Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Abbey Lincoln. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Abbey Lincoln. Pokaż wszystkie posty

03 kwietnia 2020

Throw It Away – CoverToCover Vol. 36

Kompozycja Abbey Lincoln po raz pierwszy pojawiła się na jej albumie „A Turtle’s Dream” w 1995 roku. Kiedy ten album włączyłem do Kanonu Jazzu, napisałem, że to moja ulubiona płyta Abbey Lincoln. Zdania nie zmieniam, więc jeśli kompozycja z tej płyty staje się powoli jazzowym standardem, to z pewnością warta jest przypomnienia w cyklu CoverToCover. Ponad 50 lat muzycznej kariery Abbey Lincoln to wiele doskonałych albumów, ale również sporo niekoniecznie wybitnych. Trochę też znajdziecie w jej dyskografii nagrań, które niezbyt dobrze zniosły próbę czasu, zwykle w związku z nietrafionym wyborem repertuaru, albo zbyt głęboko politycznym i ważnym tylko chwilę tekstom. Abbey Lincoln świetne płyty nagrywała już w latach pięćdziesiątych z Sonny Rollinsem. Doskonale odnalazła się w repertuarze Elli Fitzgerald. „A Turtle’s Dream” jest jej najpełniejszym dziełem, złożonym w większości z autorskiego repertuaru i nagranym w fantastycznym towarzystwie. Sekcję tworzą Charlie Haden i Victor Lewis. W premierowym nagraniu „Throw It Away” na gitarze zagrał Pat Metheny.


Kompozycja sprawdza się doskonale bez tekstu, czego dowodem jej najlepsze wykonania, które wybrałem. W 2011 roku utwór przypomniał John Scofield na płycie „A Moment’s Peace”. Tym albumem udało mu się po raz kolejny mnie zaskoczyć. The Beatles, Carla Bley, Abbey Lincoln, Billy Eckstine, George i Ira Gershwin. Wszystko razem brzmi dobrze w wykonaniu kameralnego zespołu – Larry Goldingsa, Scott Colleya i Briana Blade’a. Kiedy latem 2011 roku ten album był naszą radiową płytą tygodnia (czas leci nieprawdopodobnie szybko), napisałem, że czytając zapowiedzi jego wydania uznałem, że wykonanie „Throw It Away” bez Abbey Lincoln w zasadzie nie może się udać. Czas pokazał, że się pomyliłem. Utwór wyszedł Scofieldowi znakomicie, podobnie jak cała płyta.

Od tego momentu instrumentaliści jakby uwierzyli w tą melodię. Pojawiło się kilka nowych nagrań, a ja na koniec chciałbym przypomnieć jedno z najbardziej nietypowych w związku z użytymi instrumentami – akordeon, fortepian i kontrabas - Vincent Peirani, Michael Wollny i Michel Benita. Uniwersalność melodii i możliwość jej adaptacji na różne instrumenty to od zawsze cecha dobrego jazzowego standard. Ta trójka muzyków ostatecznie udowodniła, że kompozycja Abbey Lincoln jest świetnym standardem, nawet bez tekstu, podobnie jak wiele dużo starszych kompozycji, które świat jazzu przejął z filmu lub teatru.

Utwór: Throw It Away
Album: A Turtle’s Dream
Wykonawca: Abbey Lincoln
Wytwórnia: Gitanes / Polydor / Verve
Rok: 1995
Numer: 731452738226
Skład: Abbey Lincoln – voc, Pat Metheny – g, Charlie Haden – b, Victor Lewis – dr, Pierre Blanchard – viol, Vincent Pagliarin – viol, Frederic Fymard – viola, Anne-Gaelle Bisquay – cello, Narc Gilet – cello.

Utwór: Throw It Away
Album: A Moment’s Peace
Wykonawca: John Scofield
Wytwórnia: Longsolo / Emarcy / Universal
Rok: 2011
Numer: 602527642482
Skład: John Scofield – g, Larry Goldings – p, org, Scott Colley – b, Brian Blade – dr.

Utwór: Throw It Away
Album: Thrill Box
Wykonawca: Vincent Peirani feat. Michaell Wollny & Michel Benita
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2013
Numer: ACT 9542-2
Skład: Vincent Peirani – acc, Michael Wollny – p, Michel Benita – b.

