Był rok 1959. Prawdopodobnie do
dziś to najlepszy rok dla jazzu, czas niedościgniony. W tym magicznym roku
nagrania, które do dziś wszyscy uznajemy zgodnie za arcydzieła powstawały
niemal dzień po dniu. Niezależnie bowiem od osobistych preferencji, nie ma chyba
wśród fanów jazzu zbyt wielu kwestionujących wagę nagrań z tego roku.
Przypomnijmy zatem…
Rok 1959 to rok nagrania między
innymi „Kind Of Blue” Milesa Davisa, „Mingus Ah Um” Charlesa Mingusa, „Time
Out” kwartetu Dave Brubecka, i „Giant Steps” Johna Coltrane’a. Wszystkie te
albumy, oprócz „Mingus Ah Um” już w Kanonie Jazzu umieściliśmy. Charlesa
Mingusa też z pewnością już niedługo tam znajdziecie… Może nawet za tydzień…
Takie niedopatrzenie trzeba szybko nadrobić…
W tym roku powstały inne, może
nieco mniej od tych największych uznane, ale równie doskonałe – „Portrait In
Jazz” Dave Brubecka i „Blowin’ The Blues Away” Horace Silvera. Ważne płyty
nagrali też Ella Fitzgerald i Duke Ellington, a Miles Davis – jakby „Kind Of
Blue” i paru wyśmienitych nagrań koncertowych było mu za mało, rozpoczął
nagrywanie „Sketches Of Spain” z Gilem Evansem.
No i jeszcze Ornette Coleman
nagrał swój prawdziwy debiut jako lider – być może najbardziej błyskotliwy
debiut w historii gatunku – „The Shape Of Jazz To Come”. To płyta, którą
możecie postawić na półce obok „Kind Of Blue”, „Time Out” i „Giant Steps”. To
równie ważna dla historii gatunku i jednocześnie równie piękna, choć nieco
trudniejsza muzyka. Wcześniej ukazały się jego dwie autorskie płyty wydane
przez mało nawet wówczas znaną wytwórnię Contemporary – „Something Else!!!” i
„Tomorow Is A Question!”, ale to był rodzaj rozgrzewki…
Ornette Coleman w tym nagraniu
zignorował po raz pierwszy wszystkie reguły jazzowej akcji. Wyzwolił siebie i
swoich muzyków z wszelkich twórczych ograniczeń i pozwolił im grać… Nie zrobił
właściwie niczego więcej… Tylko zebrał właściwych ludzi i pozwolił im grać…
Tylko, że nikt wcześniej tego nie zrobił. To mógł zrobić tylko ktoś młody, nie
mający za sobą zbyt wielkiego bagażu muzycznych doświadczeń. Tym jednym albumem
Ornette Coleman uwolnił na zawsze wszystkich muzyków z wszelkich ograniczeń.
Mimo tego stworzył dzieło
niespodziewanie strawne nawet dla mniej doświadczonych słuchaczy. To płyta nie
tylko pełna dźwięków saksofonu lidera, to także wyśmienita jego współpraca z
Donem Cherry i wyśmienita gra Charlie Hadena, szczególnie w „Focus On Sanity” –
gdzie ma wiele miejsca na solowe popisy…
„The Shape Of Jazz To Come” to
album niewarygodnie dojrzały, w szczególności, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt,
że stworzony został przez muzyków, którzy właśnie tą płytą praktycznie
debiutowali na wielkiej jazzowej scenie. To dotyczy wszystkich członków
zespołu, Charlie Haden nagrał wcześniej jedną, czy dwie płyty z Paulem Bley’em,
Billy Higgins też dokonał jedynie mało dziś znaczących rejestracji… A lider –
Ornette Coleman ośmielony sukcesem „The Shape Of Things To Come” i owacyjnym
przyjęciem w nowojorskim Five Spot już w następnym roku nagrał kolejne
arcydzieło – „Free Jazz”, rozbudowując swój zespół do dwu kwartetów… Ale o tym
innym razem.
Ornette
Coleman
The
Shape Of Jazz To Come
Format:
CD
Wytwórnia:
Atlantic
Numer:
081227313326
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz