Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ali Farka Toure. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ali Farka Toure. Pokaż wszystkie posty

28 lipca 2011

Simple Songs Vol. 22

Bohaterem audycji był Ali Farka Toure. Muzyk to niezwykły. Urodzony w 1939 roku w małej wiosce Kanau w Mali, zmarł w 2006 roku. Całe życie związany był z krajem z którego pochodził i z jego muzyczną tradycją. Swoje piosenki zwykle śpiewał w jednym z lokalnych języków: Songhay, Fulfulde, Tamasheq lub Bambara, czasem po angielsku. Bywał nazywanym afrykańskim Johnem Lee Hookerem. Krytycy czasem przypisywali go do nurtu World Music, jednak Rolling Stone umieścił go dość wysoko na liście największych gitarzystów wszech czasów. Pierwszą płytę wydał w 1976 roku – mając, jak łatwo policzyć, 37 lat.

Zacznijmy od nagrań z płyty ”Talking Timbuktu”, największego chyba komercyjnego sukcesu Ali Farki Toure. Choć później otrzymał jeszcze Grammy za „In The Heart Of The Moon”, to jednak płyta nagrana wspólnie z Ry Cooderem była w 1994 roku niemałą sensacją za Oceanem. Na tej płycie Ali Farka Toure gra na gitarze i śpiewa we wspomnianych już afrykańskich językach. W utworze, którego posłuchamy na początek towarzyszą mu, oprócz kilku muzyków afrykańskich, na gitarze slide Ry Cooder, na gitarze basowej John Patitucci, na bębnach Jim Keltner i w nietypowej dla siebie roli muzyka grającego na violi Clarence Gatemouth Brown, którego brzmienie jest istotne dla tego utworu.

* Ali Farka Toure with Ry Cooder – Al Du – Talking Timbuktu

„Talking Timbuktu” to płyta pełna takich muzycznych skarbów, choć trafiają się utwory, w których producenci nieco przedobrzyli dodając trzecią gitarę i zbyt wiele instrumentów perkusyjnych. Sam Ali Farka Toure brzmi zdecydowanie lepiej w kameralnych klimatach. Takie na płycie również znajdziemy. Posłuchajmy więc kolejnego utworu z tego wyśmienitego albumu.

* Ali Farka Toure with Ry Cooder – Bonde – Talking Timbuktu

Czy w Afryce można grać bluesa? Wszędzie można grać każdą muzykę. Wszędzie też, a w szczególności w rejonach świata, które mają bardzo silną własną kulturę muzyczną nie da się uciec od lokalnych wpływów. To właśnie czyni muzykę z mniej znanych (przynajmniej dla komercyjnego przemysłu muzycznego) krajów interesującą. Taka właśnie jest płyta Ali Farka Toure – „Savane”. Już na okładce widzimy obrazek przypominający zdjęcie z plantacji bawełny – zrelaksowany gitarzysta siedzący z papierosem w zębach na wiklinowym fotelu. Taka jest też płyta, swobodna, pogodna, choć nie pozbawiona emocji. W całości afrykańskie instrumentarium plus gitara lidera i od czasu do czasu harmonijka ustna. Posłuchajmy więc fragmentu z tej płyty – utworu „Soko Yhinka”. Liderowi towarzyszą afrykańscy muzycy, z których najbardziej znany jest grający na instrumentach perkusyjnych Mama Sissoko.

* Ali Farka Toure – Soko Yhinka – Savane

W nagraniu albumu „Savane” uczestniczyli również muzycy amerykańscy. W kolejnym nagraniu – otwierającym płytę utworze „Erdi” usłyszymy Pee Wee Ellisa grającego na saksofonie

