „Colors: Live from Leipzig”, z którym niestety nie miałem okazji się jak dotąd zapoznać.


Wspólnych koncertów Ornette Colemana i Joachima Kuhna odbyło się ponoć 16, a program każdego z nich złożony był z 10 kompozycji wymyślonych przez Colemana specjalnie na każde z tych wydarzeń. Joachim Kuhn pomagał w ich opracowaniu i często dopisywał fragment melodii. Ponoć sam jest w posiadaniu nagrań studyjnych wszystkich tych kompozycji, których dokonywali wspólnie w studio wytwórni Harmolodic w Nowym Jorku przed każdym z koncertów oraz oryginalnych partytur.

Album „Melodic Ornette Coleman” złożony został przez Joachima Kuhna z przearanżowanych na fortepian solo 12 najbardziej udanych z tych unikalnych kompozycji, z których tylko jedna – zaprezentowana na płycie w dwu wersjach – „Lonely Woman” została wydana wcześniej przez Colemana. Z pewnością pozostałe w archiwach Kuhna kompozycje również są wartościowe, liczę więc na kontynuację cyklu w najbliższym czasie. Zawartość muzyczną uzupełnia umieszczona skromnie na końcu krążka kompozycja Kuhna dedykowana wielkiemu mistrzowi.

Niezwykłe pochodzenie kompozycji i niewątpliwie atrakcyjny dla fanów Colemana fakt prezentacji sporej ilości muzyki znanej dotąd tylko tym, którzy byli na wspomnianych koncertach dodaje albumowi aury tajemniczości i niemal archiwalnego odkrycia klasycznej muzyki sprzed 20 ponad lat. Jednak również bez tego zawartość muzyczna albumu wypada niezwykle atrakcyjnie.

Nagrywający od wielu lat dla ACT Music Joachim Kuhn pojawia się w trio, w duetach z saksofonem i fortepianem i większych składach, gra też gościnnie na płytach innych gwiazd wytwórni. Jego muzyka pozbawiona ekspansywnej ekspresji i wirtuozerskich popisów ginie w tłumie innych instrumentów. Joachim Kuhn najlepiej wypada solo. Jego najnowszy album jest tego najlepszym dowodem. Płyta wciąga już od pierwszych taktów najbardziej znanej (w związku z tym, że jedynej nie będącej premierą) kompozycji. Oferuje świat zdumiewająco melodyjny i uporządkowany, całkiem odmienny od tego, co większość kojarzy z muzyką Colemana. Nie sposób jednak ustalić, jak daleko interpretacje Kuhna odbiegają od oryginalnych kompozycji firmowanych przez Colemana, a napisanych z udziałem autora tego albumu.

To jednak nie ma większego znaczenia. Bez historii z przeszłości i faktu, że album pozwala zyskać całkiem nowe spojrzenie na muzykę autora kompozycji płyta byłaby tak samo doskonała. Album należy do kategorii tych, które posiadają swoisty magnetyzm, wciągają słuchacza w świat osobistych emocji muzyka, stymulują wyobraźnię i zmuszają do myślenia. Taki album trafia moje ręce co kilka lat. Ostatnio podobne wrażenie zrobiła na mnie płyta innego mistrza fortepianu – Krzysztofa Herdzina („Inside”). Obaj są wielkimi mistrzami osobistego opowiadania historii, do dziś nie wiem, czego historią jest „Inside”, historię powstania „Melodic Ornette Coleman” opowiada tytuł albumu i krótki komentarz autora umieszczony na okładce.

Joachim Kuhn
Melodic Ornette Coleman: Piano Works XIII
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: 9763-2