02 kwietnia 2017

Abbey Lincoln – Love Having You Around: Live At The Keystone Korner Vol. 2

Album „Love Having You Around” powinien stanowić całość z wydaną w tym samym czasie (latem zeszłego, 2016 roku) płytą „Sophisticated Abbey”. Oba albumy zawierają nagrania zarejestrowane podczas koncertów Abbey Lincoln w marcu 1980 roku w klubie Keystone Korner w San Francisco. Dodajmy, bo to ważne – to pierwsze oficjalne wydanie tego materiału, zorganizowane przez amerykańską wytwórnię HighNote za zgodą Abbey Lincoln Trust – organizacji dbającej o nagraniową spuściznę Abbey Lincoln i zajmującą się finansami jej spadkobierców. Tak więc po 36 latach od zarejestrowania materiału mamy do czynienia z premierą, co w kontekście niezbyt bogatej oficjalnej dyskografii wokalistki jest sensacją z pierwszych stron gazet (przynajmniej tych jazzowych).

Szczególnie istotny jest fakt, że w zasadzie od 1961 roku do 1987 w dyskografii Abbey Lincoln jest dziś ciągle wielka czarna dziura. Przynajmniej w tej oficjalnej dyskografii od genialnego „Straight Ahead” z 1961 roku do „Abbey Sings Billie” w dwu odcinkach z 1987 nie ma właściwie nic, jeśli nie niczyć dwu nietypowych w jej dyskografii nagrań – albumu ze Steve Colemanem („Talking To The Sun”) i z Archie Sheppem („Painted Lady”) oraz nagranego w 1973 roku w Japonii „People In Me”. Do czasu wydania nagrań z 1980 roku przez HighNote ten okres pozostał jedynie w pamięci fanów, którzy słyszeli koncerty na żywo.

Oba albumy powinny ukazać się jako jedno wydawnictwo, stanowią bowiem spójny dokument cyklu klubowych koncertów z marca 1980 roku. Dlaczego zdecydowano o wydaniu dwu płyt z różnymi okładkami, które oprócz muzycznej zawartości łączy tylko podtytuł „Live At The Keystone Korner”, nie mam pojęcia. Do radiowej prezentacji jako płytę tygodnia wybieram jednak część drugą, choć to wybór niełatwy i moja decyzja podyktowana jest ciekawszym zestawem utworów umieszczonym na płycie „Love Having You Around” zawierającym między innymi, przypuszczalnie zamykający koncert, jeden z największych przebojów Abbey Lincoln – „Throw It Away”, utwór tytułowy autorstwa Stevie Wondera oraz przypomnienie najważniejszego elementu jej dyskografii – płyty „We Insist!” z Maxem Roachem w postaci krótkiej wersji „Driva Man”. Album przynosi fanom również jedyne oficjalne nagranie często śpiewanej przez Abbey Lincoln kompozycji Johna Coltrane’a – „Africa”.

Oba albumy są wydawnictwem oficjalnym, choć techniczny poziom realizacji dźwięku wskazuje na to, że koncert był rejestrowany jedynie z myślą o archiwum artystki. Kto widział Abbey Lincoln na żywo wie, że w zasadzie każdy jej koncert był równie doskonały, więc te zastrzeżenia dotyczą pracy realizatorów, a nie muzyków na scenie.

Czy nagranie z koncertów w Keystone Korner zasługuje na jakieś specjalne wyróżnienie? Czy ten cykl kilku koncertów był ważniejszy, lub doskonalszy od wielu innych, które dawała niemal na całym świecie w latach osiemdziesiątych? Nie, raczej nie były to wieczory szczególne. Spośród innych wyróżnia je fakt, że możemy dziś posłuchać tego materiału w jakości równie dobrej, jak realizacja większości klubowych koncertów, nie pomagając wzbogacić się nieuczciwym wydawcom pirackich nagrań.

Mam nadzieję, że wytwórnia HighNote znajdzie jeszcze jakieś dotąd niewydane materiały z archiwów koncertowych Abbey Lincoln i wyda je równie starannie, rozszerzając jej dyskografię po raz kolejny. Ja z pewnością kupię każdy kolejny album Abbey Lincoln wydany przez HighNote.

