09 października 2016

The Billy Cobham – George Duke Band – Live On Tour In Europe

Jest rok 1976. Wielu muzyków jazzowych nie może się zdecydować. Bee Gees, Linda Ronstadt, Carpenters, Eagles, Donna Summer, John Travolta, Barry Manilow. Wszyscy są na szczytach listy przebojów, zapełniając nie tylko sale koncertowe, ale również zabawiając publiczność tam, gdzie ich nie ma, w dyskotekach i wszelakich miejscach zabaw tanecznych na całym świecie. Wielu muzyków jazzowych uważa, że potrafią napisać równie banalne i przebojowe piosenki. Wielu uważa, że w ten sposób dotrą do szerszej publiczności. Udaje się nielicznym, wśród nich liderem na listach popularności pozostanie już na zawsze George Benson, któremu udało się zaistnieć na popularnych listach przebojów.

Lata siedemdziesiąte to również niezwykle dynamiczny rozwój nowych technologii elektronicznych. Z początku analogowe, a później cyfrowe technologie zmieniają na zawsze zarówno dostępną paletę brzmień, jak i technik studyjnej realizacji. Innymi słowy – rewolucja w muzyce. Niestety, jak w przypadku każdej rewolucji, szybkich zmian, które pojawiają się zupełnie nieoczekiwanie, łatwo jest zabłądzić, ulec chwilowej fascynacji i zatracić się w gąszczu nowości.

Wiele płyt z tego okresu dziś pozostaje jedynie dokumentem swoich czasów, instrukcją obsługi nowego syntezatora, czy świadectwem bezrefleksyjnego dążenia do popularności. Wśród nich znajdują się jednak pozycje ciekawe i dziś godne uwagi.

W tamtym okresie sam skład, który dziś uznajemy za gwiazdorski, nie gwarantował jakości muzycznej. Tym razem jednak się udało. Jeśli nie poruszacie się w obszernym katalogu muzyki lat siedemdziesiątych z biegłością znawcy i kolekcjonera, wielokrotnie będziecie zdziwieni, jak wiele nieudanych projektów do dziś egzystuje na ciągle wznawianych płytach. „Live On Tour In Europe” Billy Cobhama i George’a Duke’a to album typowy dla swoich czasów, jednak z pewnością jeden z ciekawszych. Jest nie tylko dokumentem ciekawej muzycznie epoki, ale nawet dziś broni się ciekawym brzmieniem i świetnym brzmieniem gitary Johna Scofielda, który był jednym z nielicznych niepodążających wtedy komercyjną ścieżką gitarzystą.

„Live On Tour In Europe” jest nagraniową dokumentacją trasy gwiazdorskiego zespołu, wakacyjnej wycieczki po Europie supergrupy w składzie: George Duke, Billy Cobham, John Scofield i Alphonso Johnson. W świecie muzyki rockowej takie składu nazywano właśnie supergrupami, nazwę tę stworzyli krytycy w czasach powstania Cream.

Świadkami serii koncertów byli zarówno fani wirtuozerskich popisów Billy Cobhama, zwolennicy eksperymentów Franka Zappy oczekujący podobnej atmosfery kreowanej przez George’a Duke’a. Sam Frank Zappa zagrał przecież gościnnie na płycie George’a Duke’a „Feel” wydanej w 1974 roku. George Duke kontynuował równolegle grę w zespole Zappy i w swoich solowych projektach chętnie sięgał po kompozycje znane z albumów Zappy, jak i po muzyków z jego zespołu. Wielu fanów jazzu chciało posłuchać wschodzącej gwiazdy jazzowej gitary – Johna Scofielda, artysty, który pierwsze własne płyty miał nagrać dopiero za kilkanaście miesięcy. Jeszcze inni uwielbiali Alphonso Johnsona – to spora grupa fanów, którzy chcieli usłyszeć, co takiego w grupie prowadzonej przez George’a Duke’a i Billy Cobhama zobaczył basista, który dla gry w tym składzie opuścił będące u szczytu sławy Weather Report (w marcu 1976 roku – krótko przed europejskim letnim tourne zespołu Duke/Cobham ukazał się album „Black Market”). Pewnie byli też tacy, którzy spodziewali się dawki solidnego jazzowego grania.

Co dostali uczestnicy koncertów? Z dzisiejszego punktu widzenia wielką mieszankę genialnego już wtedy Johna Scofielda, eksperymentującego z brzmieniami i próbującego śpiewać George’a Duke’a, zaskakująco oszczędnego Billy Cobhama i niemającego szczególnej okazji do pokazania swojego potencjału Alphonso Johnsona. Z pozoru to mało, jednak są na tej płycie momenty genialne, mieszające się niestety z dość nieskładnymi próbami wykreowania komercyjnego popowego przeboju.

Takie albumy są jednak ważnymi dokumentami swoich czasów, a dla tych, którzy je pamiętają z pewnością cenną pamiątką z przeszłości. Warto wsłuchać się w te dźwięki i usłyszeć te, które warto zapamiętać.

The Billy Cobham – George Duke Band
Live On Tour In Europe
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Rhino / Warner

Numer: WPCR-27485

08 października 2016

Sonny Clark - Cool Struttin'

„Cool Struttin’” to absolutny klasyk hard bopu. Oczywiście kiedy każdy z fanów tego niezwykle kreatywnego jazzu z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zacznie układać swoją listę najlepszych albumów, szybko znajdzie się na niej kilkadziesiąt pozycji, u każdego nieco innych i w nieco innej kolejności. Sam kiedyś próbowałem, najpierw spisując albumy, bez których hard bopowa kolekcja obyć się nie może, a później próbując skrócić listę, która szybko urosła do ponad 100 albumów. Nie potrafiłem niczego z niej usunąć. Z pewnością na każdej takiej liście musi znaleźć się „Cool Struttin’”. W zasadzie w ciemno, za sam opis na okładce.

Czas nagrania albumu – styczeń 1958 roku. Wytwórnia Blue Note, miejsce nagrania – studio Rudy Van Geldera w Engelwood Cliffs, około 15 kilometrów od centrum Harlemu, wystarczy przedostać się przez most George’a Washingtona na drugą stronę rzekę Hudson. To była typowa, jednodniowa, a raczej jednonocna sesja nagraniowa, jakich wtedy w salonie skromnego domu Rudy Van Geldera odbywało się wiele. Wkrótce, w 1959 roku Rudy Van Gelder otworzył nowe studio, już w specjalnie do tego celu przystosowanym budynku.

Piątka muzyków znała się doskonale, grywali w takim, czy innym zestawieniu razem od lat, przychodzili słuchać siebie w różnych nowojorskich klubach, często uczestniczyli we wspólnym spontanicznym muzykowaniu, nie oglądając się na płytowe kontrakty i zobowiązania dnia następnego. Wszyscy byli wtedy na topie.

„Cool Struttin’” to w zasadzie proste bluesowe granie. Jest jednak w tej sesji rodzaj muzycznej magii, czegoś, co wyróżnia ją spośród innych muzycznych spotkań w salonie Rudy Van Geldera tamtych czasów. Coś, co czyni ten album genialnym wśród wybitnych, podobnie jak „Kind Of Blue” obok innych nagrań Milesa Davisa z końca lat pięćdziesiątych.

Wspólne muzykowanie Arta Farmera i Jackie McLeana zaczęło się jeszcze w zespole Gene’a Ammonsa, stąd proste, bluesowe kompozycje wyraźnie się im spodobały. Od bluesowego kanonu odbiera jedynie kompozycja Charlie Hendersona i Rudy Vallee – „Deep Night”. To melodia, którą z łaskawości nazwę rozrywkową, która jednak za sprawą doskonałej solówki lidera stała się prawdziwą perełką. Ciekawe czemu „Deep Night” znalazła się tuż obok „Sippin’ At Bells” Milesa Davisa? Czy muzycy zasłuchali się we Franka Sinatrę, czy Duke Ellingtona? Najbardziej prawdopodobna inspiracja, to nagrany 4 lata wcześniej album Buda Powella „Jazz Original”, który niespodziewanie otwiera doskonałe wykonanie „Deep Night”. Bud Powell był przecież muzycznym idolem Sonny Clarka.

Co jest istotą piękna „Cool Struttin’”? Świetne solówki wyśmienitych instrumentalistów, bez zbędnego gwiazdorzenia i zbędnych przepychanek? Relaksująca atmosfera niezobowiązującej sesji? Wspaniałe muzyczne porozumienie i wielkie doświadczenie? Równowaga? To wszystko złożyło się na doskonały album, jedno ze szczytowych osiągnięć ery hard bopu.

Dodawane we współczesnych cyfrowych edycjach utwory – kompozycja lidera „Royal Flush” i standard „Lover” Rodgersa i Harta dowodzą jedynie, że odrzuty z sesji w większości wypadków powinny rzeczywiście pozostać odrzutami, nie bez powodu nie znalazły się na pierwotnej, analogowej wersji albumu. Czemu miał służyć eksperyment zamiany „Lover” w walczyka? Może sprawdzeniu jakiejś koncepcji, która się nie sprawdziła? Nie warto zaprzątać sobie głowy dodatkowymi, bonusowymi utworami.

Dziś Sonny Clark pamiętany jest raczej jako wybitny sideman, ulubiony pianista Alfreda Liona, jednego z założycieli Blue Note. Pozostaje nieco anonimowym bohaterem wielu doskonałych płyt Granta Greena, Dextera Gordona, Lee Morgana, Sonny Rollinsa, Charlesa Mingusa i wielu innych. Całkiem niesłusznie. Warto sięgnąć po nagrania, w których doskonale odnajdował się w roli lidera, a najlepszym początkiem takiej muzycznej wyprawy do przeszłości będzie właśnie „Cool Struttin’”.

I jeszcze jedno – dla ciekawskich – damskie nogi na okładce, według monografii opisującej kultowe okładki płyt jazzowych, należą do żony właściciela Blue Note – wspomnianego już Alfreda Liona. Musiał rzeczywiście lubić Sonny Clarka, skoro podarował mu zdjęcie nóg żony na okładkę, które pewnie zostało wykonane specjalnie w tym celu, bo Francis Wolff raczej nie robił przypadkowych zdjęć rodzinnych.

Sonny Clark
Cool Struttin’
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 077774651325

06 października 2016

Don Cherry, John Tchicai, Irene Schweizer, Leon Francioli, Pierre Favre - Musical Monsters

Często zastanawiam się nad mechanizmami, które wprawiają w ruch biznes muzyczny. Ta niemająca nic wspólnego ze sztuką maszyna sprawia, że wydawcy decydują się z sobie tylko znanych powodów wydawać płyty, które raczej nigdy nie powinny się ukazać, inne nagrania natomiast na lata, czasem całe dziesięciolecia lądują na półkach, czasem czekając cierpliwie na swoją kolej, czasem ginąc na zakurzonych półkach w oczekiwaniu na cudowne odnalezienie. W takie cudowne i przypadkowe odnalezienia niekoniecznie wierzę każdemu wydawcy na słowo. To często element promocyjnej strategii.

Koncert wydany przez Intakt czekał na swój czas 36 lat. Dlaczego – nigdy się nie dowiemy. Czekał starannie zarejestrowany i zabezpieczony przed upływem czasu w prywatnych archiwach organizatora festiwalu w Willisau – Niklausa Troxlera. Ten festiwal jest źródłem wielu ciekawych nagrań, a wytwórnia Intakt korzysta z archiwum organizatorów wydając między innymi wyśmienity koncert Cecila Taylora – „The Willisau Concert” z roku 2000.

Inicjatorką wydania „Musical Monsters” jest Irene Schweizer, która po latach zauważyła, że zarejestrowany w 1980 roku spontaniczny i w pełni improwizowany materiał dobrze zniósł próbę czasu nie tylko w związku ze starannym przechowywaniem przez posiadacza taśm – wspomnianego już Niklausa Troxlera, ale przede wszystkim w związku z wyśmienitą muzyką, jaką wtedy udało się zagrać i zarejestrować.

