Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Evans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Evans. Pokaż wszystkie posty

13 czerwca 2021

My Foolish Heart – CoverToCover Vol. 147

Melodię „My Foolish Heart” skomponował Victor Popular Young – Mistrz Polskiego Jazzu, a tekst napisał Ned Washington. Jeśli chcecie dowiedzieć się, dlaczego Victor jest Mistrzem Polskiego Jazzu, bez trudu odnajdziecie bogato ilustrowaną muzycznie opowieść o życiu tego wybitnego kompozytora o polskich korzeniach w naszym radiowym archiwum podcastów w tym właśnie cyklu. Piosenka została przygotowana jako typowy utwór tytułowy do filmu w reżyserii Marka Robsona w 1949 roku. Film jest adaptacją fragmentu prozy jednego z najciekawszych amerykańskich pisarzy – J.D. Salingera. W filmie piosenkę śpiewa grająca rolę wokalistki w jazzowym klubie Martha Mears. Ani film, ani piosenka nie zasłużyły sobie w chwili premiery na jakieś szczególne uznanie krytyków, a melodia Younga uznana została wręcz za przesadnie sentymentalną i niepotrzebną. Serio…

Jednak specjaliści od przebojów szybko poznali się na klasie tej kompozycji. Film jeszcze był na ekranach, kiedy swoje wersje nagrali Billy Eskstine i Gordon Jenkins ze swoją orkiestrą. Ten ostatni nawet jakimś cudem wyrobił się przed premierą filmu. Jednak to Carmen McRae wprowadziła utwór na jazzowe salony. Jej nagranie „My Foolish Heart” znalazło się na płycie „Blue Moon” w 1956 roku. Później już było tylko więcej i lepiej. Tonny Bennett dwa lata później nagrał swoją pierwszą wersję. Za przykładem Bennetta i McRae poszły setki wokalistów i wokalistek.

Jednak „My Foolish Heart” to również doskonały – dziś jazzowy – standard instrumentalny, który swoją karierę w tej roli zaczął w 1962 roku od nagrania Billa Evansa z płyty „Waltz For Debby”. Chcąc pogodzić w krótkiej audycji CoverToCover wszystkich najlepszych – prezentuję wspólne nagranie Evansa i Tony Bennetta z wybornego albumu „The Tonny Bennett / Bill Evans Album” z 1975 roku, a także świetne nagrania Raya Browna, Oskara Petersona i nowoczesną interpretację na fortepian solo Bugge Wesseltofta. Jeśli macie ochotę na poszukiwanie kolejnych świetnych wersji tej melodii, macie do wyboru grubo ponad 500 rejestracji z każdego zakątka świata i w każdym możliwym stylu muzycznym oraz na różnych instrumentach.

Utwór: My Foolish Heart
Album: The Tony Bennett / Bill Evans Album (The Legendary Sessions)
Wykonawca: Tony Bennett / Bill Evans
Wytwórnia: Fantasy (Jazz Collectors)
Rok: 1975
Numer: 8436019584262
Skład: Tony Bennett – voc, Bill Evans – p.

Utwór: My Foolish Heart
Album: Bass Hit!
Wykonawca: Ray Brown
Wytwórnia: Polygram / Verve
Rok: 1956
Numer: MG V-8022
Skład: Ray Brown – b, Harry Sweets Edison – tp, Conrad Gozzo – tp, Ray Linn – tp, Herbie Harper – tromb, Jack Dulong – as, Herb Geller – as, Jimmy Giuffre – cl, ts, Bill Holman – ts, Jimmy Rowles – p, Herb Ellis – g, Mel Lewis – dr.

 Utwór: My Foolish Heart
Album: A Tribute To Oscar Peterson: Live At The Town Hall
Wykonawca: Oscar Peterson
Wytwórnia: Telarc
Rok: 1997
Numer: 089408340123
Skład: Oscar Peterson – p, Roy Hargrove – flug, Herb Ellis – g, Niels-Henning Orsted Pedersen – b, Lewis Nash – dr.

Utwór: My Foolish Heart
Album: Songs
Wykonawca: Bugge Wesseltoft
Wytwórnia: Jazzland / Universal
Rok: 2011
Numer: 602527917337
Skład: Bugge Wesseltoft – p.

10 maja 2021

Tony Bennett & Bill Evans – Tony Bennett & Bill Evans Album

Trudno napisać coś nowego i twórczego o tym albumie. Historię jego powstania opowiedział sam Bill Evans, którego opowieść znajdziecie w jego biografii napisanej przez Petera Pettingera („How My Heart Sings”). Swoją wersję przedstawił też Tony Bennett w swojej autobiografii „The Good Life”. Obie wersje historii powstania albumu „Tony Bennett & Bill Evans Album” są ze sobą zgodne. Ten album to płyta duetu, więc w sumie nikt nie ma nic więcej do dodania. Wystarczy jedynie przedstawić bieg wypadków tym z Was, którzy nie mają dostępu do obu angielskojęzycznych tytułów.


Za powstanie albumu odpowiedzialna jest Annie Ross – wokalistka jazzowa znana z zespołu Lambert, Hendricks & Ross. Nie wiadomo dlaczego wpadła na tak genialny i z pozoru niewykonalny pomysł. Wspólne nagranie Billa Evansa i Tony Bennetta w 1975 roku to jedna z tych rzeczy, które w zasadzie nie powinny się wydarzyć, ale jakimś cudem doszły jednak do skutku. Bill Evans niemal nigdy nie nagrywał z wokalistami. Nie był człowiekiem łatwym we współpracy i miał wiele osobistych problemów. Był przyzwyczajony do nagrań solowych, albo jeśli już w towarzystwie innych muzyków, to niemal zawsze było to trio z basem i perkusją. Tony Bennett z kolei nie lubił muzycznych eksperymentów, miał w latach siedemdziesiątych stałego pianistę – Johna Buncha, który pełnił rolę dyrektora muzycznego jego nagrań, był odpowiedzialny za aranżacje i przygotowanie piosenek do nagrania. W dodatku w 1975 roku modne było wiele jazzowych rzeczy, ale z pewnością kameralne nagranie wokalisty z pianistą nie należało do rzeczy oczekiwanych przez fanów jazzu, którzy tłumnie wypełniali stadiony słuchając jazz-rocka.

Jednak Evans i Bennett, mimo, że wcześniej nigdy razem nie pracowali, znali się od lat. Bill Evans przyznał (o tym przeczytacie w biografii autorstwa Pettingera), że podobały mu się nagrania Bennetta i marzył od wielu lat o tym, żeby Bennett zechciał nagrać choćby jedną z jego kompozycji. Z kolei Bennett pamiętał, że po raz pierwszy na żywo Evans miał okazję usłyszeć jego występ z zespołem Dave Brubecka w 1962 roku na uroczystości w Białym Domu.

Krótko przed ostateczną decyzją o wspólnym projekcie muzycy spotkali się po raz kolejny. Bennett był w swojej własnej trasie w Londynie, kiedy Evans grał w klubie Ronnie Scotta. Bennett razem ze swoim pianistą, wspomnianym już Johnem Bunchem udali się posłuchać Evansa. Podobno wtedy rozmawiali po raz pierwszy o wspólnym nagraniu, które według koncepcji Bennetta miało odbyć się w konfiguracji dwa plus jeden, czyli duet fortepianowy i wokalista. Podobno John Bunch uznał, że jednak jego obecność nie będzie potrzebna. Może się przestraszył współpracy z największym wtedy z żyjących pianistów jazzowych? Może również uznał, że Evans wystarczy? Albo wiedział, co będzie lepsze dla Bennetta, który był przecież jego szefem. Na pewno album z udziałem Buncha nie byłby taki sam.

Kiedy Evans i Bennett weszli do studia, obaj znaleźli się w sytuacji dość nieoczekiwanej i nietypowej. Evans bez wsparcia sekcji rytmicznej spotkał Bennetta, który po raz ostatni nagrywał jedynie z pianistą niemal dwadzieścia lat wcześniej. Obaj umówili się, że zostawiają swoich muzyków za drzwiami i spróbują czegoś nowego. I wyszło im dobrze, a nawet lepiej. Umówili się na kameralną sesję, oprócz nich w studiu w czasie nagrania obecny był jedynie jeden inżynier i Helen Keane, pełniąca wtedy rolę osobistego managera pianisty.

