Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horace Silver. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horace Silver. Pokaż wszystkie posty

13 lutego 2020

Horace Silver – Song For My Father

Album Horace Silvera z 1964 roku to dziś jazzowy klasyk. W grudniu 1964 roku, kiedy ukazał się po raz pierwszy był doskonałym świątecznym prezentem, a wydania cyfrowe od 1999 roku zawierają sporo dodatkowego dobrego muzycznie materiału, co czyni album jeszcze ciekawszym. Horace Silver był jednym z pionierów hardbopu, a jego „Song For My Father” pochodzi z najlepszego dla tego muzycznego stylu okresu.


Kariera urodzonego w 1928 roku pianisty, który w początkach swojej kariery grał również na saksofonie, przyspieszyła w 1950 roku, kiedy wraz ze swoim zespołem zaczął grać jako grupa towarzysząca Stanowi Getzowi. To właśnie z tym saksofonistą po raz pierwszy w 1950 roku Horace Silver znalazł się w studio nagraniowym. Krótko później zaczął nagrywać systematycznie swoje własne albumy dla Blue Note. W latach pięćdziesiątych wziął udział jako pianista w wielu słynnych sesjach. Z Artem Blakey nagrał „A Night At Birdland”, z Milesem Davisem nagrał sporo muzyki dla Prestige, nagrywał też z Hankiem Mobleyem, Miltem Jacksonem, Natem Adderleyem, Lee Morganem, Sonny Stittem i Sonny Rollinsem. Uchodzi dziś za jednego z pierwszych członków, a nawet niektórzy nazywają go współzałożycielem Jazz Messengers. Jednocześnie realizował wiele nagrań swojego własnego zespołu. Na jednej z edycji jazzowego festiwalu w Newport w latach pięćdziesiątych zagrał z sukcesem w zastępstwie Johna Lewisa z The Modern Jazz Quartet.

Był nie tylko doskonałym hardbopowym pianistą sesyjnym i liderem własnych zespołów, ale również kompozytorem mającym dobrą rękę do pięknych bluesowych melodii. Jego pierwszym przebojem w czasach, kiedy jazzowe nagrania wydawano na singlach i prezentowano na radiowych antenach była kompozycja „The Preacher” wydana na płycie nagranej wspólnie z Jazz Messengers Arta Blakey’a w 1956 roku. Tytuły takie jak „Sister Sadie”, „Doodlin’”, „Opus De Funk” czy „Peace” zna do dziś większość jazzowych pianistów.

Album „Song For My Father” uznawany jest za najlepszy z jego własnych nagrań. Horace Silver w studiach nagraniowych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych właściwie mieszkał. W kolejnej dekadzie postanowił poświęcić się życiu rodzinnemu i komponowaniu i nie odnosił już takich sukcesów. Czasy dla tych, którzy nie chcieli sięgać po rockową energię i elektryczne klawiatury nie były sprzyjające.

Płyta powstała wkrótce po podróży Silvera do Brazylii, gdzie poczuł, jak ważne są dla niego rodzinne korzenie i przypomniał sobie melodie, które usłyszał od swojego ojca, który urodził się na Wyspach Zielonego Przylądka. Album jest charakterystyczny dla dość ciężkiego i agresywnego stylu gry lidera. Płyta zawiera również utwór tytułowy - jedną z jego najczęściej dziś cytowanych kompozycji i dokumentuje zmiany w składzie zespołu, które nastąpiły na przełomie 1963 i 1964 roku. Trochę szkoda, że Blue Mitchell nie zagrał z Joe Hendersonem, ale może to taka recepta Horace Silvera – w jego kwintecie oprócz lidera mogła być tylko jednak gwiazda.

Album „Song For My Father” to chyba najlepszy dojrzały (schyłkowy nie brzmi najlepiej) hardbop. Zawsze ciekawiło mnie, jak wielu z tych, którzy nigdy nie widzieli Horace Silvera na koncercie (nigdy nie grał w Polsce) pomyślało, że postać z cygarem w kapeluszu na okładce to właśnie on? Tymczasem zgodnie z dedykacją i tytułem na zdjęciu okładkowym zobaczycie Johna Tavaresa Silvera – ojca muzyka, który uczył go pierwszych egzotycznych melodii z Zielonego Przylądka, kiedy ten był jeszcze dzieckiem. Może właśnie dlatego mieszanina egzotyki i dobrego hardbopu spowodowała, że wielu uważa Silvera za pierwszego pianistę grającego funk?

