Trudno napisać coś nowego i twórczego o tym albumie. Historię jego powstania opowiedział sam Bill Evans, którego opowieść znajdziecie w jego biografii napisanej przez Petera Pettingera („How My Heart Sings”). Swoją wersję przedstawił też Tony Bennett w swojej autobiografii „The Good Life”. Obie wersje historii powstania albumu „Tony Bennett & Bill Evans Album” są ze sobą zgodne. Ten album to płyta duetu, więc w sumie nikt nie ma nic więcej do dodania. Wystarczy jedynie przedstawić bieg wypadków tym z Was, którzy nie mają dostępu do obu angielskojęzycznych tytułów.
Jednak Evans i Bennett, mimo, że wcześniej nigdy razem nie pracowali, znali się od lat. Bill Evans przyznał (o tym przeczytacie w biografii autorstwa Pettingera), że podobały mu się nagrania Bennetta i marzył od wielu lat o tym, żeby Bennett zechciał nagrać choćby jedną z jego kompozycji. Z kolei Bennett pamiętał, że po raz pierwszy na żywo Evans miał okazję usłyszeć jego występ z zespołem Dave Brubecka w 1962 roku na uroczystości w Białym Domu.
Krótko przed ostateczną decyzją o wspólnym projekcie muzycy spotkali się po raz kolejny. Bennett był w swojej własnej trasie w Londynie, kiedy Evans grał w klubie Ronnie Scotta. Bennett razem ze swoim pianistą, wspomnianym już Johnem Bunchem udali się posłuchać Evansa. Podobno wtedy rozmawiali po raz pierwszy o wspólnym nagraniu, które według koncepcji Bennetta miało odbyć się w konfiguracji dwa plus jeden, czyli duet fortepianowy i wokalista. Podobno John Bunch uznał, że jednak jego obecność nie będzie potrzebna. Może się przestraszył współpracy z największym wtedy z żyjących pianistów jazzowych? Może również uznał, że Evans wystarczy? Albo wiedział, co będzie lepsze dla Bennetta, który był przecież jego szefem. Na pewno album z udziałem Buncha nie byłby taki sam.
Kiedy Evans i Bennett weszli do studia, obaj znaleźli się w sytuacji dość nieoczekiwanej i nietypowej. Evans bez wsparcia sekcji rytmicznej spotkał Bennetta, który po raz ostatni nagrywał jedynie z pianistą niemal dwadzieścia lat wcześniej. Obaj umówili się, że zostawiają swoich muzyków za drzwiami i spróbują czegoś nowego. I wyszło im dobrze, a nawet lepiej. Umówili się na kameralną sesję, oprócz nich w studiu w czasie nagrania obecny był jedynie jeden inżynier i Helen Keane, pełniąca wtedy rolę osobistego managera pianisty.
Evans spełnił swoje marzenie. Tony Bennett nie tylko zaśpiewał jego kompozycję – „Waltz For Debby”, ale też zrobił to w towarzystwie samego kompozytora. Powstało nagranie magiczne. Trzy dni, które obaj muzycy spędzili razem w studiu, to jeden z tych momentów w historii jazzu, który zmienił kolejną rutynową sesję w coś, co jest niemożliwe do powtórzenia. Do jednej z najpiękniejszych kompozycji Evansa Bennett dorzucił kilka jazzowych standardów. W ten sposób powstał album „Tony Bennett & Bill Evans Album”. Rok później muzycy spotkali się po raz kolejny. Powstał album „Together Again” oparty na tym samym pomyśle – jedna kompozycja Evansa („The Two Lonely People”) i kilka spontanicznie nagranych standardów, być może wybranych dopiero w czasie trwania nagrania. Zwykle cuda nie zdarzają się dwa razy i to na zamówienie, tym razem jednak się udało. Album „Together Again” jest tak samo doskonały jak „Tony Bennett & Bill Evans Album”. Dziś oba często ukazują się razem na jednym cyfrowym krążku i są pozycją absolutnie przymusową dla każdego wielbiciela muzyki improwizowanej. Są magiczne i nie da się ich porównać do niczego, co znajdziecie w obszernych dyskografiach obu artystów, choć Evans był blisko podobnej magii nagrywając „Affinity” z Tootsem Thielemansem. Ten album znajdziecie już od jakiegoś czasu w naszym redakcyjnym Kanonie Jazzu.
Tony Bennett & Bill Evans
Tony Bennett & Bill Evans Album
Format: CD
Wytwórnia: Fantasy
/ OJC / Jazz Collectors
Data pierwszego wydania: 1975
Numer: 8436019584262
(The Legendary Sessions)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz