Bill Laswell jeśli mu się chce, potrafi być wielkim producentem i mistrzem konsolety. Przynajmniej tak uważa połowa mieszkańców Nowego Jorku i okolic. Występuje w tych rolach od wielu już lat w wielu różnych konfiguracjach personalnych. Czasem wypada ciekawie, czasem jednak trochę gorzej. Przyznać trzeba jednak, że nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Może próbę zmierzenia się z muzyką Milesa Davisa (Panthalassa) należy zaliczyć do tych mniej udanych, ale już Divine Light z muzyką z wczesnych płyt Carlosa Santany to prawdziwa poezja realizacyjna. Jednak Laswell to przecież całkiem sprawny i kreatywny basista, co udowadnia na dzisiejszej płycie. Tym razem liderem jest jednak ktoś inny.
Lucky Peterson, to prawdziwe estradowe zwierze, kto nie widział, niech żałuje. Artysta nie przyjeżdża często do Europy. Warszawę odwiedził ostatnio w 2001 roku dając fantastyczny koncert. Lucky nigdy nie był artystą rozpuszczanym przez swoją wytwórnię płytową działaniami promocyjnymi. Za to już od urodzenia był złotym dzieckiem bluesa. Pierwszą płytę nagrał w wieku 5 lat – dziś nie jest ona raczej dostępna…. I była to całkiem poważna płyta, bowiem jej producentem był prawdziwy król bluesa - Willie Dixon. Lucky zaczynał jako perkusista, później stał się mistrzem gry na organach Hammonda, aby w końcu zostać wirtuozem gitary. Obdarzony jest też całkiem ciekawym głosem. Od pięknie zaśpiewanej ballady właśnie zaczęła się moja muzyczna znajomość z Lucky Petersonem. Pierwszym jego nagraniem, które usłyszałem było Hey Lordy Mama z genialnej płyty Abbey Lincoln - A Turtle's Dream. O tej płycie pisałem tutaj:
Prawdę mówiąc, kiedy we wspomnianym już 2001 roku w Warszawie występował jednego wieczoru w Sali Kongresowej z Abbey Lincoln właśnie, wszyscy mieli nadzieję, że Abbey wyjdzie choć na chwilę, aby z nim zaśpiewać. Tak się jednak nie stało. No cóż, cuda nie zdarzają się codziennie i na zawołanie.
Opisywana dzisiaj płyta pochodzi z 2002 roku. Nie za bardzo rozumiem, jaki był sposób doboru instrumentalistów do tego projektu. Całość zdecydowanie psuje perkusista, którego nazwisko, w domyśle jako gwiazdy, jest wymienione na okładce - Jerome Bigfoot Brailey. Jego jednostajna i nudna gra oraz bezsensowne nadużywanie blachy psuje odbiór całości. Bill Laswell, który wyprodukował tą muzykę chyba miał słaby dzień wpuszczając tak zrealizowany dźwięk na płytę. Jeśli to celowy zabieg, to nie rozumiem, czemu ma służyć. Wystarczy posłuchać przebojowego standardu Lucky In Love, żeby zrozumieć, co mam na myśli.
Lucky Peterson z biegiem lat porzuca Hammonda na rzecz gitary. Zdecydowanie wolę go w tej roli. Jako gitarzysta posługuje się prostymi, sprawdzonymi środkami, nie udziwniając niepotrzebnie swojej gry. W wielu utworach gra zarówno na gitarze, jak i na organach. Organy jednak zawsze pozostają nieco w tle, pełniąc rolę instrumentu rytmicznego, lub dodając nieco specyficznej głębi brzmieniu i aranżacjom.
Na wyróżnienie zasługuje chwytliwy i ciekawie zagrany temat Lucky In Love. Tutaj dostajemy dużo gitary i niebanalną aranżację. Bardzo dobry jest również temat tytułowy. Ballada pozostawia dużo miejsca na łagodnie snującą się w tle gitare, jak i ciepło brzmienia organów Hammonda. Mam również wrażenie, że śpiew Petersona jest ciekawszy właśnie w takich wolniejszych utworach. Znowu jednak wszędobylska perkusja psuje stworzony na spółke z basem przez lidera klimat.