Horace Silver
Song For My Father
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 077778418528

03 czerwca 2013

Art Blakey Quintet – A Night At Birdland Vol. 1 & Vol. 2

Ciężko się zmierzyć z tak legendarnymi płytami. Do dziś zapis koncertu z 21 lutego 1954 roku wydawany jest najczęściej w postaci dwu oddzielnych płyt CD – „Volume One” i „Volume Two”. Za wersję dziś najlepszą należy uznać zawierającą kilka dodatkowych utworów edycję wydaną w cyklu „Rudy Van Gelder Edition”, zawierającą kilka dodatkowych utworów. W tym przypadku, jak w wielu innych pozycjach cyklu, legendarny inżynier miał okazję poprawić nieco swoją własną pracę, bowiem sam realizował nagranie w 1954 roku i poprawiał je w 2001. Postać Rudy Van Geldera to jedna z najniezwyklejszych biografii światowej muzyki.

Legendarne nagrania z 1954 roku zarejestrowane w klubie Birdland firmował kwintet Arta Blakey’a, choć wymyślona przez członka zespołu – Horace Silvera nazwa funkcjonowała już od 1946 roku, kiedy to powstał 17 osobowy zespół, pod wodzą perkusisty nazywany „Jazz Messengers”. Art. Blakey i Horace Silver trzymali się razem już od założenia wspomnianej 17 osobowej grupy muzyków. Nagranie w składzie z Cliffordem Brownem i Lou Donaldsonem było ostatnim, oficjalnie wydanym pod nazwą Art. Blakey Quintet. Zarejestrowany kilka miesięcy później wydany również w dwu częściach album „At The Cafe Bohemia” firmował już The Jazz Messengers, który kilka lat później stał się już legendarnym Art. Blakey Jazz Messengers, zespołem istniejącym ponad 30 lat, który był legendarną wylęgarnią jazzowych talentów. Dziś trudno ocenić, ile w fakcie przyjmowania do zespołu wschodzących gwiazd wyczucia i talentu do znajdowania obiecujących muzyków samego lidera, a ile uczyli się w zespole grając u boku mistrza, twórcy be-bopowej perkusji.

Lista wielkich mistrzów, którzy jedne z pierwszych profesjonalnych sesji nagraniowych zaliczyli w składzie Jazz Messengers zajęłaby kilka stron, wymienię zatem jedynie tych największych – z pamięci, więc całkiem niewykluczone, a nawet pewne,  że o kimś zapomnę… Wśród trębaczy – zacznę od moich ulubionych – Clifford Brown, Lee Morgan, Freddie Hubbard, Donald Byrd, ale też młodsze pokolenie – Wallace Roney, Terence Blanchard, czy Wynton Marsalis. Wśród saksofonistów – Lou Donaldson, Jackie McLean, Hank Mobley, czy Wayne Shorter, a także niesłusznie dziś zapomniani nieco Nathan Davis, John Gilmore  i Johnny Griffin. Z młodszego pokolenia – choćby Kenny Garrett i Branford Marsalis. Wśród pianistów – nie dzieląc już na pokolenia – Wynton Kelly, Kenny Drew, Keith Jarrett i Mulgrew Miller. Wśród innych muzyków – choćby Curtis Fuller, Reggie Workman, bracia Robin Eubanks (puzon) i Kevin Eubanks (gitara), Steve Turre, czy Stanley Clarke. Wielu pominąłem, nie chcąc tworzyć podręcznika historii jazzu, a z tych nazwisk można złożyć prawie kompletną książkę historyczną.

Art Blakey Jazz Messengers to jednak przede wszystkim wyśmienite, liczone w dziesiątki albumy, a matką ich wszystkich jest słynna sesja z Birdland z 1954 roku. W dodatku to jedyne oficjalne nagranie zespołu w składzie z Cliffordem Brownem i Lou Donaldsonem. Ten pierwszy kojarzony jest przecież przede wszystkim z innym wybitnym perkusistą ery be-bopu – Maxem Roachem. A Lou Donaldson oprócz kilku wyśmienitych solowych albumów mnie osobiście kojarzy się z Jimmy Smithem. Ale to temat na inną opowieść.