Evans spełnił swoje marzenie. Tony Bennett nie tylko zaśpiewał jego kompozycję – „Waltz For Debby”, ale też zrobił to w towarzystwie samego kompozytora. Powstało nagranie magiczne. Trzy dni, które obaj muzycy spędzili razem w studiu, to jeden z tych momentów w historii jazzu, który zmienił kolejną rutynową sesję w coś, co jest niemożliwe do powtórzenia. Do jednej z najpiękniejszych kompozycji Evansa Bennett dorzucił kilka jazzowych standardów. W ten sposób powstał album „Tony Bennett & Bill Evans Album”. Rok później muzycy spotkali się po raz kolejny. Powstał album „Together Again” oparty na tym samym pomyśle – jedna kompozycja Evansa („The Two Lonely People”) i kilka spontanicznie nagranych standardów, być może wybranych dopiero w czasie trwania nagrania. Zwykle cuda nie zdarzają się dwa razy i to na zamówienie, tym razem jednak się udało. Album „Together Again” jest tak samo doskonały jak „Tony Bennett & Bill Evans Album”. Dziś oba często ukazują się razem na jednym cyfrowym krążku i są pozycją absolutnie przymusową dla każdego wielbiciela muzyki improwizowanej. Są magiczne i nie da się ich porównać do niczego, co znajdziecie w obszernych dyskografiach obu artystów, choć Evans był blisko podobnej magii nagrywając „Affinity” z Tootsem Thielemansem. Ten album znajdziecie już od jakiegoś czasu w naszym redakcyjnym Kanonie Jazzu.

Tony Bennett & Bill Evans
Tony Bennett & Bill Evans Album
Format: CD
Wytwórnia: Fantasy / OJC / Jazz Collectors
Data pierwszego wydania: 1975
Numer: 8436019584262 (The Legendary Sessions)

25 lutego 2021

How About You? – CoverToCover Vol. 127

Wiele jazzowych standardów zaczęło swoje życie w filmach, albo przedstawieniach teatralnych. Większość tego typu kompozycji, jeśli trafiły do świata jazzu, zrobiła karierę na dużo większą skalę niż filmy, czy przedstawienia do których powstały. Dobra muzyka nigdy się nie starzeje, z filmami jest trochę inaczej, technika realizacji, realia niezrozumiałe dla kolejnych pokoleń, zmiany obyczajowe i wiele innych czynników ma codziennie wpływ na to, że filmy stają się zwyczajnie ciekawostkami sprzed lat, a muzyka do nich napisana żyje własnym życiem. Tak jest również w przypadku kompozycji Burtona Layne’a z tekstem Ralpha Freeda „How About You?”. Obaj autorzy grali raczej w drugiej lidze twórców muzyki filmowej do amerykańskich produkcji. Nie udało im się razem, ani osobno stworzyć zbyt wielu kompozycji o których muzycy pamiętają do dzisiaj. Ich dorobek nie jest również ilościowo jakoś szczególnie imponujący, jeśli porówna się go z największymi twórcami muzyki filmowej. W katalogu jazzowych standardów znajdziecie kilka innych kompozycji, które powstały z udziałem obu twórców, wśród tych najczęściej nagrywanych są „Everything I Have Is Yours”, „I Hear Music”, „Old Devil Moon” i „You Leave Me Breathless”. Zdecydowanie więcej ciekawych tekstów ma na swoim koncie brat Ralpha Freeda – Arthur, który miał więcej szczęścia do pisania piosenek do lepszych filmów i dostał nawet Oscara za całokształt swojej filmowej twórczości w uznaniu zasług polegających jednak raczej na udanym wyprodukowaniu hitów ekranowych w rodzaju „Singin’ In The Rain” („Deszczowa piosenka” – tu był też autorem tekstu), „Wizard Of Oz”, „An American In Paris” i „Gigi”.

Piosenkę „How About You?” po raz pierwszy zaśpiewali Judy Garland i Mickey Rooney w 1941 roku w filmie muzycznym „Babes On Broadway”. Oryginalny tekst powstał z myślą o duecie damsko-męskim i później wykonywany przez solistów często był modyfikowany. Czas pokazał jednak, że to melodia miała okazać się bardziej atrakcyjna dla jazzowych muzyków, niż tekst dla wokalistów i wokalistek. Warto zatem pozostawić tekst wielbicielom Judy Garland i Franka Sinatry i skupić się na improwizowanych wersjach melodii Burtona Lane’a. Tych jest całkiem sporo, a większość z tych najciekawszych powstała z udziałem najwybitniejszych jazzowych pianistów. Odcinek CoverToCover poświęcony „How About You?” może być zatem szybkim przeglądem przeróżnych koncepcji jazzowej gry na fortepianie. Obok oszczędnego i eleganckiego Ahmada Jamala wystąpi zatem jak zwykle fantastycznie swingujący Oscar Peterson. Oba nagrania powstały w 1956 roku. Ahmad Jamal gra w klasycznym trio z basem i perkusją (Israel Crosby – b, Walter Perkins – dr), a Oscar Peterson w jednym ze swoich najlepszych składów z Herbem Ellisem na gitarze (fantastyczne solo) i Rayem Brownem na basie. Bębny nie były w tym składzie potrzebne. Inny wielki pianista zagrał „How About You?” sam ze sobą – Bill Evans nagrał w 1963 roku innowacyjną płytę „Conversation With Myself” na której połączył w studiu kilka ścieżek fortepianu. Mistrz nowoczesnego podejścia do jazzowych standardów – Keith Jarrett w mistrzowskim składzie z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette zagrał tej utwór na jednym z koncertów, z których złożono sześciopłytowe wydawnictwo „Keith Jarrett At The Blue Note” – najlepszą współczesną 1994 rok encyklopedię jazzowych standardów zagranych na żywo. Całość prezentacji uzupełnia genialny skrzypek - Stephane Grappelly, który z każdej melodii potrafił zrobić romantyczne arcydzieło. A to wszystko tylko jedna z wielu prostych filmowych piosenek z filmu, o którym mało kto dziś pamięta. Świat jazzu jest niezwykle różnorodny.

Utwór: How About You?
Album: Count ‘Em 88
Wykonawca: Ahmad Jamal Trio
Wytwórnia: Argo
Rok: 1956
Numer: 5050457139520
Skład: Ahmad Jamal – p, Israel Crosby – b, Walter Perkins – dr.

Utwór: How About You?
Album: At The Stratford Shakespearean Festival
Wykonawca: Oscar Peterson Trio
Wytwórnia: Verve / Polygram
Rok: 1956
Numer: 731451375224
Skład: Oscar Peterson - p, Herb Ellis – g, Ray Brown – b.

Utwór: How About You?
Album: Conversation With Myself (The Complete Bill Evans On Verve)
Wykonawca: Bill Evans
Wytwórnia: Polygram / Verve
Rok: 1963
Numer: 731452795328
Skład: Bill Evans – p.

Utwór: How About You?
Album: Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings (Disc 6) - Sunday June 5th 1994 2nd Set
Wykonawca: Keith Jarrett
Wytwórnia: ECM
Rok: 1994
Numer: 731452763822
Skład: Keith Jarrett – p, Gary Peacock – b, Jack DeJohnette – dr.

Utwór: How About You?
Album: Feeling + Finesse = Jazz
Wykonawca: Stephane Grappelly
Wytwórnia: Rhino / Atlantic / Warner
Rok: 1962
Numer: 075679014023
Skład: Stephane Grappelly – viol, Pierre Cavalli – g, Leo Petit – g, Guy Pedersen – b, Daniel Humair – dr.

