09 lutego 2017

Gabriel Amargant Quintet – And Now For Something Completely Different

Tytuł albumu moim zdaniem nie ma nic wspólnego z filmem i serialem rozrywkowej grupy Monty Pythona, za wyjątkiem odwołania do dziecięcych wspomnień autora muzyki i lidera zespołu odpowiedzialnego za ten wyśmienity album. Płyta Gabriela Amarganta i jego kolegów nie zawiera ani odrobiny dowcipu, czy drwiny z rzeczywistości, ani dzisiejszej (album został zarejestrowany latem 2014 roku), ani tej z początków lat siedemdziesiątych, czyli szczytu popularności Latającego Cyrku. Muzyka kwintetu Gabriela Amarganta to rasowy, mainstreamowy, wyśmienicie napisany i doskonale zagrany, pełen wpadających w ucho melodii jazz.

Gabriel Amargant właśnie ukończył 30 lat, nie może więc pamiętać pierwotnych emisji serialu i filmu znanego polskiej publiczności pod nieco zbyt dosłownym tytułem „A teraz z nieco innej beczki”. Dla rodowitego Katalończyka album jest drugim autorskim nagraniem. Poprzedni album wydała, podobnie jak ten najnowszy wytwórnia Fresh Sound. Oba nagrania dzieli ponad 6 lat, w czasie których Gabriel Amargant nie próżnował, biorąc udział w wielu sesjach muzyków znanych w okolicach Barcelony.

„And Now For Something Completely Different” to dojrzałe, kompletne dzieło muzyka, który w niezwykły sposób potrafi połączyć amerykańską tradycję z folklorem ziem, na których się wychował. Bez trudu usłyszycie tu nuty katalońskiego folkloru, odrobinę tanga i hiszpańskie rytmy flamenco. Sam lider sięga po klarnet, dziś niezbyt często traktowany przez współczesnych muzyków w taki, zdawałoby się dość archaiczny sposób, jako instrument niezwykle melodyjny i dodający nieco starodawnego kolorytu do nowoczesnych kompozycji.

W żadnym wypadku nie należy wstydzić się odrobiny naśladowania Stana Getza w „Mah!”, Benny Goodmana w „Pigeon’s Dance”, czy Johna Coltrane’a. To nawet duża sztuka zrobić to we własnych kompozycjach, zachowując jednocześnie swój własny ton.

Gabriela Amarganta słyszałem wcześniej w kilku hiszpańskich projektach, tym razem zaskoczył mnie zupełnie niezwykłą dojrzałością swojego drugiego dopiero solowego albumu. Z pewnością warto było poczekać ponad 5 lat na tą płytę. Zawiera ona bowiem nie tylko niezwykłą dawkę autorskiej muzyki wymyślonej i zagranej przez zespół dowodzony wprawną ręką przez ciągle młodego przecież lidera. Ten album pozwolił mi również odkryć muzyków, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Wszyscy członkowie zespołu sprawdzają się znakomicie. Jednak jeden z nich zasłużył sobie na dodatkowe wyróżnienie, to wcześnie mi nieznany gitarzysta  -Adria Plana.

Być gitarzystą w Hiszpanii to nie lada wyzwanie. To w zasadzie najważniejszy, niemal narodowy instrument. Znaleźć swój własny dźwięk w otoczeniu takich mistrzów flamenco i jazzowych gwiazd tego instrumentu nie jest łatwo. Adria Plana spogląda ochoczo w stronę lekkiego, melodyjnego stylu Pata Metheny. Nie ma jednak w tym nic zdrożnego. To dobry wzorzec. Tego bez wątpienia oryginalnego muzyka wpisuję na listę osób, których karierą muszę się nieco bardziej zainteresować.

