Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Larry Young. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Larry Young. Pokaż wszystkie posty

27 lipca 2014

Larry Young – Into Somethin’

Dawno, dawno temu, kiedy muzycy tej klasy spotykali się w studiu, w zasadzie nie było wątpliwości, że powstanie album co najmniej dobry. Dziś jest trochę inaczej, albumy w supergwiazdorskich składach raczej częściej się nie udają. 12 listopada 1964 roku w studiu Rudy Van Geldera w New Jersey spotkali się Larry Young, Grant Green, Sam Rivers i Elvin Jones. Taki skład gwarantował sukces. Autorski materiał powstał specjalnie na ten album. Większość napisał lider, a jedną z kompozycji – „Plaza De Toros” dorzucił Grant Green. Nowym człowiekiem w towarzystwie był Sam Rivers, pozostali znali się ze wspólnych nagrań i koncertów zespołu Granta Greena.

„Into Somethin’” to płytowy debiut Larry Younga w roli lidera w wytwórni Blue Note. Wcześniej nagrał kilka płyt dla Prestige, jednak to właśnie za sprawą Blue Note powstało dzieło życia tego muzyka – album „Unity”, nagrany zaledwie rok później. Larry Young nie jest jednak muzykiem jednej płyty – wspomnianego albumu „Unity”. Jego debiut w Blue Note to silna pozycja w dyskografii organisty.

„Into Somethin’” wypełniona jest autorskimi kompozycjami lidera. W niezliczonych produkcjach, w których był muzykiem towarzyszącym, tworzył fenomenalne tło dla innych, był jednak muzykiem niezwykle kreatywnym, przesuwając granicę możliwości organów Hammonda zdecydowanie poza ich miejsce wyznaczone przez takich gigantów jak choćby Jimmy Smith. W rękach Larry Younga Hammond nie był jedynie dostarczycielem basowego groove’u i zastępcą gitary basowej, lub kontrabasu. Larry Young już wtedy – w 1964 roku debiutując w roli lidera w Blue Note podążał w kierunku muzycznej awangardy odchodząc od klasycznego wzorca kwartetu z organami w roli głównej.

Co prawda ten album, to jeszcze kwartet organy – gitara – saksofon – perkusja, jednak to właśnie Larry Young już za kilka lat weźmie udział w takich wielkich sesjach, jak „Bitches Brew” Milesa Davisa, „Love Devotion Surrender” Johna McLaughlina i Carlosa Santany, czy kilku nagraniach zespołu Tony Williamsa.

Walka o tytuł najbardziej kreatywnego jazzowego organisty  lat sześćdziesiątych była niezwykle zacięta. Jimmy Smith ma na swoim koncie wiele płyt wyśmienitych, ale również całą masę miałkich i nic nie wartych prób zaistnienia na listach przebojów muzyki popularnej. Jack McDuff, Billy Preston, Dr. Lonnie Smith, to inni kandydaci. Pomijam tych muzyków, którzy na Hammondzie grywali przy okazji – jak choćby Herbie Hancocka, czy Joe Zawinula. Z nich wszystkich to właśnie Larry Young wydaje się być stylistycznie najbliżej zarówno jazzowego mainstreamu, jak i poszukującej, awangardy. W związku z tym to właśnie jemu należy się tytuł jazzowego organisty wszechczasów, a przynajmniej tego okresu, w którym ukazywały się jego największe nagrania, a „Into Somethin’” to początek tej niezwykłej kariery.

