Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eddie Gomez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eddie Gomez. Pokaż wszystkie posty

10 marca 2012

Chick Corea, Eddie Gomez, Paul Motian – Further Explorations


Podwójny koncertowy album firmowany przez 3 wyśmienitych artystów inspirowany jest muzyką Billa Evansa. W sumie taka inspiracja to nic złego. Niektórzy kopiują i starają się ten fakt ukrywać. Inni robią to nieświadomie. W przypadku trójki tak wyśmienitych muzyków niczego nie trzeba ukrywać. Oni nie muszą udowadniać światu, że mają własny styl i potrafią zagrać coś oryginalnego. Zrobili to wcześniej już wiele razy.

Eddie Gomez i Paul Motian mają za sobą wspólne nagrania z Billem Evansem. Chick Corea też spotkał na swojej artystycznej drodze Billa Evansa, ale jeśli coś razem nagrali, to ja takich nagrań nie znam i nigdy ich nie słyszałem.

Bill Evans ma u mnie nieco pecha. Mam oczywiście na myśli Billa Evansa – pianistę, bo to on jest inspiracją dla płyty „Further Explorations”. To rodzaj skazy, którą nazywam syndromem boxu. Jakiś czas temu, wciąż wydaje mi się, że to było wczoraj, a było to jakieś 15 lat temu, po dokonaniu inwentaryzacji posiadanych wówczas płyt Billa Evansa i doszedłem do wniosku, że dobrym zakupem będzie monumentalne wydawnictwo – „The Complete Bill Evans On Verve”. Ten świetnie przygotowany pod względem edytorskim i dźwiękowym zestaw 18 płyt CD wypełniony wieloma wyśmienitymi nagraniami katalogowymi i sporą ilością dodatkowych, sensownych materiałów producenci zamknęli w dziś z klasą rdzewiejącym przeciwpancernym pudełku. Płyty wyjmuje się niewygodnie, a półka pozbawiona jest oryginalnych okładek płyt. W efekcie po tak zapakowaną muzykę sięgam nie tak często, jak się jej to mależy. Taki los spotyka sporą część wielopłytowych wydawnictw… Po latach wiem, że czasem fajnie jest kupić sobie takie, często dostępne tylko przez krótki czas wydawnictwo, ale uśmierca ono nieco muzykę w nim zawartą. Zresztą dziś trudno byłoby mi kupić taki zestaw w zasadzie dowolnego ważnego muzyka jazzowego. Przez lata kolekcja się nieco powiększyła…

Album został złożony z materiału nagranego w czasie dwu tygodni występów muzyków w klubie Blue Note, tym właściwym, nowojorskim… Z pewnością z tych wszystkich koncertów wybrane zostały najlepsze wersje, jednak ucierpiała trochę na tym atmosfera całości. Chyba wolałbym usłyszeć jeden z tych koncertów w całości wraz z odrobiną dźwięków sali, a nie tylko oklaskami pod koniec drugiej płyty.

Chick Corea mnie tym nagraniem nie zaskoczył. To jego zwykły, niesłychanie wysoki, niedostępny dla wielu pianistów, nawet tych najlepszych poziom. Paul Motian zmarł w listopadzie 2011 roku, płyta zarejestrowana w czasie koncertów latem 2010 roku jest jednym z jego ostatnich nagrań. Już nigdy więc nie usłyszymy jednej z najlepszych sekcji rytmicznych współczesnego jazzu – Paula Motiana grającego ze Steve Swallowem… Paul Motian też zagrał wyśmienicie, czyli dla siebie normalnie. Zaskoczył mnie za to Eddie Gomez. Znam sporo jego nagrań z Billem Evansem. Jednak one pochodzą sprzed wielu lat. Technika, w szczególności gry smyczkiem Eddie Gomeza u Billa Evansa była bardzo dobra, a teraz jest zwyczajnie wybitna. Posłuchajcie choćby „Another Tango”, lub „Turn Out The Stars”. To jedne z najlepszych partii zagranych smyczkiem na kontrabasie, jakie słyszałem w ciągu ostatnich kilku lat. Już dla tych kilku fragmentów warto kupić „Further Explorations”. Chicka Corea i Paula Motiana dostajemy jako darmowy dodatek…

Choć to trio odwołuje się do najlepszych tradycji jazzowych trójek, to muzykom nie udało się osiągnąć takiego stopnia muzycznego zespolenia, jak najlepszym w tej konkurencji – zespołom Oscara Petersona, Billa Evansa, czy Keitha Jarretta. To jednak było chyba zadanie niemożliwe do wykonania. To wymaga nie tylko niezwykłego talentu, ale też wielu godzin spędzonych w studio i setek zagranych razem koncertów. Tak więc „Further Explorations” to wyśmienita płyta, ale trzeba pamiętać, że to płyta trzech wybitnych artystów, a nie wybitnego jazzowego tria. Jeśli tak na nią popatrzmy i tak jej posłuchamy, docenimy każdy dźwięk. Jeśli będziemy szukać w niej jazzowego tria wszech czasów, pozostanie lekki niedosyt.

Chick Corea, Eddie Gomez, Paul Motian
Further Excplorations
Format: 2CD
Wytwórnia: Concord
Numer: 888072333642

01 czerwca 2011

Zbigniew Seifert - Passion

„Passion”, to ostatnia autorska płyta Zbigniewa Seiferta, nagrana zaledwie na 2-3 miesiące przed jego śmiercią, w listopadzie i grudniu 1978 roku. W kilka dni po zakończeniu sesji do tej płyty zagrał jeszcze gościnnie na płycie Glena Moore’a („Introducing Glen Moore”), ówczesnego basisty grupy Oregon. Moment nagrania tej płyty, to był czas, kiedy pozycja Zbigniewa Seiferta w jazzowym światku Nowego Jorku i wiara w wydawniczy sukces producentów wytwórni Capitol, były na tyle wysokie, że mógł wybrać właściwie dowolnych muzyków do nagrania swojego ostatniego dzieła. Skompletował więc gwiazdorski skład, przypuszczalnie jeden z najlepszych, jakiemu kiedykolwiek liderował polski muzyk jazzowy.

Autorską muzykę Zbigniewa Seiferta zagrali więc: John Scofield na gitarze, Eddie Gomez (na płycie Eddy Gomez) na kontrabasie i gitarze basowej, Jack DeJohnette na perkusji i Nana Vasconselos na instrumentach perkusyjnych. Na fortepianie zagrał nieco mniej znany Ritchie Beirach. W nagraniu dwu utworów uczestniczyła też rozbudowana sekcja smyczkowa, której muzycy pozostają anonimowi, jednak większość z nich to byli członkowie orkiestry Filharmonii Nowojorskiej.

Album nagrano i miksowano w najlepszych nowojorskich studiach nagraniowych – R.P.M. i Electric Lady. To ostatnie, zbudowane przez Jimi Hendrixa początkowo jedynie na własne potrzeby, było w owym czasie udostępniane tylko największym gwiazdom. To również świadectwo statusu lidera.

Każda nuta zagrana przez Zbigniewa Seiferta na „Passion” brzmi tak, jakby wiedział, że to jego ostatnie nagranie. Jakby chciał wykrzyczeć wszystko, co miał jeszcze do powiedzenia. Całą swoją miłość do muzyki Johna Coltrane’a, wszystkie słowiańskie nuty, które powinien świat usłyszeć. Jakby chciał rzucić na szalę wszystkie siły, jakie nagle i niespodziewanie w niego wstąpiły w okresie kilku tygodni cudownego uzdrowienia, kiedy znalazł siłę, by zagrać po raz ostatni.

Nie oznacza to, że nie pozostawił miejsca na własne prezentacje nagrywającym z nim muzykom. To wszak cecha wybitnych liderów, a takim bez wątpienia, był Zbigniew Seifert. Oprócz skrzypiec najważniejszym głosem na płycie jest gitara Johna Scofielda. Już wtedy było to bardzo rozpoznawalne brzmienie, choć to był ciągle początek twórczej drogi jednego z najważniejszych dziś gitarzystów  jazzowych.