21 grudnia 2020

Waltz For Debby – CoverToCover Vol. 98

Standard jazzowy, a właściwie standard Billa Evansa, jego najbardziej znana kompozycja. Tak znana z jego wykonań, że prawdopodobnie odstraszająca innych od zmierzenia się z geniuszem autora. Jeśli nie brać pod uwagę tych utworów, które często przypisywane są Milesowi Davisowi, a które prawdopodobnie napisał Bill Evans – jak „Blue in Green”, czy „Nardis”, to „Waltz For Debby” jest najbardziej znaną i rozpoznawalną kompozycją Billa Evansa.

Utwór po raz pierwszy pojawił się wtedy, kiedy po raz pierwszy liderem własnego zespołu został jego kompozytor. Najwcześniejsze jego nagranie pochodzi z 1956 roku z albumu „New Jazz Conception” nagranego w trio z Teddy Kotickiem i Paulem Motianem i wydanego przez Riverside. Tego znakomitego debiutu zresztą nikt nie zauważył, podobno w ciągu pierwszego roku sprzedało się nie więcej niż tysiąc egzemplarzy albumu. Premierowe „Waltz For Debby” Bill Evans gra na fortepianie solo, bez udziału pozostałych muzyków. Evansa cały jazzowy świat zauważył jednak dlatego, że wcześniej jego talent dostrzegł Miles Davis. Dla lata później, niemal w tym samym czasie powstał album „Everybody Digs Bill Evans” i równie dobry „On Green Dolphin Street”, a także „1958 Miles” i „Kind Of Blue”. To jazzowa magia przełomu 1958 i 1959 roku.

W trio, które wielu nazywa najlepszym jazzowym triem wszechczasów – Bill Evans, Scott LaFaro, Paul Motian – Evans nagrał jedynie 4 albumy. Wszystkie to arcydzieła gatunku – „Portrait In Jazz”, „Explorations”, „Sunday At Village Vanguard” i „Waltz For Debby”. Niespełna dwa tygodnie po zarejestrowaniu na żywo dwóch ostatnich albumów Scott LaFaro zginął w wypadku samochodowym. Wstrząśnięty Bill Evans zniknął z muzycznego życia na wiele miesięcy. Niektórzy twierdzą, że już nigdy nie wrócił do poziomu z tych czterech albumów. W zespole zastąpił Scotta LaFaro Chuck Israels. Uważam, że niektóre późniejsze solowe nagrania Billa Evansa dorównują tym ze Scottem LaFaro i Paulem Motianem, jednak żadne jego trio nigdy już nie było tak dobre.

Na koncercie w nowojorskim Village Vanguard, 25 czerwca 1961 roku trio Evansa zagrał „Waltz For Debby”. Ten koncert w całości znajdziecie na płycie o tym samym tytule i albumie „Sunday At Village Vanguard”. To moim zdaniem najdoskonalsze wykonanie firmowej kompozycji Evansa. Tytułowa Debby siostrzenica Evansa. Utwór w połowie lat sześćdziesiątych stał się piosenką, Angielski tekst napisał Gene Lees, Kanadyjczyk, którego specjalnością było przerabianie pięknych melodii na popularne piosenki. Napisał między innymi angielski tekst do „Corcovado”, „Desafinado”, przetłumaczył na angielski wiersze Jana Pawła II, które nagrała Sarah Vaughan. Napisał też dobrą biografię Oscara Petersona i kilka piosenek dla Charlesa Aznavoura.

Piosenka z muzyką Evansa zyskała spore grono fanów w krajach skandynawskich, głownie za sprawą nagranej w 1964 roku płyty Moniki Zettelund z udziałem Evansa zatytułowanej „Waltz For Debby”. W wersji szwedzkiej utwór nazywa się „Monicas Vals”, a fińskiej „Ankin Valssi”.

Jeśli jednak szukać nagrania Evansa z tekstem, to ja wybieram nagranie duetu Bill Evans – Tony Bennett z 1975 roku. Do kompletu dokładam jeszcze wyśmienitą Agę Zaryan z fantastycznym Darkiem Oleszkiewiczem i nagranie na pięć gitar i bas zespołu dowodzonego przez Johna McLaughlina z płyty poświęconej w całości muzyce Billa Evansa, żeby pokazać, że „Waltz For Debby” brzmi równie pięknie na każdym instrumencie, choć najchętniej złożyłbym tą audycję z samych nagrań Billa Evansa, w szczególności tych bez wokalistów czy wokalistek. 

Utwór: Waltz For Debby
Album: Waltz For Debby
Wykonawca: Bill Evans Trio
Wytwórnia: Riverside
Rok: 1962
Numer: 5050457150723
Skład: Bill Evans – p, Scott LaFaro – b, Paul Motian – dr.

Utwór: Waltz For Debby
Album: The Tony Bennett Bill Evans Album (Tony Bennett & Bill Evans: The Legendary Sessions)
Wykonawca: Tony Bennett & Bill Evans
Wytwórnia: Fantasy / Jazz Collectors
Rok: 1975
Numer: 8436019584262
Skład: Bill Evans – p, Tony Bennett – voc.

Utwór: Waltz For Debby
Album: My Lullaby
Wykonawca: Aga Zaryan
Wytwórnia: CantralA / Blue Note / EMI
Rok: 2001
Numer: 5099909494220
Skład: Aga Zaryan – voc, Michał Tokaj – p, Tomasz Szukalski – ts, Dariusz Oleszkiewicz – b, Łukasz Żyta – dr.

Utwór: Waltz For Debby
Album: Time Remembered - John McLaughlin Plays The Music Of Bill Evans (Giganci Jazzu: John McLaughlin)
Wykonawca: John McLaughlin
Wytwórnia: Verve
Rok: 1993
Numer: 9788375528824
Skład: John McLaughlin – g, Francois Szony – g, Pascal Rabatti – g, Alexandre Del Fa – g, Philippe Loli – g, Yann Maresz – bg.

09 czerwca 2020

Bemsha Swing – CoverToCover Vol. 52

Utwór napisali razem Thelonious Monk i Denzil Best w 1952 roku. Pierwszym znanym nagraniem jest rejestracja z 18 grudnia 1952 roku, która znalazła się na płycie „Thelonious Monk Trio” wydanej niemal dwa lata później. Monk znany był z wielokrotnego nagrywania swoich kompozycji i ich nieustannego doskonalenia. Album, na którym po raz pierwszy znalazła się „Bemsha Swing” zawiera również kilka innych jego klasyków. Zapis sesji z 18 grudnia 1952 roku jest istotny w historii tego utworu nie tylko z powodu premiery melodii, ale również dlatego, że jest jedyną znaczącą rejestracją tego utworu w składzie bez saksofonu. Wiele późniejszych wersji zarejestrowanych zostało przez Monka z udziałem Charlie Rousse’a, co moim zdaniem kompozytorowi raczej przeszkadzało. Nie znaczy to, że saksofon w „Bemsha Swing” jest zbędny, lub niepożądany. W wielu nagraniach innych wykonawców okazuje się kluczowym instrumentem dla tego utworu, o tym jednak za chwilę. Nawet rozstrojony i brzmiący jak zużyty instrument z jakiegoś lichego baru fortepian nie przeszkodził tego wieczoru Monkowi w nagraniu wyśmienitego albumu.


Współautor utworu – perkusista Denzil Best pochodził z Barbados, czyli w slangu nowojorskich muzyków Bimshire, a stąd już blisko do Bimsha – to pierwszy tytuł utworu i Bemsha, czyli tytułu używanego obecnie. Best zapisał się w historii jazzu przede wszystkim skomponowaniem na spółkę z Monkiem „Bemsha Swing”, ale również trwającym istotne dla historii bebopu 4 lata (1948-1952) dyżurem za bębnami w Minton’s Playhouse w Nowym Jorku. Inne jego kompozycje nie są tak często dziś wspominane, jednak „Wee” i „Move” to ważne elementy bebopu. „Move” Miles Davis zagrał na „Birth Of The Cool”. Denzil Best nie jest gwiazdą jednego przeboju. Nagrywał między innymi z Errollem Garnerem („Concert By The Sea”), Lee Konitzem i Phineasem Newbornem Juniorem.