Abbey Lincoln
Love Having You Around: Live At The Keystone Korner Vol. 2
Format: CD
Wytwórnia: HighNote
Numer: 632375729721

28 grudnia 2016

Abbey Lincoln – A Turtle’s Dream

Poniższy tekst napisałem w 2010 roku, w kilka tygodni pośmierci Abbey Lincoln. Wtedy „A Turtle’s Dream” był albumem zbyt nowym, żeby znaleźć się w Kanonie Jazzu. Teraz właśnie skończył 20 lat, więc może się w nim znaleźć. To tylko sztucznie utworzona reguła więc nie ma sensu opisywać na nowo płyty, która jest przecież tak samo dobra, jak w 2010 roku, jak i w 1995, kiedy została nagrana.

„A Turtle’s Dream” jest moją ulubioną płytą Abbey Lincoln. Album jest dość nietypowy nie tylko dla jazzowej wokalistyki, ale również dla dyskografii samej Abbey Lincoln. Wśród słuchaczy i krytyków budzi skrajne uczucia. Bardzo wiele osób uwielbia tą płytę i uważa ją za jedną z lepszych lub nawet najlepszą w całym dorobku Abbey Lincoln. Sam się bez wątpienia do tych osób zaliczam. Jednak cała twórczość Abbey Lincoln jest dla mnie dość dziwna. Są dni, kiedy uwielbiam słuchać jej nagrań. Są również takie, kiedy wydaje mi się, że to nie jest ciekawa muzyka. Na Abbey trzeba po prostu mieć dzień. To intymna muzyka, wymagająca odpowiedniego nastroju i skupienia. Gdyby Abbey śpiewała co wieczór w jakimś pobliskim klubie jazzowym, byłbym stałym gościem. Na żywo jest dużo, dużo lepsza. Nawet w tak niewdzięcznych warunkach jak w czasie swojego ostatniego w Polsce koncertu w Sali Kongresowej w 2001 roku. Tak czy inaczej, nikt, kto słucha muzyki z uwaga nie pozostaje obojętny. Niestety na koncert już nie ma szans.

Dla mnie „A Turtle’s Dream” jest płytą wybitną. Równie wspaniałe są wczesne nagrania Abbey Lincoln z Sonny Rollinsem, jeszcze z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. No i oczywiście znakomite albumy „Abbey Sings Billie” w dwu częściach nagrane i wydane przez Enja w późnych latach osiemdziesiątych.

Słuchając „A Turtle’s Dream” nie sposób nie usłyszeć znakomitego składu towarzyszących artystce instrumentalistów. Podstawowy zespół to Rodney Kendrick, stylowy i pozostający w dyskretnym tle pianista oraz doskonała sekcja rytmiczna - Charlie Haden i Victor Lewis. Jakby tego było mało, spotykamy na płycie wybornych gości - przede wszystkim Pata Metheny, doskonale wpisującego się w styl płyty z ciekawymi solówkami trąbki Roya Hargrove i zastępującego chwilami Kendricka błyskotliwego Kenny Barrona.

Na bardzo jednolitej stylistycznie, dobrej a wręcz znakomitej płycie można jednak wyróżnić kilka wyjątkowo ciekawych momentów. Wśród nich są wszystkie partie zagrane przez Pata Metheny. Jego wejścia w „Avec Le Temps” i „Being Me” to prawdziwe perełki. Wspólne muzykowanie z Abbey przypomina doskonałe, choć dużo przecież późniejsze nagrania Pata Metheny z Anną Marią Jopek. Refren „Nature Boy” długo pozostaje w pamięci. Większość utworów na płycie jest zresztą autorstwa Abbey.

Pisząc o ważnym udziale Pata Metheny nie sposób pominąć jeszcze jednej niespodzianki umieszczonej na płycie - doskonałego duetu wokalnego Abbey z Lucky Petersonem popartego jego ciekawym solem na gitarze. Pozostaje żałować, że ta dwójka występując na Jazz Jamboree w 2001 roku w Warszawie jednego wieczoru na scenie, ale jednak całkiem oddzielnie, nie zagrała razem. Ten jeden jedyny utwór daje jednak wyobrażenie o tym, jak ciekawa mogłaby być ich szersza współpraca. Już nigdy takiej płyty się nie doczekamy. Pozostaje tylko próbka – „Hey, Lordy Mama”. To jeden ze zdecydowanie ciekawszych momentów płyty.

Takich chwil jest jednak niezliczona ilość – tak jak trąbka Roya Hargrove w „Storywise”. Właściwie każdy utwór ma swoja ciekawostkę. Nad całością snuje się leniwo niepowtarzalny głos Abbey. Jeśli macie ochotę zaprosić ją do siebie na miły wieczór, „A Turtle’s Dream” jest jedną z lepszych propozycji.

Abbey Lincoln
A Turtle’s Dream
Format: CD
Wytwórnia: Gitanes/Verve

Numer: 527 382-2

08 grudnia 2011

Simple Songs Vol. 41


Wczoraj bohaterem dwugodzinnej audycji miał być Charlie Haden. Niestety z dwugodzinnej audycji w ostatniej chwili zrobiła się godzinna. Nie umawialiśmy się z Michałem Foggiem, jakie płyty przyniesiemy do studia. Mój pomysł polegał na wyszukaniu nagrań nietypowych, mało znanych, a być może również nie figurujących w oficjalnych dyskografiach Charlie Hadena.

Większość dobrych kontrabasistów, a Charlie Haden od początku lat siedemdziesiątych należy do ścisłej światowej czołówki, nagrywa wiele, uczestnicząc w setkach sesji. To sprawia fanom kłopot, często zebranie całej dyskografii jest zwyczajnie niemożliwe, nie tylko ze względu na zasobność portfela, ale też dostępność informacji o sesjach w których muzyk brał udział, szczególnie tych starszych, umownie licząc, sprzed ery internetu…

Tak więc z prezentacji płyt najważniejszych w karierze artysty, tych nagrywanych w składzie nazywanym Quartet West, płyt z Patem Metheny, Keithem Jarrettem, czy cyklu Montreal Tapes przetykanej od czasu do czasu ciekawostkami zrobił się wczoraj zbiór samych ciekawostek. Mam nadzieję, że ciekawych…

Zacznijmy więc od dość wczesnego nagrania, o którym mało kto dziś pamięta. To płyta Johna Coltrane’a wydana po jego śmierci, a właściwie płyta Alice Coltrane (tak jest do dziś wznawiana), która użyła do jej wytworzenia wcześniej nagranej sesji swojego męża, dograło co nieco, pozmieniała i po odrobinie studyjnej obróbki wydała jako „Infinity”. Jednak skoro mają być ciekawostki, to sięgniemy po dłuższą o kilka minut wersję utworu „Joy” z tej płyty, umieszczoną w wyśmienicie przygotowanym 8 płytowym zestawie nagrań Johna Cotrane’a „The Classic Quartet - Complete Impulse! Studio Recordings”. Na płycie numer 7 znajdziemy tzw. drugą wersję kompozycji „Joy”. Zagrają oprócz lidera, McCoy Tyner na fortepianie, Elvin Jones na perkusji, Alice Coltrane na wibrafonie (trudno to w tym nagraniu usłyszeć) i instrumentach smyczkowych, a także dwu kontrabasistów – nasz dzisiejszych bohater – Charlie Haden i Jimmy Garrison. Nagranie pochodzi z 1965 roku, a jego treścią jest w zasadzie po krótkim przedstawieniu tematu skomponowanego przez Johna Coltrane’a muzyczny dialog dwu kontrabasów…

* John Coltrane – Joy - The Classic Quartet - Complete Impulse! Studio Recordings

Przenieśmy się teraz w czasy nieco nam bliższe, choć w przypadku muzyki jazzowej to niekoniecznie oznacza zmianę na lepsze… Jest rok 1994. Płyta, której fragmentu za chwilę posłuchamy brzmi dokładnie tak, jak wynika to z jej okładki, składu muzyków i wybranych kompozycji. Płytę firmuje trio Gingera Bakera, którego cały świat już chyba zawsze będzie pamiętał przede wszystkim z zespołu Cream, choć to dla niego mało sprawiedliwe… Oprócz lidera grającego na bębnach usłyszymy oczywiście Charlie Hadena i grającego na gitarze Billa Frisella. Ta muzyka brzmi właśnie tak. Dla kompozycji Theloniousa Monka „Straight, No Chaser” rockowy styl gry Gingera Bakera jest nieco zbyt ciężki. Charlie Haden jest świetny, a Bill Frisell jak zwykle pozostają gdzieś z boku komentuje całość w niezwykle charakterystyczny dla siebie oszczędny sposób…