John Scofield i Zbigniew Seifert prawdopodobnie spotkali się na dłużej po raz pierwszy w studio na nagraniach „Passion”. Brzmią razem tak spójnie, że trudno uwierzyć, że nie mieli wtedy za sobą setek wspólnych występów. Wystarczy posłuchać choćby utworu „Where Are You From” z pierwszej strony płyty.

„Passion” to ten rodzaj muzycznej prezentacji, który z każdą chwilą staje się mocniejszy, rośnie i potężnieje z każdą minutą zapisanej na płycie muzyki. Otwierający drugą stronę utwor „Pinocchio” rozpoczyna się jedną z najlepszych solówek gitarowych Johna Scofielda jakie zagrał w ciągu pierwszych 10, a może nawet 20 lat swojej muzycznej kariery. Jednak kiedy po krótkiej improwizacji fortepianu Ritchie Beiracha swoją szaleńczą solówkę rozpoczyna Zbigniew Seifert, nie sposób oprzeć się wrażeniu przepaści dzielącej wybitnego przecież Johna Scofielda od Zbigniewa Seiferta. Każdy dźwięk zagrany przez polskiego skrzypka jest jednocześnie spontaniczny i przemyślany, szaleńczo energetyczny i technicznie kontrolowany w sposób niedostępny dla żadnego innego skrzypka jazzowego wtedy, w 1978 roku i teraz w 2011.

Kolejny utwor – „Singing Dunes” to starannie zaaranżowane partie sekcji smyczkowej. Jakże jednak musieli zdziwić się muzycy Nowojorskiej Filharmonii, kiedy zobaczyli przygotowane dla nich nuty. Oni zapewne widzieli niejedną szaloną wizję twórczą. Nagrywając ze Zbigniewem Seifertem znaleźli się jednak na zupełnie innej planecie. Co jeszcze tam się znajdowało – niestety nigdy już się nie dowiemy. To co zagrał Zbigniew Seifert w towarzystwie sekcji smyczkowej w „Singing Dunes” i w finale płyty – utworze „Escape From The Sun” napisanym wspólnie z Tomaszem Stańko jeszcze za czasów ich wspólnej pracy w Kwintecie Tomasza Stańki – brzmi tak naturalnie, a jednocześnie odkrywczo i do dziś świeżo i zdumiewająco, że za każdym razem, kiedy słucham strony 2 płyty „Passion” nie mogę uwierzyć, że nikt tak nigdy nie zagrał…

To, że płyty "Passion" Zbigniewa Seiferta nie można dziś kupić w każdym dobrym sklepie muzycznym na świecie, to zwyczajny wstyd. Sam znam w Polsce ze 20 osób, które od wielu lat poszukują używanych egzemplarzy oryginalnego wydania z 1979 roku. Przy dzisiejszej sprzedaży płyt jazzowych w Polsce, ta grupa już zapewniłaby albumowi miejsce w czołówce miesiąca i całkiem niezły sukces wydawniczy. Może jakaś finansowana z budżetu, czyli naszych podatków, instytucja kultury zrezygnuje z kolejnego koncertu Fryderyka Chopina i zajmie się innym naszym wielkim rodakiem. Można na przykład  próbować wykupić od EMI, która ma prawa do archiwów Capitolu, taśmy i wydać płytę. Nie wiem też dlaczego EMI nie wznawia „Passion”. Może zaginęły oryginalne taśmy. Jeśli tak, mój egzemplarz jest w dobrym stanie mimo wielokrotnego słuchania. Chętnie wypożyczę go wydawcy, jednak będę wymagał środków bezpieczeństwa porównywalnych z tymi, ktore towarzyszą ciągłym podróżom „Damy z łasiczką”, bowiem „Passion” to równie wielki nasz własny skarb narodowy. To jest arcydzieło,
od pierwszej do ostatniej nuty.

Tekst ukazał się w czerwcowym wydaniu magazynu RadioJAZZ.FM – JazzPRESS

Zbigniew Seifert
Passion
Format: LP
Wytwórnia: Capitol
Numer: ST-11923