Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B. B. King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B. B. King. Pokaż wszystkie posty

03 lutego 2021

When Love Comes To Town – CoverToCover Vol. 120

Cały album „Rattle And Hum” to spełnienie amerykańskiego marzenia muzyków U2 o powrocie do korzeni bluesa i rock and rolla. „When Love Comes To Town” powstał w legendarnym studiu Sun Record w Memphis w 1988 roku. Studio wznowiło działalność po dekadach milczenia i sprzedaży budynku wraz z całą wytwórnią przez Sama Phillipsa w 1969 roku. Studio Sun Records powróciło do pracy w 1985 roku, przyjmując jako pierwszych gości legendy wytwórni - Johnny Casha, Jerry Lee Lewisa, Carla Perkinsa i Roya Orbisona, którzy wspólnie nagrali album „Class Of ‘55”. Miejsce, w którym U2 nagrało wspólnie z B. B. Kingiem „When Love Comes To Town” miało niewiele wspólnego (oprócz nazwy oczywiście) z miejscem, gdzie nagrywali w latach pięćdziesiątych swoje przeboje Elvis Presley, Johnny Cash, Carl Perkins i gdzie powstał historycznie pierwszy przebój rock and rolla – nagrany w 1951 roku utwór „Rocket 88” Ike Turnera (pod pseudonimem Jackie Brenston). W legendarnym miejscu pod okiem Sama Phillipsa nagrywali też artyści bluesowi – James Cotton, Howlin’ Wolf i B. B. King, dla którego wspólne nagranie z U2 było powrotem do starych czasów i miejsca, które dziś jest bardziej tandetnym muzeum Elvisa Presleya, niż studiem sprzed lat. Magia nazwy i miejsca robi jednak swoje.

„When Love Comes To Town” było dopiero trzecim singlem z przebojowego, jak niemal każda wczesna płyta U2, albumu. Wcześniej w wielu krajach karierę zrobiły całkiem zresztą słusznie „Desire” i „Angel Of Harlem”, jednak to najbardziej bluesowy „When The Love Comes To Town” okazał się najbardziej uniwersalny i pojawia się do dziś w wielu alternatywnych wykonaniach.

Utwór „When Love Comes To Town” napisany przez muzyków U2 spodobał się również B. B. Kingowi, który włączył go do swojego repertuaru koncertowego. Niemal trzy lata po sukcesie wersji nagranej przez U2 z jego udziałem, gitarzysta zebrał wypełniony jazzowymi gwiazdami big band i zarejestrował koncert w słynnym Apollo Theater w Nowym Jorku koncert, w programie którego znalazł się utwór U2. W zespole zagrali między innymi Kenny Burrell, Urbie Green, Robin Eubanks, Harry Sweets Edison i Ray Brown. Trochę szkoda, że żaden z nich nie dołożył niczego szczególnego do tego świetnego nagrania, ale wszyscy zgodzili się na udział w orkiestrze i rolę jednego z wielu muzyków pozbawionych szans na solowe popisy, jednak publiczność tego wieczoru czekała tylko na jedną gwiazdę – B. B. Kinga, który zaprezentował orkiestrową wersję przeboju U2.

Jeśli w oryginale na gitarze gra B. B. King, mogłoby się wydawać, że utwór nie może udać się bez gitary. Jednak muzycy wokalnego zespołu The Persuasions przygotowali nagranie acapella, bez jakichkolwiek instrumentów. To wersja starannie zaaranżowana, ale w takiej formule mało jest zwykle miejsca na improwizację.

Znakomicie do tematu „When Love Comes To Town” podszedł Herbie Hancock przy okazji nagrywania wypełnionej znakomitymi coverami płyty „Possibilities”. Na gitarze zagrał Jonny Lang (pamiętacie managera sex call center i jego występ z Wilsonem Picketem i Eddie Floydem? Jonny Lang miał w momencie realizacji tej sceny niespełna 16 lat). Zaśpiewała Joss Stone, po raz kolejny dużo lepiej niż na swoich solowych płytach. Nad całością czuwał oczywiście Hancock i jego zespół z geniuszem instrumentów klawiszowych i ich programowania Gregiem Phillinganesem znanym z największych przebojów Michaela Jacksona i basistą Stevie Wondera i setek innych gwiazd Reggie McBride’em.

