04 czerwca 2013

Charles Mingus – Changes Two

Album powstał w 1974 roku. W czasie tej samej sesji nagrano płytę „Changes One”, która ciągle jest na liście albumów, których bezskutecznie poszukuję. Każde nagranie Charlesa Mingusa brzmi co najmniej intrygująco, choć należał on również do artystów, którzy miewali lepsze i gorsze dni. Schyłek roku 1974 należał do tych średnich. Jedno pozostaje jednak cechą wyróżniającą wszystkie płyty Charlesa Mingusa na tle innych nagrań z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nikt inny nie potrafił, tak jak on z nieznanych muzyków, często wybieranych dość przypadkowo, albo w jedynie sobie znany sposób, zrobić wyśmienitą orkiestrę. W dodatku niezależnie od repertuaru.

„Changes Two” nie stanowi wyjątku od tej reguły. Członkowie zespołu – George Adams i Jack Walrath to ludzie z trzeciego rzędu sekcji instrumentów dętych sesyjnych orkiestr. Don Pullen – pianista może nieco bardziej znany, Marcus Belgrave – największe nazwisko oprócz lidera oczywiście. Dodać należy, że mimo faktu, że w 1974 roku Charles Mingus lata świetności miał już za sobą, to z pewnością budżetu i siły nazwiska wystarczyłoby na zebranie dużo ciekawszego składu. Tak się jednak nie stało, był to więc świadomy wybór lidera. Zresztą wybór nie tylko związany z sesją do tego albumu. W momencie jego nagrania zespół w podobnym składzie grywał razem już od kilkunastu miesięcy.

„Changes Two” zawiera też nieczęsto spotykany w nagraniach Charlesa Mingusa utwór z udziałem wokalisty – Jackie Parisa – „Duke Ellington’s Sound Of Love”.  Sam lider i kompozytor większości materiału zawartego na tym albumie, uważał w ostatnich latach swojego życia obie płyty za jedne z najdoskonalszych w swojej karierze. Być może zapomniał o tych wcześniejszych, epokowych nagraniach, dziś uznawanych za absolutne klasyki – „Pithecanthropus Erectus”, czy „Mingus Ah Um”. O tych płytach pisałem już tutaj:


Jak często w nagraniach ekscentrycznego basisty, pojawia się kontekst polityczny, jednak nie warto na to zwracać uwagi, świat muzyki Charlesa Mingusa, to bowiem jeden z nielicznych nieporównywalnych w zasadzie do niczego, samoistnych tworów artystycznych. Oczywiście można poszukiwać muzycznych analogii, fascynacji muzyką free widoczną w jego nagraniach z lat siedemdziesiątych, jednak moim zdaniem cokolwiek nagrał Charles Mingus, można porównywać jedynie do innych jego nagrań.

Nikt inny nie potrafił stworzyć i chyba nigdy nie będzie potrafił takiej zupełnie niespodziewanej mieszanki wszystkiego ze wszystkim, z której niespodziewanie powstaje świetna muzyka. Najczęściej, jeśli doda się za dużo przypraw, potrawa nie smakuje w zasadzie niczym. W tym przypadku smakuje wybornie, a na „Changes One” będę dalej polował…

Charles Mingus
Changes Two
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Warner
Numer: 081227659127

03 czerwca 2013

Art Blakey Quintet – A Night At Birdland Vol. 1 & Vol. 2

Ciężko się zmierzyć z tak legendarnymi płytami. Do dziś zapis koncertu z 21 lutego 1954 roku wydawany jest najczęściej w postaci dwu oddzielnych płyt CD – „Volume One” i „Volume Two”. Za wersję dziś najlepszą należy uznać zawierającą kilka dodatkowych utworów edycję wydaną w cyklu „Rudy Van Gelder Edition”, zawierającą kilka dodatkowych utworów. W tym przypadku, jak w wielu innych pozycjach cyklu, legendarny inżynier miał okazję poprawić nieco swoją własną pracę, bowiem sam realizował nagranie w 1954 roku i poprawiał je w 2001. Postać Rudy Van Geldera to jedna z najniezwyklejszych biografii światowej muzyki.

