Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack DeJohnette. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack DeJohnette. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2020

Keith Jarrett - Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings

Trio Keitha Jarretta z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette to zespół doskonały. Ich interpretacje jazzowych standardów mogą uchodzić za wzorcowe i powinny być przedstawiane studentom muzyki jako punkt odniesienia. W 1994 roku muzycy grali przez trzy wieczory w Blue Note w Nowym Jorku. Obszerny, a być może nawet kompletny zapis tych trzech koncertów ukazał się kilka miesięcy później w postaci pudełka 6 płyt kompaktowych pod tytułem „Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings”.


ECM to wytwórnia, która nie wydaje zbyt często takich obszernych wydawnictw. To w świecie jazzu rzecz spotykana naprawdę nieczęsto. Są oczywiście na rynku przeróżne wielopłytowe wydawnictwa kompilacyjne, jednak wydanie serii koncertów zagranych dzień po dniu w tym samym składzie na 6 płytach, to naprawdę wydarzenie niezwyczajne. Z tych znaczących i równie wysoko ocenianych przypominam sobie spacerując między własnymi półkami jedynie „Live At The Plugged Nickel” Milesa Davisa i „Cote d'Azur Concerts” Elli Fitzgerald i Duke Ellingtona oraz „The London House Sessions” Oscara Petersona. Nie liczę rzeczy zebranych z kilku lat, nawet jeśli zagranych w tym samym miejscu. W tej kategorii zdecydowanie wygrywa „The Complete Miles Davis At Montreux 1973-1991” i 20 genialnych płyt, choć konkurencja jest ostra.

W chwili wydania tego zestawu w 1995 roku trio miało już na swoim koncie 10 albumów z jazzowymi standardami, a do dziś ukazało się ich kolejne 10, a może więcej. Czy to, aby nie za dużo? To przecież proste, klasyczne jazzowe trio grające standardy. Dlaczego wydawcy zdecydowali się wydać 7 godzin muzyki w jednym pudełku sprzedawanym za niezbyt promocyjną cenę, której dotkliwość pamiętam do dzisiaj, choć minęło 25 lat?

Czy w te dni w nowojorskim Blue Note działo się coś wyjątkowego? Raczej nie, to były zwyczajne koncerty, choć z perspektywy Blue Note trochę inne, bo w czasie występów ponoć nie mogli swojej pracy wykonywać kelnerzy. Czy trio zagrało jakoś szczególnie lepiej, niż na innych koncertach wydanych na innych płytach – raczej nie, zagrali tak samo dobrze. Jakość realizacji technicznej też jest ponadprzeciętna, to dotyczy większości płyt Jarretta dla ECM, może z wyjątkiem, co jest pewnym paradoksem, jego chyba najbardziej popularnej płyty solowej – „The Koln Concert”. Czy repertuar był jakiś szczególnie niepowtarzalny – też nie, niektóre utwory nawet powtarzają się kilka razy, choć za każdym razem zagrane nieco inaczej.

Czy jakaś szczególna improwizacja udała się w sposób nadzwyczajny – nie, choć w zasadzie tak, wszystkie się udały nadzwyczajnie, jak w przypadku wszystkich koncertów tria – tych które znam z płyt i tych, które widziałem na żywo. Te niewydane można zresztą spokojnie wydawać co jakiś czas, z pewnością znajdą nabywców.

Zastanawiałem się chwilę, czy nie wskazać, wspierając jakimś technicznym opisem któregoś z utworów, jednak szybko z tego zrezygnowałem, bo zrobiło się późno, kiedy zrozumiałem, że przypomnienie tego 7 godzinnego wydawnictwa będę musiał raczej rozłożyć sobie na dwa wieczory, choć może dla zachowania realizmu warto poświęcić na całość 3 wieczory, bowiem materiał w taki właśnie sposób został zarejestrowany. Trio Keitha Jarretta było genialne, raczej nie przypuszczam, żeby powstały nowe nagrania, choć zapewnie w archiwach Jarretta, albo Manfreda Eichera jest jeszcze mnóstwo nagranych koncertów, to wydawnictwo z koncertami z Blue Note jest najlepsze przez swoją kompletność i obszerność materiału. Za pomocą tej paczki płyt można udowodnić każdemu niedowiarkowi, że prosto nie znaczy nudno i że można słuchać godzinami dobrze znanych melodii z wielką przyjemnością.

Koncerty zarejestrowane na tych płytach odbyły się w początkach czerwca 1994 roku, więc dziś jest dobry czas, żeby przypomnieć sobie tą niezwykłą muzykę z okazji może nierównej, ale jednak rocznicy, tym bardziej, że niedawno ECM wznowiło to od jakiegoś czasu niedostępne wydawnictwo.

Dylemat czy Jarrett-Peacock-DeJohnette to trio ciekawsze niż moje ulubione – Evans-LaFaro-Motian nie jest możliwy do rozstrzygnięcia. To inne epoki, a poza tym muzyka to nie sport i warto cieszyć się nagraniami obu tych wybitnych zespołów, a z racji chronologii to w muzyce Jarretta wielu dopatruje się inspiracji Evansem, choć to wcale nie wstyd znać twórczość wielkiego mistrza.

Keith Jarrett
Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings
Format: 6CD
Wytwórnia: ECM
Data pierwszego wydania: 1995
Numer: 731452763822

23 października 2018

Keith Jarrett, Gary Peacock, Jack DeJohnette – After The Fall

Jeśli nie mylę się w obliczeniach, „After The Fall” jest 22 pozycją w dyskografii tria Jarretta, Peacocka i DeJohnette’a, właściwie w całości poświęconej poszerzonym, kreatywnym i w dużej części improwizowanym interpretacjom jazzowych standardów. Niemal wszystkie z tych albumów to nagrania koncertowe, za wyjątkiem pierwszych 2 albumów nagranych wieki temu – w 1983 roku („Standards Vol. 1” i „Standards Vol. 2”). Wszystkie one dostępne są niemal bez problem, bowiem ECM należy do tych wytwórni, które dysponują doskonałą dystrybucją i zasobami finansowymi pozwalającymi na utrzymywanie dostępności niemal całego katalogu w ciągłej sprzedaży.


„After The Fall” jest nową pozycją w dyskografii zespołu. Podwójny koncertowy album ukazał się kilka tygodni temu, a materiał został zarejestrowany 20 lat temu, 14 listopada 1998 roku w czasie koncertu zespołu w Newark.

Dlaczego zatem możemy usłyszeć te nagrania dopiero teraz i dlaczego to właśnie ten koncert został uznany za ważny i warty umieszczenia w obszernej dyskografii zespołu? Argument szeroko opisywany przez samego Keitha Jarretta w krótkim tekście dołączonym do wydawnictwa wydaje się dość oczywisty – to był pierwszy koncert zespołu po niemal 2 latach przerwy spowodowanej chorobą pianisty uniemożliwiającą mu występy na żywo.

Koncert nie był rejestrowany z intencją jego umieszczenia na płycie, choć rejestracja, według samego Jarretta, sporządzona z zapisu kontrolnego zachowanego przez realizatorów dźwięku jest w pełni profesjonalna. Historyczny aspekt tego wydarzenia, oznaczającego powrót do działalności koncertowej zespołu i do solowych występów samego Keitha Jarretta jest istotny, jednak materiał muzyczny nie różni się wiele od innych mistrzowskich interpretacji standardów zawartych na niezliczonych płytach zespołu.

Znając ten historyczny kontekst można zrozumieć, dlaczego sam pianista gra nieco bardziej dynamicznie, niż zwykł to czynić przed przerwą w występach. Zwyczajnie próbuje czy jest już w pełni gotowy do powrotu na scenę. W ten sposób całkiem przypadkowo, „After The Fall” staje się jednym z najbardziej bebopowych, rytmicznych i dynamicznych nagrań zespołu. Również repertuar jest, jak na nagrania zespołu wyjątkowo jazzowy. W zestawie znajdziemy między innymi „Scrapple From The Apple” Charlie Parkera, „Bouncing With Bud” Buda Powella, „Doxy” Sonny Rollinsa i „Moment's Notice” Johna Coltrane’a. Ten koncert zawiera zatem wyjątkowo niewiele jazzowych standardów, których początki odnajdujemy w muzyce napisanej na potrzeby przedstawień teatralnych.

Najnowszy album zespołu jest jednym z ciekawszych w jego obszernej dyskografii. Choć koncert nie był rejestrowany z myślą o wydaniu na płytach, z pewnością nie jest jedynie próbą wydawniczego eksploatowania obszernych archiwów będących w posiadaniu Jarretta. Kilka jego solowych albumów skomponowanych w ostatnich latach w ten sposób nie jest tak udanych, jak „After The Fall”. Ten album będzie oprócz moim zdaniem najciekawszego obszernego boxu „Keith Jarrett At The Blue Note” moim ulubionym nagraniem niezwykłego tria. Mam nadzieję, że jego sukces wydawniczy sprawi, że muzycy, zechcą nagrać coś nowego (ostatnie pogłoski o śmierci Gary Peacocka okazały się na szczęście nieprawdziwe), lub sięgnąć do archiwum po kolejne równie doskonałe nagrania. Ja już ustawiam się w kolejce.

Keith Jarrett, Gary Peacock, Jack DeJohnette
After The Fall
Format: 2CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602567165064

18 grudnia 2015

Pat Metheny / Ornette Coleman / Charlie Haden / Jack DeJohnette / Denardo Coleman – Song X

Pat Metheny w ECM – jazzowy mainstream. Pat Metheny w Geffen – przeważnie smooth jazz, dla części słuchaczy to najsłabszy okres błędów i wypaczeń w karierze mistrza, dla innych jego szczytowe osiągnięcia w rodzaju „Still Life (Talking)” i „Letter From Home”. Pat Metheny w Warner Music – tu bywa różnie. Okres kontraktu Pata Metheny z Geffen to jednak nie tylko wspomniane, dla wielu kultowe, dla innych niepotrzebne albumy Pat Metheny Group. To również kultowe „Song X” i „Zero Tolerance For Silence”. Kultowe oczywiście w przeważającej większości dla tych, którzy nie przepadają za charakterem brzmienia zespołu, bez wątpienia jednego z najważniejszych gitarzystów końca XX wieku, nadawanym mu przez Lyle Maysa.

Nie ukrywam dziś i nigdy nie ukrywałem, że raczej stoję po ciemnej stronie mocy i dla mnie to właśnie „Song X” i „Zero Tolerance For Silence” to najważniejsze nagrania Pata Metheny z tamtych lat. Czy był to sposób na odreagowanie? Potrzeba odmiany? Tęsknota za kreatywnością i wolnością twórczą? Raczej nie, bowiem w 1986 roku Pat Metheny był już supergwiazdą, człowiekiem, który mógł nagrywać co chciał i z kim chciał. Choć z pewnością „Song X” to nie była muzyka, której oczekiwali managerowie Geffen, wytwórni zdecydowanie nie kojarzonej z jazzem. Geffen w połowie lat osiemdziesiątych (album „Song X” ukazał się w 1986 roku) wydawała Petera Gabriela, Siouxsie And The Banshees, XTC, ale także Eltona Johna, Donnę Summer i Johna Lennona. W 1986 roku jej najważniejszym albumem było „So” Petera Gabriela, a już wkrótce w katalogu pojawiła się Nirvana.

Podsumowując, w obszernym zbiorze wywiadów przeprowadzonych przez Richarda Nilesa i wydanym w formie książkowej, Pat Metheny przyznał, że „Song X” – jego pierwsze nagranie dla Geffen zwyczajnie musiało być inne od płyt nagranych wcześniej dla ECM. Ostatnim nagraniem dla ECM był album „Rejoicing” zrealizowany z Billy Higginsem i Charlie Hadenem. Muzycy koncertowali w Nowym Jorku. Na jeden z koncertów przeszedł Ornette Coleman. To właśnie on zaproponował wspólne nagrania, do których obaj przygotowywali się spędzając wspólnie dużo czasu na próbach.

Wielu uważa Ornette Colemana za muzycznego szarlatana. Moim zdaniem ma na swoim koncie wiele ciekawych nagrań. Do nich właśnie należy „Song X”. Pat Metheny i Ornette Coleman to ludzie z zupełnie innych światów. W „Song X” jest jednak magia cechująca dzieła niezwykłe. Magia wspólnego porozumienia i kolektywnej improwizacji. Dla Pata Metheny Ornette Coleman był ważny od zawsze, przecież już na „Bright Size Life” umieścił jedną z jego kompozycji niemal dekadę przed nagraniem „Song X”.

„Song X” nie należy do najłatwiejszych w odbiorze albumów, w których nagraniu brał udział Pat Metheny. Jest pewnie jednym z najbardziej przystępnych nagrań Ornette Colemana. Jeśli spodoba się Wam ta muzyka, koniecznie sięgnijcie również po „Zero Tolerance For Silence” – równie ciekawy, choć nieco trudniejszy album Pata Metheny.