Gabriel Amargant Quintet
And Now For Something Completely Different
Format: CD
Wytwórnia: Fresh Sound

Numer: 8427328424660

07 lutego 2017

Elliott Sharp + Guitarists - ’Dyners Club

Elliott Sharp z pewnością powinien znaleźć się w Kanonie Jazzu, spora część jego nagrań to free-jazzowe projekty, choć sam często podkreśla, że w zasadzie nie jest muzykiem jazzowym, tylko kompozytorem, multiintrumentalistą i wykonawcą muzycznych eksperymentów, często powstających w niezwykle spontaniczny sposób. „’Dyners Club” to album niezwykle oryginalny, zasługujący na wyróżnienie w obszernej dyskografii muzyka, jego wybór do Kanonu Jazzu nie jest przypadkowy, choć kilka innych nagrań Elliotta Sharpa również mogłoby wprowadzić go do grona muzyków ważnych dla historii gatunku.

Elliott Sharp jest muzykiem niezwykle aktywnym, poszukującym nowych inspiracji, choć nigdy nie udało mu się zostać wynalazcą czegoś zupełnie nowego, uważany jest za jednego z pionierów wielu muzycznych eksperymentów, w tym użycia prostych komputerów osobistych do kreowania nowych brzmień, konceptualnych kompozycji tworzonych z wykorzystaniem zaawansowanych metod matematycznych takich jak algorytmy sortowania, czy ciągi Fibonacciego. Jego podstawowym instrumentem jest gitara elektryczna, improwizuje jednak również grając na saksofonie i klarnecie basowym. Potrafi również grać na fortepianie, w młodości spędził sporo czasu na studiach muzyki klasycznej i kompozycji. Studiował również elektronikę, choć nigdy nie został konstruktorem, z pewnością tak zdobyte umiejętności pomagają mu w obsłudze nowoczesnych instrumentów. Kompozycję jazzową studiował u puzonisty Roswella Rudda. Nagrywa dla wytwórni, które doceniają poszukujących muzyków, między innymi dla Tzadik, Knitting Factory i Intakt.

Elliott Sharp grał z wieloma znanymi twórcami jazzowej awangardy, wśród jego współpracowników znajdziecie Sonny Sharrocka, Bobby Previte’a, Anthony Colemana i Billa Laswella. Nietrudno jednak odnaleźć dźwięki jego gitary w zupełnie niespodziewanych miejscach – na płytach Debbie Harry, Jacka DeJohnette, Joey’a Barrona, Huberta Sumlina i Laurie Anderson. Współpracował z marokańskim zespołem Master Musicians of Jajouka. Elliott Sharp jest zatem muzykiem o niezwykle rozległych zainteresowaniach i rozległej wiedzy.

„’Dyners Club” powstał w 1994 roku jako dzieło zbiorowe 4 gitarzystów. Znany z solowych nagrań Elliott Sharp zaprosił do nagrania trzech mało znanych gitarzystów, tworząc w ten sposób dość unikalny skład, bowiem na płycie nie usłyszycie żadnego dźwięku, który powstał z pomocą innego instrumentu. Muzycy uczestniczący w tym projekcie - Roger Kleier, David Mecionis i John Myers pozostają dla mnie do dziś zupełnie anonimowi, za wyjątkiem tego jednego nagrania z Elliottem Sharpem, nie odnalazłem w swoich zbiorach żadnego innego nagrania z udziałem choćby jednego z nich. Również źródła internetowe nie przynoszą zbyt wiele wiadomości na temat ich późniejszego dorobku twórczego.

„’Dyners Club” to dzieło awangardowe, przypuszczalnie w całości improwizowane, niełatwe w odbiorze, wciągające i intrygujące, inspirujące i momentami zadziwiające. Nie sposób poznać całość dyskografii Elliotta Sharpa, bowiem wiele z jego wczesnych płyt nie jest dziś dostępnych, bowiem jak na awangardowe dzieła przystało, powstawały w dużej ilości i były wydawane w małych nakładach przez nieraz przypadkowe, małe i nie wznawiające dziś, lub nawet nieistniejące wytwórnie. Z pewnością jednak każdy słuchający muzyki improwizowanej powinien poznać choć część dorobku tego niezwykłego artysty.

