Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Pierończyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Pierończyk. Pokaż wszystkie posty

24 maja 2021

Adam Pierończyk – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Jazzowy życiorys Adama Pierończyka jest dość nietypowy. Większość naszych muzyków jazzowych uczyła się fachu w kraju, a później, zwykle w poszukiwaniu bardziej lukratywnych okazji do koncertowania wyjeżdżała gdzieś na tak zwany Zachód. W przypadku Adama Pierończyka było dokładnie odwrotnie. Ten urodzony w 1970 roku w Elblągu saksofonista wyjechał z rodzicami do Niemiec i studiował muzykę w Essen, gdzie rozpoczął swoją działalność na lokalnych estradach. Na saksofonie zaczął grać dość późno, w wieku 18 lat. Już 6 lat później pojawił się w Polsce jako znający swój fach muzyk, na początku prezentując swoje niemieckie trio Temathe, z którym nagrał album „Water Conversations” (w 1994 roku).

W tym czasie był postacią zupełnie nieznaną w polskim środowisku jazzowym. Jego pierwszym kontaktem szybko stał się Leszek Możdżer. To właśnie z Możdżerem wkrótce nagrał swoje pierwsze polskie albumy – „Talk To Jesus” Możdżera i wyśmienity duet – do dziś jedną z moich ulubionych płyt obu artystów – „Live In Sofia”. Współpraca z Możdżerem była początkiem polskiej kariery Pierończyka, który wkrótce stworzył swój pierwszy polski skład z Adamem Kowalewskim i Jackiem Olterem i nagrał w 1997 roku płytę „Few Minutes In Space”. Z czasem małe składy bez instrumentu harmonicznego miały stać się znakiem rozpoznawczym Pierończyka.

Pierończyka po raz pierwszy usłyszałem na żywo w czasie Jazz Jamboree 1997, kiedy zaprezentował swoje trio z Adamem Kowalewskim i Krzysztofem Dziedzicem. Niestety nigdy nie udało mi się usłyszeć na żywo duetu Pierończyka z Możdżerem, choć całkiem możliwe, że i takie koncerty kiedyś jeszcze się odbędą. Na razie zostaje mi „Live In Sofia”, którą znam na pamięć.

Związki Adama Pierończyka z niemieckim środowiskiem jazzowym nie zakończyły się w 1996 roku, kiedy swoją zawodową aktywność na stałe związał z polskimi muzykami. W 2002 roku powstał album „Plastinated Black Sheep” w niemieckim składzie z basistą Johannesem Finkiem i perkusistą Mauricem De Martinem, który mimo identycznego tytułu z płytą nagraną trzy lata wcześniej z Jackiem Kochanem i Edem Schullerem, jest zupełnie innym nagraniem.

Adam Pierończyk jest muzykiem poszukującym i eksperymentującym. Nie zwraca uwagi na stylistyczne i branżowe podziały. W swoim dorobku ma album nagrany solo na saksofonie – „The Planet Of Eternal Life”, inspirowany muzyką elektroniczną i techno, niezwykle ciekawy album „Digivooco” i najnowsze nagrania w duecie ze światowej sławy basistą Miroslavem Vitousem.

Na „Digivooco” eksperymentalne dźwięki zapewnia Tadeusz Sudnik, a na drugim saksofonie gra Gary Thomas. Pierończyk w wielu wywiadach podkreślał, że lubi Branforda Marsalisa, ale też starszych mistrzów – Coltrane’a i Ornette Colemana. Słucha Bjork i muzyki drum&bass, a także eksperymentalnej muzyki elektronicznej.

Do listy ciekawych i nietypowych realizacji możecie też dopisać album „Gajcy” z 2010 roku złożony z improwizacji Pierończyka i recytacji tekstów Tadeusza Gajcego w wykonaniu Borysa Szyca. W dyskografii Adama Pierończyka jest też sięgający po elementy etniczne album „El Buscador” nagrany wspólnie ze znakomitym basistą Anthony Coxem i jeden z najlepszych polskich albumów poświęconych muzyce Krzysztofa Komedy – „The Innocent Sorcerer”. Kiedy pojechał w 2016 roku na koncerty do Meksyku wrócił nie tylko przekonując do siebie kolejnych fanów, ale również z materiałem na płytę „Monte Alban” nagraną z Robertem Kubiszynem i argentyńskim perkusistą Hernanem Hechtem.

Na swoim koncie ma Pierończyk współpracę z wieloma wybitnymi muzykami zarówno europejskiej, jak i amerykańskiej sceny muzycznej. Wśród nich jest również wielu saksofonistów, w tym Archie Shepp, Greg Osby, Gary Thomas, Wolfgang Puschnig, Sam Rivers, Lee Konitz i Branford Marsalis. Wśród innych znanych nazwisk, z którymi koncertował lub nagrywał Adam Pierończyk znajdziecie Triloka Gutru, Avishai Cohena, Eddie Hendersona, Jean-Paula Bourelly i wielu innych.