* Ali Farka Toure – Erdi – Savane

Takich bluesów z odrobiną klimatów afrykańskich znajdziemy na płycie więcej. Jednak to nie współpraca z Ry Cooderem przyniosła naszemu dzisiejszemu bohaterowi największe sukcesy. To bowiem nieco bliższy afrykańskim korzeniom muzyka duet z grającym na różnych egzotycznych instrumentach (przeważnie strunowych) Toumani Diabate pozostanie na zawsze dziełem życia Ali Farki Toure. Zanim przejdziemy do najbardziej znanego ich albumu – „In The Heart Of The Moon” sięgnijmy po nieco mniej znany, a równie piękny „Ali And Toumani” nagrany na krótko przed śmiercią artysty w 2006 roku. Na tej płycie znajdziemy słabsze fragmenty, zmienione już po śmierci Ali Farki Toure poprzez dogranie chórków i dodatkowych instrumentów perkusyjnych. Jednak tam, gdzie jest tylko gitara i Kora, jest wyśmienicie. Posłuchajmy zatem dwu takich muzycznych fragmentów.

* Ali Farka Toure And Toumani Diabate – Fantasy – Ali And Toumani
* Ali Farka Toure And Toumani Diabate – Be Mankan – Ali And Toumani

Na tej płycie znajdziemy też afrykańskiego bluesa. To być może muzyka bardzo podobna do pierwotnych pieśni śpiewanych na plantacjach bawełny zanim bluesa zdominowały wpływy XIX wiecznej francuskiej pieśni salonowej… Ale historia bluesa to zupełnie inny temat, na inną okazję. My słuchamy dziś Ali Farki Toure. Posłuchajmy więc jak śpiewa w jednym z malijskich języków.

* Ali Farka Toure And Toumani Diabate – Sina Mory – Ali And Toumani

Sięgnijmy teraz do wspomnianej już płyty „In The Heart Of The Moon” nagranej w Bamako (Mali) w odróżnieniu od „Ali And Toumani”, która powstała w Londynie. Ta płyta została nagrana na tej samej sesji, na której powstała również „Savane”. Ta jednak zawiera bardziej afrykańską muzykę. W jej nagraniu również wziął udział Ry Cooder, niestrudzony łowca muzycznych talentów… Jednak Ry Cooder nie usiłował nadać muzyce swojego autorskiego piętna. Był raczej producentem i muzycznym mentorem swoich malijskich kolegów.

Pewnie wielu słuchaczy nazwałoby album „In The Heart Of The Moon” płytą egzotyczną, lub należącą do nurtu World Music. Mnie też czasem niestety zdarza się użyć takiego nieprawdopodobnie europocentrycznego uproszczenia. Oczywiście każdy z nas widzi świat z miejsca, w którym się znajduje. Czasem jednak warto tę pozycję opuścić, stanąć gdzieś obok i bez pośpiechu spróbować znaleźć szerszą perspektywę.

Jak wyglądałaby zatem scena muzyczna, gdyby ekonomiczne, a tym samym i marketingowe centrum cywilizacji przez ostatnie sto lat nie przemieszczało się tułane historią wojem między Londynem, Nowym Jorkiem i Berlinem, a na przykład między Kairem, Dakarem i Nairobi? To oczywiście pewne uproszczenie i zaklinanie historii. Trudno jednak negować wpływ ekonomii na rozwój wszelkich form sztuki i naszych upodobań. Sztuka rozwija się wszak lepiej tam, gdzie poziom dobrobytu pozwala na coś więcej niż walka o codzienną egzystencję. A sprzedać płyty można tam, gdzie ludzi stać na to, żeby je kupić, a producenci widząc w tym interes zainwestują w reklamę. Świat postrzegamy więc w dużej części takim, jaki odbieramy przekaz marketingowy i mimo tego, że wielu z nas robi dużo, żeby uwolnić się od dyktatu większości i reklam, właściwie nie jest to już za bardzo wykonalne. Mam tu na myśli nie tylko reklamy, ale również dostępność produktów, w tym również płyt.

Tak więc w naszej alternatywnej wersji historii zamiast country mielibyśmy pewnie rdzenne pieśni któregoś z plemion środkowej Afryki. Jeśli istniałby jazz, Johna Coltrane’a zastąpiłby Dudu Pukana albo Basil Coetzee, zamiast Milesa Davisa mielibyśmy Hugh Masekela, a zamiast Theloniousa Monka światową sławą byłby Abdullah Ibrahim. Po bardziej komercyjnej stronie jazzu mielibyśmy Manu Dibango zamiast Jamesa Moody. Nagrody zgarnialiby Fela Kuti i Salif Keita. Nina Simone byłaby artystką nazywaną łaskawie niszową, co naprawdę oznacza niesprzedawalną, a jej miejsce na rynku zajęłaby Miriam Makeba. Zamiast Dolly Parton gwiazdą w kasynach (wtedy nie Las Vegas, a Dar Es Salam, Nairobi czy Kairu) byłaby Cesaria Efora. I tak możnaby wyliczać bez końca.

A „In The Heart Of The Moon”? Ali Farka Toure w rankingu ilości sprzedanych płyt zamieniłby się miejscami z Billem Friselem i Johnem Abercrombie. Tak zresztą mogłoby stać się i w naszym świecie. Do tego nie trzeba zmieniać historii. Wystarczy na światową promocję płyt tego wybitnego artysty przeznaczyć kwoty podobne do wysokości rachunków telefonicznych jakiejś znaczącej amerykańskiej agencji koncertowej.

Posłuchajmy zatem Ali Farki Toure, Toumani Diabate i grającego na elektrycznym fortepianie Ry Coodera.
* Ali Farka Toure And Toumani Diabate – Mamadou Boutiquier – In The Heart Of The Moon

Na koniec cofnijmy się trochę w czasie – do roku 1993. Posłuchajmy nagrania z płyty „The Source”. Na tej płycie Ali Farka Toure wystąpił gościnnie Taj Mahal. My jednak posłuchajmy największego przeboju z tej płyty (przynajmniej w Mali…) – „Dofana” – to utwór bez udziału amerykańskiego bluesmana.

* Ali Farka Toure – Dofana – The Source

Opis wykorzystanych w audycji płyt znajdziecie tutaj:


Za tydzień w związku z różnymi planami koncertowymi temat audycji nie jest mi jeszcze znany, jednak na pewno będzie ciekawie, być może bardzo aktualne, a być może powrócimy do jakiegoś jazzowego standard…

Suplement, czyli to, czego nie udało się zmieścić w godzinnej audycji:

Teraz kolejne dwa fragmenty z „In The Heart Of The Moon”. Pierwszy to piosenka w nieznanym lokalnym języku, niestety nie potrafię wiele opowiedzieć o treści… Może ktoś ze słuchaczy? Drugi fragment będzie instrumentalny.

* Ali Farka Toure And Toumani Diabate – Debe – In The Heart Of The Moon
* Ali Farka Toure And Toumani Diabate – Kala – In The Heart Of The Moon

14 lutego 2011

Grammy 2010

Dzisiejszej nocy rozdano nagrody Grammy. Generalnie nie jestem jakimś wielkim obserwatorem tego rodzaju wydarzeń. To raczej wydarzenie towarzyskie i branżowe, jednak artystom obdarowanym statuetkami pewnie w karierze to nie przeszkadza, szczególnie tym początkującym. Tego rodzaju uroczystości mogą być jednak okazją do ciekawych socjologicznych obserwacji i wyciągania wniosków na temat tego, dokąd zmierza muzyczny rynek, a wraz z nim gusto mocno sterowanej marketingiem masowej publiczności. W tym roku dla wielbicieli dobrej muzyki, ciekawej i niebanalnej muzyki było wyjątkowo dobrze.

Nominowany w bodajże 5 kategoriach niejaki Justin Bieber nie dostał żadnej statuetki, co należy uznać za prawdziwy triumf rozsądku i muzyki nad kolorowymi pisemkami dla nastolatków i marketingową machiną. W dodatku w jednej z ważniejszych kategorii – Best New Artist wygrała z nim Esperanza Spalding. To dość zadziwiające wydarzenie, kiedy w takiej kategorii z popowym idolem nastolatek wygrywa dość awangardowa jazzowa kontrabasistka, która w dodatku ma już za sobą kilka wybornych płyt i parę lat kariery… No cóż, Grammy rządzi się czasem dziwnymi prawami, jednak taki triumf jazzu nad Justinem Bieberem powinien być dziś powodem do świętowania dla wszystkich, którzy słuchają muzyki, a nie czytają plotki o celebrytach.