Elliott Sharp + Guitarists
’Dyners Club
Format: CD
Wytwórnia: Intakt
Numer: 7619942503628

05 lutego 2017

Nguyen Le & Ngo Hong Quang feat. Paolo Fresu – Ha Noi Duo

Nguyen Le urodził się w Paryżu, nigdy jednak nie ukrywał swoich wietnamskich korzeni, wielokrotnie podróżując do rodzinnych stron. Działa też aktywnie na rzecz promocji kultury muzycznej swojego rodzinnego kraju w Europie. W zasadzie w każdym jego nagraniu obecne są elementy brzmieniowe, które dla słuchacza z zachodniego świata brzmią egzotycznie i w związku z pochodzeniem muzyka kojarzone są natychmiast z Wietnamem.

„Ha Noi Duo”, najnowszy album Nguyena Le powstał we współpracy z Ngo Hong Quangiem, muzykiem urodzonym w Wietnamie, który od wielu lat podróżując po świecie przybliża słuchaczom brzmienia, które nie pojawiają się często na światowych scenach. Ngo Hong Quang wykorzystuje instrumenty używane w tradycyjnych ludowych zespołach wietnamskich, pisze również teksty i śpiewa w swoim rodzimym języku.

Tak więc dla Nguyena Le duet z Ngo Hong Quangiem jest najbardziej wietnamską płytą w jego bardzo licznej dyskografii, a dla Ngo Hong Quanga to nagranie jest z kolei prawdopodobnie najbardziej uniwersalnym sposobem na dotarcie z wietnamskimi nutami do szerszej publiczności. Pamiętam niemałą sensację, jaką sprawiło nagranie przez Nguyena Le albumu „Fragile Beauty” w 2007 roku, swoim nowym nagraniem muzyk po raz kolejny sięga, być może jeszcze głębiej do wietnamskiej tradycyjnej muzyki ludowej, w udany sposób łącząc egzotykę z współczesną elektroniką. „Ha Noi Duo” to doskonała fuzja tradycji i nowoczesności, Azji i Europy, jazzu i muzyki ludowej, improwizacji i starannie zaplanowanych brzmień.

Międzynarodowy skład obejmuje muzyków z różnych stron świata, instrumenty z Wietnamu, Korei, Japonii, świata arabskiego i nowoczesne wynalazki elektroniczne. Połączenie kompozyzji Nguyena Le i Ngo Hong Quanga z tradycyjnymi melodiami wietnamskimi, nowoczesnej, czasem nawet futurystycznej gitary elektrycznej z instrumentami wymyślonymi setki lat przed wynalezieniem elektryczności, efektów elektronicznym z brzmieniem instrumentów perkusyjnych, to wszystko tworzy unikalny muzyczny świat Nguyena Le i Ngo Hong Quanga, świat który warto zwiedzić.

Być może trudno nazwać ten album produktem stricte jazzowym, jednak dobra muzyka nie zna granic, a Nguyen Le zawsze był twórcą oryginalnym, przekraczającym granice ustalone przez rynek i krytyków. Jego przynależność do jazzowej rodziny określa kontrakt z ACT Music i często pojawiający się w jego muzyce współpracownicy znani z jazzowych projektów.

Obecna w kilku utworach trąbka Paolo Fresu zaskakująco pasuje do egzotycznych wietnamskich instrumentów, stanowiąc doskonałe uzupełnienie palety egzotycznych brzmień obejmujących przeróżne, nie tylko wietnamskie instrumenty perkusyjne. Obecność Paolo Fresu nie jest zresztą zaskoczeniem, bowiem często współpracuje on z Nguyenem Le.

Czasem tęsknię za rockowym wcieleniem Nguyena Le grającym Hendrixa, albo inne rockowe klasyki w unikalny, niemożliwy do podrobienia sposób, za albumami takimi jak „Purple - Celebrating Jimi Hendrix”, czy „Songs Of Freedom”, jednak na każdy nowy album Nguyena Le czekam z niecierpliwością, wiem że zaskoczy mnie czymś nowym. Tak stało się również tym razem. Nie potrafię określić, jak blisko „Ha Noi Due” jest do tradycyjnej, rdzennej wietnamskiej muzyki ludowej, wiem jednak, że z pewnością za sprawą tego nagrania wiele osób zainteresuje się tą egzotyczną dla nas w Europie muzyką.

Nguyen Le & Ngo Hong Quang feat. Paolo Fresu
Ha Noi Duo
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9828-2

04 lutego 2017

Duke Ellington – Duke Ellington’s Concert Of Sacred Music

Kiedy w orkiestrze Duke’a Ellingtona na scenie pojawiają się między innymi Cootie Williams, Johnny Hodges, Paul Gonsalves, Harry Carney i Louie Bellson w zasadzie można uznać, że album jest wybitny i na tym zakończyć. Oczywiście, znawcy tematu będą narzekać, że skład orkiestry z roku 1965, kiedy nagrano pierwszy z cyklu „Sacred Concerts” to już nie ten sam zespół, co dwadzieścia lat wcześniej, że mistrz skomponował już wszystkie swoje najbardziej znane melodie. Pewnie sporo w tym racji, jednak album „Duke Ellington’s Concert Of Sacred Music” jest w opinii samego twórcy jednym z najważniejszych dzieł jego życia i już tylko z tego powodu wart jest zainteresowania.

Przez wielu znawców ta płyta uważana jest za jeden z najważniejszych jazzowych albumów wszechczasów, niektórzy z krytyków, którzy próbują zestawić listę powiedzmy 20 najistotniejszych dla rozwoju gatunku albumów umieszczają ten album gdzieś w okolicach połowy zestawienia. Sam nie podzielam aż takiego entuzjazmu. „Duke Ellington’s Concert Of Sacred Music” jest jednak nagraniem ważnym historycznie, ciekawym muzycznie i dodatkowo ocenianym jako niezwykle kontrowersyjne już w czasie jego powstania i wywołującym wiele emocji i skrajnie różnych komentarzy do dzisiaj.

Warto zatem jak zawsze mieć swoje własne zdanie, a tego nie da się wyrobić bez posłuchania tego niewątpliwie niezwykłego jazzowego albumu. Jeśli się Wam spodoba – cały cykl ma jeszcze dwie kolejne części, zwykle oceniane nieco słabiej, czasem nawet o zgrozo – biorąc pod uwagę kontekst i religijne motywy powstania tych kompozycji – oceniane jako skok na kasę, co w przypadku Duke’a Ellingtona wydaje się mocnym nadużyciem, bowiem należał on do nielicznego grona muzyków jazzowych, którzy na braki finansowe nie narzekali, mimo tego, że przez całe życie musiał utrzymywać całkiem liczną orkiestrę.

Cały album, złożony z 11 kompozycji, uzupełniony po latach o 2 alternatywne ścieżki świąteczne (koncert odbył się 26 grudnia 1965 roku) pomyślany został przez kompozytora jako muzyczna całość, łącząca muzyczną tradycję jazzową, muzykę religijną, fragmenty liturgii katolickiej, muzykę klasyczną, spirituals, gospel, odrobinę tańca (w kościele też można, szczególnie amerykańskim) i bluesa.

Duke Ellington dość otwarcie deklarował, że nie napisał mszy, a jedynie muzykę inspirowaną czynnościami liturgicznymi i mogącą im towarzyszyć. W związku z niezwykle szczegółowo rozpisaną partyturą oraz rozbudowanym aparatem wykonawczym potrzebnym do realizacji wizji mistrza, jego „Sacred Concerts” należą do często omawianych, ale niezwykle rzadko wykonywanych kompozycji. Dlatego również warto sięgnąć po oryginalne nagranie, zawsze najbliższe wizji jego twórcy.