Pierwotnie album ukazał się w 3 częściach, dziś istnieje w dwu, repertuar koncertu to klasyki be-bopu – kompozycje Horace Silvera, Dizzy Gillespiego, Charlie Parkera i Lou Donaldsona. Do tego słynna, wielokrotnie używana przez współczesnych artystów, w tym Quincy Jonesa („Back On The Block”) zapowiedź Pee Wee Marquetta – legendarnego karła – mistrza ceremonii w Birdland… Te płyty to legenda. Legendy się nie recenzuje, nie wypada. Zamiast zastanawiać się jakich przymiotników użyć do podkreślenia genialności tych nagrań, lepiej poświęcić kolejną godzinę lub dwie na ich setne wysłuchanie…

Art Blakey Quintet
A Night At Birdland Vol. 1
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 724353214623

Art Blakey Quintet
A Night At Birdland Vol. 2
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 724353214722

23 listopada 2011

Lee Morgan – Indeed!

„Indeed!” jest oficjalnym debiutem nagraniowym Lee Morgana. Materiał został zarejestrowany 4 listopada 1956 roku w studiu Rudy Van Geldera w Hackensack. Dzień później zarejestrowano materiał wydany nieco wcześniej jako „Introducing Lee Morgan”. Nagranie jest również typową sesją, jakich wiele zarejestrowano w studiu Rudy Van Geldera w połowie lat pięćdziesiątych. Gdyby sprawdzić w kalendarzu, być może w tym samym tygodni znaleźlibyśmy jeszcze ze dwie równie wyśmienite sesje w tym studiu. Ta płyta brzmi dokładnie tak, jak opisuje ją okładka.

Lee Morgan gra wyśmienicie, choć momentami nieco niepewnie. W końcu to jego debiut w roli lidera. Jeśli wierzyć skrupulatnym biografon jazzu lat pięćdziesiątych, to była naprawdę pierwsza wizyta Lee Morgana w profesjonalnym studiu nagraniowym. Kilka miesięcy później miał swój znaczący wkład w nagranie jazzowego klasyka – albumu „Blue Train” Johna Coltrane’a.

Całość realizacji sugeruje, że trąbka i saksofon tenorowy walczyły o jeden mikrofon. W wielu momentach solówka rozpoczyna się gdzieś daleko od mikrofonu, aby po paru taktach się do niego zbliżyć. Na tej płycie nie znajdziemy też kompozycji autorstwa lidera. W momencie nagrania tej płyty miał jedynie 18 lat, komponować zaczął dopiero kilka lat później. Na płycie zarejestrowano utwory autorstwa Horace Silvera, Benny Golsona, Owena Marshalla i Donalda Byrda. To typowe utwory ery hard-bopu. Nie znajdziemy tu chwytliwych przebojów, ani tandetnych melodii z Broadwayu, które były typowymi wypełniaczami ówczesnych jazzoych sesji. To akurat należy zaliczyć zdecydowanie na plus liderowi, który zapewne samodzielnie wybierał repertuar. Do gry Lee Morgana na trąbce zastrzerzeń mieć nie można, choć z wiekiem, co typowe dla trębaczy, jego ton zyskał wiele pewności.

Clarence Sharpe – mnie znany saksofonista, którego oprócz tej płyty pamiętam chyba tylko z nagrań z Archie Sheppem gra tyle ile potrzeba i nie usiłuje walczyć z liderem parafrazując jego solówki, co często zdarza się saksofonistom na płytach trębaczy, bowiem zwykle w typowym schemacie utworów grają solówki zaraz po liderze…  Nie ma w jego grze nic rewelacyjnego, ale też nie można jej nic zarzucić. Zatem znowu plus.

Horace Silver – jest uczestnikiem sesji, tylko tyle i aż tyle. Raczej nie wtrąca się, pozostając liderem sekcji rytmicznej.. Czyli znowu plus.

Wilbur Ware – kontrabasista, który nagrał setki sesji w bardzo różnych stylach i składach personalnych – jak to kontrabasista. Ale kiedy dostaje swoją przestrzeń – jak w kompozycji „Little T” Donalda Byrda, gra wyśmienite solo. W dodatku w wydaniu remasterowanym z serii Rudy Van Gelder Edition w alternatywnej wersji tej kompozycji gra zupełnie inną, ale równie wyśmienitą solówkę.

I wreszcie Philly Joe Jones – perkusista. Bez komentarza. Jest i jakby go nie było, czyli spełnia swoją funkcję i daje nam dokładnie to, za co wziął swoją dzienną stawkę. Czyli piąty plus.

Tak więc to wyśmienita płyta, choć z pewnością Lee Morgan ma na swoim koncie ciekawsze pozycje solowe, jak choćby przebojowe „The Sidewinder”, oraz „Tomcat”, „Candy” czy „Delightfulee”. Wszystkim tym albumom należy się zaszczytne miejsce w historii muzyki jazzowej i każdej dobrze przemyślanej kolekcji jazzowych nagrań. Stali czytelnicy wiedzą, że Lee Morgan walczy u mnie o tytuł ulubionego trębacza z Cliffordem Brownem, więc przeczytacie na blogu również o jego innych płytach:

Lee Morgan
Indeed!
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 094639278121

03 lipca 2011

The Horace Silver Quintet - The Tokyo Blues

Dzisiejsza płyta nie jest niewątpliwie albumem klasy „Blowin’ The Blues Away”. Na początku lat sześćdziesiątych w podobnym składzie Horace Silver nagrał co najmniej kilkanaście albumów dla Blue Note. Ich podstawową wadą jest to, że zostały nagrane w kwintecie. Blue Mitchell to niesłusznie niedoceniany trębacz. Z kolei Junior Cook to saksofonista znany raczej tylko z nagrań z Horace Silverem i solowych płyt Blue Mitchella.

Na dzisiejszej płycie obaj muzycy grający na instrumentach dętych zwyczajnie zajmują nieco niepotrzebnie miejsce w muzycznej przestrzeni kreowanej przez niezłe kompozycje lidera. Nie znaczy to, że grają źle. Więcej gra Junior Cook. Jego gra jest poprawna choć nieco bezbarwna. Blue Mitchell nie jest tak widoczny. Stąd też najlepszym fragmentem płyty jest ballada „Cherry Blossom”. To jedyna kompozycja w tym zestawie kompozycja, której autorem nie jest Horace Silver i w której nie gra Blue Mitchell. To także muzyczna oaza solowej gry Horace Silvera, pośród zaledwie poprawnego brzmienia całego kwintetu, któremu zabrakło nieco muzycznej energii.

Kompozycje Horace Silvera są próbą połączenia nuty latynoskiej z inspiracjami japońskim folklorem. Tak stanowi wstęp umieszczony na okładce. Faktem jest, że popularność Horace Silvera na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku w Japonii jest fenomenem trudnym do wyjaśnienia nawet dla najbardziej biegłych historyków jazzu. Owych japońskich inspiracji naprawdę niełatwo doszukać się w muzyce. To raczej zapewne chwyt marketingowy i ukłon w stronę entuzjastycznie przyjmujących występy zespołu japońskich fanów. Większość słuchaczy, jeśli schować przed nimi tekst z okładki z pewnością owej nuty japońskiej nie usłyszy. Rytmy południowoamerykańskie są za to czytelne, choć nie domiinują i nie wyznaczają klimatu całości.

Jakoś nie mogę pozbyć się myśli, że to kolejna z płyt zakontraktowanych i wykonanych przez muzyków w studiu Rudy Van Geldera z potrzeby wypełnienia zobowiązań kontraktowych, a niekoniecznie z muzycznej potrzeby i natchnienia. W całości zabrakło entuzjazmu i zaangażowania właściwego najlepszym produkcjom. Płytę nagrali profesjonaliści, więc nie można do niczego się przyczepić, choći wyróżnić czegokolwiek oprócz gry Horace Silvera we wspomnianej „Cherry Blossom” nie sposób.

Dzisiejsza płyta to również premierowe rejestracje kompozycji wielokrotnie później granych przez Horace Silvera na wielu koncertach (nie tylko w Japonii).

Można oczywiście  próbować wydobyć z muzycznej przestrzeni nieco chaotycznie zapełnianej przez Blue Mitchella i Juniora Cooka dźwiękami instrumentów dętych ciekawe akordy fortepianu, jednak wymaga to doprawdy wielkiego zaangażowania, a tych akordów nie odnajdziemy zbyt wiele.

Tak więc to płyta poprawna, ale nie wybitna. Pozycja istotna dla fanów Horace Silvera, małe rozczarowanie dla fanów Blue Mitchella (do których się zaliczam) i przeciętna, poprawna, choć niekoniecznie rewelacyjna pozycja dla wszystkich pozostałych słuchaczy.

The Horace Silver Quintet
The Tokyo Blues
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 5099926514628