W kategorii Best Pop Collaborations With Vocals tytułowy utwór z w sumie niezbyt udanej płyty Herbie Hancocka – The Imagine Project z udziałem Jeffa Becka na gitarze i śpiewającej całkiem serio Pink pokonał dość tandetnego Eltona Johna, a przede wszystkim wygrał z Lady Gagą, Beyonce, Kate Perry i Eminemem. Czyżby świat wracał do normalności? O tej płycie i wyróżniającej się na niej w nagrodzonym utworze zaskakująco odmienionej Pink pisałem tutaj:


Jeff Beck oprócz udziału we wspomnianym powyżej nagraniu Herbie Hancocka dostał również dla siebie dwie statutki w kategoriach Best Pop Instrumental Performance za Nessum Dorma i Best Rock Instrumental Performance za Hammerhead – oba utwory z wyśmienitej płyty Emotion & Commotion o której pisałem tutaj:


Jeff Beck był jeszcze nominowany za wyśmienity duet z Joss Stone z tej samej płyty, jednak w kategoriach Best Rock Performance By A Duo Or Group With Vocal i Best Rock Album przegrał z muzykami, których nie znam. Artysta przyjeżdża w czerwcu do Warszawy na koncert. Jeśli ktoś jeszcze nie ma biletu, to trzeba się spieszyć, bo zapowiada się wydarzenie najwyższego światowego formatu. Oba nagrodzone utwory znalazły się również w wersji koncertowej na opisywanej niedawno płycie z festiwalu Crossroads 2010:

Neil Young wygrał z młodym pokoleniem kategorię Best Rock Song.

W kategoriach jazzowych – Stanley Clarke pokonał Trombone Shorty’ego (według mnie powinno być odwrotnie), a Herbie Hancock wygrał z Keithem Jarrettem – tu też wolę Body & Soul Jarretta z Jasmine od kolejnej nagrody dla Imagine Project (Best Improvised Jazz Solo). Czy Moody 4B to lepszy album od Historicity tria Vijaya Iyera ? Mam wątpliwości. Być może to rodzaj pośmiertnej nagrody dla Jamesa Moody za całokształt… O Historicity pisałem tutaj:


Trochę żal Rosanne Cash, która ze swoim wybornym albumem The List przegrała w kategorii Best American Album z jeszcze lepszym You Are Not Alone w wykonaniu Mavis Staples.

Kategoria Best Traditional Blues Album to kolejna kategoria, gdzie wygrał rozsądek i tradycja nad kuriozalną nominacją – zwycięzcą został duet Pinetopa Perkinsa i Willie Big Eyes Smitha pokonując nominowaną w tej kategorii Cyndi Lauper.

W kategorii Best Traditional World Music Album wygrał opisywany przeze mnie całkiem niedawno album Ali And Toumani:


Grammy dostali też za nowe płyty Bela Fleck, Pete Seeger.

28 stycznia 2011

Ali Farka Toure & Toumani Diabate - In The Heart Of The Moon

Pewnie wielu słuchaczy nazwałoby dzisiejszą płytę egzotyczną, lub należącą do nurtu World Music. Mnie też czasem niestety zdarza się użyć takiego nieprawdopodobnie europocentrycznego uproszczenia. Oczywiście każdy z nas widzi świat z miejsca, w którym się znajduje. Czasem jednak warto tę pozycję opuścić, stanąć gdzieś obok i bez pośpiechu spróbować znaleźć szerszą perspektywę.