Od orkiestry Ellington wymagał zarówno filharmonicznej precyzji, jak i swingowego podejścia do rytmu. Dodatkowo potrzeba chóru gospel i paru solistów. Dziś zgromadzenie adekwatnej grupy muzyków jest zadaniem raczej niewykonalnym. Może właśnie dlatego dzieło życia Duke’a Ellingtona nie zrobiło takiej kariery, jak dziesiątki napisanych przez niego, przy większej lub mniejszej pomocy członków orkiestry, jazzowych standardów.

Dla wielu wiernych obecność saksofonów i trąbek w kościele była wtedy zupełnie nie do zaakceptowania. Mimo tego z pierwszym koncertem znanym dziś jako „Duke Ellington’s Concert Of Sacred Music”, olbrzymi zespół wykonawców zdołał odwiedzić niemal 50 kościołów na całym świecie. Premierowe wykonanie odbyło się we wrześniu 1965 roku w San Francisco i dziś dostępne jest w nie do końca legalnym obiegu w postaci płyty CD jako „ A Concert of Sacred Music Live from Grace Cathedral” oraz w postaci w zasadzie amatorskiego nagrania filmowego zatytułowanego najczęściej „Love You Madly/A Concert of Sacred Music at Grace Cathedral”. Nagranie oficjalne, zarejestrowane 3 miesiące później w Nowym Jorku w prezbiteriańskim kościele w Nowym Jorku to właśnie „Duke Ellington’s Concert Of Sacred Music”, dziś w obszernej dyskografii Duke’a Ellingtona brzmi nietypowo, choć już nie jest ani muzycznym, ani obyczajowym skandalem. Fragmenty grywane są czasem przez duże orkiestry, niekiedy nawet w kościołach, głównie przy okazji rocznicowego wspominania olbrzymiego dorobku Duke’a Ellingtona – jednego z najważniejszych amerykańskich kompozytorów XX wieku. Dla samego Twórcy to było dzieło życia, choćby dlatego wypada je poznać i zrozumieć.

Duke Ellington
Duke Ellington’s Concert Of Sacred Music
Format: CD
Wytwórnia: RCA Victor / BMG
Numer: 090266338627 (część zestawu „The Duke Ellington Centennial Edition: The Complete RCA Victor Recordings (1927-1973)”)

03 lutego 2017

Take 6 – So Much 2 Say

Kariera niezwykłego zespołu Take 6 rozpoczyna się właściwie w 1988 roku, z chwilą wydania pierwszego, debiutanckiego albumu nazwanego – jak to często w przypadku debiutów bywa – zwyczajnie „Take 6”. Z pewnością nie przypuszczałem wtedy, że zespół trafi do naszego Kanonu Jazzu, a jego członkowie, że zrobią tak oszałamiającą światową karierę. Zespół powstał mniej więcej w 1980 roku, w założeniu jako wokalny zespół gospel występujący bez instrumentów (a capella). Takich grup w Stanach Zjednoczonych powstawało i powstaje wiele, a wzorem dla wszystkich jest oczywiście istniejący do dziś The Blind Boys Of Alabama.

Take 6 w miarę w niezmienionym składzie istnieją do dziś, co już samo w sobie oznacza, że odnieśli sukces, jednak ich chwile sławy to bez wątpienia przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, okres ich pierwszych nagrań i jednocześnie czasy, kiedy niemal wszystkie możliwe nagrody trafiały w ich ręce, łącznie z hurtowo przyznawanymi zespołowi w różnych kategoriach nagrodami Grammy. Ostatnia produkcja zespołu – wydany w 2016 roku album „Believe” właśnie trafia na sklepowe półki.

Muzycy Take 6 na przestrzeni lat zapraszali do współpracy wielkie sławy, które zaproszenia przyjmowały, legitymizując mocną pozycję zespołu w muzycznym świecie. W ten sposób na płytach Take 6 możecie wysłuchać między innymi Stevie Wondera, Raya Charlesa, Ala Jarreau, Whitney Houston i nieco mniej u nas znaną, a niezwykle popularną w USA jazzową wokalistkę Nnenę Freelon. W produkcje albumów angażowali się Joe Sample, Quincy Jones i Marcus Miller.

Muzycy zespołu, którzy nie ukrywali, że ich cel muzyczny jest równie ważny jak ten związany z głoszeniem ewangelii, szczególną uwagę poświęcają płytom z Kolędami, bowiem pośród 17, jeśli mnie pamięć nie myli płyt, już 3 pełne albumu zdążyli poświęcić muzyce związanej ze świętami Bożego Narodzenia. Z pewnością ma to również związek z finansowym aspektem działalności zespołu.

Szczególnie ortodoksyjni fani jazzu uznają być może, że prawdziwe wokalne grupy jazzowe to zespoły w rodzaju The Manhattan Transfer, New York Voices, Swingle Singers czy sięgając głębiej do historii gatunku – Andrews Sisters, czy Lambert, Hendrics and Ross. Trudno też nie przypomnieć przy okazji o światowej klasy polskim zespole Novi Singers. Jest w tym sporo racji. Jednak dzięki istnieniu takich zespołów jak Take 6 wielu młodych ludzi dowiaduje się, że jazzu da się słuchać i nie ucieka na dźwięk tego nieznanego dla nich słowa, które mgliście związane jest z nieznanymi i niezrozumiałymi dźwiękami.

Trudno również odmówić zespołowi genialnych wręcz aranżacji i ciekawych pomysłów na urozmaicenie koncertów, choć tu znowu malkontenci często twierdzą, że Bobby McFerrin potrafi to wszystko sam zaśpiewać i mimo, że sam ma na swoim koncie „Don’t Worry Be Happy” – jedną piosenkę, która sprzedała się pewnie w większej ilości egzemplarzy niż wszystkie albumy Take 6, nikt nie kwestionuje jego pozycji w jazzowym świecie.

Cuda się zdarzają, czasem udaje się połączyć komercyjny sukces i możliwość dotarcia do każdego zakątka świata i do bardzo szerokiego grona słuchaczy, z dobrą muzyką i ważnym w przypadku Take 6 przesłaniem duchowym.

Po nagraniu dwu pierwszych płyt – „Take 6” i „So Much 2 Say” zespół nie miał już później takiego szczęścia do wyboru repertuaru i choć jeszcze wiele lat był gwiazdą wszelkich letnich festiwali jazzowych, z pewnością lata świetności panowie mają już dawno za sobą.

Wokaliści Take 6 pokazują, co oznacza mistrzowskie harmonia, perfekcyjne panowanie nad głosem, pomysłowe aranżacje wykorzystujące barwy głosu w nieznane dotąd sposoby. Zespół bawi się muzyką, niemal od niechcenia prezentując precyzję wykonawczą mogącą budzić jedynie podejrzenia, że sporo w tym obróbki postprodukcyjnej. Wystarczy jednak choćby jedno spotkanie z zespołem na żywo, żeby przekonać się, że „So Much 2 Say” mogło zostać nagrane bez żadnej komputerowej ingerencji w zarejestrowaną muzykę.

Trochę szkoda, że dziś zespół sięga po instrumenty, błądząc i poszukując na siłę popularności nagrywając jazzowe standardy w sposób niestety mocno odtwórczy. Warto jednak wrócić do ich wczesnych nagrań, a „So Much 2 Say” jest moim zdaniem ich najdoskonalszą płytą, przynajmniej do dzisiaj.

Take 6
So Much 2 Say
Format: CD
Wytwórnia: Reprise / Warner
Numer: 075992589222