Niemal dwa lata po premierowym nagraniu i zaledwie w kilka miesięcy po wydaniu albumu „Thelonious Monk Trio” utwór „Bemsha Swing” Monk przyniósł na sesję z Milesem Davisem i przekonał go do rejestracji kompozycji, która mimo nienajlepszej atmosfery w studiu znalazła się na płycie Davisa „Miles Davis And The Modern Jazz Giants” z udziałem Monka.

„Bemsha Swing” nie stała się od razu jazzowym przebojem, choć w koncertowym repertuarze Monka była właściwie od 1952 roku nieprzerwanie do jego ostatnich dni. Nawet nagranie Milesa Davisa nie spopularyzowało utworu wśród innych muzyków. W 1954 roku Monk zagrał „Bemsha Swing” z Milesem Davisem, po kolejnych dwóch latach powstała jedna z ciekawszych wersji z udziałem Monka, Sonny Rollinsa i Clarka Terry umieszczona na płycie „Brilliant Corners”. Być może ta wersja posłużyła za wzór do nagrania z 1960 roku, znowu z trąbką i saksofonem w roli głównej, tym razem jednak bez fortepianu. Na płycie „The Avant-Garde” nie znalazło się miejsce na fortepian, zagrali John Coltrane i Don Cherry.

To wszystko nagrania warte przypomnienia, ja jednak wybieram zupełnie inne. W 1963 roku trzy utwory Monka nagrał Bill Evans, wśród nich „Bemsha Swing”. Dla tego nagrania zabrakło miejsca na wyśmienitej płycie Evansa „Conversation With Myself”, którą otwiera „’Round Midnight”. W dzisiejszych cyfrowych edycjach rozszerzonych tego albumu znajdziecie „Bemsha Swing” i „Blue Monk”. Evans był geniuszem, choć styl kompozycji Monka zupełnie do niego nie pasował, dlatego „Bemsha Swing” w jego wykonaniu brzmi zupełnie inaczej. Jeśli nie macie w swoich kolekcjach zbyt wielu albumów Evansa, sięgnijcie od razu po 18 płytowy zestaw „The Complete Bill Evans On Verve”. Tam na drugiej płycie znajdziecie „Bemsha Swing”. Reszta jest równie dobra, jak wszystko, co zagrał Bill Evans. Jego interpretacja udowadnia, że kompozycja Monka i Besta jest wyśmienicie uniwersalnym jazzowym standardem, sprawdzającym się w przeróżnych stylach, nastrojach, tempach i interpretacjach.

Gdyby stosować się do zaleceń Teda Gioii i jego publikacji „The Jazz Standards: A Guide To Repertoire”, który rekomenduje dla każdego z jazzowych standardów istotne wykonania, do kompletu warto wybrać Cecila Taylora i jego album „Jazz Advance” z 1956 roku. Ja jednak, mimo, że Gioia trafia w mój gust często bezbłędnie, wybieram kolejne dwa dużo nowocześniejsze wykonania.

Autorami pierwszego, bardzo przebojowego i niemal tanecznego są Jamaaladeen Tacuma, Wolfgang Puschnig i Burhan Ocal. W 1994 roku cały album poświęcili muzyce Monka. Skoro „Bemsha Swing”
sprawdza się z tekstem i funkową basówką, to nie może być inaczej, jeśli zagra go inne niezwykle egzotyczne trio – perkusista o rockowych korzeniach (ex. Cream) – Ginger Baker z Billem Frisellem i Charlie Hadenem.

Utwór: Bemsha Swing
Album: Thelonious Monk Trio
Wykonawca: Thelonious Monk
Wytwórnia: Prestige / Concord / Universal
Rok: 1954
Numer: 888072301641
Skład: Thelonious Monk – p, Gary Mapp – b, Max Roach – dr.

Utwór: Bemsha Swing
Album: The Best Of Bill Evans (The Complete Bill Evans On Verve - (Disc 2))
Wykonawca: Bill Evans
Wytwórnia: Verve
Rok: 1966
Numer: 731452795328
Skład: Bill Evans – p.

Utwór: Bemsha Swing
Album: Gemini Gemini - The Flavours Of Thelonious Monk
Wykonawca: Jamaaladeen Tacuma feat. Wolfgang Puschnig & Burhan Ocal
Wytwórnia: ITM Pacific
Rok: 1994
Numer: 4011778200314
Skład: Jamaaladeen Tacuma – b, bg, voc, Wolfgang Puschnig – as, sax, voc, Burhan Ocal – perc, strings.

Utwór: Bemsha Swing
Album: Falling Off The Roof
Wykonawca: Ginger Baker Trio
Wytwórnia: Atlantic / Warner
Rok: 1996
Numer: 075678290022
Skład: Ginger Baker – dr, Bill Frisell – g, Charlie Haden – b.

27 września 2019

Someday My Prince Will Come – CoverToCover Vol. 12

Kompozycja duetu specjalistów od muzyki do filmów animowanych z lat trzydziestych ubiegłego wieku, Francka Churchilla i Larry Moreya, nie miała łatwego startu. Swoją premierę „Someday My Prince Will Come” miała w 1937 roku za sprawą ścieżki dźwiękowej do filmu Walta Disneya o Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach. W tym archiwalnym dziś, choć niepozbawionym uroku filmie głos królewny podkładała Adriana Caselotti, aktorka i piosenkarka, która zagrała również w kilku filmach z aktorami, jednak dziś nikt by o niej raczej nie pamiętał i nie przypominał tego nazwiska, gdyby nie pierwsze wykonanie „Someday My Prince Will Come”. Film był sporym kasowym sukcesem, jednak tej piosence i kolejnemu przebojowi z tej produkcji – „Heigh-Ho (The Dwarfs' Marching Song)” nie było łatwo przetrwać dłużej, niż filmowi na ekranach amerykańskich kin.


Do jazzowego świata muzykę z przedwojennych filmów Disneya wprowadził w 1957 roku Dave Brubeck nagrywając album „Dave Digs Disney” sięgając nie tylko Królewny Śnieżki, ale też do Pinokia z 1940 roku i nieco nowszej Alicji w Krainie Czarów z 1951 roku. Jak się miało później okazać, części utworów wybornie zagranych przez kwartet Brubecka nie udało się na stałe przenieść do katalogu jazzowych standardów, za to „Someday My Prince Will Come” miało zająć ważne miejsce w katalogu najczęściej granych, również przy okazji spontanicznych spotkań muzyków na jamach utworów. Sam Dave Brubeck starał się odwrócić uwagę świata od tego, że przypuszczalnie pomysłem na album „Dave Digs Disney” była próba zainteresowania muzyką kwartetu nieco szerszego grona odbiorców. W 1957 roku nikt nie mówił o komercyjnych wydawnictwach, choć sam album był jednak zaskoczeniem dla fanów Brubecka. Oficjalna historia mówi o wycieczce pianisty do Disneylandu z dziećmi i inspiracji usłyszanymi w parku rozrywki melodiami.

Jednak sam, nawet największy autorytet Dave Brubecka nie mógł wystarczyć, żeby na zawsze umieścić kompozycję Francka Churchilla w kanonie jazzowych standardów. O tekście Larry Moreya mało kto dziś pamięta. Podobnie stałoby się pewnie z melodią wyjątkowej nawet urody, gdyby nie geniusz Milesa Davisa, który w 1961 roku postanowił nie tylko nagrać utwór, ale również nazwać jego tytułem cały album. Od dnia premiery albumu Milesa Davisa „Someday My Prince Will Come” można już nazywać tą melodię jazzowym standardem, a nie tylko skrawkiem muzyki filmowej wykorzystanym jednorazowo przez Dave Brubecka.

Mam wrażenie, że często współczesne wykonania wspominają raczej album Milesa Davisa, a nie film Walta Disneya, co wcale nie jest czymś niewłaściwym. Po melodię sięgają współcześnie choćby Paul Bley, czy Fred Hersch i Bill Frisell na znakomitej płycie „Songs We Know”. W kąciku polskim można sięgnąć po nagrania naszych znakomitych pianistów – Mieczysława Kosza, Włodka Pawlika lub Joachima Mencla. Wybór jest trudny, jak w przypadku każdego dobrego jazzowego standardu. Faktem jednak jest, że mimo tego, że najbardziej znane wykonanie należy do trębacza – Milesa Davisa, a album o tym tytule ma również na swoim koncie Chet Baker, to „Someday My Prince Will Come” najbardziej leży pianistom, a czasem nawet duetom pianistów, w tym również jednemu z najwybitniejszych – jak na płycie „An Evening with Herbie Hancock and Chick Corea In Concert”. Nie znaczy to, że wśród wykonawców brakuje muzyków grających na innych instrumentach – są gitarzyści – John McLaughlin, Grant Green i Earl Klugh, basiści – Ron Carter, skrzypkowie – Didier Lockwood i oczywiście wokalistki.