* Ginger Baker Trio – Straight, No Chaser – Going Back Home

Kiedy patrzę na przedstawioną przez Wikipedię biografię artysty, którą otworzyłem sobie słuchając poprzedniego utworu, zdumiewa mnie nieco mocne stwierdzenie autora, że Charlie Haden kojarzony jest przede wszystkim z długoletnią współpracą z Ornette Colemanem. W sumie takiego stwierdzenia nie można wywieść ilości płyt, które Charlie Haden nagrał z Ornette Colemanem w stosunku choćby do swojej solowej dyskografii, ani z poziomu sprzedaży tych płyt (albumy w rodzaju „The Shape Of Jazz To Come”, czy „Free Jazz: A Collective Improvisation” raczej na sukces komercyjny szans nie miały nigdy, choć są dla rozwoju free kamieniami milowymi). Dla mnie Charlie Haden jest jednym z nielicznych kontrabasistów, który kojarzony jest przez fanów jazzu głównie ze swoich solowych projektów. To być może jedyny taki kontrabasista. A to znaczy bardzo wiele. Tego nie da się powiedzieć nawet o Rayu Brownie… Przyniosłem dziś do studia „Free Jazz”, ale to zbyt oczywisty album, jak na kolekcję muzycznych ciekawostek z obszernej dyskografii Charlie Hadena. Posłuchajmy fragmentu nieco mniej znanej, a równie ciekawej płyty w podobnej konwencji. To będzie tytułowe nagranie z albumu „Mama Too Tight” Archie Sheppa. Zagrają oprócz lidera (saksofon tenorowy) i Charlie Hadena (kontrabas) również Graham Moncur III i Roswell Rudd na puzonach, nieco mnie znany Perry Robinson na klarnecie, Tommy Turrentine na trąbce, wszędobylski Howard Johnson na tubie (jak to dobrze grać na mało popularnym instrumencie) i Beaver Harris na perkusji.

* Archie Shepp – Mama Too Tight – Mama Too Tight

Cykl albumów Montreal Tapes nagranych na żywo w czasie festiwalu w Montrealu, gdzie Charlie Haden był w 1989 roku rezydentem jest absolutnie fenomenalny. Taka ilość tak różnej muzyki zagrana w okresie zaledwie kilku festiwalowych dni… Moim ulubionym albumem  z tego festiwalu jest nagrania Charlie Hadena z Gonzalo Rubalcabą i Paulem Motianem. Gonzalo Rubalcaba i Charlie Haden rozumieją się jak mało który pianista z kontrabasistą. Ta płyta jest w związku z tym wyśmienita. Z pewnością kiedyś znajdziemy na nią czas. Jednak dziś miały być ciekawostki, więc posłuchajmy innego wspólnego nagrania na żywo tych muzyków. To będzie rejestracja pochodząca z 1993 roku utworu Charlie Hadena „First Song” umieszczona na płycie Gonzalo Rubalcaby „”Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA”. Solowe wykonanie „Imagine” Johna Lennona z tej płyty jest jedną z najlepszych interpretacji tej wyśmienitej kompozycji, jaką znam. Dziś jednak ma być Charlie Haden, więc posłuchamy równie pięknego duetu.

* Gonzalo Rubalcaba & Charlie Haden – First Song - Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA

Kolejne nagranie będzie pochodziło z płyty, która sama w sobie z pewnością nie jest nieznaną ciekawostką. Jednak jej pojawienie się w kontekście prezentacji nagrań Charlie Hadena z pewnością nie jest oczywiste. W związku z tym wykorzystam okazję, żeby po raz kolejny zaprezentować jedną z moich absolutnie ukochanych płyt, bez których nie wyobrażam sobie żadnej dobrej kolekcji nagrań. Wszyscy powinniście mieć tą płytę. To „A Turtle’s Dream” Abbey Lincoln. Album absolutnie przepiękny, zarejestrowany w 1995 roku. Na tej płycie zagrali razem Charlie Haden i Pat Metheny. Być może właśnie na tej sesji wpadli na pomysł nagrania kilkanaście miesięcy później „Beyond The Missouri Sky”. Album Abbey Lincoln otwiera „Throw It Away” z udziałem Charlie Hadena i Pata Metheny.

* Abbey Lincoln – Throw It Away – A Turtle’s Dream

Na koniec będzie fragment jednego z tych nagrań, które z pewnością przyniósłby do studia również Michał Fogg. Repertuar tej płyty to w większości kompozycje Django Reinhardta. Płytę otwiera kompozycja „Django” Johna Lewisa napisana dla Modern Jazz Quartet. Album nosi tytuł jedynej kompozycji Charlie Hadena umieszczonej na tej płycie – „Gitane”. Album nagrali wspólnie Charlie Haden i francuski gitarzysta Christian Escoude. Z tej płyty posłuchamy nieco mniej znanej kompozycji Django Reinhardta – „Bolero”.

