Ukazał
się najnowszy JazzPRESS. Tym razem poświęcony w większości młodemu pokoleniu
muzyków. W numerze znajdziecie relacje z koncertów, jazzowe kalendarium,
relacje z koncertów i zapowiedzi tych, które przed nami. Postacią numeru jest
Tomasz Dąbrowski. To wszystko jak zwykle całkiem za darmo tutaj: JazzPRESS - kwiecień 2013
08 kwietnia 2013
07 kwietnia 2013
Charles Mingus – Oh Yeah
Brzmienie
tego albumu definiują w zasadzie dwa fakty. Oba dość niezwykłe, choć w
niespotykanie różnorodnej dyskografii Charlesa Mingusa nie jest łatwo odnaleźć
płyty „zwykłe”, należące do mingusowego mainstreamu, jeśli w ogóle coś takiego
kiedykolwiek istniało. Otóż po pierwsze – co może zdziwić niezbyt wprawionych w
bojach fanów gatunku – lider nie sięga na tej płycie chyba ani razu po
kontrabas., gra na fortepianie i śpiewa. Po drugie – w zespole, który,
przynajmniej na koncertach miał w miarę stały skład, na nagranie tego albumu
dołączył Roland Kirk, dodając do całości dodatkową dozę surrealizmu, jakby jego
w kompozycjach Charlesa Mingusa było za mało…
Roland
Kirk w roli gościa specjalnego gra na różnych egzotycznych odmianach
saksofonów, co nie pozostaje bez wpływu na brzmienie albumu. Jednak to nie
tylko udziwnianie brzmienia i dodawanie zespołowi Charlesa Mingusa oryginalnego
kolorytu. Roland Kirk to również wyśmienity improwizator, co na tej płycie
potwierdza choćby w „Wham Bam Thank You Ma’am”.
Charles
Mingus gra na fortepianie i nie jest to jedynie technicznie poprawny
akompaniament. Oczywiście słychać, że nie jest wirtuozem klawiatury, ale
zarówno w jego grze na fortepianie, jak i w sekwencjach wokalnych słychać
wyśmienite bluesowe korzenie („Devil Woman”), czy nuty gospel – jak w „Eccllusiastics”.
To nie jest jedyne nagranie Charlesa Mingusa na fortepianie, ale to jest
prawdopodobnie chronologicznie pierwsze. Znany jest fakt, że lider komponował
przy fortepianie, więc jego własną grę na tym instrumencie można uznać za
najdoskonalszy wzorzec tego, co autor miał na myśli…
Tekst
pojawia się jedynie w „Devil Woman”, co nie przeszkodziło wydawcom przyznać
kredyt za warstwę wokalną liderowi. W pozostałych utworach Charles Mingus
podśpiewuje, pokrzykuje, a nawet rapuje. Idąc tym tropem, w wielu solowych
nagraniach Keitha Jarretta można podpisać go jako wokalistę na okładce… Jednak
owe wokalne próby Charlesa Mingusa pełne są pasji i wspomnianej już bluesowej
energii i twórczej pasji.
We
współczesnych cyfrowych wydaniach pojawia się kilka utworów bonusowych z tej
samej sesji z 1962 roku, co najmniej tak samo dobrych, jak te wybrane na płytę.
W bonusowych kompozycjach lider już nie śpiewa, skupiając się na fortepianie i
dopracowaniu kompozycji. To może świadczyć o celowym zabiegu producentów
wybrania na pierwotną wersję albumu kompozycji z liderem w roli „wokalisty”,
choć to tylko hipoteza.
Jeden
z managerów wytwórni Rhino – Bob Carlton napisał we wstępnie do edycji CD – „Play
tchem loud and scare your neighbours”. W sumie to najlepsza recepta na ten
album, więc kupcie go sobie koniecznie i zastosujcie się do tej sugestii.
Sam
Charles Mingus nie lubił, kiedy określano jego muzykę słowem jazz. Istotnie,
tak jak większość jego albumów, również „Oh Yeah” wymyka się klasyfikacjom.