Niespodziewanie jednak najciekawszy utwór w tym zestawie to jedna z dwu kompozycji lidera - Truly Your Friend, to rasowa bluesowa ballada trochę w stylu starszych nagrań B. B. Kinga. Ciekawie zagrana zarówno na gitarze jak i na organach oraz zdecydowanie najlepiej zaśpiewana. To najciekawszy moment również dlatego, że gęsta partia organów przykrywa nieco nieszczęsnego perkusistę.
Ta płyta nie jest zła, ale znam zdecydowanie lepsze nagrania Lucky Petersona. Tym razem zawiodłem się też na grze Laswella i jego realizacji, które są delikatnie mówiąc przeciętne.
Lucky Peterson
Black Midnight Sun
Format: CD
Wytwórnia: Dreyfus
Numer: FDM 36643-2
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucky Peterson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucky Peterson. Pokaż wszystkie posty
15 listopada 2010
25 sierpnia 2010
Abbey Lincoln - A Turtle's Dream
Abbey Lincoln zmarła kilka tygodni temu w wieku 80 lat. I choć od jej ostatniej wizyty w Polsce minęło parę lat, to w Ameryce koncertowała i nagrywała do ostatnich dni…
Dziś moja ulubiona płyta Abbey Lincoln – A Turtle’s Dream. To dość nietypowa nie tylko dla jazzowej wokalistyki, ale również dla dyskografii samej Abbey Lincoln płyta. Nietypowa, budząca szalenie skrajne uczucia. Bardzo wiele osób uwielbia tę płytę i uważa ją za jedną z lepszych lub nawet najlepszą w całym dorobku Abbey Lincoln. Sam się bez wątpienia do tych osób zaliczam. Jednak cała twórczość Abbey Lincoln jest dla mnie dość dziwna. Są dni, kiedy uwielbiam słuchać jej nagrań. Są również takie, kiedy wydaje mi się, że to nie jest ciekawa muzyka. Na Abbey trzeba po prostu mieć dzień. To intymna muzyka, wymagająca odpowiedniego nastroju i skupienia. Gdyby Abbey śpiewała co wieczór w jakimś pobliskim klubie jazzowym, byłbym stałym gościem. Na żywo jest dużo, dużo lepsza. Nawet w tak niewdzięcznych warunkach jak w czasie swojego ostatniego koncertu w Sali Kongresowej kilka lat temu. Tak czy inaczej, nikt, kto słucha muzyki z uwaga nie pozostaje obojętny. Niestety na koncert już nie ma szans.
A Turtle’s Dream to wybitna płyta. Najwspanialsze są chyba jednak wczesne nagrania Abbey Lincoln z Sonny Rollinsem, jeszcze z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. No i oczywiście znakomite płyty Abbey Sings Billie w dwu częściach nagrane i wydane przez Enja w późnych latach osiemdziesiątych. A ze wszystkiego najprzyjemniejsze jest chyba fotografowanie Abbey na żywo, ale to już inna konkurencja.
Na bardzo jednolitej stylistycznie, dobrej a wręcz znakomitej płycie można jednak wyróżnić kilka wyjątkowo ciekawych momentów. Wśród nich są wszystkie partie zagrane przez Pata. Jego wejścia w Avec Le Temps i Being Me to prawdziwe perełki. Wspólne muzykowanie z Abbey przypomina doskonałe, choć dużo przecież późniejsze nagrania Pata Metheny z Anną Marią Jopek. Refren Nature Boy długo pozostaje w pamięci. Większość utworów na płycie jest zresztą autorstwa Abbey.
Pisząc o ważnym udziale Pata Metheny nie sposób pominąć jeszcze jednej niespodzianki umieszczonej na płycie - doskonałego duetu wokalnego Abbey z Lucky Petersonem popartego jego ciekawym solem na gitarze. Pozostaje żałować, że ta dwójka występując na Jazz Jamboree 2001 w Warszawie jednego wieczoru na scenie, ale jednak całkiem oddzielnie nie zagrała razem. Ten jeden jedyny utwór daje jednak wyobrażenie o tym, jak ciekawa mogłaby być ich szersza współpraca. Już nigdy takiej płyty się nie doczekamy. Pozostaje tylko próbka - Hey, Lordy Mama. To jeden ze zdecydowanie ciekawszych momentów płyty.
Takich chwil jest jednak niezliczona ilość – tak jak trąbka Roya Hargrove w Storywise. Właściwie każdy utwór ma swoja ciekawostkę. Nad całością snuje się leniwo niepowtarzalny głos Abbey. Jeśli macie ochotę zaprosić ją do siebie na miły wieczór, żółwiowy sen jest jedna z lepszych propozycji.
Abbey Lincoln
A Turtle’s Dream
Format: CD
Wytwórnia: Gitanes/Verve
Numer: 527 382-2
Dziś moja ulubiona płyta Abbey Lincoln – A Turtle’s Dream. To dość nietypowa nie tylko dla jazzowej wokalistyki, ale również dla dyskografii samej Abbey Lincoln płyta. Nietypowa, budząca szalenie skrajne uczucia. Bardzo wiele osób uwielbia tę płytę i uważa ją za jedną z lepszych lub nawet najlepszą w całym dorobku Abbey Lincoln. Sam się bez wątpienia do tych osób zaliczam. Jednak cała twórczość Abbey Lincoln jest dla mnie dość dziwna. Są dni, kiedy uwielbiam słuchać jej nagrań. Są również takie, kiedy wydaje mi się, że to nie jest ciekawa muzyka. Na Abbey trzeba po prostu mieć dzień. To intymna muzyka, wymagająca odpowiedniego nastroju i skupienia. Gdyby Abbey śpiewała co wieczór w jakimś pobliskim klubie jazzowym, byłbym stałym gościem. Na żywo jest dużo, dużo lepsza. Nawet w tak niewdzięcznych warunkach jak w czasie swojego ostatniego koncertu w Sali Kongresowej kilka lat temu. Tak czy inaczej, nikt, kto słucha muzyki z uwaga nie pozostaje obojętny. Niestety na koncert już nie ma szans.
A Turtle’s Dream to wybitna płyta. Najwspanialsze są chyba jednak wczesne nagrania Abbey Lincoln z Sonny Rollinsem, jeszcze z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. No i oczywiście znakomite płyty Abbey Sings Billie w dwu częściach nagrane i wydane przez Enja w późnych latach osiemdziesiątych. A ze wszystkiego najprzyjemniejsze jest chyba fotografowanie Abbey na żywo, ale to już inna konkurencja.
Abbey Lincoln - 2001
Słuchając A Turtle’s Dream nie można pominąć znakomitego składu towarzyszących artystce instrumentalistów. Podstawowy zespół to Rodney Kendrick, stylowy i pozostający w dyskretnym tle pianista oraz doskonała sekcja rytmiczna - Charlie Haden i Victor Lewis. Jakby tego było mało, spotykamy na płycie wybornych gości - przede wszystkim Pata Metheny, doskonale wpisującego się w styl płyty z ciekawymi solówkami trąbki Roya Hargrove i zastępującego chwilami Kendricka błyskotliwego Kenny Barrona.
Na bardzo jednolitej stylistycznie, dobrej a wręcz znakomitej płycie można jednak wyróżnić kilka wyjątkowo ciekawych momentów. Wśród nich są wszystkie partie zagrane przez Pata. Jego wejścia w Avec Le Temps i Being Me to prawdziwe perełki. Wspólne muzykowanie z Abbey przypomina doskonałe, choć dużo przecież późniejsze nagrania Pata Metheny z Anną Marią Jopek. Refren Nature Boy długo pozostaje w pamięci. Większość utworów na płycie jest zresztą autorstwa Abbey.
Pisząc o ważnym udziale Pata Metheny nie sposób pominąć jeszcze jednej niespodzianki umieszczonej na płycie - doskonałego duetu wokalnego Abbey z Lucky Petersonem popartego jego ciekawym solem na gitarze. Pozostaje żałować, że ta dwójka występując na Jazz Jamboree 2001 w Warszawie jednego wieczoru na scenie, ale jednak całkiem oddzielnie nie zagrała razem. Ten jeden jedyny utwór daje jednak wyobrażenie o tym, jak ciekawa mogłaby być ich szersza współpraca. Już nigdy takiej płyty się nie doczekamy. Pozostaje tylko próbka - Hey, Lordy Mama. To jeden ze zdecydowanie ciekawszych momentów płyty.
Abbey Lincoln - 2001
Abbey Lincoln
A Turtle’s Dream
Format: CD
Wytwórnia: Gitanes/Verve
Numer: 527 382-2
Etykiety:
Abbey Lincoln,
Lucky Peterson,
Pat Metheny,
Roy Hargrove
Subskrybuj:
Posty (Atom)