* Charlie Haden & Christian Escoude – Bolero - Gitane

Ciekawostek w dyskografii Charlie Hadena jest dużo więcej. Do pomysłu wspólnej audycji z Michałem Foggiem z pewnością jeszcze wrócimy…

20 listopada 2011

Max Roach - We Insist!: Max Roach’s – Freedom Now Suite


To płyta, która ma 4 oblicza. Można posłuchać jej 4 razy z rzędu, a nawet więcej, skupiając uwagę, te pierwsze 4 razy na zupełnie innych muzycznych wydarzeniach.

Pierwsze z nich to aspekt polityczny. To był w swoim czasie, w 1960 roku, ważny społecznie album, element walki z rasowymi uprzedzeniami. Walki prowadzonej w zasadzie na dwu frontach – przypominania Afroamerykanom ich afrykańskich korzeni i tożsamości kulturowej i przypominania białym politykom o ciągle istniejących problemach rasowych i różnego rodzaju przepisach ograniczających obywatelskie prawa niektórych obywateli. W tym kontekście odnajdujemy na płycie być może niezbyt ambitne, za to zaśpiewane z niezwykłym zaangażowaniem przez Abbey Lincoln teksty. Niektórzy mogą narzekać, że krzyki Abbey Lincoln w utworze „Triptych: Prayer / Protest / Peace” nie mają muzycznego sensu. Mają jednak głęboki sens emocjonalny, pokazujący bezsilność ludzi chcących protestować pokojowo. Dziś wiemy, że fala owych protestów z początku lat sześćdziesiątych była początkiem końca prześladowania mniejszości narodowych w USA, przynajmniej formalnie, bowiem na amerykańskim południu do dziś bywa z tym różnie, szczególnie na prowincji.

Drugie, to gra na trąbce Bookera Little, często niedocenianego, dziś nieco zapomnianego, wyśmienitego trębacza. Posłuchajcie tej płyty zwracając baczną uwagę na to, co gra Booker Little…

Trzecie, to warstwa rytmiczna. To przecież płyta firmowana przez Maxa Roacha. Dodatkowo w składzie jest rzech muzyków obsługujących różnego rodzaju instrumenty perkusyjne: Michael Olatunji, Ray Mantilla i Tomas DuVall. Mimo tego, że zapewne celem powstania płyty było głównieprzesłanie polityczne, to Max Roach nie zapomniał o tym, że jest wybitnym perkusistą. Uwolniona od jazzowych schematów struktura kompozycji pozwoliła zastosować nieco bardziej skomplikowane i niecodzienne rozwiązania rytmiczne. Grający z wielką energią i pasją perkusjoniści z pewnością dołożyli swoje do proponowanych rytmów w finałowej kompozycji „Tears For Johannesburg”

Czwarte wreszcie muzyczne wydarzenie to śpiew Abbey Lincoln. Może oprócz wspomnianego już tryptyku w którym głównie krzyczy, to płyta wokalnie tak dobra, jak jej wczesne solowe projekty w rodzaju „Abbey Is Blue”, czy „It’s Magic”.

Ta płyta powszechnie uchodzi za polityczną ciekawostkę. Nie patrzcie na nią jedynie w ten sposób. To spora dawka świetnej i jak na swoje lata niestandardowo skomponowanej i zagranej muzki.

Max Roach
We Insist!: Max Roach’s – Freedom Now Suite
Format: CD
Wytwórnia: Candid
Numer: CCD79002/708857900220

15 listopada 2010

Lucky Peterson - Black Midnight Sun

Bill Laswell jeśli mu się chce, potrafi być wielkim producentem i mistrzem konsolety. Przynajmniej tak uważa połowa mieszkańców Nowego Jorku i okolic. Występuje w tych rolach od wielu już lat w wielu różnych konfiguracjach personalnych. Czasem wypada ciekawie, czasem jednak trochę gorzej. Przyznać trzeba jednak, że nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Może próbę zmierzenia się z muzyką Milesa Davisa (Panthalassa) należy zaliczyć do tych mniej udanych, ale już Divine Light z muzyką z wczesnych płyt Carlosa Santany to prawdziwa poezja realizacyjna. Jednak Laswell to przecież całkiem sprawny i kreatywny basista, co udowadnia na dzisiejszej płycie. Tym razem liderem jest jednak ktoś inny.