„Musical Monsters” to jedyna okazja, kiedy Irene Schweizer spotkała się na scenie z Donem Cherry. Tytuł albumu świetnie oddaje naturę festiwalowego spotkania. Oto bowiem na jednej scenie stanęli Don Cherry – guru freejazzowej awangardy i jeden ze współtwórców fusion. Dla europejskich słuchaczy był częścią legendy Ornette Colemana. Wiele lat mieszkał w Europie i często grał z muzykami tworzącymi w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych europejską scenę muzyki improwizowanej. Grono muzyków, z którymi współpracował było niezwykle zróżnicowane, wśród nich oprócz Ornette Colemana, Johna Cotrane’a i Carli Bley znajdziecie między innymi Lou Reeda, Colina Walcotta, Sun Ra i Krzysztofa Pendereckiego (album „Actions”). Irene Schweizer w 1980 roku była jednym z liderów europejskiej muzyki improwizowanej. Współpracowała z perkusistą Louisem Moholo i została zaproszona przez Lindsay Copper do Feminist Improvising Group. W Europie nie grało się wtedy free jazzu, to była europejska muzyka improwizowana. To w wielu przypadkach otwierało drzwi do sal koncertowych i festiwali znanych z klasycznego repertuaru. W niektórych krajach również ułatwiało uzyskanie instytucjonalnego wsparcia, które było potrzebne, a niechętnie udzielane twórcom muzyki rozrywkowej, czyli jazzu, ambitna awangarda, to co innego.

John Tchicai urodził się w Danii, ale muzyczne szlify zdobywał w Nowym Jorku pod okiem Archie Sheppa, Alberta Aylera i Johna Coltrane’a, więc kiedy wrócił do Europy stał się jedną z głównych postaci wszelakiej awangardowej muzyki improwizowanej. Scena festiwalu w Willisau była mu dobrze znana, podobnie jak kreatywność Irene Schweizer – razem nagrali tam w 1975 roku dobrze przyjęty album „Willi the Pig”.

Pierre Favre i Leon Francioli to uznani szwajcarscy muzycy, często udzielający się w awangardowych projektach. Pierre Favre współpracował z Irene Schweizer od lat, a koncert zagrany na festiwalu w Willisau w 1968 roku przez Trio w składzie Irene Schweizer – Pierre Favre – George Mraz uchodzi za jedno z pierwszych ważnych freejazzowych wydarzeń w Szwajcarii. Prawdopodobnie nie został jednak zarejestrowany – chyba, że Niklaus Troxler znajdzie go kiedyś przypadkiem w czasie świątecznych porządków. Późniejsze często powtarzane na festiwalu koncerty zespołu, w którego składzie miejsce George’a Mraza zajął Leon Francioli dały temu zespołowi nie tylko status nadwornej sekcji festiwalu, ale również pozwoliły zapraszać do wspólnej improwizacji gości, którymi w 1980 roku byli Don Cherry i John Tchicai. Ten ostatni miał początkowo zagrać z własnymi muzykami, ale po festiwalu w Montreux był zmuszony wysłać muzyków do domu do Danii, bo nie mógł im zaoferować wystarczającej ilości koncertów, żeby mogli zarobić na utrzymanie w oczekiwaniu na festiwal w Willisau. Po raz kolejny okazało się, że warto mieć status dyżurnej sekcji rytmicznej..

Tak więc wszyscy muzycy grywali ze sobą w przeróżnych konfiguracjach już wcześniej, choć dla Irene Schweizer i Dona Cherry był to ich pierwszy wspólny występ. Don Cherry pojawił się w Willisau w dzień koncertu i muzycy wyszli na scenę w zasadzie bez próby, uzgadniając jedynie tytuły kilku utworów, które będą stanowić podstawę do spontanicznego muzykowania. Reszta to muzyczna magia. Posłuchajcie sami.

Don Cherry, John Tchicai, Irene Schweizer, Leon Francioli, Pierre Favre
Musical Monsters
Format: CD
Wytwórnia: Intakt

Numer: Intakt CD 269/2016

23 lutego 2016

Benny Carter – Songbook

„Songbook” Benny Cartera należy do grupy tych płyt, o których pamiętam, kiedy i gdzie kupiłem je jako nowości. Aż trudno uwierzyć, że od tego czasu minęło już 20 lat. Album ukazał się w 1996 roku i w chwili jego nagrania Benny Carter miał już niemal 90 lat i należał do ostatnich żyjących wtedy weteranów jazzu tradycyjnego. Sędziwy muzyk dożył niemal 100 lat, i do końca swoich dni grywał, jeśli siły pozwalały. „Songbook” jest jego ostatnim studyjnym oficjalnym albumem, rodzajem muzycznego testamentu, podsumowania muzycznych doświadczeń i inspiracji. W jego nagraniu wzięło udział wiele gwiazd jazzowej wokalistyki.