Niekoniecznie zawsze zgadzam się z wyborem Teda Gioii, autora wyśmienitej książki „The Jazz Standards”. W przypadku „Someday My Prince Will Come” jego wybory popieram, choć z części musiałem zrezygnować w związku z ograniczeniem długości audycji. Zatem stawiam na klasyki – Dave Brubecka i Milesa Davisa, a poza tym na solowe nagranie Joe Passa, którego Gioia nie wybrał. Na mojej liście jest też inne nagranie Billa Evansa (nie można ciągle wracać tylko do wyśmienitej płyty „Portrait In Jazz”).

Pełna lista autorstwa Teda Gioii:
1.       Dave Brubeck – Dave Digs Disney
2.       Bill Evans – Portrait In Jazz
3.       Miles Davis – Someday My Prince Will Come
4.       Oscar Peterson with Milt Jackson – Reunion Blues
5.       Herbie Hancock – The Piano – tu wybrałbym duet Herbie Hancocka i Chicka Corea
6.       Paul Bley – Jazz ‘n (E)motion: Films
7.       Fred Hersch & Bill Frisell – Songs We Know
8.       Enrico Pieranunzi – Live In Paris… tej płyty nie znam, więc nie mam zdania…

Utwór: Someday My Prince Will Come
Album: Dave Digs Disney
Wykonawca: Dave Brubeck Quartet
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1957
Numer: SRCS 9198
Skład: Dave Brubeck – p, Paul Desmond – as, Norman Bates – b, Joe Morello – dr.

Utwór: Someday My Prince Will Come
Album: Someday My Prince Will Come
Wykonawca: Miles Davis Sextet
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1961
Numer: SRCS 9105
Skład: Miles Davis – tp, John Coltrane – ts, Hank Mobley – ts, Wynton Kelly – p, Paul Chambers – b, Jimmy Cobb – dr.

Utwór: Someday My Prince Will Come
Album: The Complete Bill Evans On Verve (Disc 15: At The Montreux Jazz Festival)
Wykonawca: Bill Evans
Wytwórnia: Polygram / Verve
Rok: 1968
Numer: 731452795328
Skład: Bill Evans – p, Eddie Gomez – b, Jack DeJohnette – dr.

Utwór: Someday My Prince Will Come
Album: Virtuoso #4 (Disc 1)
Wykonawca: Joe Pass
Wytwórnia: Pablo / Fantasy
Rok: 1973
Numer: 02521841022
Skład: Joe Pass – g.

06 lutego 2016

Miles Davis – Jazz Track – strona B

Oto opowieść o magicznej, choć dziś nieco zapomnianej sesji nagraniowej. 26 maja 1958 roku w studiu nagraniowym wytwórni Columbia na Wschodniej 30 Ulicy w Nowym Jorku (czyli w słynnym z wielu nagrań Kościele) spotkali się ówcześni członkowie koncertowego zespołu Milesa Davisa – Julian Cannonball Adderley, John Coltrane, Bill Evans, Paul Chambers i Jimmy Cobb. Pod kierownictwem swojego mistrza nagrali jedynie 4 utwory i dwie odrzucone i wydane dużo później wersje alternatywne.

Ta sesja dla Milesa Davisa była zupełnie typowym, kolejnym nagraniem. Dla większości zespołu również to był kolejny, zwyczajny poniedziałek, jakich wiele. Ta sesja była jednak jedną z najważniejszych w życiu dla Billa Evansa. To właśnie tego dnia świat poznał geniusza, który już wtedy miał wielki wpływ na muzykę Milesa Davisa.

Niespełna 30 letni pianista miał już na swoim koncie pierwszą ważną płytę nagraną pod własnym nazwiskiem – „New Jazz Conception”. Nagrywał też z kilkoma mniej znanymi artystami, jak choćby Lucy Reed, Sahib Shihab, czy Jimmy Knipper. Miał też na swoim koncie udział w sesji George’a Russela – „The Jazz Workshop” i nagranie z Charlesem Mingusem – „East Coasting”. Mimo tego, że od kilku miesięcy grał z Milesem Davisem, był raczej zauważany przez krytyków, którzy zdążyli mu przyznać kilka ważnych wyróżnień, niż przez słuchaczy. Po kilku miesiącach od tego nagrania miało powstać „Kind Of Blue” z jego udziałem.

Materiał z tej sesji nie miał szczęścia. Znalazł się najpierw w części bez „Love For Sale” na kompilacyjnym albumie „Jazz Track” wydanym w Stanach Zjednoczonych w zasadzie jako reedycja znanej jedynie w Europie muzyki Milesa Davisa do filmu „Ascenseur pour l’echafaud” („Windą na szafot”) nagranej we Francji w towarzystwie muzyków lokalnych i paryskiego rezydenta – Kenny’ego Clarke. Sesja z 26 maja pełniła rolę wypełniacza drugiej strony tego albumu.

Kiedy już Bill Evans był gwiazdą największą z największych, a „Kind Of Blue” jazzowym albumem wszechczasów, okazało się, że na każdym nagraniu zespołu w tym samym składzie można zarobić sporo pieniędzy i Columbia wznowiła materiał w 1974 roku tym razem nazywając kolejny kompilacyjny album „1958 Miles” i umieszczając na jednej płycie nagrania z 26 maja (częściowo nieco inne wersje niż te z „Jazz Track”) z częścią występu promocyjnego zespołu dla oficjeli wytwórni z nowojorskiego hotelu Plaza z września tego samego roku. Ten drugi materiał w zasadzie nie powinien, ze względu na jakość techniczną rejestracji, nigdy się ukazać. Później powstała jeszcze inna kompilacja Columbii – „'58 Sessions Featuring Stella By Starlight”. Jeden utwór alternatywny upchnięto w 1975 roku na składance przeróżnych wykonawców – „Black Giants”, by wreszcie po  raz pierwszy umieścić go na kolejnej przedziwnej płycie Milesa Davisa – „Circle In The Round” w 1979 roku. Całość materiału najlepiej chronologicznie i dźwiękowo prezentuje się dziś w wersji z zestawu „The Complete Columbia Recordings 1955-1961: Miles Davis & John Coltrane” – płyty 3 i 4. Okazuje się, że ważna historycznie i muzycznie doskonała sesja musiała czekać na swoje wydanie do roku 2000, mimo tego, że całość materiału była wcześniej dostępna i nie mamy tu do czynienia z jakimś archiwalnym odkryciem. Ot taka wydawnicza ciekawostka.

Symbolicznym reprezentantem tej muzyki w naszym radiowym Kanonie Jazzu jest jednak album „Jazz Track” – pierwotne wydanie znacznej części materiału z 26 maja 1958 roku.

Bill Evans zastąpił w zespole Milesa Davisa Reda Garlanda, z którego Miles wcale nie był jakoś szczególnie niezadowolony, jednak zawsze chciał iść do przodu. Z udziałem Reda Garlanda powstały między innymi słynne „Workin’”, „Steamin’”, „Relaxin’” i „Cookin’”. Nieznanego wówczas Billa Evansa do zespołu Milesa rekomendował George Russell. Miles poszukiwał pianisty dającego mu wiele muzycznej przestrzeni, delikatnie traktującego klawiaturę o równej jemu inwencji harmonicznej.  Wersji ich pierwszego spotkania jest przynajmniej kilka. Bill Evans został regularnych członkiem zespołu w okolicach kwietnia 1958 roku, czyli zaledwie 6-7 tygodni przed nagraniem „Jazz Track”. W tygodniu poprzedzającym nagranie do zespołu dołączył Jimmy Cobb, a muzycy grali codziennie w Village Vanguard. W poniedziałki klub był zamknięty i dzięki temu właśnie możemy dziś posłuchać „Jazz Track”.

