Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Harrison. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Harrison. Pokaż wszystkie posty

29 maja 2021

While My Guitar Gently Weeps – CoverToCover Vol. 145

Utwór George’a Harrisona jest częścią tak zwanego białego albumu The Beatles. To jeden z tych utworów, który gdyby w czasie istnienia zespołu istniał zwyczaj nagrywania przez jego członków solowych projektów, pewnie nigdy nie znalazłby się na płycie zespołu. Niektórzy uważają, że solowe projekty są receptą na długowieczność Rolling Stones, a ich brak był jedną z przyczyn rozpadu The Beatles w momencie, w którym muzyka zespołu zdążała w ciekawym i kreatywnym kierunku. Łatwiej jest jednak zachować artystyczną jedność i osobistą przyjaźń grając amerykańskie przeboje rock and rolla czy własne piosenki pop. Kiedy zaczyna się eksperymentować, każdy ciągnie w nieco inna stronę.

„While My Guitar Gently Weeps” to kompozycja napisana przez George’a Harrisona inspirowana jego wyprawą do Indii i lekturą „I Ching”. Pierwsze demo Harrison nagrał sam, bez udziału pozostałych muzyków, a nad kolejną wersją pracował w studiu również sam, omijając konieczność spotkania członków zespołu. Tak wyglądały niemal całe prace nad „White Album”, każdy z wielkiej czwórki w domowym zaciszu, albo w studiu, kiedy nie było pozostałych.

W 1968 roku George Harrison przyjaźnił się z Erick’iem Claptonem, później zresztą, kiedy ten odbił mu żonę, też się z nim przyjaźnił. Zaproponował Claptonowi zagranie gitarowej solówki w swoim utworze, który przygotowywał na nową płytę The Beatles. Początkowo Clapton nie chciał tego zrobić, bo uważał, że na płytach The Beatles nie powinni grać inni muzycy, w szczególności znani już w środowisku. Jednak zgodził się i podczas jednej z wizyt w studiu pożyczył od Harrisona gitarę, która zresztą była mu znana, bo kilka miesięcy wcześniej podarował mu ją i zagrał solo w „While My Guitar Gently Weeps”. W ten sposób piosenka stała się nie tylko jedną z pamiętanych z „White Album” kompozycji, ale również gitarowym przebojem grywanym przez innych gitarzystów, którzy chcieli naśladować Claptona.

„White Album” był początkiem końca The Beatles. W jakiś cudowny sposób z piosenek, które pisali w zupełnym oderwaniu od wcześniejszego stylu zespołu udało się nie tylko poskładać podwójny album, dziś rozszerzony w luksusowych wydaniach o wiele ciekawych dodatków, ale też stworzyć z tego wszystkiego (to zasługa George’a Martina) spójne, przynamniej w tej pierwotnej wersji dwupłytowe arcydzieło uważane za jeden z najważniejszych albumów zespołu.

Tak jak w zasadzie niemal wszystkie kompozycje z płyt The Beatles, również „While My Guitar Gently Weeps” cieszy się powodzeniem na licznych płytach z covera utworów zespołu. Moda na takie wydawnictwa zaczęła się jeszcze, kiedy zespół istniał i trwa nieprzerwanie do dzisiaj. Melodie znają wszyscy i wielu chętnie sięga po nagrania w wykonaniu innych znanych i ulubionych muzyków.

Łamiąc taką właśnie konwencję, a muszę również lojalnie Was ostrzec, że nie wszystkie projekty typu „Tribute To The Beatles” są muzycznie udane, różnych od oryginału i ciekawych muzycznie nagrań „While My Guitar Gently Weeps” szukałem głównie na płytach, które nie są w całości poświęcone muzyce zespołu. O wyborze tej kompozycji do kolejnego odcinka CoverToCover zdecydowało nagranie solo w wykonaniu Marca Ribota, który zdecydował się na dekompozycję melodii i przetworzył ją w twórczy, choć nieco kontrowersyjny sposób.

Całość uzupełnia całkiem udana wersja z niekoniecznie w całości dobrej płyty Carlosa Santany „Guitar Heaven: The Greatest Guitar Classics Of All Time”. Album jako całość uważam za nieco zmarnowany dobry pomysł, ale w towarzystwie muzyków mających wiele wspólnego z jazzem – Dennisa Chambersa i Benny Retvielda a także zaglądającego na jazzowe podwórko Yo-Yo Ma Santana wypada przekonująco. Całość uzupełnia koncertowe nagranie George Harrisona, który nigdy nie był tak dobrym gitarzystą jak Eric Clapton, ale przez dwadzieścia lat od nagrania oryginału sporo się nauczył. Na jednym z charytatywnych koncertów zagrał swój utwór a wokalistą w tym nagraniu jest Phil Collins.

Utwór: While My Guitar Gently Weeps
Album: White Album
Wykonawca: The Beatles
Wytwórnia: EMI / Apple
Rok: 1968
Numer: 724349689527
Skład: George Harrison – voc, g, hamm, b voc, John Lennon – g, Paul McCartney – b voc, bg, p, Ringo Starr – dr, perc, Yoko Ono – b voc, Eric Clapton – g.

Utwór: While My Guitar Gently Weeps
Album: Rootless Cosmopolitans
Wykonawca: Marc Ribot
Wytwórnia: Antilles / Island
Rok: 1990
Numer: 731451009129
Skład: Marc Ribot – g.

Utwór: While My Guitar Gently Weeps
Album: Guitar Heaven: The Greatest Guitar Classics Of All Time
Wykonawca: Carlos Santana feat. Yo-Yo Ma and India.Arie
Wytwórnia: Arista / Sony
Rok: 2010
Numer: 886977720727
Skład: Carlos Santana – g, Yo-Yo Ma – cello, India.Arie – voc, Tommy Anthony – g, Tim Pierce – g, Freddie Ravel – kbd, p, Matt Serletic – kbd, prog, Benny Rietveld – b, Dennis Chambers – dr, Karl Perazzo – perc, Raul Rekow – conga.

Utwór: While My Guitar Gently Weeps
Album: The Prince's Trust: Superstars In Concert (Phil Collins: Plays Well With Others: Live 1981 – 2002)
Wykonawca: George Harrison (VA, Phil Collins)
Wytwórnia: Rhino / Atlantic / Warner
Rok: 1987 (2018)
Numer: 0081227942052
Skład: George Harrison – g, voc, Phil Collins – voc, others.

12 października 2010

The Traveling Wilbury’s - Roy Orbison, Bob Dylan, Tom Petty, Jeff Lynne, George Harrison - The Traveling Wilbury’s Collection

Koncepcja stworzenia wirtualnych postaci rodziny Wilbury pozwoliła artystom uniknąć dyskusji na temat tego, kto jest tutaj ważniejszy. Nikt przecież nie robił w momencie wydania pierwszej płyty – Travelling Wilbury’s Volume 1 tajemnicy z tego, kto gra i śpiewa. Tego nie dałoby się i tak ukryć. Bob Dylan i Roy Orbisom operują niezwykle rozpoznawalną barwą głosu, której nie sposób nie rozpoznać.

Pomijając zawiłości prawne związane ze współpracą tak wielu znanych gwiazd związanych zapewne wieloletnimi kontraktami nagraniowymi można, i trzeba skupić się na finalnym produkcie muzycznym. Opisywane dziś wydawnictwo jest wspólną reedycją obu wydanych przez artystów płyt – Volume 1 i przewrotnie nazwanej Volume 3 drugiej płyty, wzbogaconą o zawierającą teledyski i film dokumentalny płytę DVD. Zawartość muzyczną wzbogacono odwa niepublikowane utwory z pierwszej sesji i dwa znane wcześniej z singli utwory z drugiej, których nie było w pierwotnym wydaniu długogrającym.

Zacznijmy więc od pierwszej płyty – Volume 1. Z muzycznego punktu widzenia, jeśli wierzyć informacjom z okładki, mamy do czynienia z kolektywnymi kompozycjami wszystkich członków zespołu. Być może tak jest, jednak w większości piosenek słychać dominujący styl wokalny Roya Orbisona, albo niezrównane mistrzostwo poetyckie nieco bardziej optymistycznego niż zwykle Boba Dylana.

Muzyka jest uniwersalna, ponadczasowa. Płyta powstała w końcu lat osiemdziesiątych, ale równie dobrze mogła zostać nagrana 20 lat wcześniej i 20 lat później. Taką muzykę albo się lubi, albo nie, trudno jej jednak odmówić uroku i walorów czysto użytkowych. Receptą na sukces tego rodzaju nagrań wydaje się być znalezienie złotego środka między banalną konfekcją muzyki ilustracyjnej a poetyckim mistrzostwem słowa wspartym dobrą melodią.

The Traveling Wilbury’s Volume 1 jest doskonałym przykładem jak można to zrobić. Ta płyta nie zmieni naszego życia, światopoglądu, spojrzenia na sztukę, czy historię muzyki. Nie każda płyta musi to jednak zrobić. Ta płyta robi coś dużo ważniejszego. Przynosi dużo przyjemności, tworzy dobry nastrój, nie jest ani przez chwilę banalna i zbyt prosta. To świetna muzyka na co dzień, dla każdego. Czy to możliwe? Widać, że tak, w takim składzie, przy doskonałej współpracy i bez żadnego komercyjnego przymusu to może się zdarzyć.

The Traveling Wilbury’s Volume 3 jest powtórką z rozrywki, drugą, gorszą częścią wybitnej pierwszej części. Gdyby istniała bez pierwszej, pewnie byłaby dużo lepsza… Bez Roya Orbisona jest uboższa. Jest też wyraźnie bardziej brytyjska. Wiele nagrań przypomina wczesnych The Beatles bardziej niż amerykański biały pop lat sześćdziesiątych.

A płyta DVD? Jak zwykle stanowi dodatek mający zainteresować kolekcjonerów. To nie zdarza się często – dodatek warty zainteresowania. Pomijając jakość rejestracji obrazu, którą można określić jako vintage, zawartość jest całkiem niezła. Owa wspomniana jakość obrazu może być zabiegiem celowym, bowiem z pewnością przynajmniej teledyski nakręcono w swoim czasie całkiem profesjonalnie. Zarówno film dokumentalny, jak i teledyski ogląda się z przyjemnością.

W sumie to dobrze wyceniony i starannie wydany zestaw, którym warto się zainteresować.

The Traveling Wilbury’s – Roy Orbison, Bob Dylan, Tom Petty, Jeff Lynne, George Harrison
The Traveling Wilbury’s Collection
Format: 2CD + DVD
Wytwórnia: Rhino
Numer: 081227998240