Jedno jest jednak pewne – to szczera opowieść o emocjach, które lider potrafił
wyrażać w muzyce jak mało kto. A przecież o to właśnie chodzi…
Charles Mingus
Oh Yeah
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Rhino
Numer:
081227374822
06 kwietnia 2013
Christian Muthspiel 4 - Seaven Teares: Tribute To John Dowland
Pomysł
to wydawać by się mogło zupełnie niemożliwy do zrealizowania – uczynić atrakcyjną
dla współczesnego fana jazzu muzykę Johna Dowlanda, mistrza angielskiej muzyki
renesansu z szesnastego wieku, gdyby ktoś nie pamiętał jak bardzo dawno to
było…
Sam
John Dowland większość swoich kompozycji napisał na lutnię i w owym czasie były
one uznawane za wirtuozerskie. Płyta „Seaven Teares: Tribute To John Dowland”
oparta jest na cyklu tańców napisanych przez Johna Downalda na 5 wiol (rodzaj
wczesnych skrzypiec) i lutnię znanych pod nazwą „Seven Teares” lub
alternatywnie nazywanych „Lachrimae”. Czy pomysł nagrania muzyki
improwizowanej, inspirowanej taką muzealną i zdecydowanie pozbawioną muzycznych
emocji w dzisiejszym rozumieniu tego słowa muzyki na zupełnie inne instrumenty
mógł się udać?
Mógł
i udał się znakomicie za sprawą zupełnie zdumiewającego składu, który w
debiucie dla wytwórni ACT! udało się zebrać Christianowi Muthspielowi. Sam lider
to klasycznie wykształcony puzonista i kompozytor muzyki orkiestrowej,
chciałoby się napisać klasycznej, lub współczesnej, ale w jego przypadku lepiej
jest nazwać ją autorską. Przyporządkowywanie muzyki do gatunków ma zresztą
pomóc jedynie słuchaczom otoczonym przez setki nowych płyt, które ukazują się
każdego dnia wybrać te, które mogą im się spodobać. Tylko tyle i aż tyle…
Muzycy,
którzy przeszli klasyczną ścieżkę muzycznej edukacji często cofają się w
czasie, większość z nich do epoki Rachmaninowa, a ci najodważniejsi do Jana
Sebastiana Bacha… To jeszcze jest proste, bowiem Wariacje Goldbergowskie to dla
wielu pierwsze jazzowe standardy w dziejach gatunku. Ale żeby cofać się do
Johna Dowlanda? To pomysł w swojej istocie niezwykły, a pomysł na nowe odczytanie
jego dzieł udał się znakomicie.
Sam
lider, oprócz, co oczywiste puzonu, zagrał też na fortepianie akustycznym i
elektrycznym. Na trąbce towarzyszył mu zupełnie mi nieznany Matthieu Michel, a
na wibrafonie Franck Tortiller, którego również usłyszałem na tym albumie po
raz pierwszy, ale w którego grze wyraźnie słychać klasyczne wykształcenie
muzyczne. No i jest jeszcze wielka gwiazda – Steve Swallow – niewątpliwie
najbardziej jazzowy z muzyków zespołu Christian Muthspiel 4.
Zawartość
muzyczną albumu „Seaven Teares: Tribute To John Dowland” trudno nazwać nowymi
aranżacjami muzyki staroangielskiego kompozytora. To raczej nowe dźwięki
inspirowane tymi kompozycjami. Tak przynajmniej myślę, znam bowiem jedynie
jedno klasyczne wykonanie „Seven Teares” w interpretacji zespołu muzyki dawnej
Capella De Ministrers, które odnalazłem w zbiorze zapomnianych płyt jednego z
moich muzycznych przyjaciół specjalnie, żeby spróbować lepiej zrozumieć pomysły
Christiana Muthspiela. No i jest jeszcze Sting z płytą „Songs From The
Labirynth”, ale on od czasu, kiedy rozstał się z The Police i zespołem
Branforda Marsalisa (taki śmiały skrót myślowy), śpiewa wszystko tak samo…
Christian
Muthspiel – lider zespołu daje szansę pograć wszystkim muzykom, przygotowując
utwory tak, żeby w każdym był jakiś motyw przewodni – czasem dominuje brzmienie
wibrafonu – tu skojarzenia z Miltem Jacksonem są zupełnie na miejscu i
jednocześnie wyznaczają nie tylko styl gry Francka Tortillera, ale również
oznaczają, że to wibrafon najwyższej próby. Kiedy indziej, ważna jest trąbka,
elektroniczne loopy zaprogramowane przez lidera, czy jego fortepian. O puzonie
nie wspomnę, bo to z oczywistych powodów instrument wiodący, choć nie
dominujący swoim brzmieniem.
Momentami
zastanawiam się, czy w ślepym teście, bez odwołania do muzycznej prehistorii w
postaci inspiracji twórczością Johna Dowlanda muzyka w mojej głowie brzmiałaby
tak samo? Raczej tak, echa muzyki dawnej słyszane są w sposób oczywisty
jedynie w dwu utworach, reszta to świetnie zagrana nowoczesna muzyka. Nazwiecie
ją jazzem jeśli zechcecie, jeśli nie odnajdziecie w niej jakiegoś elementu
formalnego, który Waszym zdaniem w jazzie jest nieodzowny, to już Wasz problem.
Dla mnie to zwyczajnie wyśmienita muzyka, a inspiracje są w tym wypadku jedynie
dziennikarską ciekawostką i być może rodzajem deklaracji fana dla mistrza. A
tak zupełnie poważnie, to ciekaw jestem, czy za kolejne 500 lat kompozycje
własne Christiana Muthspiela, których napisał całkiem sporo, ktoś przypomni w
podobny sposób?
Christian Muthspiel 4
Seaven Teares: Tribute To John Dowland
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9551-2
04 kwietnia 2013
Dean Brown – Unfinished Business
Trzeba
sporej dozy dystansu do własnej artystycznej tożsamości, żeby nazwać płytę „Unfinished
Business”. Dean Brown z pewnością dystans do siebie ma, czy jednak udało się
wykorzystać wszystkie możliwości, które dawał gwiazdorski, jak na światek
fusion skład?
Myślę,
że można było więcej, co nie oznacza, że wypadło blado. Być może słuchaczom
należało się nieco więcej gitarowych solówek i dynamicznych rytmów. Dla wielu
taka muzyka, to nie wysmakowane brzmienia i chwytliwe melodie, ale właśnie
rockowa energia. Muzyka Deana Browna zawsze była nieco inna. Sam lider
poszukiwał nietypowych brzmień, komentował swoją gitarą solówki innych (chyba
każdy fan jazzu w Polsce słyszał go co najmniej raz w zespole Marcusa Millera).
Tym razem postanowił być liderem zespołu, do którego zaprosił swoich
przyjaciół.
To
właśnie taka muzyka – wyluzowana, zagrana z dystansem do nieco hermetycznej
przecież formuły brzmieniowej. Puryści gatunku mogą się nieco skrzywić. A to na
zbyt proste rytmy, a to na brzmienie gitary przypominające wypróbowane riffy
Carlosa Santany, a to na mnogość gitarzystów basowych, których nazwiskami
udekorowano okładkę, a czego na płycie nie słychać…
Wyprodukować
jednorodnie brzmieniowy album z utworów, w których składy zmieniają się jak w
kalejdoskopie nie jest łatwo. „Unfinished Business” to z pewnością było
wydarzenie towarzyskie, okazja do spotkania w studiu starych przyjaciół, którzy
nieźle się bawili. To w muzyce słychać.
Albumu
słucha się świetnie, choć żaden z utworów nie będzie przebojem na miarę kompozycji
Carlosa Santany, czy Herbie Hancocka. To również przegląd różnych stylów
jazzowej gitary. Mimo tego, że Dean Brown pozostaje sobą, potrafi zagrać
przebojowo jak Carlos Santana („Recon”), w niemal hard-bopowym stylu
przypominającym Wesa Montgomery („Whole Tone Blues”), czy stworzyć jazz-rockowy
klasyk jak w „Headless Horseman”.
Dean
Brown jest już weteranem gatunku, nagrywa niezliczone ilości albumów z trudną
do ogarnięcia liczbą muzyków od ponad 30 lat. „Unfinished Business” to jego
czwarty projekt solowy.
W
świecie fusion nie pojawia się ostatnio zbyt wiele dobrych nowości. Z pewnością
„Unfinished Business” jest jedną z najciekawszych płyt fusion ostatnich
miesięcy. Nie ma w niej magii najlepszych produkcji z czasów świetności
gatunku, jednak dziś jest wyśmienitą produkcją wyróżniającą się zdecydowanie na
tle innych podobnych nagrań.
Dean Brown
Unfinished Business
Format: CD
Wytwórnia:
BFM
Numer:
848129031976
03 kwietnia 2013
Simple Songs Vol. 82
Tematem
audycji był kolejny jazzowy standard – „Skylark”. To jak większość jazzowych
standardów melodia, która powstała jako popularna piosenka, a jej muzyczna
wartość została odkryta nieco później. Muzykę napisał Hoagy Carmichael w 1941
roku, a niedługo później tekst dołożył Johnny Mercer. Jak głosi legenda, jego
muzą była sama Judy Garland, która była, posługując się dzisiejszym słownictwem
aktorką – celebrytką, czyli dekoracją ekranu, trzeba przyznać, że dekoracją
całkiem przyjemną, tak więc trudno się dziwić, że powstał tekst, śpiewany
później przez wszystkie największe jazzowe wokalistki.