Jak wyglądałaby zatem scena muzyczna, gdyby ekonomiczne, a tym samym i marketingowe centrum cywilizacji przez ostatnie sto lat nie przemieszczało się tułane historią wojem między Londynem, Nowym Jorkiem i Berlinem, a na przykład między Kairem, Dakarem i Nairobi? To oczywiście pewne uproszczenie i zaklinanie historii. Trudno jednak negować wpływ ekonomii na rozwój wszelkich form sztuki i naszych upodobań. Sztuka rozwija się wszak lepiej tam, gdzie poziom dobrobytu pozwala na coś więcej niż walka o codzienną egzystencję. A sprzedać płyty można tam, gdzie ludzi stać na to, żeby je kupić, a producenci widząc w tym interes zainwestują w reklamę. Świat postrzegamy więc w dużej części takim, jaki odbieramy przekaz marketingowy i mimo tego, że wielu z nas robi dużo, żeby uwolnić się od dyktatu większości i reklam, właściwie nie jest to już za bardzo wykonalne. Mam tu na myśli nie tylko reklamy, ale również dostępność produktów, w tym również płyt.

Tak więc w naszej alternatywnej wersji historii zamiast country mielibyśmy pewnie rdzenne pieśni któregoś z plemion środkowej Afryki. Jeśli istniałby jazz, Johna Coltrane’a zastąpiłby Dudu Pukana albo Basil Coetzee, zamiast Milesa Davisa mielibyśmy Hugh Masekela, a zamiast Theloniousa Monka światową sławą byłby Abdullah Ibrahim. Po bardziej komercyjnej stronie jazzu mielibyśmy Manu Dibango zamiast Jamesa Moody. Nagrody zgarnialiby Fela Kuti i Salif Keita. Nina Simone byłaby artystką nazywaną łaskawie niszową, co naprawdę oznacza niesprzedawalną, a jej miejsce na rynku zajęłaby Miriam Makeba. Zamiast Dolly Parton gwiazdą w kasynach (wtedy nie Las Vegas, a Dar Es Salam, Nairobi czy Kairu) byłaby Cesaria Efora. I tak możnaby wyliczać bez końca.

A dzisiejsza płyta? Ali Farka Toure w rankingu ilości sprzedanych płyt zamieniłby się miejscami z Billem Friselem i Johnem Abercrombie. Tak zresztą mogłoby stać się i w naszym świecie. Do tego nie trzeba zmieniać historii. Wystarczy na światową promocję płyt tego wybitnego artysty przeznaczyć kwoty podobne do wysokości rachunków telefonicznych jakiejś znaczącej amerykańskiej agencji koncertowej.

Kim jest Ali Farka Toure? Nie chcąc się powtarzać odeślę do niedawnych opisów innych jego płyt:




Jaka jest muzyka na dzisiejszej płycie? Nieco mniej afrykańska niż na Ali And Toumani. Pochodzi z tej samej sesji co Savane. Jest kompletnie improwizowana i autorska. Mimo afrykańskich źródeł jest uniwersalna. Jest jednocześnie łatwa w odbiorze i niebanalna. Jest wybitna, tylko powstała nie tam, gdzie trzeba…

Ali Farka Toure & Toumani Diabate
In The Heart Of The Moon
Format: CD
Wytwórnia: World Circuit
Numer: 769233007223

06 grudnia 2010

Ali Farka Toure And Toumani Diabate - Ali And Toumani

To nie jest moja ulubiona płyta Ali Farka Toure. To najprawdopodobniej jego ostatnie oficjalne nagranie. Płyta została zarejestrowana w Londynie, już po komercyjnym sukcesie zwieńczonym nagrodą Grammy dla płyty In The Heart Of The Moon, też z udziałem Toumani Diabate.

Toumani Diabate pisze w komentarzu do płyty o tym świetnym, nagrodzonym nagrodą Grammy nagraniu tak, jakby to był pierwszy wielki sukces Aliego. Tak jednak nie jest, może to pierwsze szerzej znane na świecie nagranie tego duetu, jednak trzeba pamiętać, że Grammy Ali Farka Toure dostał prawie 10 lat wcześniej za wyśmienitą płytę nagraną wspólnie z Ry Cooderem – Talking Timbuktu, o której pisałem niedawno tutaj:


Według wspomnianego już komentarza płyta zawiera najważniejsze dla Ali Farka Toure kompozycje. Być może tak było, jednak całości nagrania brakuje zdecydowanie afrykańskiego kolorytu i specyficznej atmosfery, jaką mają płyty nagrane przez duet w Bamako, jak na przykład bluesowa, a jednak prawdziwa i rdzenne afrykańska Savane: The King Of The Desert Blues Singers opisywana tutaj:


Dograne później, już bez udziału gitarzysty chórki i instrumenty perkusyjne są na tej płycie zupełnie niepotrzebne. Lepiej wypadają utwory zagrane jedynie przez Ali Farka Toure na gitarze i Toumani Diabate na korze. Zdecydowanie wolę skupioną, wyciszoną i pozbawioną ozdobników, bardziej afrykańską i mniej komercyjna wersję – czyli duet instrumentalny z ewentualnym dodatkiem wokalu. Taka, a nie inna postać nagrań na dzisiejszej płycie to zapewne chęć nagrania płyty dla wszystkich słuchaczy, zarówno wielbicieli folkloru Mali i okolicznych krain, jak i tych, którzy potrzebują nieco bardziej europejskiego produktu. Tego, czemu świetny afrykański blues niebezpiecznie zbliżył się na tej płycie do pseudo ludowych produkcji pop, tego nie dowiemy się nigdy. Jednak to tylko w porównaniu z innymi płytami Ali Farka Toure.

Płyta jest doskonała tam, gdzie producenci mało wtrącali się w muzykę. Im więcej pozostawiono z pierwotnej kameralnej atmosfery muzykowania dwu liderów, tym lepiej. Każdy dźwięk dodany później psuje efekt. Poza wszystkim to świetna płyta, choć nie najlepsza w całkiem pokaźnej kolekcji nagrań gitarzysty.

Ali Farka Toure And Toumani Diabate
Ali And Toumani
Format: CD
Wytwórnia: World Circuit
Numer: 769233008329

01 października 2010

Ali Farka Toure - Savane

To kolejna fascynująca płyta mało znanego w Europie muzyka z Mali. To prawdziwa muzyka swiata. Nikt niczego tu nie udaje. Zadziwiająca synteza folkloru czarnej Afryki z prymitywnym, pierwotnym stylem dawnego bluesa z delty Missisipi.

Stylowa, bluesowa gitara lidera towarzyszy rdzennie afrykańskim instrumentom. Całość zaśpiewana jest w kilku afrykańskich dialektach. Muzyka czasem przypomina folklor plemion afrykańskich, czasem bardziej work songi z plantacji bawełny na głębokim południu USA. Pojawia się też czysto bluesowa harmonijka ustna. Jest też ktoś z zupełnie innej bajki – to na wskroś jazzowy saksofonista Pee Wee Eblis. Nawet on potrafi wpasować się w ten przedziwny i nieco niespokojny dla europejskiego ucha afrykański puls.

Muzyka sączy się z tej płyty niezwykle łagodnie, jednak nie jest ani przez chwilę przesłodzona czy banalna. Zupełna abstrakcja partii wokalnych pozwala skupić się na melodii i brzmieniu egzotycznych instrumentów. A te momentami zaskakują i to zarówno strunowe, jak i perkusyjne.

Ta płyta, to dowód na to, że bluesa można zagrać na wszystkim, w każdym zakątku świata, można go zaśpiewać w dowolnym języku. Nawet nie rozumiejąc ani słowa, dzięki melodii wiemy, o czym opowiada tekst.

Na płycie nie znajdziemy fajerwerków instrumentalnych czy jakiejś wyjątkowej maestrii wykonawczej. Za to aż w nadmiarze jest tu radości ze wspólnego muzykowania i prawdziwych emocji.

