Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Billy Hart. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Billy Hart. Pokaż wszystkie posty

30 marca 2015

Niels Vincentz feat. Cameron Brown, Billy Hart & Tom Harrell - Is That So?

Mam mały problem z takimi albumami. Jeśli coś nie jest inne niż wszystkie, ale stanowi zwyczajnie dobrą robotę, to zawsze w głowie pojawia się myśl – po co? Przecież takich płyt powstało już wiele. Dlaczego mam poświęcić godzinę właśnie na ten album? Taki jazzowy mainstream powstaje od wielu niemal pół wieku i zawsze pozostanie ponadczasowy. Jednak pozostaje znak zapytania – w czym ciekawszy jest ten album od setek innych dość podobnych?

W wypadku płyty „Is That So?” dla mnie magnesem był udział Toma Harrella, artysty moim zdaniem wybitnego, choć równie genialnego, co chimerycznego, człowieka potrafiącego zagrać genialnie, albo nie obudzić się przez całą sesję nawet na chwilę i przejść gdzieś obok muzyki. Tym razem niestety miał miejsce ten drugi, niekorzystny dla fanów Toma Harrella przypadek. Na tej płycie zagrał niewiele i nie wyróżnił się niczym szczególnym.

Nie żałuję jednak czasu spędzonego z tym albumem. Lider, o którym wcześniej nie słyszałem okazał się ciekawym saksofonistą, a Billy Hart zagrał na swoim zwyczajnym, czyli absolutnie najwyższym poziomie. Zaintrygowany nieznaną wcześniej postacią Nielsa Vincentza postanowiłem rozejrzeć się za jego innymi albumami. Nie jest to łatwe, bowiem Niels Vincentz nie rozpieszcza swoich fanów wielką ilością nagrań i jest prawdopodobnie jedną z najbardziej enigmatycznym postaci duńskiego środowiska jazzowego.

Album „Is That So?” jest kontynuacją nagrań zespołu sprzed ponad dekady i zawiera w większości kompozycje własne lidera. Płyta ukazała się w 2014 roku, raczej nie w ostatnim tygodniu grudnia, bowiem czekała chwilę na miejsce w moim odtwarzaczu. Na stronie internetowej artysty – www.nielsvincentz.com nie ma po niej śladu, a sama strona już w nagłówku prezentuje alternatywną pisownię nazwiska lidera – Niles Vincent. Może warto więc spróbować poszukać innych nagrań  muzyka pod tym nazwiskiem? Też nie udaje się wiele znaleźć. W dodatku nikt nie wpadł na pomysł stworzenia biogramu muzyka w Wikipedii… Przyznacie, że to wielce zagadkowa postać. Poprzednią płytę wydała wytwórnia SteepleChase, a teraz Stunt – to nie są może najbardziej znane oficyny z obszerną światową dystrybucją, ale należą do uznanych jazzowych wydawców.

Muzycy pewnie nie grają ze sobą często, nie zwiedzają letnich jazzowych festiwali, jednak trio Vincentz – Brown – Hart daje z siebie więcej niż suma ich własnych umiejętności. Tworzą zgrany organizm a kompozycje lidera zdają się być napisane specjalnie z myślą o tym składzie. Może to kolejna odpowiedź, dlaczego Tom Harrell pełni raczej role dekoracji na okładce tego albumu…

W muzyce Nielsa Vincentza jest coś tajemniczego, jeszcze nie wiem, co ale z pewnością do tego albumu powrócę w poszukiwaniu wyjaśnienia fenomenu tego niezwykłego muzyka, który potrafi przekonać do twórczej współpracy Billy Harta i Toma Harrella, co już samo w sobie jest niezłym osiągnięciem. Z pewnością też wyruszę na poszukiwanie jego poprzednich albumów…

Niels Vincentz feat. Cameron Brown, Billy Hart & Tom Harrell
Is That So?
Format: CD
Wytwórnia: Stunt Records

Numer: 663993131726

04 sierpnia 2014

Bobby Hutcherson, David Sanborn, Joey DeFrancesco feat. Billy Hart – Enjoy The View

Kiedy spotyka się w studio nagraniowym tak szacowne grono muzyków, powstać może w zasadzie wszystko – album genialny, rzetelnie zrealizowana jazzowa płyta, lub zupełnie nic nie warta przepychanka i zawody – kto zagra lepiej i wciśnie na krążek więcej swoich pomysłów. W przypadku „Enjoy The View” z pewnością nie powstało dzieło genialne. Powstała jednak niezwykle wprawnie zagrana i doskonale zrealizowana mainstreamowa płyta jazzowa. Muzykom udało się osiągnąć znacznie więcej niż tylko zagrać parę solówek na tle melodii, o których zapomnicie już następnego dnia.

Udało im się stworzyć zespół, osiągnąć więcej niż tylko zaoferować sumę swoich własnych, znanych fanom zagrywek. Taki zespół śmiało mógłby ruszyć w letnią trasę koncertową i objechać całą Europę, fundując sobie przy okazji przedłużone wakacje. Niestety niewiele jazzowych festiwali jest w stanie zapłacić za 4 gwiazdy grające w jednym zespole. Pewnie dlatego muzycy w trasę raczej nie pojadą razem, a każdy z osobna. Joey DeFranceso gościł całkiem niedawno w Polsce dając całkiem rzetelny koncert o którym zapomniałem już następnego dnia, po raz kolejny przekonując się, że letnie festiwale jazzowe to raczej atrakcja turystyczna, niż miejsce gdzie dzieje się coś artystycznie ciekawego. Cóż – muzycy też muszą mieć wakacje, a jeśli za hotele i samoloty zapłaci sponsor w nadziei, że widzowie przyjdą na nazwiska., to tym lepiej – wakacje będą za darmo, czyli za nasze, wydane na bilety pieniądze. Za każdym razem obiecuję sobie, że to już mój ostatni letni festiwal i za każdym razem wytrzymuję w tym postanowieniu co najwyżej 2, czasem 3 lata.

Wróćmy jednak do „Enjoy The View”. Ten album jest ponadczasowy, a to dobry znak. Równie dobrze mógłby zostać nagrany 30 lat temu i też byłby aktualny, to daje nadzieję, że będzie aktualny i za kolejne 30 lat., pod warunkiem oczywiście, że płyta wytrwa do tego czasu, bowiem trwałość nośników cyfrowych wcale nie jest nieskończona. Dlatego kupcie sobie jeśli możecie płytę analogową, ta wytrzyma wieczność, a jak ekolodzy całkiem zabronią używania prądu, co niewątpliwie jest całkiem realną możliwością, to przy odrobinie wprawy można będzie skonstruować patefon na korbkę…

To znowu jednak o czymś innym, niż „Enjoy The View”. Ten album przywrócił mi nieco wiary w to, że Blue Note wydaje jeszcze produkty jazzowe, przynajmniej w moim własnym, pochodzącym sprzed epoki MP3 rozumieniu tego słowa. Posiada on bowiem wszelkie cechy produkcji tej zaszczytnej wytwórni sprzed 50 lat – powstał raczej szybko, bowiem kalendarz uczestników sesji wypełniony jest dość szczelnie, każdy przyniósł garść pomysłów i zabawa z pewnością była przednia. Ten luz słychać. Tu nikt nie musi niczego udowadniać, nikt nie stara się zabłysnąć, przekrzyczeć innych, udowodnić, że jest lepszy. Nikt tego nie musi robić. Wszyscy pozostaną gwiazdami o ustalonym statusie niezależnie od nagrania tej płyty. Wchodząc do studia można mieć dziejową misję, albo zwyczajnie dobrze się bawić. Tym razem zdecydowanie chodziło o dobrą zabawę, a każdy z nas może sobie postawić na półce dokumentację tego niezwykłego spotkania.

Ja zapamiętam tą płytę na trochę dłużej również dlatego, że zaskoczyła mnie dojrzała gra Davida Sanborna, którego postać w mojej głowie kojarzyła się ostatnio bardziej z kolejnymi próbami zdobycia popularności na miarę Kenny’ego G, a nie z graniem sensownej muzyki. Tym razem się postarał. Może mawet sięgnę po jego kolejny solowy album, żeby przekonać się, czy może wreszcie będzie grał muzykę, a nie uśmiechał się do młodej widowni grając absolutnie przewidywalne, banalne i zupełnie pozbawione jakiejkolwiek wartości dźwięki? Na „Enjoy The View” dźwięków pozbawionych sensu nie znajdziecie. Nawet, co też mnie nieco zdziwiło, trąbka Joeya DeFrancesco brzmi nieźle… Może dlatego, że nie ma jej zbyt wiele.
Bobby Hutcherson, David Sanborn, Joey DeFrancesco feat. Billy Hart