Larry Young
Into Somethin’
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724382173427

21 listopada 2011

Larry Young - Unity


Prawdopodobnie większość fanów jazzu kojarzy organy Hammonda z nagraniami Jimmy Smitha i ewentualnie stylistyką fusion w tej ciemniejszej, bliższej R&B odmianie. Larry Young to zupełnie inna liga, a „Unity” to z pewnością dzieło jego życia. Nie umniejszając tego, co dla tego instrumentu zrobili Jimmy Smith, Joey DeFrancesco, Lonnie Liston Smith, Dr. Lonnie Smith, czy nieco przez wielu zapomniana Rhoda Scott i wreszcie z różnych przyczyn działający jedynie na naszym lokalnym rynku Wojciech Karolak, to „Unity” jest prawdopodobnie najważniejszym nagraniem w historii jazzowych organów Hammonda. I chyba już na zawsze takim pozostanie. „Unity” jest więc tym dla tego instrumentu, co „Kind Of Blue” dla trąbki, „A Love Supreme” dla saksofonu, „A Night In Tunisia” dla perkusji, czy „Passion” dla skrzypiec…

To nie jest płyta wirtuozerska, demonstrująca możliwości instrumentu. To nie jest też album zbudowany wokół specyficznego wibrującego brzmienia obracającego się głośnika, tak jak wiele wczesnych płyt Jimmy Smitha. Larry Young jest liderem zespołu, a jego organy pełnoprawnym elementem muzyki, czasem na pierwszym planie, kiedy indziej raczej przesunięte do sekcji rytmicznej. To klasyczny post-bop, płyta, którą można śmiało postawić na półce obok solowych płyt Herbie Hancocka z tego samego okresu, czy nagrań kwintetu Milesa Davisa. Grając na organach Hammonda trudno uciec od brzmień R&B, dla Larry Younga są one jednak podstawą do abstrakcyjnych improwizacji. 20 letni w momencie nagrywania albumu Woody Shaw, który wkrótce stanie się ważnym uczestnikiem sceny free-jazzowej, wnosząc swoją wiedzę o awangardowej muzyce 20 wieku do projektów Andrew Hilla, Mala Waldrona, czy Erica Dolphy, proponuje w swoich kompozycjach, szczególnie w otwierającej album „Zoltan” struktury harmoniczne zdecydowanie odległe od tego co na organach grywał w tym czasie Jimmy Smith. Tytuł tej kompozycji prawdopodobnie pochodzi z inspiracji twórczością awangardowego węgierskiego kompozytora Zoltana Kodaly, którego partytury studiował młody Woody Shaw…

Nagranie powstało w 1965 roku, w czasach, kiedy Hammond był już pełnoprawnym jazzowym instrumentem od co najmniej 10 lat. Skład zespołu nieco zaskakuje. To mieszanka rutyny z młodością. To dzieło życia nie tylko Larry Younga, ale też jedno z najważniejszych nagrań wybitnego, a wtedy jeszcze mało znanego trębacza – Woody Shawa, który pierwszy solowy projekt zrealizuje dopiero kilka lat później. Pozostali członkowie zespołu – grający na tenorze Joe Henderson i Elvin Jones z pewnością zaliczyć mogą sesję „Unity” do bardzo udanych, jednak w ich dorobku jedną z wielu…

Repertuar jest dość zróżnicowany i prawdopodobnie, jak na wielu płytach nagranych w studiu Rudy Van Geldara w latach sześćdziesiątych został wybrany już w czasie trwania nagrania. Kompozycje Woody Shawa, prawdopodobnie napisane na z myślą o tym albumie uzupełnia jedna kompizycja Theloniousa Monka – „Monk’s Dream”, standard „Softly As In A Morning Sunrise” i jedna kompozycja Joe Hendersona.

„Unity” to jedna z tych sesji w studiu Rudy Van Geldera, kiedy udało się wszystko i kiedy zadziałała magia chwili i muzycy stworzyli zespół będący nie tylko sumą ich własnych muzycznych możliwości. To nie zbiór solówek zagranych na tle znanych tematów. To znacznie więcej…

„Unity” to dzieło kompletne, choć z pewnością można wskazać jego ważniejsze momenty. To z pewnością „Monk’s Dream” zagrany przez Larry Younga i Elvina Jonesa w duecie. W ten sposób można zagrać całą płytę… To pokazuje harmoniczny potencjał organów. To także solówki Joe Hendersona i Larry Younga w „Softly As In A Morning Sunrise”. Nawet w tak klasycznym utworze Woody Shaw potrafi pokazać, że można znany temat zagrać zupełnie inaczej… To wreszcie najbardziej klasycznie w sensie organizacji zespołu zagrane „The Moontrane”.