Legendarne nagrania z 1954 roku zarejestrowane w klubie Birdland firmował kwintet Arta Blakey’a, choć wymyślona przez członka zespołu – Horace Silvera nazwa funkcjonowała już od 1946 roku, kiedy to powstał 17 osobowy zespół, pod wodzą perkusisty nazywany „Jazz Messengers”. Art. Blakey i Horace Silver trzymali się razem już od założenia wspomnianej 17 osobowej grupy muzyków. Nagranie w składzie z Cliffordem Brownem i Lou Donaldsonem było ostatnim, oficjalnie wydanym pod nazwą Art. Blakey Quintet. Zarejestrowany kilka miesięcy później wydany również w dwu częściach album „At The Cafe Bohemia” firmował już The Jazz Messengers, który kilka lat później stał się już legendarnym Art. Blakey Jazz Messengers, zespołem istniejącym ponad 30 lat, który był legendarną wylęgarnią jazzowych talentów. Dziś trudno ocenić, ile w fakcie przyjmowania do zespołu wschodzących gwiazd wyczucia i talentu do znajdowania obiecujących muzyków samego lidera, a ile uczyli się w zespole grając u boku mistrza, twórcy be-bopowej perkusji.

Lista wielkich mistrzów, którzy jedne z pierwszych profesjonalnych sesji nagraniowych zaliczyli w składzie Jazz Messengers zajęłaby kilka stron, wymienię zatem jedynie tych największych – z pamięci, więc całkiem niewykluczone, a nawet pewne,  że o kimś zapomnę… Wśród trębaczy – zacznę od moich ulubionych – Clifford Brown, Lee Morgan, Freddie Hubbard, Donald Byrd, ale też młodsze pokolenie – Wallace Roney, Terence Blanchard, czy Wynton Marsalis. Wśród saksofonistów – Lou Donaldson, Jackie McLean, Hank Mobley, czy Wayne Shorter, a także niesłusznie dziś zapomniani nieco Nathan Davis, John Gilmore  i Johnny Griffin. Z młodszego pokolenia – choćby Kenny Garrett i Branford Marsalis. Wśród pianistów – nie dzieląc już na pokolenia – Wynton Kelly, Kenny Drew, Keith Jarrett i Mulgrew Miller. Wśród innych muzyków – choćby Curtis Fuller, Reggie Workman, bracia Robin Eubanks (puzon) i Kevin Eubanks (gitara), Steve Turre, czy Stanley Clarke. Wielu pominąłem, nie chcąc tworzyć podręcznika historii jazzu, a z tych nazwisk można złożyć prawie kompletną książkę historyczną.

Art Blakey Jazz Messengers to jednak przede wszystkim wyśmienite, liczone w dziesiątki albumy, a matką ich wszystkich jest słynna sesja z Birdland z 1954 roku. W dodatku to jedyne oficjalne nagranie zespołu w składzie z Cliffordem Brownem i Lou Donaldsonem. Ten pierwszy kojarzony jest przecież przede wszystkim z innym wybitnym perkusistą ery be-bopu – Maxem Roachem. A Lou Donaldson oprócz kilku wyśmienitych solowych albumów mnie osobiście kojarzy się z Jimmy Smithem. Ale to temat na inną opowieść.