Lucky Peterson, to prawdziwe estradowe zwierze, kto nie widział, niech żałuje. Artysta nie przyjeżdża często do Europy. Warszawę odwiedził ostatnio w 2001 roku dając fantastyczny koncert. Lucky nigdy nie był artystą rozpuszczanym przez swoją wytwórnię płytową działaniami promocyjnymi. Za to już od urodzenia był złotym dzieckiem bluesa. Pierwszą płytę nagrał w wieku 5 lat – dziś nie jest ona raczej dostępna…. I była to całkiem poważna płyta, bowiem jej producentem był prawdziwy król bluesa - Willie Dixon. Lucky zaczynał jako perkusista, później stał się mistrzem gry na organach Hammonda, aby w końcu zostać wirtuozem gitary. Obdarzony jest też całkiem ciekawym głosem. Od pięknie zaśpiewanej ballady właśnie zaczęła się moja muzyczna znajomość z Lucky Petersonem. Pierwszym jego nagraniem, które usłyszałem było Hey Lordy Mama z genialnej płyty Abbey Lincoln - A Turtle's Dream. O tej płycie pisałem tutaj:


Prawdę mówiąc, kiedy we wspomnianym już 2001 roku w Warszawie występował jednego wieczoru w Sali Kongresowej z Abbey Lincoln właśnie, wszyscy mieli nadzieję, że Abbey wyjdzie choć na chwilę, aby z nim zaśpiewać. Tak się jednak nie stało. No cóż, cuda nie zdarzają się codziennie i na zawołanie.

Opisywana dzisiaj płyta pochodzi z 2002 roku. Nie za bardzo rozumiem, jaki był sposób doboru instrumentalistów do tego projektu. Całość zdecydowanie psuje perkusista, którego nazwisko, w domyśle jako gwiazdy, jest wymienione na okładce - Jerome Bigfoot Brailey. Jego jednostajna i nudna gra oraz bezsensowne nadużywanie blachy psuje odbiór całości. Bill Laswell, który wyprodukował tą muzykę chyba miał słaby dzień wpuszczając tak zrealizowany dźwięk na płytę. Jeśli to celowy zabieg, to nie rozumiem, czemu ma służyć. Wystarczy posłuchać przebojowego standardu Lucky In Love, żeby zrozumieć, co mam na myśli.

Lucky Peterson z biegiem lat porzuca Hammonda na rzecz gitary. Zdecydowanie wolę go w tej roli. Jako gitarzysta posługuje się prostymi, sprawdzonymi środkami, nie udziwniając niepotrzebnie swojej gry. W wielu utworach gra zarówno na gitarze, jak i na organach. Organy jednak zawsze pozostają nieco w tle, pełniąc rolę instrumentu rytmicznego, lub dodając nieco specyficznej głębi brzmieniu i aranżacjom.

Na wyróżnienie zasługuje chwytliwy i ciekawie zagrany temat Lucky In Love. Tutaj dostajemy dużo gitary i niebanalną aranżację. Bardzo dobry jest również temat tytułowy. Ballada pozostawia dużo miejsca na łagodnie snującą się w tle gitare, jak i ciepło brzmienia organów Hammonda. Mam również wrażenie, że śpiew Petersona jest ciekawszy właśnie w takich wolniejszych utworach. Znowu jednak wszędobylska perkusja psuje stworzony na spółke z basem przez lidera klimat.

Niespodziewanie jednak najciekawszy utwór w tym zestawie to jedna z dwu kompozycji lidera - Truly Your Friend, to rasowa bluesowa ballada trochę w stylu starszych nagrań B. B. Kinga. Ciekawie zagrana zarówno na gitarze jak i na organach oraz zdecydowanie najlepiej zaśpiewana. To najciekawszy moment również dlatego, że gęsta partia organów przykrywa nieco nieszczęsnego perkusistę.

Ta płyta nie jest zła, ale znam zdecydowanie lepsze nagrania Lucky Petersona. Tym razem zawiodłem się też na grze Laswella i jego realizacji, które są delikatnie mówiąc przeciętne.