Utwory są tym ciekawsze, im mniej jest instrumentów. W niektórych nagraniach gra chyba cała rodzina i spora grupka znajomych lidera. Brzmi to trochę tak, jakby każdy z przyjaciół przyniósł jakiś instrument i chciał nagrać go na płytę. Czasem to trochę chaotyczne, choć nie pozbawione uroku egzotyki. Jednak najlepiej wypadają takie utwory, jak tytułowy Savane, gdzie trochę mniej perkusjonaliów, a więcej melodii i nastroju.

Inne utwory mimo odrobiny wspomnianego chaosu, co może być też związane z odmiennością rytmów i brzmień, są wciągające i pozostają na długo w głowie.

Jest coś magicznego w afrykańskiej muzyce. Przede mną leży świeżo zakupiony, 18 płytowy box – Africa – 50 Years Of Music – 1960/2010. Pewnie niedługo o tych płytach napiszę. To bardzo dobrze przygotowana przez wydawnictwo Discograph produkcja. Całość podzielona jest geograficznie i stylistycznie. Mimo sporego muzycznego doświadczenia, obejmującego znajomość jakiś 20 tysięcy płyt i obejrzeniu wieluset koncertów, spora część nazwisk jest mi zupełnie nieznana. To będzie ciekawa i być może bolesna dla kieszeni wyprawa w nieznane. Intuicja i doświadczenie podpowiadają mi, że na pewno w wielu przypadkach na 2-3 utworach niektórych zespołów z tego wydawnictwa się nie skończy…

Trzeba pamiętać, że Afryka, to nie tylko folklor, tak jak często widzimy to z perspektywy Europy, to także ciekawy jazz, blues, rock, zupełnie u nas nieznane. Ali Farka Toure to tylko przykład – jedna z gwiazd afrykańskiego bluesa, jeden z tych muzyków, któremu udało się przekroczyć ze swoją muzyką granice Afryki.

Savane to jedna z jego najlepszych płyt, nagranie pod którym chętnie podpisałby się każdy z wielkich klasyków bluesa z Delty.

Ali Farka Toure
Savane
Format: CD
Wytwórnia: World Circuit Productions
Numer: 769233007520

01 lipca 2010

Ali Farka Toure With Ry Cooder - Talking Timbuktu

To nie zdarza się codziennie. To przedziwna płyta. Wolna, lejąca się, hipnotyczna, przyklejająca się do uszu i pozostająca na długo w głowie, która zamiast być refleksyjną, pełną zadumy okazją na jesienny wieczór, jest fantastycznym pomysłem na środek letniej nocy. Genialnie sprawdza się też w samochodzie. Do czego można porównać tę płytę ? Moje pierwsze skojarzenie to jedna z moich ulubionych tego typu – For The Stars duetu Anne Sofie Von Otter i Elvisa Costello.

Wiem, wiem, to zupełnie inna stylistyka, jednak wiele te płyty łączy, są niezwykle optymistyczne, z pozoru trudne w odbiorze, wielowarstwowe, a jednak niezwykle chwytliwe i pozostające na długo w pamięci. Obie są niezwykle optymistyczne i jednocześnie emanują wewnętrznym spokojem.

To nie jest muzyka do zabawy, wymaga skupienia, jednak daje wiele radości, poprawia nastrój. Jakby świat stawał się ciekawszy, bardziej kolorowy.

Płyta dostała nagrodę Grammy w 1995 roku, pewnie w jakiejś egzotycznej kategorii. Kto ma chwilę, może to pewnie sprawdzić w Internecie. Jej tytuł spędził jakieś 10 lat na liście płyt, które chciałem koniecznie kupić. I jako, że to dużo czasu, nie pamiętam już, jak się na tej liście znalazł. Oferta polskich dystrybutorów w zakresie muzyki afrykańskiej jest właściwie zerowa, to znaczy, ograniczona do tak zwanej muzyki etnicznej. A przecież w Afryce, tak jak w każdym miejscu na świecie gra się i nagrywa na płyty jazz, rock, pop i wszystko inne. Tak jak w każdym miejscu gatunki przenikają się i nasycają lokalnym kolorytem.