Otwierający sesję wstęp do „On Green Dolphin Street” w zasadzie definiuje styl gry Billa Evansa już na zawsze… cała reszta to historia zapisana na dziesiątkach wybitnych albumów, z których kolejnymi miały być „Kind Of Blue”, a jeszcze wcześniej w 1958 roku „Everybody Digs Bill Evans”. W przypadku tego albumu warto również docenić polski wkład w to historyczne wydarzenie. „On Green Dolphin Street” to przecież kompozycja Bronisława Kapera, a „Stella By Starlight” Victora Popular Younga, który urodził się w Stanach Zjednoczonych, ale jego matka była Polką. Sam Victor Young po śmierci matki przyjechał do Warszawy, gdzie skończył Konserwatorium by w wieku 15 lat zostać asystentem dyrygenta Filharmonii Warszawskiej. Kiedy wyjechał do USA został jednym z najlepszych i niezwykle pracowitych kompozytorów muzyki filmowej.

Jeśli chcecie posłuchać jak powstawało „Kind Of Blue” – poznajcie „Jazz Track”, to prapoczątki najpiękniejszego jazzowego albumu wszechczasów.

Miles Davis
Jazz Track
Format: CD
Wytwórnia: Columbia
Numer: 074646583326 (część zestawu „The Complete Columbia Recordings 1955-1961: Miles Davis & John Coltrane”)

06 września 2013

Bill Evans Trio – How My Heart Sings!

Równie dobrych płyt jak „How My Heart Sings!” Bill Evans nagrał pewnie ze 30, albo więcej. Dlaczego więc dziś akurat ta? Powody w zasadzie są dwa. Pierwszy i najważniejszy to fakt, że właśnie ukazała się cyfrowo odświeżona reedycja tego albumu wydana przez Universal w serii Original Jazz Classics Remasters. Drugi powód to wyrzuty sumienia związane z faktem, że już od niemal 2 lat na półce z wyrzutami sumienia, czyli książkami, które już kupiłem, a jeszcze nie przeczytałem, czeka podobno najlepsza biografia jednego z moich ulubionych pianistów, pióra Petra Pettingera. Książka ta pewnie nie przez przypadek ma dokładnie taki sam tytuł jak dzisiejsza płyta. Być może to oznacza, że kompozycja Earla Zindarsa miała dla Billa Evansa jakieś szczególne znaczenie. Nagrał ją co najmniej cztery razy, licząc wykonanie, które otwiera dzisiejszą płytę. Tego nie wiem, ale być może dowiem się z książki. Ilość znanych mi wykonań na to nie wskazuje, bowiem inne kompozycje zostały przez Billa Evansa zarejestrowane dużo więcej razy. Jednak fakt nazwania albumu tym tytułem z pewnością nie jest przypadkowy.

To nie jest przypadkowy album. Przełom 1961 i 1962 roku był dla Billa Evansa jednym z najtrudniejszych w życiu. Latem 1961 roku w wypadku samochodowym zginął Scott LaFaro. Dla wielu, w tym być może też dla Billa Evansa, skład ze Scottem LaFaro i Paulem Motianem był i na zawsze pozostanie absolutnie idealnym wzorem jazzowego fortepianowego trio. Od jego śmierci przez kilka miesięcy Bill Evans nie tylko nie nagrywał, ale nawet nie zbliżał się do fortepianu. Kiedy zebrał siły – nagrał album z Jimem Hallem – wyśmienitą płytę „Undercurrent”. Nie był jeszcze gotowy na kolejnego basistę. Dopiero w maju 1962 roku, niemal rok od tragicznej śmierci Scotta LaFaro, pianista znalazł się w studiu w towarzystwie wypróbowanego przyjaciela Paula Motiana i basisty – Chucka Israelsa. Tak właśnie powstały dwa albumy „How My Heart Sings!” i nieco bardziej nostalgiczny – „Moonbeams”. Trio w tym składzie, przed wejściem do studia zagrało zaledwie kilka koncertów i jedną sesję w roli sekcji rytmicznej dla Herbie Manna. Pomyśleć, że ktoś mógł sobie wynająć taką sekcję…

Wybór repertuaru nie zaskakuje, to wypróbowane jazzowe melodie, jak choćby „Summertime”, czy „In Your Own Sweet Way”, kompozycje lidera i utwór tytułowy – nieco mniej znanego w jazzowym światku kompozytora w zasadzie muzyki poważnej – Earla Zindarsa. Wybór jego kompozycji fanów Billa Evansa nie zdziwi, przecież wcześniej nagrywał choćby jego „Elsę”.

Pochwalić należy też Chucka Israelsa, za to, że pozostał sobą, nie próbował być zastępcą Scotta LaFaro, nie miał łatwego zadania, trzeba pamiętać, że nietypowe rozwiązania rytmiczne, płynne zmiany rytmów parzystych na nieparzyste i odwrotnie, nie ułatwiały mu zadania.

Bill Evans nagrał wiele nieco lepszych albumów, ale tylko nieco… Ten też jest wyśmienity i w dodatku dostępny teraz w nowej odświeżonej dźwiękowo wersji, atrakcyjnej cenie i z trzema dodatkowymi utworami.

Bill Evans Trio
How My Heart Sings!
Format: CD
Wytwórnia: Riverside / OJC/ Universal

Numer: 888072345935

07 listopada 2012

Bill Evans & Jim Hall – Undercurrent


Dla fanów jazzu zestawienie na jednej płycie Billa Evansa i Jima Halla jest czymś, co w zasadzie nie mogło się nie udać. To również płyta szczególna w niezwykle obszernej dyskografii Billa Evansa. Sesja z 24 kwietnia 1962 roku była pierwszą, na jaką się zdecydował po tragicznej śmierci swojego przyjaciela i członka zespołu – basisty Scotta LaFaro.

Tego dnia Bill Evans i Jim Hall spotkali się w studiu prawdopodobnie po raz pierwszy. Ten fakt, jeśli prawdziwy, czyni ich wzajemne muzyczne zrozumienie po prostu magicznym. Ta płyta to jednak przede wszystkim niespotykana muzyczna przestrzeń, elegancja. Znam ten album na pamięć, nie potrafię odnaleźć ani jednego niepotrzebnego, albo umieszczonego w złym miejscu dźwięku. Tu powiedzenie, że mniej znaczy lepiej nabiera niezwykłego znaczenia.

To nie jest jednak tylko elegancji salonowy jazz. Mimo tego wyważenia i dawkowania emocji to muzyka prawdziwa, daleka od sztywnego efekciarstwa. Bill Evans to jeden z mistrzów grania standardów, szczególnie w klasycznym trio z perkusją i kontrabasem. Wiele z nich odkrył na nowo, zawsze dodając coś od siebie. Już dla samego „My Funny Valentine” warto kupić tę płytę…

Zestawienie fortepianu i gitary nie jest typowe dla jazzowych zespołów. O nieudanych projektach tego rodzaju lepiej nie pamiętć i ich nie wspominać. Z tych udanych porównanie z „Undercurrent” wytrzymują chyba jedynie nagrania Oscara Petersona z Joe Passem („A Salle Pleyel” – to również murowany kandydat do naszego jazzowego kanonu). No i oczywiście kolejny, równie dobry co „Undercurrent” album Billa Evansa i Jima Halla, nagrany kilka lat później „Intermodulation”, który w Kanonie Jazzu też pewnie kiedyś umieścimy.

W wydawanych w ostatnich latach przeróżnych wersjach zrematerowanych producenci dodają sporo dodatkowych nagrań z tej samej sesji o muzycznej wartości i dźwiękowej jakości niemal równej oryginalnym nagraniom. Już sama popularność reedycji świadczy o tym, że to płyta ciągle kupowana i ważna dla fanów obu muzyków. W przypadku tego albumu warto poszukać dobrej cyfrowej reedycji, która wprowadza do dźwiękowej przestrzeni tonalną równowagę nie naruszając jednocześnie wrażenia obcowania z muzyką mającą już 50 lat, która brzmiałaby dziwnie, gdyby nagle w cudowny sposób udało się jej jakość ulepszyć do takiej, którą oferują dobre współczesne produkcje. We współczesnych reedycjach producentom udało się poprawić szczególnie dynamikę brzmienia gitary.