Ten
utwór nie posiada jakiegoś szczególnie wyróżniającego się historycznie, bądź
muzycznie wykonania, więc zacznijmy od takiego nagrania, które oprócz jakości
artystycznej wyróżnia się tym, że dla lidera było w swoim czasie ważne, bowiem
jego tytułem postanowił nazwać swoją płytę, w dodatku płytę, która jak się
później okazało, jest do dziś jedną z jego najlepszych… Mam na myśli album
„Skylark” Paula Desmonda. To również wyróżniająca się produkcja wytwórni CTI z
1973 roku. CTI kojarzone jest raczej z początkami smooth jazzu z pierwszej
połowy lat siedemdziesiątych, a „Skylark”, to rasowy jazzowy mainstream, mimo
faktu, że w nagraniu wzięły udział ówczesne gwiazdy wytwórni - gitarzysta Gabor Szabo i pianista Bob
James. Bardziej tradycyjne środowisko z większym jazzowym dorobkiem
reprezentują na tym albumie Ron Carter (kontrabas) i Jack DeJohnette
(perkusja).
* Paul Desmond – Skylark –
Skylark
Teraz
coś bardziej współczesnego. Choć czas biegnie szybciej niż się wydaje. Pamiętam
jaką sensacją było niebieskie pudełko z nagraniami Keitha Jarretta z Blue Note
całkiem niedawno, kiedy się ukazało. A od tego czaus niepostrzeżenie minęło
prawie 20 lat… Zestaw wydany przez ECM składa
się z 6 płyt zawierających niewiarygodnej jakości muzycznej interpretacje
standardów zagrane przez słynne trio Keitha Jarretta z GaryPeacockiem
(kontrabas) i Jackiem DeJohnette (perkusja) – znowu on…
* Keith Jarrett – Skylark - Keith
Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings (Disc 2) - Friday June 3rd 1994 2nd
Set
Pora
na przedstawienie tekstu „Skylark”. Chronoligicznie pierwsze nagranie, to
pochodząca z 1941 roku rejestracja sesji orkiestry Gene Krupy z Anitą O’Day w
roli wokalistki. Jednak pierwsze ważne, a może najważniejsze i najpiękniejsze
pochodzi z songbooku Johnny Mercera nagranego przez Ellę Fitzgerald w 1964
roku. Orkiestrą dowodzi Nelson Riddle.
*
Ella Fitzgerald – Skylark - Ella Fitzgerald Sings The Johnny Mercer Songbook
A
teraz nagranie z płyty, którą właśnie wprowadzamy do Kanonu Jazzu RadioJAZZ.FM
– wybitnego albumu Freddie Hubbarda – „The Body & The Soul”. Lista muzyków
grających na tej płycie, to w zasadzie encyklopedia jazzu z początków lat
sześćdziesiątych – między innymi Eric Dolphy, Cedar Waldon, Wayne Shorter,
Clark Terry, Curtis Fuller, Louis Hayes, Philly Joe Jones i wielu innych.
*
Freddie Hubbard – Skylark – The Body & The Soul
W
kąciku polskim nietypowe nagranie ze specjalnymi życzeniami powrotu do zdrowia
dla Jarka Śmietany. Zaśpiewa Karen Edwards, na gitarze zagra oczywiście Jarek
Śmietana, za pozostałe dźwięki odpowiada Symphonietta Cracovia.
*
Karen Edwards & Jarosław Śmietana – Skylark – Everything Ice
Stali
słuchacze wiedzą, że jak coś da się zagrać na skrzypcach i to są skrzypce
jazzowe, to w mojej audycji na pewno znajdzie swoje miejsce. Nie mogę więc
przepuścić okazji i tym razem, bowiem skład wybitny – zagra dwu, być może
najważniejszych skrzypków wszechczasów w swoich kategoriach – Stephane Grappelly
i Yehudi Menuhin. W dodatku towarzyszy im dwójka wybitnych jazzowych
gitarzystów brytyjskich – Martin Taylor i John Etheridge.
*
Stephane Grappelly & Yehudi Menuhin – Skylark - Menuhin & Grappelli
Play Jealousy And Other Great Standards
Kolejne
nagranie to skład wybitnie międzynarodowy – japoński pianist Kei Akagi, polski
kontrabasista – Darek Oleszkiewicz, kilku amerykańskich muzyków i wokalistka o
zdecydowanie azjatyckich korzeniach – Jacintha. I znowu album wypełniony
tekstami Johnny Mercera.
*
Jacintha – Skylark - Autumn Leaves -- The Songs Of Johnny Mercer
Na
koniec „Skylark” z albumu, który dla wielu jest gitarową płyta wszechczasów.
Album już dawno umieściłem w Kanonie Jazzu. To płyta „Jazz Guitar” Jima Halla. „Skylark”
to na tym albumie materiał bonusowy. Liderowi towarzyszą John Lewis na
fortepianie i Percy Heath na kontrabasie.
* Jim Hall – Skylark – Jazz
Guitar
Subskrybuj:
Posty (Atom)