Enjoy The View
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 602537654482

09 marca 2014

Billy Hart Quartet – One Is The Other

Od premiery ostatniej płyty Billy Harta – „All Our Reasons” minęły niemal 2 lata. O poprzednim albumie napisałem, że to przede wszystkim album wielkiego perkusisty. Przez ten czas Billy Hart nie przestał być genialnym perkusistą. Nie zmarnował tego czasu. Został liderem świetnego zespołu. Dziś jego grupa to zespół czterem osobowości, które tworzą jakość zupełnie zdumiewającą. Dlatego właśnie najnowszy album zespołu jest dużo ciekawszy od poprzedniego, mimo, że „All Our Resons” to nie była zła płyta.

Jazzowych kwartetów było wiele. Często zastanawiam się, czy warto kupić kolejną taką płytę, czy pojawią się na niej dźwięki, których wcześniej nie słyszałem? Nie muszą się takie pojawiać. Nie oczekuję tego od jazzowego klasyka – saksofon tenorowy (Mark Turner), fortepian (Ethan Iverson), kontrabas (Ben Street) i oczywiście lider na bębnach.

Dla mnie „One Is The Other” powinna być podpisana nazwiskiem Ethana Iversona. Nie wiem w zasadzie nic o relacji pomiędzy muzykami w studiu, choć z pewnością Billy Hart z całą swoją wielką dyskografią jest mentorem dla pozostałych. Być może dlatego, ale z pewnością również ze względów marketingowych zespół firmowany jest przez Billy Harta. Może to zabrzmi jak herezja, ale gdyby Ethan Iverson musiał wybierać między The Bad Plus i kwartetem Billy Harta – jestem za tym, żeby nawet na zawsze porzucił The Bad Plus, choć to zespół fantastyczny.

Repertuar złożony jest w zasadzie z kompozycji autorskich członków zespołu. To dobry pomysł, bowiem granie standardów powodowałoby u większości słuchaczy nawet wbrew woli porównania do innych nagrań sprzed lat. Na płycie pojawia się jednak jedna znana melodia – „Some Enchanted Evening”. To oczywiście tylko hipoteza, jednak mam wrażenie, że ta melodia znalazła się na płycie po to, żeby pokazać punkt odniesienia – wykazać przez porównanie, że wszyscy członkowie zespołu potrafią pisać kompozycje wcale nie gorsze niż Richard Rodgers i Oscar Hammerstein II, a raczej Richard Rodgers, bo to on przecież pisał muzykę, a słów w wykonaniu kwartetu Billy Harta brak…

Nie wszystkie oryginalne kompozycje powstały z myślą o tym albumie. „Lennie Groove” to jedna w wczesnych kompozycji Marka Turnera. Mimo ewidentnie post-bopowego charakteru zespołu, płytę wydała wytwórnia ECM – to będzie zupełnie nietypowa pozycja w ich współczesnym katalogu. „Sonnet for Stevie” stanowił dla mnie niezłą zagadkę. Wysłuchałem tego utworu kilka razy i uznałem, że to dla Stevie Wondera. Okazało się, że to prawda, choć ciągle w zasadzie nie wiem dlaczego.. O tym, że Mark Turner miał właśnie Stevie Wondera na myśli przeczytałem w materiałach prasowych później.

Albumy w rodzaju „One Is The Other” nie odkrywają niczego nowego. Każdy fan jazzu ma na półce pewnie wiele podobnych płyt. Nie żałuję jednak ani złotówki wydanej na ten album, zapewniam Was że również nie będziecie żałować. A następny album, który z pewnością powstanie też kupię w ciemno. Takie zespoły dojrzewają. Może czas na album koncertowy?

„One Is The Other” to realny dowód na to, że jazz nie był chwilową modą lat pięćdziesiątych. To sztuka ponadczasowa. Ten album w złotej epoce hard-bopu byłby światowym przebojem. Dziś może się nim stać, jeśli pobiegniecie do sklepu i go kupicie. Możemy razem stworzyć historię…

Billy Hart Quartet
One Is The Other
Format: CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602537597338

24 maja 2012

Billy Hart – All Our Reasons


W przypadku płyt, którym liderują perkusiści, tak jak w wypadku liderów – gitarzystów basowych, trzeba być niezwykle uważnym. Często to produkty muzyczn0podobne wymyślone od początku do końca w celu zaprezentowania swoich wirtuozerskich zdolności. Muzycy towarzyszący bywają dodatkiem, a płyty są zlepkiem przypadkowych, napisanych bez pomysłu kompozycji służących pokazaniu kolejnych sztuczek. To jednak słychać od razu. Podobnie, jak fakt wyprodukowania każdego utworu w innym studiu, w innym składzie i późniejszego jego ulepszania w niekończących się protoolsowych operacjach specjalnych. Ileż to takich płyt, na których perkusiści – liderzy są cieniem swoich dokonań, tych nagrań w których pozostają jedynie członkami sekcji rytmicznej.