Tego rodzaju produkcje zwykle nie udają się najlepiej, stanowiąc zapis towarzyskiego spotkania, lub pomysł na zarobienie garści dolarów – przecież jeśli odpowiednio dużo znanych nazwisk umieści się na okładce, to z pewnością sprzedaż sfinansuje koszty sesji i jeszcze zostanie trochę grosza. Na pozycję gwiazdy, u której wszyscy chcą zaśpiewać pracuje się jednak latami. Trzeba być Tonny Bennettem, albo Benny Carterem.

Album jest unikalnym dokumentem dorobku życia Benny Cartera, niezwykle utalentowanego muzyka, saksofonisty grającego również, kiedy było trzeba na trąbce i klarnecie, kompozytora całkiem pokaźnej listy grywanych do dziś melodii, aranżera i lidera własnych zespołów, w tym big-bandu, w którym w 1946 roku (część źródeł mylnie podaje rok 1945 jako datę tej sesji) jedną ze swoich pierwszych solówek zarejestrował nikomu wówczas nieznany Miles Davis.

Benny Carter nie miał jeszcze 30 lat, kiedy w 1930 roku został głównym aranżerem w orkiestrze Fletchera Hendersona. Krótko później wyjechał do Europy, gdzie aranżował muzykę na potrzeby BBC. W 1938 roku wrócił do USA, co uchroniło go przed bezpośrednią bliskością wojny. Pisał aranżacje dla Counta Basie, Duke Ellingtona, Glenna Millera i Tommy Dorseya. Trudno znaleźć muzyka jazzowego w całej historii gatunku, który choć raz z nim nie zagrał. A jeśli nawet, to z pewnością grał jego kompozycje lub aranżacje. Podsumowując – człowiek – legenda, choć nigdy nie został wielką gwiazdą, za to całe pokolenia muzyków darzyły go wielkim szacunkiem.

Kiedy więc w 1995 roku pojawił się pomysł na nagranie wokalnych wersji jego własnych kompozycji, ustawiła się kolejka chętnych. W rezultacie, za sprawą przychylności i finansowego wsparcia Jeffreya Nissima – producenta wytwórni Music Masters powstał niezwykły album.

Część gościnnie występujących głosów, to amerykańskie legendy, w momencie rejestracji albumu już dawno na emeryturze, jak choćby Ruth Brown – królowa R&B z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, czy do dziś cytowana przez raperów z Nowego Jorku Marlena Shaw. Zaszczyt zaśpiewania największego hitu, jaki skomponował Benny Carter – „Cow-Cow Boogie” przypadł Jonowi Henricksowi.

Każdy z 15 utworów, z których większość została zarejestrowana w spontaniczny sposób, niemal bez prób za pierwszym podejściem to osobna historia. Jednak w każdej z nich najważniejszy jest Benny Carter, który w niezwykłej, jak na zaawansowany wiek formie gra na saksofonie towarzysząc gościom i podziwiając swój muzyczny dorobek. Dla mnie ten album jest zwyczajnie genialny.

Benny Carter
Songbook
Format: CD
Wytwórnia: Music Masters / BMG
Numer: 016126513423

22 lutego 2016

Marc Ribot & The Young Philadelphians – Live In Tokyo

Marc Ribot to najbardziej uniwersalny muzyk jakiego znam. Grał już w zasadzie wszystko, a jeśli czegoś nie grał, to są dwie możliwości – albo o tym nie wiem, albo on jeszcze nie wie, że to zagra, ale zagra w przyszłym roku. Być może nie był solistą w żadnej ze znanych oper, a może już był, tylko przegapiłem? Zajmował się folklorem ziem przeróżnych, choć z naszymi góralami jeszcze nie grał, a może grał, bowiem lubi do Polski przyjeżdżać i był u nas już parę razy. Ostatnio ze świetnym projektem Ceramic Dog z Chesem Smithem i Shahzadem Ismaily.