Utwór: When Love Comes To Town
Album: Rattle And Hum
Wykonawca: U2 feat. B. B. King
Wytwórnia: Island
Rok: 1988
Numer: 042284229920
Skład: Bono – voc, g, harm, The Edge – g, kbd, b voc, Adam Clayton – bg, Larry Mullen Jr. – dr, perc, B. B. King – g, voc, Rebecca Evans Russell – b voc, Phyllis Duncan – b voc, , Helen Duncan – b voc.

Utwór: When Love Comes To Town
Album: Live At The Apollo
Wykonawca: B. B. King
Wytwórnia: MCA / GRP / Universal
Rok: 1991
Numer: 011105963725
Skład: B. B. King – g, voc, Kenny Burrell – g, James Morrison – tp, Joe Mossello – tp, Glen Drews – tp, Harry Sweets Edison – tp, George Bohannon – tromb, Urbie Green – tromb, Robin Eubanks – tromb, Paul Faulise – tromb, Jeff Clayton – as, Jerry Dodgion – as, Pias Johnson – ts, Ralph Moore – ts, Gary Smulyan – ts, Gene Harris – p, Ray Brown – b, Harold Jones – dr.

Utwór: When Love Comes To Town
Album: The Persuasions Sing U2
Wykonawca: The Persuasions
Wytwórnia: Chesky
Rok: 2005
Numer: 090368030627
Skład: James Hayes – voc, B. J. Jones – voc, Joe Russell – voc, Ray Sanders – voc, Jayotis Washington – voc, Dave Revels – voc, Zerus B. Davis – voc.

Utwór: When Love Comes To Town
Album: Possibilities
Wykonawca: Herbie Hancock feat Jonny Lang and Joss Stone
Wytwórnia: WEA
Rok: 2005
Numer: 5051011011122
Skład: Herbie Hancock – p, Jonny Lang – g, voc, Joss Stone – voc, James Harrah – g, Greg Phillinganes – kbd, Reggie McBride – b, John JR Robinson – dr.

20 stycznia 2011

Różni wykonawcy - Crossroads: Eric Clapton Guitar Festiwal 2010

Tradycyjnie już w przypadku płyt, na których umieszczono nagrania wielu różnych artystów, na występ każdego można patrzeć oddzielnie. W wypadku tak wielkich wydarzeń, jak organizowany już kilka lat Crossroads nie sposób utrzymać stylistycznej spójności wielogodzinnego koncertu.

Otwierający program wydawnictwa, i chyba również koncert na stadionie Sonny Landreth to pierwsza pozytywna niespodzianka. To muzyk zupełnie mi nieznany, wystawiony przez organizatorów trochę na pożarcie publiczności, która powoli zajmowała miejsce na stadionie, wiedząc, z jakim maratonem będzie miała do czynienia. Mimo niesprzyjających warunków, a trochę dzięki wsparciu samego Erica Claptona, Sonny Landreth poradził sobie niespodziewanie dobrze, prezentując dynamiczny i stylowy elektryczny blues-rock. To muzyk, którego zapamiętam z jego krótkiego występu umieszczonego na płycie i z pewnością zainteresuję się jego twórczością w przyszłości. Duże brawa należą mu się za to, że niewiele śpiewa, koncentrując się na grze na gitarze. Jego styl momentami przypomina Johnny Wintera, który też wystąpił na festiwalu (przynajmniej w finale), ale którego występ solowy na płyty się nie zmieścił.

Kolejnym wartym uwagi artystą jest Robert Randolph, grający na gitarze zwanej lapsteel, lub pedal steel, co nie ma polskiego odpowiednika. Ten instrument to ustawiona poziomo w formie stolika na nóżkach gitarza, często wielostrunowa, z dodatkowymi pedałami. Instrument ten, często dość mylnie zwany gitarą hawajską (z racji na częste wykorzystanie jednej z jego odmian w rozrywkowej muzyce Hawajów) niezbyt często jest instrumentem solowym. Pisałem niedawno o jednym z dawnych mistrzów gry na takiej gitarze muzyki jazzowej:


Robert Randolph z pewnością dysponuje wyśmienitą, wręcz wirtuozerską techniką, z łatwością wydobywając ze swojego instrumentu brzmienie momentami przypominające bluesową grę Jimi Hendrixa, a kiedy indziej bardziej rockowe akordy Kirka Hammetta. Gitarzysta wciąż poszukuje swojej artystycznej tożsamości, jednak już teraz jest wybitnym i wartym zainteresowania gitarzystą. Uprzedzając nieco rozwój wypadków, to dla mnie największa sensacja całego festiwalu.

Joe Bonamasa, tak jak wielu występujących po nim na scenie Crossroads artystów potwierdził, że zdecydowanie lepiej wychodzą mu koncerty, szczególnie jeśli gra je w dobrym towarzystwie. Jego studyjne płyty zaliczam do kategorii nudziarsko-wirtuozerskich wyczynów gitarowych. Być może również dobrej ocenie jego występu sprzyja ograniczenie prezentacji do jednego utworu w którym grał rolę pierwszego gitarzysty – Going Down.

Nigdy nie rozumiałem i dalej nie rozumiem, czemu Eric Clapton tak uparcie lansuje Roberta Craya, który towarzyszy mu często jako support w czasie solowych koncertów, a także w studiu, czy projektach, takich jak Crossroads. Dwa utwory zagrane wspólnie przez trzech gitarzystów – Roberta Craya, Jimmie Vaughana i sędziwego Huberta Sumlina obnażają schematyczność i brak bluesowego feelingu maskowany przez sprawność techniczną pierwszego z nich. Większość młodego pokolenia gitarzystów bluesowych wypada zawsze mało ciekawie w bezpośrednim zestawieniu z wielkimi mistrzami gatunku. Być może wcale banałem nie jest powtarzane stwierdzenie, że granie bluesa wymaga od muzyka odpowiedniej ilości niełatwych przeżyć.

Jimmie Vaughana śpiewając Six Strings Down wypada tu zdecydowanie lepiej. To zresztą wybitna współczesna kompozycja bluesowa wspominająca jego brata – Stevie Ray Vaughana, a której pierwszym wykonaniu pisałem tutaj:


Kolejne dwa utwory należą do ZZ Top. Ja za nimi nie przepadam, tym razem też byli, choć to nie niespodzianka, jakby nieobecni, nie potrafili, lub nie chcieli nawiązać jakiegokolwiek kontaktu z publicznością.

O tych, którym nie wyszło miałem nie pisać. Jednak w tym przypadku muszę zrobić wyjątek. Sheryl Crow to kompletna porażka. Zupełny brak jakiegokolwiek stylu w każdym zakresie, od gry na gitarze, poprzez śpiew, na stroju skończywszy. Od jakiegoś czasu artystka stara się nam udowodnić, że może śpiewać czarną muzykę w stylu zbliżonym do starych nagrań wytwórni Stax. Zapędziła się w tej myśli dość daleko wydając solową płytę pełną takiej muzyki – 100 Miles From Memphis. Niestety Sheryl Corw nie rozumie i nie potrafi sobie z taką stylistyką poradzić. Publiczność Crossroads występ Sheryl Corw przyjęła podobnie do mnie – delikatnie mówiąc dość chłodno. Jej występu nie uratowała nawet pomoc na scenie samego Erica Claptona.

Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem jest Keb’ Mo’. To artysta kojarzony dotąd przeze mnie raczej z bezbarwnym studyjnym profesjonalistą grającym wszystko i nic. Nie spodziewałem się po nim stylowego wykonania bluesa z Delty, jakim zabłysnął na estradzie w Chicago. To właśnie jego muzyki, obok Jeffa Becka i Roberta Randolpha jest na płytach zbyt mało…

Earl Klugh jest świetnym gitarzystą, jednak jego występ zupełnie do konwencji festiwalu i dużego stadionu nie pasował. Najpierw został zagłuszony przez zacne grono elektrycznych gitar, a potem miał zbyt mało czasu, żeby wielki stadion wciągnąć w swój wysmakowany świat jazzowej harmonii.

Na drugiej płycie do akcji wkraczają artyści gitary – zaczyna się prawdziwy finał, którego nadejście zwiastuje nie tylko zapadający nad stadionem zmierzch, ale także występ Buddy Guya. Jego śpiewny ton, tym razem pozbawiony technicznych wygłupów zmusza do wielkiego wysiłku towarzyszących mu na scenie Ronnie Wooda i Jonny Langa. Gitarzysta The Rolling Stones wypada dość bezbarwnie. Jonny Lang jest za to rewelacyjny. Jego solo w Five Long Years przypomina wczesne bluesowe nagrania Joe Satrianiego (wyśmienita koncertowa płyta Dreaming #11). Jedna solówka to za mało, żeby z Jonny Langa zrobić gwiazdę festiwalu, jednak to osobowość warta zapamiętania z tego występu. Buddy Guy improwizujący w Miss You tekst o pękniętej strunie w swojej gitarze, to jeden z tych momentów, który nigdy nie zdarzy się na płycie studyjnej…