W ostatnich latach Pierończyk skupia się (przynajmniej taki wniosek można wyciągnąć obserwując nowe wydawnictwa artysty) na współpracy z wybitnym czeskim basistą Miroslavem Vitousem, z którym nagrał trzy albumy – „Wings”, „Ad-Lib Orbits” i swoją jak dotąd ostatnią płytę - „Live At NOSPR”.

Pierończyk to nie tylko wyśmienity saksofonista, etatowy wręcz zwycięzca wszelakich plebiscytów, szczególnie w konkurencji saksofonu sopranowego. To również artysta angażujący się w organizację wydarzeń muzycznych, niestrudzenie poszukujący nowych form i składów, w których może pojawić się coś więcej, niż tylko kolejna ciekawe wykonanie jazzowych standardów. W przypadku Adama Pierończyka, którego bogata dyskografia zawiera wiele fantastycznych dźwięków, nie mam wątpliwości, że to kolejny album będzie tym najważniejszym, a później następny i następny.

13 marca 2017

Adam Pieronczyk – Digivoco

Do dwóch polskich płyt z przełomu wieków wracam szczególnie często. Obie uważam nie tylko za dokument swoich czasów, ale za jedne ze szczytowych osiągnięć muzyków, którzy je stworzyli. Jedną z nich jest album „Digivoco” Adama Pierończyka, a tą drugą nagranie koncertowe Leszka Możdżera i Adama Pierończyka zarejestrowane w Sofii – wydanme jako „Live In Sofia” przez prężnie w swoich czasach działającą wytwórnię Not Two Records.

„Digivoco” okazuje się dziś trudno dostępnym w nienaruszonym stanie kolekcjonerskim rarytasem. Do kolejnego już powrotu do tego albumu skłoniła mnie oferta odsprzedaży albumu złożona mi przez jednego z zaprzyjaźnionych japońskich kolekcjonerów. Prowadzona w wirtualnej przestrzeni rozmowa z być może największym w świecie fanem Gary Thomasa doprowadziła mnie do chęci udowodnienia człowiekowi na drugim końcu świata chcącym uzupełnić swoją kolekcję nagrań świetnego przecież saksofonisty, że nie bez przyczyny nazwisko Adama Pierończyka na okładce umieszczone jest na głównym miejscu, a Gary Thomas był wtedy tylko gościem…

Trochę potrwało, zanim udało mi się zdobyć nieużywany egzemplarz płyty i wysłać do Japonii. Nie było to łatwe, bowiem w japońskim kolekcjonerstwie jest pewna doza szaleństwa. Oprócz muzyki, wszystko musi być w stanie nienaruszonym, a najmniejsza rysa na okładce w zasadzie sprawia, że płyta nie jest już kandydatem do uzupełnienia kolekcji, nawet jeśli jest jedynym na świecie możliwym do kupienia egzemplarzem. Być może mój zaprzyjaźniony kolekcjoner nie zbliża się do swoich zasobów bez białych rękawiczek i chirurgicznej maseczki na twarzy.

Tak, czy inaczej, kiedy już album do Japonii dotarł, wspomniany adresat – fan Gary Thomasa przyznał nieco skruszony, że istotnie Adam Pierończyk poziomem od starszego o niemal dekadę amerykańskiego kolegi wcale nie odbiega. Otrzymałem zlecenie skompletowania jego dyskografii, znowu w stanie nienaruszonym, co pewnie zajmie mi trochę czasu i da okazję do uzupełnienia swoich zbiorów i powrotu do tak wyśmienitych dźwiękowych eksperymentów, jak „Digivoco”.

„Digivoco” to album poszukujący, z pozoru awangardowy, skupiony na eksploracji możliwości programowania przeróżnych elektronicznych instrumentów, choć zanurzony całkiem głęboko w jazzowej klasyce. To połączenie wody z ogniem, tworzy zderzenie akustycznych saksofonów i elektroniki, odpowiedzialnej za kreowanie improwizacyjnego pola do bitwy saksofonistów, do której w zasadzie nie dochodzi. Jeśli szukacie bitwy saksofonistów – szukajcie zupełnie na innej półce. Tu znajdziecie dwóch inspirujących się nawzajem saksofonistów i wykreowany przez nieocenionego eksperymentatora – Tadeusza Sudnika we współpracy z gitarzystą Gunnarem Geisse i całkiem interesującym perkusistą Maurice De Martinem dźwiękowy plener.

Gdybyście jednak przypuszczali, że Gary Thomas i Adam Pierończyk nie znają się na saksofonowych sztuczkach – posłuchajcie „Unlinear” i doceńcie kontrolę oddechu we wstępie do albumu. Całość tworzy intrygujący i w Polsce i w Japonii dźwiękowy obraz wykreowany przez poszukujących nowych brzmień artystów.

Adam Pieronczyk
Digivoco
Format: CD
Wytwórnia: PAO
Numer: 9006834102300

09 grudnia 2013

Marek Napiórkowski – Up!

Nie spodziewałem się po Marku Napiórkowskim takiej płyty. „Up!” to dzieło kompletne, wyśmienicie wymyślone, napisane, zaaranżowane i zagrane. „Up!” to album jednocześnie przebojowy i zdecydowanie daleki od tandetnych prób przypodobania się szerokiej publiczności prostacką i chwytliwą melodią, tak jest właśnie wymyślony. Autorska muzyka napisana jest tak, żeby do maksimum wykorzystać możliwości brzmieniowe ciekawie zestwionego zespołu i jednocześnie stworzyć nowoczesne jazzowe standardy, które sprawdzą się też w innych składach instrumentalnych. Do wielu kompozycji łatwo będzie dopisać tekst, żeby dać im dodatkową szansę u wokalistów.

Za aranżacje odpowiedzialny jest Krzysztof Herdzin, a to obecnie, ja nie mam wątpliwości – jeden z najlepszych fachowców od tej roboty na świecie. Kłopot jedynie w tym, że niewielu ludzi na świecie miało okazję się o tym przeknać. Wierzę, że już za parę lat będzie gwiazdą na miarę Gila Evansa. Mało kto dziś potrafi tak doskonale zrobić użytek z barw i możliwości brzmieniowych wszystkich instrumentów w zespole, a jednocześnie stworzyć potężne i otwarte brzmienia bez batalionu instrumentów smyczkowych.

Zagrane w sposób niezwykły, jednocześnie z dbałością o każdy dźwięk, jak i szacunkiem dla swobody wyrazu każdego z muzyków. Zaskakujący niewielką ilością gitarowych solówek, a Marek Napiórkowski potrafi zagrać żywiołowo, co wielokrotnie udowadniał na scenie, choćby w projekcie Full Drive Henryka Miśkiewicza.

„Up!” to zaskakujący Henryk Miśkiewicz grający na klarnecie basowym. To również kolejna polska produkcja Clarence Penna i niespodziewany udział Adama Pierończyka, z pozoru jedynie zupełnie nie pasującego do tej muzyki.

Muzyka napisana specjalnie dla potrzeb tego projektu wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Jazzowi puryści nie będą zadowoleni, oczekując szczególnie od lidera – gitarzysty nieco więcej bluesa. „Up!” jest jednak niezmiernie inspirujący, to prawda, że wymagający odrobiny skupienia i uwagi. Wtedy pobudza wyobraźnię. Z pewnością każdy usłyszy w tej muzyce zupełnie inne historie. Ja też słyszę coś innego za każdym razem. Czasem to skradający się i przeskakujący przez płot przestępca, startująca rakieta, stan nieważkości, pościg za przestępcą po ciemnych parkowych alejkach, wyprawa kajakiem po rwącej rzece, to tylko garść najczęściej pojawiających się motywów. To moje historie związane z „UP!”. Każdy z Was może mieć inne.

Faktem jest, że w zupełnie zagadkowy sposób udało się stworzyć tak inspirujące efekty używając zupełnie standardowych instrumentów. Na płycie nie ma ani elektroniki, ani często budujących napięcie i szerokość sceny dźwiękowej szeregów instrumentów smyczkowych. To w równej mierze zasługa świetnych kompozycji lidera, jak i aranżacji Krzysztofa Herdzina, który po raz kolejny udowadnia, że jest wyśmienitym dźwiękowym malarzem.

Sam lider – pozostaje liderem, momentami nawet nieco w cieniu pozostałych utytułowanych kolegów, w stylu najwybitniejszych liderów współczesnego jazzu krążących wokół swojego sprawnie działającego zespołu i grających tu i tam kilka akordów, dokładnie tam, gdzie są one niezbędne, żeby podkreślić charakter kompozycji.

Tą płytę zabieram do samochodu i pewnie przez jakiś czas codziennie rano będzie mi towarzyszyć w drodze do pracy, łagodnie, bez zbędnej agresji pobudzając moją wyobraźnię do jakże potrzebnej codziennej kreatywności. Próbowałem już kilka razy i za każdym razem w głowie powstawała mi inna historia. Koniecznie musicie kupić tą płytę natychmiast, żeby wymyśleć sobie do tej muzyki swój własny film…

Marek Napiórkowski
Up!
Format: CD
Wytwórnia: V Records

Numer: 5903111377014