Tak więc płyta znalazła się w koszyku przy okazji kolejnej wizyty w Portugalii. Oczywiście tam w sklepach częściej bywają zwolennicy muzyki z Czarnego Lądu, jednak oferta każdego sklepu FNAC w Lizbonie w zakresie muzyki afrykańskiej otwiera oczy wielu nawet wytrawnym znawcom tematu. W średniej wielkości sklepie płytowym Lizbony pozycji z Afryki jest tyle, co u nas jazzu w największym warszawskim tzw. Salonie Multimedialnym…

Płyt o afrykańskich korzeniach przyjechało z wakacji więcej, więc pewnie wkrótce coś jeszcze o tym napiszę.

Unikalna, jednorazowa (wedle mojej wiedzy i tekstu z okładki) współpraca Ali Farka Toure z Ry Cooderem przyniosła naprawdę ciekawe efekty. Wszystkie piosenki to utwory skomponowane przez Ali Farka Toure (jeden jest adaptacją tradycyjnej melodii). Teksty śpiewane są w 4 afrykańskich językach – Songhai, Bambara, Peul i Tamasheck. To tylko niewielka część języków i dialektów, którymi autor posługiwał się w innych znanych mi nagraniach. Gitara Ry Coopera wnosi odrobinę amerykańskich klimatów. W kilku utworach pojawiają się gościnnie John Patitucci na akustycznym basie i Jim Kelner na perkusji. Wtedy robi się bardziej bluesowo i amerykańsko, jednak w tle ciągle mamy Afrykę. Utwory z sekcją rytmiczną przypomniały mi o kolejnej często przeze mnie słuchanej, a mało znanej muzyce – wspólnych nagraniach Milesa Davisa i Johna Lee Hookera (tak, to nie pomyłka – grają tam razem) wydanych jako ścieżka dźwiękowa do zupełnie mi nieznanego filmu The Hot Spot.

Na płycie jest też utwór Lasidan (ścieżka 6), zupełnie niepotrzebny, bałaganiarski, 3 gitary to trochę za dużo. To pewnie nie z winy Clarence Gatemouth Browna grającego gościnnie na tej trzeciej. W innym otoczeniu pewnie sprawdziłby się znakomicie. To nie jest zły utwór, jednak nie pasuje do tej płyty. Jest zbyt przebojowy i oczywisty w warstwie rytmicznej, może zwyczajnie za mało afrykański.

Za to ten sam Clarence Gatemouth Brown w utworze Ai Du gra na violi i tworzy rewelacyjny i nie tak inwazyjny, jak w Lasidan podkład dla gitar liderów. Brzmi trochę tak, jakby skrzypce od zawsze były etnicznym instrumentem afrykańskim.

Ta płyta to fantastyczne przeżycie estetyczne. Jest bardzo afrykańska, ale nie ma nic wspólnego z tandetnym folklorem. Pewnie niejeden egzaltowany recenzent napisałby o multikulturowej mieszance, wzajemnej inspiracji muzyków z różnych światów, przenikaniu się kultur i takie tam…. Dla mnie to fantastyczna płyta. Mam z niej mnóstwo przyjemności i jeden mały problem… Na jakiej półce ją postawić ? W końcu Ali Farka Toure to nie jest jazzowy gitarzysta, nie bluesman. Ta płyta to też nie jest etniczna muzyka Afryki. Gdziekolwiek nie stanie, łatwo ją znajdę, pewnie często będę po nią sięgał.

To chyba będzie moja wakacyjna płyta tego lata. Utknie w samochodzie i pozostanie tam na dłużej.

I jeszcze coś – pewien opiekun pewnego czarno białego kota dostanie ją wkrótce w prezencie…

Ali Farka Toure with Ry Cooper
Talking Timbuktu
Format: CD
Wytwórnia: World Circuit
Numer: WCD 040