Genialność Marca Ribota nie polega jednak na tym, że potrafi wszystko zagrać jakoś tam. To potrafi w końcu każdy przyzwoity muzyk sesyjny, który sprawnie czyta nuty i nie boi się wyzwań, a raczej chętnie przyjmie dniówkę za kolejny dzień w studio. Sam znam paru takich, którzy godzą się na nieco mniejszą wypłatę w zamian za to, że ich nazwisko nie zostanie umieszczone na płycie. To coś jak dopłata za brak wersji silnika umieszczonej na pokrywie bagażnika samochodu…

Genialność Marca Ribota polega na tym, że niezależnie od tego, co gra, zawsze pozostawia na muzyce swój własny ślad, w zasadzie, po kilku dźwiękach wiadomo, że to Marc Ribot. Niezależnie od tego, czy to ciężki rock, czy kubański folklor, muzyka rozrywkowa z Haiti, improwizacje ilustrujące stare nieme filmy, blues, czy mainstreamowy jazz (to mocno naciągane określenie najbardziej jazzowych projektów Marca Ribota). W największym skrócie, Marc Ribot jest jednym z tych muzyków, którym udało się stworzyć własny rozpoznawalny gatunek muzyczny – muzykę Marca Ribota.

Jego najnowszy projekt, który można określić jedynie wspomnianym już określeniem – „Muzyka Marca Ribota” powstał z pomocą muzyków, których obecność w zespole mogła sugerować jakieś totalnie odjechane free-jazzowe improwizacje. Oto obok lidera pojawia się druga gitarzystka – poszukująca wciąż swojej muzyki, niepokorna i niezwykle muzykalna Mary Halvorson i awangardowy basista – Jamaaladeen Tacuma oraz nieco mniej znany, ale niezwykle doświadczony perkusista – G. Calvin Weston.

Mary Halvorson nadal poszukuje swojego brzmienia, czasem wydaje mi się, że zbyt intensywnie – w 2015 roku wydała około 10 albumów, każdy w zupełnie innym składzie, oferując swoim fanom bardzo szerokie spektrum dźwięków.

Jamalaadeen Tacuma – dla mnie to basista Ornette Colemana. Kiedyś w kółko słuchałem jego odczytania ducha muzyki Theloniousa Monka w projekcie Gemini – Gemini z Wolfgangiem Puschnigiem i Burhanem Ocalem. Ten album powstał w 1994 roku – z powodzeniem może się więc już znaleźć w Kanonie Jazzu, na co z pewnością zasługuje.

G. Calvin Weston wychował się w Filadelfii – to dla projektu istotne, słuchając muzyki Jamesa Browna, Stevie Wondera i Jacksons Five. Z takimi muzycznymi korzeniami kształtował swoje brzmienie u boku Jamaaladeena Tacumy w Prime Time Ornette Colemana, grał z Jamesem Blood Ulmerem i często niedocenianym Johnem Lurie. Osobiście wolę Jmaes Blood Ulmera z Rashiedem Ali, ale G. Calvin Weston też dawał radę. Nie są mu też obce wszelakie konfiguracje projektów Johna Zorna.

Tak oto owa czwórka muzyków pojechała w trasę do Japonii, gdzie w towarzystwie poszerzających paletę dźwięków trójki lokalnych muzyków grających na instrumentach smyczkowych nagrali coś, co sami nazwali fuzją ducha Ornette Colemana z brzmieniem soulu z lat siedemdziesiątych z Filadelfii. Być może dla zachowania odrobiny klimaty Sweet Philly potrzebne były smyczki?

Repertuar dla znawców historii muzyki z Filadelfii jest dość oczywisty – monumentalne „The Sound Of Philadelphia”, „Love Epidemic” legendarnego The Trammps, „Love TKO” Teddy Pendegrassa i garść podobnych znanych wszystkim w Ameryce przebojów. Disco połączone z funkiem i klimatami Prime Time – to w całość mógł złożyć tylko Marc Ribot. Po raz kolejny zaskakując mnie całkowicie, podobnie jak całkiem niedawno, kiedy stworzył własną, autorską wersję „Take Five” z Ceramic Dog.

Podobno istnieje możliwość, że już niedługo usłyszymy w Polsce ten projekt na jednym z festiwali. Tak mówią na tzw. „mieście”. Ja z pewnością będę w pierwszym rzędzie. Na razie pozostaje delektować się dźwiękami z Tokio i zastanawiać się, co jeszcze wymyśli niezwykły Marc Ribot…

Marc Ribot & The Young Philadelphians
Live In Tokyo
Format: CD
Wytwórnia: Yellowbird
Numer: 767522776027