Po latach ukazała się jubileuszowa edycja „Song X” zawierająca sześć dodatkowych nagrań z tej samej sesji. Ja ciągle pozostaję przy wydaniu pierwotnym, choć z pewnością dodatkowa dawka niezwykłych wspólnych improwizacji dwu wielkich mistrzów w towarzystwie wybitnej sekcji jest warta każdych pieniędzy. Poczekam jednak na kolejny jubileusz. Może wyjdzie coś jeszcze obszerniejszego…

Pat Metheny / Ornette Coleman / Charlie Haden / Jack DeJohnette / Denardo Coleman
Song X
Format: CD
Wytwórnia: Geffen / MCA

Numer: 720642409626

24 września 2015

Miroslav Vitous – Universal Syncopations

„Universal Syncopations” to jeden z tych albumów, który chętnie umieściłbym już dzisiaj w naszym radiowym Kanonie Jazzu. Album powstał w 2003 roku, więc musi jeszcze swoje poczekać, żeby tam się znaleźć – przypomnę, że dajemy muzyce 20 lat na ostateczne zakończenie okresu dojrzewania i ucieczkę od młodzieńczych zauroczeń. W 2003 roku też mogłem od razu uznać ten album za wydarzenie epokowe i historyczne, bowiem wtedy takim było. Nie tylko ze względu na supergwiazdorski skład, genialne kompozycje, fantastyczną pracę Miroslava Vitousa – lidera wykonaną w poszukiwaniu równowagi między instrumentami, co z pewnością nie było łatwe biorąc pod uwagę zgromadzone osobistości.

W tym albumie jest wszystko, czego trzeba, żeby powstała płyta genialna. Nagrania genialne od bardzo dobrych odróżnia nieuchwytny rodzaj magii, która przykuwa słuchacza do głośników już od pierwszych dźwięków. To coś, co powoduje, że po pierwszym zetknięciu z taką płytą świat zmienia się na zawsze. Takie przeżycia gwarantują „Kind Of Blue”, „Blue Train”, „Moanin’”, „Maiden Voyage”, „Out To Lunch”, „The Sidewinder”, „The Blues And The Abstract Truth” i wiele innych. Muzyków odpowiedzialnych za te płyty nie wymieniam celowo, bo są dla fanów jazzu oczywiste. W wersji dla początkujących – Miles Davis, John Coltrane, Art. Blakey, Herbie Hancock, Eric Dolphy, Lee Morgan, Oliver Nelson.

Ta muzyka otacza, oplata wręcz dźwiękami, uzależnia i hipnotyzuje. Można jej słuchać na okrągło i znając ją na pamięć ciągle odkrywać coś nowego. Można analizować, albo użyć wyobraźni, można zastanawiać się jak to jest, że muzycy potrafili na tą jedną chwilę porzucić swoje gwiazdorskie przyzwyczajenia i zagrać u basisty, który wiele razy pomagał im w ich własnych projektach. Można wreszcie zastanawiać się jak i kto udźwignął niewątpliwie niemały koszt zorganizowania takiej sesji marzeń.

Można to i wiele więcej, albo zwyczajnie cieszyć się muzyką, wielowymiarową, pełną niedosłownych cytatów, niedomówień, zabawy formą i poszukiwaniem doskonałości.

Uwielbiam każdy dźwięk z tego krążka, nawet te zagrane przez Jana Garbarka, za którego spojrzeniem na muzykę generalnie nie przepadam.

Do tego wszystkiego ponadprzeciętna, nawet jak na wysoko podnoszącą poprzeczkę w tej dziedzinie wytwórnię ECM, jakość realizacji dźwiękowej. Sterylna, klinicznie wręcz czysta, taka, która zwykle mnie irytuje, tym razem nie przeszkadza w odbiorze muzyki.

Dla takich płyt warto żyć. Często powstają niespodziewanie. Tego nie da się zaplanować, nawet jeśli sprawy w swoje ręce weźmie piątka genialnych muzyków. Ileż takich nagrań jest tylko przeciętnych, a przecież większość z nich miała być genialna, a w efekcie jest tylko dobra… Nikt nie wie czemu tak jest, ale z pewnością ten splot ulotnych okoliczności sprawił, że „Universal Syncopations” to dzieło kompletne.

Miroslav Vitous
Universal Syncopations
Format: CD
Wytwórnia: ECM

Numer: 044003850620

22 czerwca 2013

Keith Jarrett / Gary Peacock / Jack DeJohnette – Somewhere

Trio Keitha Jarretta z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette, to swoisty wzorzec metra, trio doskonałe, być może najdoskonalsze w dziejach gatunku. Podobnie doskonałe zespoły stworzyli jedynie Bill Evans, Oscar Peterson. Z obowiązku przypominania o sławach niedocenionych dołożyłbym jeszcze absolutnie genialne trio Phineasa Newborna Jr. z Paulem Chambersem i Philly Joe Jonesem, ale to nagrania dość trudne do zdobycia.

Właściwie od roku 1994, czyli od nagrania 6 płytowego albumu „Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings” z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette za każdym razem, kiedy ukazuje się kolejny album tego zespołu zastanawiam się po co i kto go kupi. Kiedy się nad tym zastanawiam, płyta już dawno jest w moim koszyku. Nie potrafię się powstrzymać, choć doskonale wiem, czego się spodziewać i w sumie nie spodziewam się czegoś istotnie lepszego, niż „Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings”. Za każdym jednak razem nagrania zespołu okazują się po raz kolejny intrygujące, stają się kolejnym odcinkiem długiego cyklu odczytywania istoty jazzowych standardów.

Nikt nie potrafi tak jak Keith Jarrett uchwycić istoty znanych melodii, poruszając się na ich granicy, krążąc wokół głównego, znanego publiczności i słuchaczom tematu. Cytując znaną melodię, ale zawsze dodając coś od siebie. Idealnie trafiając w istotne, najważniejsze punkty kompozycji. Każda z melodii zagranych przez dziesięciolecia przez ten zespół ma swoich mistrzów, spora część ma genialne wykonania, takie, z którymi są te kompozycje kojarzone przez większość fanów jazzu.

Przyjrzyjmy się repertuarowi najnowszego albumu tria Keitha Jarretta – „Somewhere”. „Solar” Milesa Davisa ma z pewnością ten wzorzec w nagraniu z albumu, dla którego został napisany – „Walkin’” – tu na fortepianie sam Horace Silver. Z wykonań koncentrujących się na fortepianie warto przypomnieć Gonzalo Rubalcabę z „Montreal Tapes” Charlie Hadena, dość niespodziewanie wyśmienitego Kenny Barrona z albumu „Live At Bradley’s” i Geri Allen z wyśmienitej płyty Wallace Roney’a „Munchin’” z Ravi Coltrane’em, Christianem McBride’em i Kenny Washingtonem. „Stars Fell On Alabama” ma jeden wzór w mojej muzycznej pamięci – solowe wykonania Arta Tatuma.

„Between The Devil And The Deep Blue Sea” to Thelonious Monk – solo na fortepianie z albumu „Solo Monk” i z zespołem z „Straight, No Chaser” i John Lewis z jednej z płyt The Modern Jazz Quartet. „Somewhere” i „Tonight” to Oscar Peterson z „West Side Story” ze swoim najsłynniejszym składem – Ray Brown i Ed Thigpen. „I Thought About You” to niezliczone koncertowe wykonania różnych zespołów Milesa Davisa z których najważniejsze dla mnie są chyba trzy – z Herbie Hancockiem z Plugged Nickel z 1965 roku, z Wyntonem Kelly z 1961 roku z The Blackhawk i jeszcze jedno z Herbie Hancockiem z 1964 roku z albumu „The Complete Concert 1964 / My Funny Valentine + Four & More”. No i oczywiście prawykonanie Milesa ze studyjnej płyty „Someday My Prince Will Come”, ponownie z Wyntonem Kelly na fortepianie.

Czy można zatem w takim towarzystwie powiedzieć coś więcej na temat standardów. Można, ale to potrafi obecnie jedynie zespół Keitha Jarretta. Być może pomyślicie sobie, że ta płyta jest podobna do innych, które nagrało trio w ciągu ostatnich 30 lat. Będziecie mieli rację. Ale to jest album równie wspaniały, jak te poprzednie. W związku z tym, że to bez dwu zdań najlepsze jazzowe trio nieprzerwanie od owych 30 lat, to żadnego dźwięku zagranego przez ten zespół nie można opuścić.

Keith Jarrett / Gary Peacock / Jack DeJohnette
Somewhere
Format: CD
Wytwórnia: ECM

Numer: ECM 2200 / CD 276-6370

05 stycznia 2012

Miles Davis - Live At The Fillmore East (March 7, 1970): It's About That Time


Nie pomylcie tego albumu z innym, dość podobnym: „At Fillmore: Live At The Fillmore East”. Dzisiejszy dwupłytowy album, wydany przez Sony po raz pierwszy w 2002 roku zawiera nagrania z 7 marca 1970 roku. Kilka miesięcy później – w czerwcu tego samego roku zarejestrowano wydany wiele lat wcześniej „At Fillmore: Live At The Fillmore East”. Co różni oba albumy? Przecież muzyka nie mogła zmienić się aż tak bardzo…

Z pozoru to bardzo podobny zespół i bardzo podobna muzyka. Jednak to tylko pozory. Dzisiejszy album jest zupełnie inny od wydanego jeszcze w 1970 roku wydawnictwa.  Pomiędzy marcem a czerwcem zmienił się nieco skład koncertowego zespołu Milesa Davisa. Obecnego na dzisiejszej (marcowej) płycie Wayne Shortera zastąpił w czerwcu Steve Grossman. Mimo całego szacunku dla jego muzycznych dokonań, daleko mu do Wayne Shortera… Z drugiej jednak strony w zespole w czerwcu pojawił się drugi, oprócz Chicka Corea muzyk obsługujący różne elektryczne klawiatury w osobie Keitha Jarretta. Jednak dźwięków klawiatur i tak sam Corea potrafił wyprodukować wiele, więc mimo, że w temacie składu mamy pozornie remis, to jednak ubytek Wayne Shortera jest większy niż zysk z dołożenia do składu Keitha Jarretta. Tak więc w składzie mamy lekkie wskazanie na koncert marcowy, czyli ten z dzisiejszej płyty.

Istnieje jednak dużo ważniejsza różnica. Istotą koncertów grupy Milesa Davisa w początkach lat siedemdziesiątych były długie, transowe, niekończące się zespołowe improwizacje. Istotą zaś wszystkich wydań tych koncertowych nagrań z lat siedemdziesiątych był wielokrotny montaż i skracanie utworów, składanie ich z kilku nagranych koncertów, czy wręcz tworzenie muzycznych kolaży ze skrawków koncertowych nagrań. Tak czynił Miles Davis wspólnie z Teo Macero, jego śladami podążali inni, choćby Frank Zappa. To nie tylko degraduje techniczną stronę rejestracji, ale też gubi wartość dokumentalną i realizm nagrania koncertowego i czyni z płyty koncertowej właściwie produkt studyjnych manipulacji. Wydany po raz pierwszy 10 lat temu album „Live At The Fillmore East (March 7, 1970): It's About That Time” to coś zupełnie innego. To prawdziwe koncertowe nagranie. Bez montażu i muzycznych przeróbek studyjnych, pomimo faktu, że w procesie jego produkcji brał również udział Teo Macero. To wydawnictwo oficjalne, jakością techniczną przewyższające chyba wszystkie nagrania koncertowe Milesa Davisa z lat siedemdziesiątych. Jako materiału wyjściowego użyto przechowywanych przez Columbię oryginalnych taśm matek z nagraniem z koncertu, poddając je zapewne masteringowi za pomocą środków dostępnych współcześnie. Utwory są tutaj jednak zdecydowanie dłuższe, prawdopodobnie w znaczącej części, jeśli nie wszystkie, umieszczone zostały na płytach albumu w całości.

Wspomnieć należy, że z tego samego okresu, ale również już ze Steve Grossmanem dostępny jest album koncertowy „Black Beauty” nagrany w kwietniu 1970 roku w Fillmore West w San Francisco.

 Trzeba też pamiętać, że koncert z którego pochodzą nagrania był symbolicznym zamknięciem ważnego okresu w karierze Milesa Davisa i Wayne Shortera. To był bowiem ich ostatni wspólny koncert w czasie którego Wayne Shorter był członkiem zespołu Milesa Davisa. Później spotykali się od czasu do czasu w studiu i na festiwalach, ale były to jedynie jednorazowe wydarzenia.