W przypadku produkcji ECM też trzeba uważać. Ta zasłużona dla całej współczesnej muzyki improwizowanej wytwórnia wydaje dużo. Wśród nowości bywają pozycje wyjątkowo wartościowe, jak i takie, bez których świat mógłby się obejść. To prawda, że Manfred Eicher nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, umieszczając poprzeczkę na wysokościach niedostępnych dla wielu innych nawet tych ambitniejszych europejskich wytwórni. Niemal nigdy kupując płytę z logo ECM nie kupimy produktu słabego, czy źle nagranego. Często jednak możemy trafić na albumy, które mogłyby zwyczajnie nigdy nie powstać. Dobre, ale tylko dobre, kolejne podobne do poprzednich płyty. Oczywiście nie każda płyta musi być rewolucyjna, ale czasem mam wrażenie, że oprócz oczywistych arcydzieł ECM, z tych średniaków wystarczy kupić sobie 10-20 albumów i mamy określoną estetykę z głowy i w innych, nowo wydawanych płytach będziemy odnajdywać jedynie podobne nuty. Czy to źle? W sumie niekoniecznie, jeśli ktoś bowiem jest wyjątkowym fanem wysublimowanych niekoniecznie emocjonalnie zaangażowanych brzmień to będzie kupował wszystkie nowości…

„All Our Reasons” to z pewnością płyta perkusisty. Ani przez chwilę nie ma wątpliwości, kto tu jest najważniejszy. To jednak nie jest płyta perkusisty – wirtuoza, a wyśmienitego lidera i niespodziewanie dobrego kompozytora. Pozostali muzycy wywiązują się ze swojego zadania adekwatnie do muzycznego doświadczenia. Ethan Iverson nie jest ani lepszy, ani gorszy niż w swojej macierzystej formacji The Bad Plus, której płyty zajmują dobre miejsce na moich półkach. Mark Turner i Ben Street nie pozostają w tyle. Sam lider stroni od solowych popisów.

Czegoś jednak w tym wszystkim zabrakło. Dobre kompozycje i świetny skład w połączeniu z profesjonalną produkcją dają album dobry. Tylko tyle i aż tyle. Dziś tworząc zespół trzeba z muzyków wycisnąć więcej niż tylko sumę ich najlepszych brzmień… „All Our Reasons” tego niestety nie ma. Choć w kategorii solowych projektów perkusistów z pewnością jest wysoko… Płytą tygodnia w radiu nie zostanie. Pewnie ten album miałby szansę, ale ukazał się i dotarł do mnie w okresie, kiedy jest wiele dużo lepszych produkcji. Gdyby ukazał się w okresie mniej obfitującym w bardzo dobre nowości, miał by szansę.

Są na tej płycie momenty nadzwyczajne – choćby introdukcja Ethana Iversona do „Ohnedaruth”, czy kilka solowych partii lidera (wystarczająco długich żeby coś pokazać i nie za długich, żeby słuchacza znudzić…) – w tym ta najważniejsza – w „Nigeria”.

Muzyka nagrana dla ECM jest bardziej otwarta w formie, niż poprzednie nagrania zespołu. To w sensie kompozycyjnym i formalnym zdaje się faworyzować rolę saksofonu w zespole. Być może jeśli muzycy zdecydują się na kolejną płytę, Mart Turner będzie miał do powiedzenia więcej. Billy Hart ma już ponad 70 lat, pozostaje jednak w pełni twórczych i co dla perkusisty ważne, również fizycznych sił, co pozwala mieć nadzieję na dalszą ewolucję artytyczną zespołu… Na razie to świetnie zagrane spotkanie wybornych muzyków… To trochę za mało. Takich płyt często słucha się, nawet z dużą przyjemnością, ale tylko raz, a później już do nich nie wraca… To nie jest zła płyta… Ale są lepsze.

Billy Hart
All Our Reasons
Format: CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602527866314