Bill Evans & Jim Hall
Undercurrent
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 077779058327

31 stycznia 2012

Bill Evans feat. Toots Thielemans - Affinity


Historię powstania tego nagrania opowiadał mi kiedyś Toots Thielemans. Przyszedł któregoś dnia do studia właściwie w odwiedziny. Nagrywał gdzieś obok coś zupełnie innego. Przyszedł odwiedzić Billa Evansa. Potem miał zagrać tylko jakieś jedno solo w którymś z utworów. Wreszcie został na całą sesję, która trwała 4 dni. Z pewnością ta wizyta zmieniła pierwotny pomysł na album.

Tak więc z nieco przypadkowej, towarzyskiej wizyty powstał świetny album, a te nieliczne fragmenty, w których zamiast Tootsa Thielemansa gra na saksofonie Larry Schneider, można zwyczajnie pominąć.

Ta płyta nie jest z pewnością najważniejsząą pozycją w obszernym dorobku nagraniowym Billa Evansa. Te najczęściej dziś przypominane nagrał dużo wcześniej. Do nich należy zaliczyć niewątpliwie „Waltz For Debby”, „The Complete Live At The Village Vanguard 1961”, czy słynny „Conversations With Myself”.

Toots Thielemans też nagrał wiele dobrej muzyki. Jednak razem potrafili stworzyć coś wyjątkowego. To idealny przykład muzycznej synergii. Gry zespołowej z dwoma wielkimi muzycznymi osobowościami w rolach głównych. To także album, o którym sam Toots Thielemans powiedział w ponad dwugodzinnej rozmowie ze mną, która ciągle czeka na publiakcję, że to jedna z jego najważniejszych płyt.

To według mnie najciekawsze nagranie pochodzące z ostatniego okresu życia Billa Evansa.

To muzyka niesłychanie pogodna, pełna przestrzeni, kolorowa, a jednocześnie oszczędna. Dźwięki pojawiają się dokładnie tam, gdzie powinny być. Nie jest ich ani za dużo, ani za mało. Tworzą obrazy, momentami bardzo pogodne, wiosenne, rozwijające znane wszystkim tematy podobnie do budzącej się do życia przyrody. Kiedy indziej nieco ciemniejsze, jakby jesienne, ale nigdy posępne i budzące jakiekolwiek negatywne emocje.

„Affinity” to jeden z ukrytych skarbów, nieco dziś zapomnianych, właściwie nigdy niedocenionych. Stworzonych nieco przypadkiem. Dla Billa Evansa to była jedna z pierwszych sesji, w kórej wziął udział 24 letni wówczas basista – Marc Johnson. To świetny album na długi, wyciszony zimowy wieczór. Pozycja obowiązkowa dla każdego fana jazzu i każdej dobrej muzyki…

Bill Evans feat. Toots Thielemans
Affinity
Format: CD
Wytwórnia: Warner
Numer: 7599273872

12 stycznia 2012

Miles Davis Sextet – Jazz At The Plaza


Na pierwsze oficjalne wydanie tego koncertowego nagraniu zarejestrowanego w 1958 roku trzeba było poczekać 15 lat. W 1997 roku ukazała w Japonii zremasterowana edycja, która zawiera całkiem dobrze poprawiony dźwięk i jest do tej pory prawdopodobnie najlepszym wydaniem tej unikalnej muzyki. Dźwięk nie jest oczywiście idealny, jednak we współczesnych wydania akceptowalny i jeśli pominąć to, że dźwięk trąbki lidera czasem oddala się nieco od mikrofonu to jakość nie utrudnia kontaktu z historycznie ważną, a przede wszystkim zwyczajnie piękną muzyką. Historia jazzu zna co najmniej kilka płyt uznanych powszechnie za wybitne, których jakość dźwięku w zasadzie nie umożliwia usłyszenia tego, co grali muzycy – jak choćby nagrania Theloniousa Monka z Johnem Coltrane’a znane jako „Live At The Five Spot Discovery!”, czy „Jazz At Massey Hall” Charlie Parkera występującego pod pseudonimem i grającego na plastikowym saksofonie….

Koncert zarejestrowano pewnie dość przypadkowo, przynajmniej pierwotnie Columbia nie zamierzała tego materiału wydać w czasie jego rejestracji. Jednak taśmy spoczęły gdzieś na półkach w archiwum i doczekały się wydania wiele lat później, kiedy po jednym z najważniejszych zespołów Milesa Davisa nie było już śladu. Było też wiadomo, że skład, w którym nagrano „Kind Of Blue”, dla wielu najważniejszą płytę jazzową w kategorii absolutnej nie zarejestrował wiele muzyki. Z nagrań studyjnych to bodaj oprócz już wspomnianego albumy chyba tylko część dość enigmatycznego albumu „Jazz Track”. Oczywiście z czasem pojawiło się trochę nagrań koncertowych, a nawet znalazły się nagrania telewizyjne, które umieszczono na jubileuszowym wydaniu „Kind Of Blue”, ale to już zupełnie inna historia. Tak, czy inaczej, Sextet Milesa z przełomu 1958 i 1959 roku nie nagrał wiele i już samo to sprawia, że „Jazz At The Plaza” to płyta ważna.

Przy okazji też bardzo dobra. Nie mogło być zresztą inaczej w takim składzie muzyków, którzy w owym czasie byli w życiowej formie. Dla porządku przypomnijmy, że zespół tworzyli oprócz lidera Julian Cannonball Adderley (saksofon altowy), John Coltrane (saksofon tenorowy), Bill Evans (fortepian), Paul Chambers (kontrabas) i Jimmy Cobb (perkusja). W temacie saksofonów więc to najlepszy z możliwych składów Milesa Davisa. Co do pianisty – zdania mogą być podzielone, niektórzy wolą u jego boku Wyntona Kelly, albo Reda Garlanda. Każdy z nich grał inaczej. Jednak bez szerokich muzycznych horyzontów i klasycznej wiedzy Billa Evansa nie byłoby „Kind Of Blue”…

Pewnie gdyby w hotelu Plaza w Nowym Jorku stał lepszy fortepian, Bill Evans potrafiłby to wykorzystać. Jednak dyskusje o wyższości Reda Garlanda nad Billem Evansem pozostawmy tym, którzy koniecznie muszą ustalić kto był lepszy… Każdy z nich był inny. W tym okresie pewnie Bill Evans pasował lepiej do wizji Milesa Davisa. Nawet na niezbyt dobrze działającym fortepianie Bill Evans potrafił zagrać „My Funny Valentine” w zupełnie niezwykły sposób.

W tym czasie „Kind Of Blue” pewnie gdzieś w głowie Milesa już kiełkowało. Zespół jednak grał wypróbowany repertuar – „Oleo”, „Straight, No Chaser”, czy „My Funny Valentine”.

Cóż… To był koncert w sali bankietowej dla dziennikarzy. Tamte czasy nie wrócą. Mimo wrodzonej awersji do bankietów… na tym bardzo chciałbym się znaleźć… Tym bardziej, że tego samego dnia zagrał tam również zespół Duke Ellingtona. To dlatego płyta Milesa Davisa jest oznaczona jako Volume 1. Druga część z podobną okładką zawiera nagrania orkiestry Duke Ellingtona i również ukazała się pierwszy raz w 1973 roku.       