Pierwotnie album ukazał się w 3 częściach, dziś istnieje w dwu, repertuar koncertu to klasyki be-bopu – kompozycje Horace Silvera, Dizzy Gillespiego, Charlie Parkera i Lou Donaldsona. Do tego słynna, wielokrotnie używana przez współczesnych artystów, w tym Quincy Jonesa („Back On The Block”) zapowiedź Pee Wee Marquetta – legendarnego karła – mistrza ceremonii w Birdland… Te płyty to legenda. Legendy się nie recenzuje, nie wypada. Zamiast zastanawiać się jakich przymiotników użyć do podkreślenia genialności tych nagrań, lepiej poświęcić kolejną godzinę lub dwie na ich setne wysłuchanie…

Art Blakey Quintet
A Night At Birdland Vol. 1
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 724353214623

Art Blakey Quintet
A Night At Birdland Vol. 2
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 724353214722

02 czerwca 2013

Madeleine Peyroux – The Blue Room

O Madeleine Peyroux usłyszałem po raz pierwszy od 2010 roku, kiedy to w moje ręce wpadł jej album z 1996 oku – „Dreamland”, który zrobił na mnie całkiem niezłe wrażenie, jednak szybko o nim zapomniałem, więc nie była to jakaś niezwykle wyróżniająca się na tle innych wokalnych produkcji płyta. Od 1996 roku do dziś Madeleine Peyroux z pewnością nagrała co najmniej kilka albumów, jednak żaden z nich jakoś nie trafił do mojej kolekcji.

Z pewnością jednak tymi wcześniejszymi produkcjami zainteresuję się w najbliższym czasie, bowiem „The Blue Room” przekonuje mnie, że nieco przegapiłem narodziny świetnej wokalistki. Choć do nowości w dyskografii Madeleine Peyroux nie podchodzę zupełnie bezkrytycznie. W zasadzie płyta podoba mi się w połowie. To znaczy jej połowa jest wyśmienita, a ta druga, która nie jest wyśmienita jest tylko dobra.

Tak pewnie wielu z Was na tą płytę popatrzy. Ten album ma dwie zupełnie różne części. Część utworów została nagrana z udziałem sekcji instrumentów smyczkowych zaaranżowanych przez Vince Mendozę. Te podobają mi się zdecydowanie mniej. W części dlatego, że za takim nieco przesłodzonym stylem nie przepadam. Tak więc fakt, że tą połowę materiału nazwałem „tylko dobrą”, oznacza, że Vince Mendoza wykonał kawał świetnej roboty. Jakże daleko jego aranżacjom do jałowych i nijakich partii smyczków Clausa Ogermana… Ale to zupełnie inny temat. Zrobić ciekawie smyczki, szczególnie w utworach sprzed lat nie jest łatwo. Za to jednemu z najlepszych obecnie aranżerów – Vince Mendozie należą się wielkie brawa…

Przejdźmy jednak do tej ciekawszej części płyty, gdzie najważniejszym głosem, oprócz oczywiście wokalistki są organy Hammonda i elektryczny fortepian obsługiwany przez Larry Goldingsa. Tu dopiero można usłyszeć, jak wiele muzycznej przestrzeni zabierają owe nieszczęsne smyczki. Muzyka odżywa. A repertuar płyty jest sprawdzony w bojach, bowiem w większości składają się na nią wiekowe amerykańskie kompozycje, które nie zostały wybrane przypadkowo, bowiem płyta jest hołdem złożonym Ray’owi Charlesowi i jego przez wielu uważanej za kontrowersyjną, szczególnie w momencie jej wydania płycie „Modern Sound In Country And Western Music”. To były jednak takie czasy, w 1962 roku czarni wykonawcy raczej nie śpiewali country. Kto miałby tego słuchać?

Ja akurat lubię ten album Raya Charlesa, zanim przeczytałem dołączoną do płyty książeczkę (chwała wydawcy, że mimo tzw. „polskiej ceny” książeczka ma parę stron…) rozpoznałem znajomy zestaw utworów. W 1962 roku płyty długogrające miały 30, maksimum 40 minut. Dziś taki album byłby za krótki. W związku z tym do zestawu Madeleine Peyroux dodała parę innych zaskakujących propozycji, które jednak zaśpiewane w podobnym do całości stylu zdumiewająco dobrze pasują do całości. Nie jest łatwo na jednej płycie pogodzić Buddy Holly’ego, Leonarda Cohena i zupełnie u nas nieznanego, genialnego Warrena Zevona z klasykami country. Madeleine Peyroux to potrafi, co samo w sobie powinno stanowić o wyjątkowości tego albumu.

Jeśli do wyśmienitego wokalu dołożyć świetne momenty gitary Deana Parksa i niezwykle kompetentnego i de facto współtworzącego nastrój tej muzyki Larry Goldingsa, grającego najczęściej na organach Hammonda w starym dobrym stylu, to otrzymujemy wyśmienity album, którego nie był w stanie zepsuć nawet smyczkowy kwartet…

Madeleine Peyroux
The Blue Room
Format: CD
Wytwórnia: Emarcy / Universal
Numer: 602537348831

01 czerwca 2013

Stan Getz with Andrzej Trzaskowski Trio - Stan Getz / Andrzej Trzaskowski Trio: Polish Radio Jazz Archives 01

To nagranie jest oczywiście legendarne. W 1960 roku występ Stana Getza w Warszawie w towarzystwie polskich muzyków był sensacją. Dla wszystkich polskich fanów jazzu to również pozycja ważna historycznie. Z wcześniejszej trasy Dave Brubecka po Polsce nie zachowały się żadne nagrania.

W tej samej serii ukazało się również nagranie z 1962 roku z Jazz Jamboree Dona Ellisa z polskimi muzykami, tym razem pod wodzą Wojciecha Karolaka. Te nagrania chwaliłem niedawno, w szczególności za to, co zagrali nasi młodzi wtedy muzycy. Ten tekst przeczytacie tutaj:


Niestety nagrania Stana Getza nie mogę równie entuzjastycznie pochwalić. Stan Getz oczywiście gra wyśmienicie, jednak zespół towarzyszący muzykowi wyraźnie za jego poziomem nie nadąża. Czy warto zatem kupić tę płytę? Z łatwością można przecież znaleźć ciekawsze nagrania Stana Getza z początków lat sześćdziesiątych. Już w niespełna rok po wizycie w Warszawie powstała przecież płyta „Focus”, jedna z najlepszych wczesnych płyt Stana Getza. A kilka miesięcy później „Jazz Samba” – tak więc propozycje dla każdego fana jazzu z najwyższej półki w dyskografii Stana Getza z tego samego okresu znajdziecie bez trudu.

Nagrania z Jazz Jamboree z 1960 roku dla nas, tu w Polsce mają jednak walor historyczny i już na zawsze będą bardzo ważne. Wydawca utrzymuje, że te nagrania nigdy wcześniej nie były opublikowane. To nie jest do końca prawda, bowiem część nagrań ukazała się w niewielkim nakładzie na płycie analogowej dawno temu, a większość była od lat dostępna w różnych może niekoniecznie do końca oficjalnych wydaniach cyfrowych. Istnieje też wydana w 1991 roku przez Polskie Nagrania płyta „Stan Getz In Warsaw”, zawierająca część z prezentowanego przez Polskie Radio materiału. Tak więc z tą premierą to sprawa mocno naciągana, jednak jakość techniczna materiału jest z pewnością odrobinę lepsza niż na wspomnianym wydawnictwie Polskich Nagrań, co sugeruje dostęp realizatorów do oryginalnych taśm z sesji.

Materiał umieszczony na płycie zarejestrowano w części na koncercie w Warszawskiej Filharmonii. Pozostałe utwory nagrano na tej samej scenie, bez udziału publiczności. Repertuar, to z oczywistych względów ograniczonego czasu na próby, jazzowe standardy. Polska sekcja wywiązuje się ze swojego zadania niestety dość przeciętnie. W grze Andrzeja Trzaskowskiego słuchać odrobinę słowiańskich nut, choć z pewnością to nie jest ani najbardziej inspirująca, ani najlepsza sekcja z jaką grał Stan Getz. Na scenie nie powstała też żadna nowa jakość, nie ma mowy o muzycznej synergii, to typowe jednorazowe wydarzenie – gwiazda i lokalna sekcja rytmiczna.

To jednak wydarzenie historyczne i już na zawsze takim pozostanie. Mam nadzieję, że w serii Polish Radio Jazz Archives ukaże się jeszcze wiele ciekawych płyt, bowiem zasoby nagrań z Jazz Jamboree są z pewnością spore, kłopot pewnie z prawami autorskimi niemały, ale początek całkiem niezły. Ja jednak czekam na materiały prawdziwie premierowe i na nagrania nieco nowsze, choć tu pewnie szansa jest mała. Jak na razie najciekawszą pozycją z serii jest nagrani Dona Ellisa z Wojciechem Karolakiem.

Stan Getz with Andrzej Trzaskowski Trio
Stan Getz / Andrzej Trzaskowski Trio: Polish Radio Jazz Archives 01
Wytwórnia: Polskie Radio
Format: CD

Numer: 5907812245672

30 maja 2013

Roby Glod / Roberta Piket / Mark Tokar / Klaus Kugel – Op Der Schmelz Live

„Op Der Schmelz Live” to niezwykle międzynarodowy, free jazzowy projekt. Zespół tworzą Roby Glod – francuski saksofonista, Roberta Piket – amerykańska pianistka, Mark Tokar – pochodzący z Ukrainy kontrabasista i niezwykle aktywny w europejskim światku awangardy jazzowej niemiecki perkusista Klaus Kugel. To właśnie należąca do tego ostatniego muzyka wytwórnia Nemu Records wydała zarejestrowany w 2010 roku w Luxemburgu koncert zespołu.

Nazwa zespołu sugeruje jednorazowy charakter artystycznego przedsięwzięcia, bowiem powstała od nazwy miejsca, w którym zarejestrowano koncert. Po tego rodzaju akcjach artystycznych należy spodziewać się swoistego efektu synergii, stworzonej przez muzyków, którzy doszli do wniosku, że właśnie ten, a nie inny koncert wart jest wydania. Powinno być tak, że dwa plus dwa to więcej niż cztery, czyli, że muzycy nawzajem inspirując się na scenie, bo przecież w projekcie „Op Der Schmelz Live” mamy do czynienia ze spontaniczną improwizacją i raczej umowną i luźną strukturą kompozycji. Nie mam wrażenia, że tak jest w tym przypadku. Nie mogę być jednak pewien, bo nie znam zbyt wielu innych dokonań poszczególnych członków zespołu.

Całość ma charakter jednorazowy, choć współpraca Roberty Piket i Roby Gloda trwa już jakiś czas. W grze każdego współczesnego saksofonisty pojawiają się echa brzmienia każdego z wielkich. W szczególności nie sposób uwolnić się od Johna Coltrane’a. Jednak Roby Glod ma swój własny sound. W grze Roberty Piket najwięcej słychać fascynację dokonaniami Cecila Taylora, co jest czerpaniem i twórczym przetwarzaniem najlepszych wzorców.

To właśnie duet saksofonu i fortepianu rozpoczynający leniwie kompozycję Klausa Kugela – „Lviv” (Lwów) jest najciekawszym fragmentem albumu. Nie mogę też zapomnieć o potrzebie pochwalenia Marka Tokara za kilka wyśmienitych partii solowych kontrabasu.

Faktem jednak jest, że koncert pełen jest nieoczekiwanych zwrotów akcji, zaskakujących zgromadzoną na widowni publiczność. Czy to wystarcza, żeby zagrać dobry free-jazzowy koncert? Moim zdaniem nie wystarcza. Z pewnością muzycznej wyobraźni i warsztatu wykonawczego członkom zespołu nie brak, jednak tym razem wyszło trochę poniżej oczekiwań. Próbowałem dwa razy zmierzyć się z „Op Der Schmelz Live”. Mam wrażenie, że trzeciego razu nie będzie i że za kilka miesięcy nie będę o tej płycie pamiętał.

Roby Glod / Roberta Piket / Mark Tokar / Klaus Kugel
Op Der Schmelz Live
Format: CD
Wytwórnia: Nemu

Numer: 4041806051229