Często można spotkać opinię, że zespół Milesa Davisa był na tym koncercie supportem dla rockowych grup Steve Millera i Neila Younga. Tej tezie muszę stanowczo zaprzeczyć. W latach siedemdziesiątych grano takie imprezy nieco inaczej. Niezależnie od kolejności na afiszu, wszystkie występy były pełnoprawnymi elementami programu. Wszystkie zespoły grały z użyciem całego dostępnego na scenie wyposażenia i pełnego nagłośnienia oraz z użyciem wszystkich dostępnych świateł. Wszyscy dysponowali podobnym czasem, choć oczywiście ten, kto był ostatni mógł zawsze swój występ przedłużyć… Miles Davis szukał wtedy rockowej publiczności, choć raczej nie w pogoni za popularnością, czy sławą ówczesnych gwiazd rocka, ale wyczuwając, że jego muzyka lepiej trafi do młodych słuchaczy zafascynowanych Carlosem Santaną, czy rockowym wcieleniem Neila Younga, niż słuchaczy jego kwintetu z poprzedniej dekady. Fani klasycznych kwintetów potrzebowali więcej czasu na zmianę stylistyki niż ich idol. Cóż… Miles był muzycznym geniuszem, czego z pewnością nie da się powiedzieć o wszystkich jego fanach… Niektórzy okresu elektrycznego nie akceptują do dzisiaj…

Nawet młodzi słuchacze, szukający mimo wszystko, czasem podświadomie w jazz-rockowych improwizacjach wspomnianego już Carlosa Santany, czy Franka Zappy bluesowej nuty, do muzyki Milesa Davisa podeszli z ograniczonym entuzjazmem, co jednak muzykom nie przeszkodziło dać z siebie wszystkiego, co w tym dniu dać mogli i potrafili… A potrafili wiele. Jeśli popatrzeć na skład zespołu to jest on równie gwiazdorski jak najlepsze kwintety z dawnych lat… Chick Corea, Dave Holland, Wayne Shorter, Jack DeJohnette i Airto Moreira…

To były początki elektrycznego okresu Milesa Davisa. Kilka miesięcy wcześniej ukazała się płyta „In A Silent Way”, a na „Bitches Brew” trzeba było jeszcze poczekać kilka tygodni…

Dziś taką muzykę, jak grał w 1970 roku Miles Davis, pewnie nazwalibyśmy fuzją różnych gatunków. To jednak uniwersalne określenie definiujące tworzenie nowej jakości, z tego co już było… Niektóre takie pomysły działają tylko chwilę, nie wytrzymując próby czasu. To co robił Miles Davis w latach siedemdziesiątych trzyma się dobrze… W części dzięki oryginalnym, choć mocno abstrakcyjnym pomysłom harmonicznym, w części dzięki geniuszowi lidera i profesjonalizmowi pozostałych członków zespołu, którzy u boku swojego mistrza grali często dużo lepiej niż pozbawieni jego inspiracji. Ta muzyka dobrze starzeje się również dzięki dobrej proporcji pomiędzy solidną bluesową podstawą rytmiczną, której niewątpliwie pomogła zamiana Rona Cartera na Dave Hollanda (który dodatkowo grał również na gitarze basowej) oraz uproszczenie rytmów poprzez wymianę Tony Williamsa na Jacka DeJohnette. Tony Williams był geniuszem perkusji, ale z pewnością do grania prostych ósemkowych rytmów nie nadawał się najlepiej….

Miles Davis
Live At The Fillmore East (March 7, 1970): It's About That Time
Format: 2CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 5099708519124

11 października 2011

John Scofield – Time On My Hands


Niezbyt udany koncert Johna Scofielda z zeszłego tygodnia trzeba było jakoś odreagować. Rozważałem sięgnięcie po wyśmienite nagranie koncertowe z 2010 roku z Paryża – „New Morning: The Paris Concert” w wersji z obrazem – najlepiej na płycie Blue Ray. Tekst o tej płycie znajdziecie tutaj:


Można też było sięgnąć po którąś z ostatnich płyt, w szczególności nowość z 2011 roku – wyśmienity album „A Moment’s Peace”, który opisywałem dość niedawno tutaj:


To byłyby jednak dość oczywiste wybory. Postanowiłem sięgnąć nieco głębiej na półkę z nagraniami Johna Scofielda i odświeżyć sobie nieco przykurzoną płytę „Time On My Hands” nagraną w 1989 roku. Ostatni raz słuchałem tej płyty w całości jakieś 10 lat temu, co wynika z notatek, a nie z pamięci własnej…

Tak więc to dla mnie prawie nowość. Jednak to co pamiętałem, sprawdziło się i dzisiaj. Z pozoru wyśmienity skład nie sprawdził się tak, jak sprawdzić się powinien. To wyśmienita płyta, mam do niej właściwie tylko jedno zastrzeżenie, dziś podobne, jak 10 lat temu.

Materiał muzyczny jest w całości autorski i do kompozycji lidera nie można mieć zastrzeżeń. Kilka melodii pozostaje nawet w pamięci na dłużej, choć nie są to kompozycje tak dobre, żeby miały szanse stać się standardami granymi przez innych.

Ta płyta to świetna współpraca Johna Scofielda i Joe Lovano (saksofony, głównie tenorowy). Dźwięki gitary i saksofono splatają się, zbliżając się do siebie i oddalając niczym tancerze w zgrabnie pomyślanym układzie choreograficznym. To wszystko brzmi niesłychanie naturalnie i w sposób sugerujący wzajemne muzyczne zrozumienie. Wspomnianą wadą jest to, że sekcja rytmiczna – do której też nie można mieć zastrzeżeń, jest jakby obok tego wszystkiego. Dynamiczne rytmy Jacka DeJohnette pasują dość dobrze do elektrycznych brzmień lidera, jednak akustyczny kontrabas Charlie Hadena jest jakby zupełnie gdzie indziej.

John Scofield od zawsze był i do dziś jest, pomimo czasem słabszych koncertów, genialnym gitarzystą, obdarzonym niezwykle charakterystycznym brzmieniem. Jest jednym z najlepszych muzycznych komentatorów. Zwykle nie gra wiele, jego gitara unosi się gdzieś ponada całym zespołem w sposób podobny do trąbki Milesa Davisa, z którym zresztą grał wiele koncertów i nagrał parę płyt. Jednak do takiej gry potrzeba zespołu, który jest muzycznym monolitem, który tworzy spójny muzyczny obraz, który może komentować i uzupełniać swoimi dźwiękami lider. Na płycie „Time On My Hands” jest nieco inaczej. Gwiazdorski skład w tym wypadku nie sprawdził się zbyt dobrze.

Charlie Haden gra kilka świetnych solówek, Jack DeJohnette brzmi, jakby chciał zagrać więcej i bardziej dynamicznie, co słychać szczególnie w bonusowych ngraniach dodanych w wersji CD, których nie było pierwotnie na płycie analogowej. Joe Lovano jest wyśmienitym partnerem dla lidera. W sumie wszystko jest jak trzeba, zabrakło jedynie nieco pomysłu jak to wszystko skleić w bardziej spójną całość. Mimo tego to wyśmienita płyta i z pewnością warto wracać do niej częściej niż raz na 10 lat…

John Scofield
Time On My Hands
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 077779289424

01 czerwca 2011

Zbigniew Seifert - Passion

„Passion”, to ostatnia autorska płyta Zbigniewa Seiferta, nagrana zaledwie na 2-3 miesiące przed jego śmiercią, w listopadzie i grudniu 1978 roku. W kilka dni po zakończeniu sesji do tej płyty zagrał jeszcze gościnnie na płycie Glena Moore’a („Introducing Glen Moore”), ówczesnego basisty grupy Oregon. Moment nagrania tej płyty, to był czas, kiedy pozycja Zbigniewa Seiferta w jazzowym światku Nowego Jorku i wiara w wydawniczy sukces producentów wytwórni Capitol, były na tyle wysokie, że mógł wybrać właściwie dowolnych muzyków do nagrania swojego ostatniego dzieła. Skompletował więc gwiazdorski skład, przypuszczalnie jeden z najlepszych, jakiemu kiedykolwiek liderował polski muzyk jazzowy.

Autorską muzykę Zbigniewa Seiferta zagrali więc: John Scofield na gitarze, Eddie Gomez (na płycie Eddy Gomez) na kontrabasie i gitarze basowej, Jack DeJohnette na perkusji i Nana Vasconselos na instrumentach perkusyjnych. Na fortepianie zagrał nieco mniej znany Ritchie Beirach. W nagraniu dwu utworów uczestniczyła też rozbudowana sekcja smyczkowa, której muzycy pozostają anonimowi, jednak większość z nich to byli członkowie orkiestry Filharmonii Nowojorskiej.

Album nagrano i miksowano w najlepszych nowojorskich studiach nagraniowych – R.P.M. i Electric Lady. To ostatnie, zbudowane przez Jimi Hendrixa początkowo jedynie na własne potrzeby, było w owym czasie udostępniane tylko największym gwiazdom. To również świadectwo statusu lidera.

Każda nuta zagrana przez Zbigniewa Seiferta na „Passion” brzmi tak, jakby wiedział, że to jego ostatnie nagranie. Jakby chciał wykrzyczeć wszystko, co miał jeszcze do powiedzenia. Całą swoją miłość do muzyki Johna Coltrane’a, wszystkie słowiańskie nuty, które powinien świat usłyszeć. Jakby chciał rzucić na szalę wszystkie siły, jakie nagle i niespodziewanie w niego wstąpiły w okresie kilku tygodni cudownego uzdrowienia, kiedy znalazł siłę, by zagrać po raz ostatni.

Nie oznacza to, że nie pozostawił miejsca na własne prezentacje nagrywającym z nim muzykom. To wszak cecha wybitnych liderów, a takim bez wątpienia, był Zbigniew Seifert. Oprócz skrzypiec najważniejszym głosem na płycie jest gitara Johna Scofielda. Już wtedy było to bardzo rozpoznawalne brzmienie, choć to był ciągle początek twórczej drogi jednego z najważniejszych dziś gitarzystów  jazzowych.

John Scofield i Zbigniew Seifert prawdopodobnie spotkali się na dłużej po raz pierwszy w studio na nagraniach „Passion”. Brzmią razem tak spójnie, że trudno uwierzyć, że nie mieli wtedy za sobą setek wspólnych występów. Wystarczy posłuchać choćby utworu „Where Are You From” z pierwszej strony płyty.

„Passion” to ten rodzaj muzycznej prezentacji, który z każdą chwilą staje się mocniejszy, rośnie i potężnieje z każdą minutą zapisanej na płycie muzyki. Otwierający drugą stronę utwor „Pinocchio” rozpoczyna się jedną z najlepszych solówek gitarowych Johna Scofielda jakie zagrał w ciągu pierwszych 10, a może nawet 20 lat swojej muzycznej kariery. Jednak kiedy po krótkiej improwizacji fortepianu Ritchie Beiracha swoją szaleńczą solówkę rozpoczyna Zbigniew Seifert, nie sposób oprzeć się wrażeniu przepaści dzielącej wybitnego przecież Johna Scofielda od Zbigniewa Seiferta. Każdy dźwięk zagrany przez polskiego skrzypka jest jednocześnie spontaniczny i przemyślany, szaleńczo energetyczny i technicznie kontrolowany w sposób niedostępny dla żadnego innego skrzypka jazzowego wtedy, w 1978 roku i teraz w 2011.

Kolejny utwor – „Singing Dunes” to starannie zaaranżowane partie sekcji smyczkowej. Jakże jednak musieli zdziwić się muzycy Nowojorskiej Filharmonii, kiedy zobaczyli przygotowane dla nich nuty. Oni zapewne widzieli niejedną szaloną wizję twórczą. Nagrywając ze Zbigniewem Seifertem znaleźli się jednak na zupełnie innej planecie. Co jeszcze tam się znajdowało – niestety nigdy już się nie dowiemy. To co zagrał Zbigniew Seifert w towarzystwie sekcji smyczkowej w „Singing Dunes” i w finale płyty – utworze „Escape From The Sun” napisanym wspólnie z Tomaszem Stańko jeszcze za czasów ich wspólnej pracy w Kwintecie Tomasza Stańki – brzmi tak naturalnie, a jednocześnie odkrywczo i do dziś świeżo i zdumiewająco, że za każdym razem, kiedy słucham strony 2 płyty „Passion” nie mogę uwierzyć, że nikt tak nigdy nie zagrał…

To, że płyty "Passion" Zbigniewa Seiferta nie można dziś kupić w każdym dobrym sklepie muzycznym na świecie, to zwyczajny wstyd. Sam znam w Polsce ze 20 osób, które od wielu lat poszukują używanych egzemplarzy oryginalnego wydania z 1979 roku. Przy dzisiejszej sprzedaży płyt jazzowych w Polsce, ta grupa już zapewniłaby albumowi miejsce w czołówce miesiąca i całkiem niezły sukces wydawniczy. Może jakaś finansowana z budżetu, czyli naszych podatków, instytucja kultury zrezygnuje z kolejnego koncertu Fryderyka Chopina i zajmie się innym naszym wielkim rodakiem. Można na przykład  próbować wykupić od EMI, która ma prawa do archiwów Capitolu, taśmy i wydać płytę. Nie wiem też dlaczego EMI nie wznawia „Passion”. Może zaginęły oryginalne taśmy. Jeśli tak, mój egzemplarz jest w dobrym stanie mimo wielokrotnego słuchania. Chętnie wypożyczę go wydawcy, jednak będę wymagał środków bezpieczeństwa porównywalnych z tymi, ktore towarzyszą ciągłym podróżom „Damy z łasiczką”, bowiem „Passion” to równie wielki nasz własny skarb narodowy. To jest arcydzieło,
od pierwszej do ostatniej nuty.

Tekst ukazał się w czerwcowym wydaniu magazynu RadioJAZZ.FM – JazzPRESS

Zbigniew Seifert
Passion
Format: LP
Wytwórnia: Capitol
Numer: ST-11923

07 maja 2011

Eliane Elias - Everything I Love

Tytuł dzisiejszej płyty w zasadzie określa jej zawartość. Na tym pochodzącym z 2000 roku krążku znajdziemy mały przewodnik po wszystkich współczesnych stylach jazzowej gry na fortepianie. Eliane Elias nie posiada jakiejś szczególnie błyskotliwej techniki. Potrafi za to pełnymi garściami czerpać z bogatej spuścizny muzycznej tradycji, dodając do tego nieco własnych pomysłów i całości nadając zadziwiająco spójny charakter.

To właśnie najbardziej niespodziewana cecha dzisiejszej płyty. Pomimo nagrania z udziałem dwu kompletnie różnych sekcji rytmicznych i w kilku utworach z udziałem gitary. Na tej płycie znajdziemy klasyczny jazzowy repertuar, pozbawiony brazylijskich nut często pojawiających się w nagraniach artystki, która pochodzi z tego właśnie kraju. Są tu kompozycje Charlesa Mingusa, Dizzy Gillespiego i klasyki amerykańskich songbooków – utwory George’a i Iry Gershwinów, Cole Portera, Sammy Cahna i Jule Styne i innych. Są też introdukcje i całe utwory skomponowane przez Eliane Elias. W kilku utworach Eliane Elias korzysta też ze swoich możliwości wokalnych. W tym jest dużo słabsza niż w grze na fortepianie, więc te wprawki należy potraktować jedynie z życzliwą ciekawością jako możliwość ubarwienia trudnej formuły fortepianowego tria.

Za to na fortepianie potrafi właściwie wszystko. Nie dysponuje może wirtuozerską techniką, ale na pewno wielką wiedzą o historii jazzu. W jej grze słychać nuty nieco już dziś archaicznego stride piano, jest dużo swingu, comping, walking i świetna lewa ręka, będąca słabą stroną wielu jazzowych pianistów, są własne pomysły harmoniczne. Interpretując ograne na wszystkie sposoby standardy w rodzaju I Fall In Love Too Easily, Alone Together, czy Woody ‘N’ You ma w każdym z nich coś osobistego do przekazania.

Całość jest wyważona, oszczędna emocjonalnie i przyjemna w codziennej eksploatacji. To taki rodzaj jazzu, który można zaprezentować znajomym, którzy od jazzu uciekają. To nie jest muzyka banalna, choć zupełnie lekkostrawna. Gdzieś pod spodem skrywa niebanalne pomysły interpretacyjne.

Każda z sekcji rytmicznej jest zdecydowanie inna. Marc Johnson (bas) i Jack DeJohnette (perkusja) – to typowa sekcja towarzysząca fortepianowi, działająca dzięki perfekcyjnej precyzji perkusisty jak zawodowy metronom i pozostawiająca całą inwencję wykonawczą w rękach solisty. Drugi zespół – Christian McBride (bas) i Carl Allen (perkusja) jest zupełnie inny. Chcistian McBride gra partie solowe, pozostawiając z kolei Carla Allena gdzieś w tle, będąc w większości utworów równorzędnym partnerem Eliane Elias.

Ta płyta to spójny, dobry kawałek fortepianowego rzemiosła. Przyjemny i lekki, choć nie pozbawiony drugiego dna dla koneserów. Nie każdy musi być na siłę oryginalny. Takie płyty środka słucha się przyjemnie, choć na pewno nie jest łatwo przebić się w tłumie innych takich produkcji. Dzisiejsza płyta zasługuje na uwagę. Jest taka zwyczajna, relaksująca i przyjemna. Nie tworzy nowej jakości bo nie musi. Po prostu jest dla naszej przyjemności.

Eliane Elias
Everything I Love
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 72435208272

08 marca 2011

Miles Davis - Bitches Brew: 40th Anniversary Collector’s Edition: Copenhagen Live 1969

Koncert, którego archiwalną rejestrację odnalezioną w archiwach duńskiej telewizji umieszczono na płycie DVD odbył się w listopadzie 1969 roku, czyli po nagraniu praktycznie całego materiału studyjnej płyty Bitches Brew, jednak przed jej wydaniem. Zawartość muzyczna to kompozycje z jeszcze niewydanego albumu, oraz utwory znane z innych płyt z tego okresu, takich jak Directions, ESP, Seven Steps To Heaven, czy Live/Evil.

W zespole, który pojechał w europejskią trasę koncertową pozostali kluczowi dla rewolucji Bitches Brew muzycy. Oprócz lidera to Wayne Shorter (saksofony), Chick Corea (fortepian elektryczny), Dave Holland (kontrabas) i Jack DeJohnette (perkusja).

To właśnie Jack DeJohnette, który w otoczeniu Milesa Davisa zastąpił prawie bezpośrednio Tony Williamsa, który w momencie nagrywania tego koncertu już stworzył Lifetime, wydaje się być kluczem do nowego brzmienia. To czuje się zdecydowanie bardziej w dzisiejszym, kameralnym koncertowym składzie zespołu. To prawda, że Miles Davis zmienił sposób gry. Jego nuty rozmnożyły się nagle w niekończące się pasaże krótkich, rwanych dźwięków. Tak samo gra Wayne Shorter. To jednak skomplikowanie rytmu i przyznanie rytmicznej warstwie kompozycji roli dominującej nad melodią jest znakiem rozpoznawczym zmiany w muzyce jaką przypisujemy Milesowi Davisowi i jego Bitches Brew. Historia czasem układa się tak dziwnie, że jedni coś wymyślają, a innym dostają się za to samo nagrody i splendor słuchaczy. Tym razem ową nagrodą był komercyjny sukces studyjnego albumu Bitches Brew. Prawdziwe laury za tę rewolucj należą się co najmniej w takim samym wymiarze Tony Williamsowi, Larry Youngowi i Johnowi McLauglinowi za Lifetime.

Miles Davis potrzebował dwu lub momentami trzech perkusistów i jeszcze paru muzyków grających na instrumentach perkusyjnych, żeby osiągnąć tę samą rytmiczną komplikację w studiu, którą Tony Williams grał z niewielką pomocą lewej ręki Larry Younga.

Dzisiejsza płyta to 70 minut wyśmienitej muzyki. Każdy dźwięk trąbki Milesa Davisa jest jak zwykle niezapomniany. Jego gry można słuchać w kółko i nigdy się nie nudzi. Bohaterem tej płyty jest jednak Jack DeJohnette. Gdyby nie magia nazwisk, to powinien być jego zespół…

Zadziwiająca jest obserwacja zachowań muzyków na scenie. Muzyka jest pełna energii i spontaniczna, jednak na twarzach muzyków nie sposób rozpoznać jakiejkolwiek emocji. Każdy z nich pozostaje skupiony i zamknięty w swoim własnym świecie, niczym w kokonie wokół swojego instrumentu. Ten dysonans obserwacyjny wygląda tak, jakby każdy z członków zespołu grał swój własny koncert, który w magiczny sposób pasuje do pozostałych…

Jakość materiału, jak na przypadkowe znalezisko, jest całkiem niezła. Dźwiękowi, biorąc pod uwagę czas i sposób rejestracji trudno cokolwiek zarzucić. Obraz cierpi momentami z powodu słabego oświetlenia na scenie. Paski po lewej stronie ekranu zniekształcające nieco obraz to wada materiału źródłowego, której nie dało się usunąć, co nie zmniejsza w żaden sposób historycznej i dźwiękowej wartości materiału.

Najsłabszym ogniwem zespołu tego dnia był Wayne Shorter. Jego improwizacje są chaotyczne i pozbawionepasji, która słychać na Bitches Brew. To jednak również efekt bezpośredniego porównania na scenie z grą Milesa Davisa. Pewnie te same dźwięki zagrane z Carlosem Santaną brzmiałyby rewelacyjnie.

Jak całego jazz rocka z lat siedemdziesiątych, również tego koncertu trzeba słuchać bardzo głośno, dając się ponieść i wciągnąć w świat ciągnących się w nieskończoność partii improwizowanych i przedziwnych momenatmi figur rytmicznych.

O samym Bitches Brew, a także o wydaniu 40th Anniversary Collector’s Edition przeczytacie tutaj:

Bitches Brew 40th Anniversary: Tanglewood Live 1970 CD

Bitches Brew 40th Anniversary: Bitches Brew LP


Miles Davis
Bitches Brew: 40th Anniversary Collector’s Edition
Format: 2LP + 3CD + DVD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer katalogowy: 886977552021

21 lutego 2011

Miles Davis - Bitches Brew: 40th Anniversary Collector’s Edition - Tanglewood Live 1970

Dzisiejsza płyta to ważny, a być może najważniejszy element zestawu Bitches Brew: 40th Anniversary Collector’s Edition, o którego zawartości pisałem tutaj:


Materiał umieszczony na dziejszej płycie został zarejestrowany równo rok po nagraniu większości materiału do studyjnej płyty Bitches Brew. Zespół był tego dnia w wyśmienitym i zupełnie wystarczającym do prezentacji nowego materiału składzie obejmującym prawie wszystkich kluczowych dla klimatu Bitches Brew muzyków. Na koncercie 18 sierpnia 1970 roku z Milesem Davisem zagrali: Gary Bartz na saksofonach, Chick Corea na elektrycznym fortepianie, Keith Jarrett na organach, Dave Holland na basie, Jack DeJohnette na bębnach i Airto Moreira na instrumentach perkusyjnych.

Być może znawcy tematu uznają, że Gary Bartz nie jest tak wybitnym partnerem dla Milesa Davisa jak Wayne Shorter, w studiu dodatkowo wspomagany przez ważnego dla sesji Bitches Brew, często grywającego ostatnio w Polsce Bennie Maupina, a Keith Jarrett to nie Herbie Hancock – przynajmniej w 1970 roku był on z pewnością muzykiem mniej doświadczonym. Jednak w muzyce Milesa Davisa z tego okresu z pewnością ważniejsza było świeże, pełne własnych pomysłów spojrzenie i młodzieńcza fantazja niż wirtuozeria techniczna i wysublimowane harmonie.

Co różni wersje studyjne od dzisiejszej płyty? Różnice są subtelne, jednak dość istotne. Pozbawienie aranżacji (o ile tu można mówić o aranżacji) ozdobników przyniesionych do studia Bitches Brew przez gości – sitar, gitara, instrumenty perkusyjne, konga itp., w połączeniu z wyeksponowaniem rytmu uczyniło z kompozycji w rodzaju Sanctuary, Miles Runs The Voodoo Down, czy Spanish Key koncertowe przeboje. Dzięki tym zabiegom muzyka brzmi świeżo, jeszcze bardziej rockowo. W końcu tego dnia na tej samej scenie dla tych samych widzów grał Carlos Santana. Być może tego dnia powstało słynne wspólne zdjęcie muzyków…

Według wydawcy koncert nie był nigdy wcześniej wydany oficjalnie. Dla mnie to materiał premierowy. I jako taki brzmi rewelacyjnie. Jest dobry technicznie i odkrywczy muzycznie. Brak Bennie Maupina pozwolił zagrać więcej Dave Hollandowi. Sam mistrz Miles też grał tego wieczora dużo, jakby czując, że nie schowa się za Wayne Shorterem, którego dzielnie próbuje zastąpić Gary Bartz, jednak Shortera zastąpić nie jest łatwo…

Mimo wszystko Gary Bartz jest tu lepszym wyborem niż Steve Grossman na kilka tygodni wcześniej zarejestrowanej Live At The Fillmore East. Pozostawia też więcej muzycznej przestrzeni dla Milesa niż Wayne Shorter w kilka miesięcy wcześniejszej wersji koncertowej tych samych kompozycji - Live At The Fillmore East (March 7, 1970): It's About That Time.

W odróżnieniu od rejestracji studyjnych, wymęczonych zabiegami realizatorskimi – co dotyczy zarówno Bitches Brew i w jeszcze większym stopniu nieco późniejszych – On The Corner i Agharta), wersje koncertowe brzmią świeżo. To prawdziwa rejestracja koncertowa, znajdująca zespół i lidera w wyśmienitej formie. Ta płyta powinna zostać wydana jako niezależny produkt dla tych kolekcjonerów, którzy nie chcą kupować kolejnej wersji Bitches Brew!

Miles Davis
Bitches Brew: 40th Anniversary Collector’s Edition
Format: 2LP + 3CD + DVD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer katalogowy: 886977552021