Lucky Peterson
Black Midnight Sun
Format: CD
Wytwórnia: Dreyfus
Numer: FDM 36643-2

25 sierpnia 2010

Abbey Lincoln - A Turtle's Dream

Abbey Lincoln zmarła kilka tygodni temu w wieku 80 lat. I choć od jej ostatniej wizyty w Polsce minęło parę lat, to w Ameryce koncertowała i nagrywała do ostatnich dni…

Dziś moja ulubiona płyta Abbey Lincoln – A Turtle’s Dream. To dość nietypowa nie tylko dla jazzowej wokalistyki, ale również dla dyskografii samej Abbey Lincoln płyta. Nietypowa, budząca szalenie skrajne uczucia. Bardzo wiele osób uwielbia tę płytę i uważa ją za jedną z lepszych lub nawet najlepszą w całym dorobku Abbey Lincoln. Sam się bez wątpienia do tych osób zaliczam. Jednak cała twórczość Abbey Lincoln jest dla mnie dość dziwna. Są dni, kiedy uwielbiam słuchać jej nagrań. Są również takie, kiedy wydaje mi się, że to nie jest ciekawa muzyka. Na Abbey trzeba po prostu mieć dzień. To intymna muzyka, wymagająca odpowiedniego nastroju i skupienia. Gdyby Abbey śpiewała co wieczór w jakimś pobliskim klubie jazzowym, byłbym stałym gościem. Na żywo jest dużo, dużo lepsza. Nawet w tak niewdzięcznych warunkach jak w czasie swojego ostatniego koncertu w Sali Kongresowej kilka lat temu. Tak czy inaczej, nikt, kto słucha muzyki z uwaga nie pozostaje obojętny. Niestety na koncert już nie ma szans.

A Turtle’s Dream to wybitna płyta. Najwspanialsze są chyba jednak wczesne nagrania Abbey Lincoln z Sonny Rollinsem, jeszcze z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. No i oczywiście znakomite płyty Abbey Sings Billie w dwu częściach nagrane i wydane przez Enja w późnych latach osiemdziesiątych. A ze wszystkiego najprzyjemniejsze jest chyba fotografowanie Abbey na żywo, ale to już inna konkurencja.

Abbey Lincoln - 2001
Słuchając A Turtle’s Dream nie można pominąć znakomitego składu towarzyszących artystce instrumentalistów. Podstawowy zespół to Rodney Kendrick, stylowy i pozostający w dyskretnym tle pianista oraz doskonała sekcja rytmiczna - Charlie Haden i Victor Lewis. Jakby tego było mało, spotykamy na płycie wybornych gości - przede wszystkim Pata Metheny, doskonale wpisującego się w styl płyty z ciekawymi solówkami trąbki Roya Hargrove i zastępującego chwilami Kendricka błyskotliwego Kenny Barrona.

Na bardzo jednolitej stylistycznie, dobrej a wręcz znakomitej płycie można jednak wyróżnić kilka wyjątkowo ciekawych momentów. Wśród nich są wszystkie partie zagrane przez Pata. Jego wejścia w Avec Le Temps i Being Me to prawdziwe perełki. Wspólne muzykowanie z Abbey przypomina doskonałe, choć dużo przecież późniejsze nagrania Pata Metheny z Anną Marią Jopek. Refren Nature Boy długo pozostaje w pamięci. Większość utworów na płycie jest zresztą autorstwa Abbey.

Pisząc o ważnym udziale Pata Metheny nie sposób pominąć jeszcze jednej niespodzianki umieszczonej na płycie - doskonałego duetu wokalnego Abbey z Lucky Petersonem popartego jego ciekawym solem na gitarze. Pozostaje żałować, że ta dwójka występując na Jazz Jamboree 2001 w Warszawie jednego wieczoru na scenie, ale jednak całkiem oddzielnie nie zagrała razem. Ten jeden jedyny utwór daje jednak wyobrażenie o tym, jak ciekawa mogłaby być ich szersza współpraca. Już nigdy takiej płyty się nie doczekamy. Pozostaje tylko próbka - Hey, Lordy Mama. To jeden ze zdecydowanie ciekawszych momentów płyty.

Abbey Lincoln - 2001

Takich chwil jest jednak niezliczona ilość – tak jak trąbka Roya Hargrove w Storywise. Właściwie każdy utwór ma swoja ciekawostkę. Nad całością snuje się leniwo niepowtarzalny głos Abbey. Jeśli macie ochotę zaprosić ją do siebie na miły wieczór, żółwiowy sen jest jedna z lepszych propozycji.

Abbey Lincoln
A Turtle’s Dream
Format: CD
Wytwórnia: Gitanes/Verve
Numer: 527 382-2