Miles Davis Sextet
Jazz At The Plaza
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: SRCS 9302

05 września 2011

Miles Davis - Kind Of Blue: 50th Anniversary Collector’s Edition


Ruszamy w radiu z drugą płytą tygodnia. Dotąd wybieraliśmy dla Was wartościowe nowości. Te również będą się zgodnie z tradycją pojawiać co tydzień. Druga płyta – to będzie album wybrany z kanonu jazzowych klasyków. O tych płytach trudniej przeczytać jest w mediach, często nie jest również łatwo kupić je w sklepach, przynajmniej tych polskich. Przekrojowych publikacji na temat historii jazzu i poszczególnych jego gatunków powstało w Polsce zaledwie kilka. Tak więc zamierzamy dostarczać Wam wiedzy na temat tych płyt, które budując własną kolekcję powinniście umieścić na półce. W ciągu pierwszego roku, może dwu lat to będą z pewnością płyty, bez których żaden zbiór fana jazzu obyć się nie może. Nawet jeśli któraś z płyt Wam się nie do końca spodoba, to jej znajomość jest istotna dla zrozumienia logiki rozwoju współczesnej muzki improwizowanej.

Kandydatów na pierwszą płytę z tego cyklu było około 10. To wszystko albumy, które w swoim czasie zmieniły świat jazzu, a w wielu wypadkach odwróciły bieg historii światowej muzyki. Z pewnością wszystkie pojawią się w najbliższych miesiącach w tym miejscu. Po długich dyskusjach, które toczyłem sam ze sobą wybór padł na „Kind Of Blue” Milesa Davisa. To z pewnością jeden z najlepiej sprzedających się albumów w historii ambitnej muzyki.

Czy można tą płytę nazwać muzycznym arcydziełem? Niekoniecznie. Ustalenie granicy między arcydziełem a tylko wyborną płytą nie jest łatwe. Nie jestem pewien, czy jeśli uznamy „Kind Of Blue” za arcydzieło, to kilku płyt z tego samego okresu Milesa Davisa, jako, że wcale nie są wiele gorsze, też powinny być arcydziełami. A to określenie trzeba dozować starannie. Czy wiele słabsze są choćby „58’ Session Featuring Stella By Starlight”, „Porgy And Bess”, czy „1958 Miles”, „Ascenseur Pour L'echafaud”, “At Newport 1958”, “Milestones…”, czy “Someday My Prince Will Come”. Te i jeszcze pare innych nieco mniej znanych płyt Miles zarejestrował w ciągu kilkunastu miesięcy przed i po dwu sesjach, które dały światu „Kind Of Blue”.

Miles Davis to też trochę magia nazwiska. Miles Davis był genialnym muzykiem, kreatorem muzycznych wydarzeń i osoba, która – skracając nieco jedną z dowcipnych sytuacji powtarzanych przez licznych biografów – nie zrobił w muzyce wiele, tylko 3 lub 4 razy całkowicie zmienił jej historię. Nie był wirtuozem trąbki, ale żaden z nich tego nie zrobił. Miles na zawsze pozostanie największym trębaczem historii jazzu. To też jeden z nielicznych muzyków, którzy zawłaszczyli sobie własne imie. Ileż to razy każdy z nas w rozmowie mówi… Miles to, Miles tamto, Miles zagrał, nagrał… Nikt nie ma wątpliwości o jakim Milesie mówimy. Kto jeszcze zasłużył na takie wyróżnienie (jeśli odrzucimy liczne w jazzie przydomki?). Mnie przychodzi jedynie na myśl Jaco… Jaco Pastorius.

Pewnie wielu z Was ma już w swojej kolekcji jakieś wydanie „Kind Of Blue”. Ja też mam kilka. Z pewnością ważnym wydaniem jest box Miles Davis & John Coltrane - „The Complete Columbia Recordings 1955-1961”, szczególnie w pierwotnym, książkowym wydaniu z metalowym grzbietem (numer katalogowy 074646583326). Ten box pozwala poznać muzyczny kontekst rejestracji „Kind Of Blue” oraz zawiera ciekawy wiele ciekawych tekstów uzupełniających naszą wiedzę o nagraniach z tego okresu autorstwa Jimmy Cobba (perkusista grający na płycie i jedyny z ciągle żyjących członków zespołu), George’a Avakiana, Michael Cuscuny, Boba Beldena i Boba Blumenthala. Audiofile z pewnością będą poszukiwać jednego z licznych starannie wytłoczonych współczesnych wydań winylowych. Kolekcjonerzy pierwszego wydania, szczególnie tego monofonicznego (nie warto,  jednokanałowe „Kind Of Blue” nie brzmi dobrze). Do tego dochodzą jeszcze niekończące się dyskusje na temat szybszej, lub wolniejszej wersji pierwszej strony płyty.

Jednak jeśli macie ochotę kupić sobie po raz kolejny „Kind Of Blue”, albo, co przez przypadek przecież może się zdarzyć, jeszcze tej płyty nie macie, warto kupić (póki to jeszcze możliwe), wydanie „Kind Of Blue: 50th Anniversary Collector’s Edition”. Ten box wielkości płyty analogowej zawiera wytłoczoną w przepięknym niebieskim winylu (choć dźwiękowo nienajlepszą) płytę analogową, dwie płyty CD zawierające muzykę z „Kind Of Blue”, trochę odrzutów ze studia oraz sporo muzyki dostępnej wcześniej na płytach „1958 Miles” i wspomnianym już zestawie „The Complete Columbia Recordings 1955-1961”.  W pudełku znajdziemy też płytę DVD z trwającym 81 minut świetnie zrealizowanym specjalnie na potrzeby tego wydania filmem dokumentalnym z udziałem wielu znamienitych gości opowiadających o płycie. Dostajemy też pięknie wydaną książkę i parę kolekcjonerskich gadżetów. To jednak cały czas taki box, w którym treść i zawartość muzyczna przeważa nad formą. Wydawnictwo to ukazało się w 2008 roku i ciągle jeszcze można je kupić… Warto.

Muzyka umieszczona na płycie „Kind Of Blue”? Nie wyobrażam sobie, że komuś może się nie podobać. To także jeden z tych albumów, które śmiało można puścić znajomym, którzy na hasło jazz uciekają do drugiego pokoju.

Na temat tej płyty światowe autorytety napisały całe grube książki – najlepsze z tych, ktróre czytałem to „Kind Of Blue: The Making Of The Miles Davis Masterpiece” Ashley Kahn i Jimmy Cobba, „The Blue Moment: Miles Davis’s Kind Of Blue And The Remaking Of Modern Music” Richarda Williamsa, a także “The Making Of Kind Of Blue” Miles Davis And His Masterpiece” Erica Nisensona. Autorzy książek nie są zbyt kreatywni w wymyślaniu ich tytułów, ale każda z nich ma grubo ponad 200 stron. Dlatego właśnie o muzyce wyjątkowo nie podejmę się nic napisać.

Zgadzaj się jednak ze zdaniem wielu autorów, że „Kind Of Blue” to nie tylko pewien symboliczny koniec ery be-bopu. Weźmy na przykład „So What” otwierający album – utwór oparty na pozornie surrealistycznych i rozwleczonych w czasie zmianach harmonicznych, które sugerują związki z ówczesną minimalistyczną awangardą amerykańską. Te związki unifikujące ówczesną awangardę muzyki klasycznej z jazzem są zapowiedzią trzeciego nurtu. „Kind Of Blue” zmieniło też muzyczną awangardę USA. Zaledwie kilkanaście miesięcy później jeden z najbardziej znanych amerykańskich minimalistów – Terry Riley zaoferował pracę właśnie opuszczającemu więzienie Chetowi Bakerowi sam zaproponował trębaczowi oparcie ich pierwszego wspólnego projektu – oprawy muzycznej sztuki „The Gift” Kena Deweya na harmonii septymowego akordu d-moll czasami zbaczającego w stronę es-moll – czyli tematu „So What”. Chet Baker przystał na to ochoczo, choć dużo później usłyszał pierwszy raz „Kind Of Blue”.

Ja już nie pamiętam kiedy usłyszałem tą płytę po raz pierwszy. Zazdroszczę trochę tym z Was, którzy usłyszą te niezwykłe dźwięki pierwszy raz na naszej antenie w tym tygodniu. Pozostałych do sięgnięcia po raz kolejny po ten wyśmienity album namawiać nie muszę…

Miles Davis
Kind Of Blue: 50th Anniversary Collector’s Edition
Wytwórnia: Columbia / Sony
Format: 2CD+LP+DVD
Numer: 886973355220