No i wreszcie Jeff Beck – postać jakby w tym towarzystwie z innej planety. Artysta przeżywający od kilku lat szczyt swoich możliwości artystycznych. Człowiek czerpiący pełnymi garściami inspirację z wielu różnych stylów i tradycji muzyki europejskiej i amerykańskiej, od opery poprzez muzykę współczesną, rocka, bluesa i wszystko inne. Jeff Beck na każdym swoim występie tworzy wybitny dźwiękowy spektakl. Na Crossroads 2010 grał zdecydowanie zbyt krótko. Jednak nawet jedynie dla porywającej wersji Hammerhead i zjawiskowego wykonania Nessum Dorma z ostatniej płyty studyjnej warto kupić dzisiejsze płyty.

A sam Eric Clapton? No cóż, ostatnio dwa razy nieco mu się dostało, głównie za lenistwo:



Na Crossroads 2010 wypadało się bardziej postarać i wyszło całkiem nieźle. Kiedy nie śpiewa, momentami jest wręcz rewelacyjny – jak za starych czasów. Starych, czyli tych sprzed jakiś 30 lat i więcej. Ciągnące się niemiłosiernie długo i powielające wiele razy te same schematy bezbarwne wykonanie Voodoo Chile pokazuje jednak, że ani Eric Clapton, ani Steve Winwood nie wiedzą o co w tej kompozycji chodzi.

I wreszcie finał – The Thrill Is Gone. Trudno porównać z czymkolwiek widok Erica Claptona, Roberta Craya i Jimmie Vaughana wpatrujących się jak początkujący uczniowie z drugiego rzędu w każdy ruch palcem na gryfie B. B. Kinga. Świetny finał przeciętnego koncertu.

Ci gitarzyści, o których nie wspomniałem, a których nagrania umieszczono na dwu płytach (prawie 5 godzin materiału), albo do całości nie pasowali, albo ich udział lepiej pominąć milczeniem. W 2010 roku koncert był bardzo nierówny. Miał momenty wybitne, ale też zupełnie przeciętne.

Gitara, tak jak każdy instrument ma swoich artystów i rzemieślników, którzy czasami awansują do grona wirtuozów. Crossroads 2010 to wielki piknik rzemieślników, muzyków sprawnych technicznie, jednak zwykle bez wielkiej scenicznej osobowości i charyzmy.

Czy takie imprezy jak Crossroads mają sens? Dla widzów na stadionie z pewnością tak. Na płycie – trochę mniej, pomijając oczywiście charytatywny charakter wydawnictwa. Każda z gwiazd festiwalu wydała przecież mnóstwo własnych płyt koncertowych, z pewnością oferujących więcej ciekawej muzyki. Okazyjne wspólne występy w jednym, czy kilku utworach muzyków nie grających ze sobą na co dzień skłaniają raczej do bezpośrednich porównań, a nie tworzą jakiejkolwiek nowej jakości.

Różni wykonawcy
Crossroads – Eric Clapton Guitar Festiwal 2010
Format: 2 Blue Ray
Wytwórnia: Rhino
Numer: 603497948727

25 października 2010

Różni wykonawcy - A Tribute To Stevie Ray Vaughan

Ten koncert odbył się 5 lat po tragicznej śmierci Stevie Ray Vaughana. Dla uczestniczących w nim gwiazd nie była to jedynie kolejna okazja w rodzaju All Stars. To było również spotkanie muzycznie pokrewnych artystycznych osobowości oddających ani trochę nie udawany hołd bratniej duszy. Tu każdy dał z siebie wszystko. Muzycy zebrani w jednym miejscu przez niedocenianego brata zmarłego gitarzysty – Jimmie Vaughana zagrali najbardziej znane utwory Steviego.

Oprócz gwiazd, o których za chwilę, w nagraniu uczestniczyli muzycy oryginalnego składu Double Trouble – zespołu grającego przez prawie całą karierę ze Stevie Ray Vaughanem. To ich zasługą jest stworzenie świetnej podstawy rytmicznej i harmonicznej do gitarowych popisów gości koncertu. W wielu utworach Reese Wynans tworzy gęstą fakturę przy pomocy swoich organów Hammonda, do spółki z grającym na fortepianie Denny Freemanem,

Program koncertu rozpoczyna Pride And Joy w wykonaniu Bonnie Raitt, która w tym utworze zagrała z wielką lekkością jedną z najlepszych partii gitarowych w swojej karierze. Teras Flood zagrał Jimmie Vaughana – może nie tak dynamicznie jak Stevie na swoich koncertach, jednak równie stylowo.

Telephone Song w wykonaniu B. B. Kinga to brzmienie nieco bardziej odległe od stylu Stevie Ray Vaughana. To z pewnością specyficzny styl gry i zupełnie inna gitara. Jednak nawet sam B. B. King zagrał inaczej niż zwykle. Jest szybszy, gra więcej nut niż na swoich własnych płytach z tego okresu. Być może to chęć dopasowania się do całości, przywołania ducha Stevie Ray Vaughana, lub zasługa grającego z nim jak równy z równym Jimmie Vaughana.

Long Way From Home zagrał Buddy Guy. To gitarzysta, który był idolem i wzorem dla młodego Stevie Ray Vaughana. Kiedy gra na poważnie, jest mu też bardzo bliski muzycznie. Trochę szkoda, że postanowił pokazać bardziej wokalno-gitarowy żart niż kawałek solidnego bluesa, co potrafi jak mało kto. To z pewnością słabsza część koncertu.

Ain’t Gone ‘N Give Up On Your Love to świetna gitara Erica Claptona, choć może nieco za bardzo przypomina jego własne nagrania. Gdypy jeszcze Clayton mniej spiewał a więcej grał byłoby naprawdę wyśmienicie. Z Claptonem tak już jest – im więcej gra tym lepiej. Im więcej śpiewa tym gorzej. Dlatego najlepiej wytrzymuje próbę czasu muzyka Cream i Bling Faith, a najgorzej solowe jego nagrania.

Robert Cray – no cóż – gdzie Eric Clayton, tam zawsze też jest Robert Cray. Ostatnio występował nawet jako support przed koncertami Claptona. Dla mnie Robert Cray gra przez całe życie jeden riff. Trochę to nudne, monotonne i wtórne. Love Stuck Baby w jego wykonaniu jest takie samo jak każde jego nagranie z lat dziewięćdziesiątych i każde nowsze. Poprawne i niewiele więcej. A tu szczególnie to widać, kiedy staje się na jednej scenie obok wielkich sław elektrycznego bluesa. I choć w postaci jednego krótkiego utworu może się podobać, to całe płyty, albo koncertu w jego wykonaniu nie potrafię wysłuchać z przyjemnością, nawet stojąc kilka metrów od sceny.

Cold Shot zagrał na fortepianie Dr. John. To trochę za daleko od Stevie Ray Vaughana. Za dużo w tym nagraniu rewii i estrady, a za mało bluesa. Gitara Jimmie Vaughana została zepchnięta na drugi plan. Zamiast tego utworu wolałbym drugi w wykonaniu Bonnie Raitt, albo coś bardziej poważnego w wykonaniu Buddy Guya. Na koncercie z pewnością każdy z wykonawców zagrał więcej niż jeden utwór.

Pozostałe 3 utwory to jeden wielki bis zagrany przez wszystkich razem. Nie przepadam za takiego rodzaju utworami, bo choć wszystkie koncerty gromadzące wiele gwiazd tak się kończą, to nie znam przypadku, kiedy obecność na scenie kilkunastu muzyków, w tym 6 gitarzystów stworzyłaby jakąś dodatkową jakość. Tu skończyło się tak jak zwykle, każdy z gitarzystów gra i śpiewa po kolei swój kawałek utworu.

Trudno jednak odmówić uroku kompozycji Arta Neville’a poświeconej specjalnie pamięci życia i okoliczności tragicznej śmierci nieobecnego bohatera koncertu. Six Strings Down to wyjątkowy tekst i niezła kompozycja.

Wolałbym jednak obejrzeć cały koncert, a nie pojedyncze utwory przedzielane komentarzami wykonawców i krótkimi fragmentami archiwalnych nagrań Stevie Ray Vaughana. Pewnie dużo materiału z tego wydarzenia pozostało gdzieś w archiwach – może kiedyś ujrzy światło dzienne w formie koncertu, a nie filmu dokumentalnego, jakim w istocie jest dzisiejsza płyta.

Różni wykonawcy
A Tribute To Stevie Ray Vaughan
Format: DVD
Wytwórnia: Epic / Columbia
Numer: 5099720181798