Jeśli chcecie mieć w swojej kolekcji jeden album Larry Younga, to z pewnością powinna to być właśnie płyta „Unity”. Jeśli chcecie mieć dwa, to bez wątpienia drugą powinien być jego debiut dla w Blue Note – „Into Somethin’”. W późniejszym okresie swojej kariery brzmienie organów Larry Younga utonęło gdzieś w rozbudowanych składach fusion. Znajdziemy go w składzie „Bitches Brew” Milesa Davisa i choćby „Love Devotion Surrender” Carlosa Santany i Johny McLaughlina. Zagrał też na kilku płytach zespołu Lifetime Tony Williamsa, w tym na wyśmienitej i niedocenianej „Ego”. Grał z Grantem Greenem klasyczne gitarowo-organowe duety. Zmarł w 1978 roku pozostawiając światu jednak przede wszystkim „Unity”.

Larry Young
Unity
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724349780828

02 maja 2011

Grant Green - Street Of Dreams

Dzisiejsza płyta, to jedna z licznie nagrywanych dobrych płyt Granta Greena z pierwszej połowy lat sześćdziesiątych. W tym okresie gitarzysta nagrał około 20 płyt, komponując różne, częto nietypowe składy instrumentalne. Sekcje rytmiczne składały się często nie tylko z gitary i kontrabasu, ale także można było w nich znaleźć wibrafon, a często również organy Hammonda. Trafiał się też fortepian. Czasem, choć niezbyt częto był też jakiś dodatkowy instrument solowy – na przykład saksofon – obsługiwany na przykład przez Ike Quebecka (jak na płycie Born To Be Blue).

Dzisiejsza płyta to właśnie jeden z tych nietypowych składów – oprócz gitary lidera formalnie solistą jest grający na wibrafonie Bobby Hutcherson. Sekcję rytmiczną – przynajmniej z nazwy tworzą grający na organach Larry Young i perkusista Elvin Jones. Ta z pozoru nietypowa konfiguracja muzyczna jest korzystna dla gitary Granta Greena. Pozbawienie sekcji kontrabasu i zastąpienie go organami Hammonda tworzy nie tylko unikalne brzmienie, ale pozwala liderowi rozwijać solówki bazujące na nietypowych rozwiązaniach rytmicznych bez wchodzenia w konflikt z rytmem wyznaczanym zwykle przez kontrabas.

Kilka miesięcy przed nagraniem dzisiejszej płyty powstała inna, być może nawet ciekawsza płyta Granta Greena z udziałem Bobby Hutchersona – Idle Moments. Obie pozycje zawierają z pozoru nieciekawy i nieznany repertuar, pokazują jednak, że w rękach kreatywnych muzyków nawet mało znane kompozycje potrafią zamienić się w dające wiele okazji do ciekawych improwizacji utwory.

Ciekawostką jest również udział w tym nagraniu Elvina Jonesa, którego część słuchaczy przyporządkowuje tylko do ostrego stylu znanego z jego nagrań z Johnem Coltrane’m. Należy jednak pamiętać o jego nagraniach z tego okresu z Kenny Burrellem (Guitar Forms) i Larry Youngiem na jego solowych płytach. Elvin Jones doskonale potrafi dopasować się do konwencji snującej się gdzieś poza podstawowym metrum sekcji rytmicznej, której puls wyznacza na dzisiejszej płycie Larry Young. Prawdopodobnie to właśnie nagrywanie dzisijeszej płyty stało się zaczątkiem współpracy Elvina Jonesa i Larry Younga, która nicały rok później doprowadziła do nagrania wyśmienitej płyty Larry Younga – Unity.

Na płycie znajdziemy jedynie 4 utwory, z których każdy trwa około 8 minut. Po latach nie udało się do żadnego mi znanego wydania dołożyć jakiś dodatkowych utworów, czy wersji alternatywnych. Tak więc muzyki jest mało, co nie znaczy, że płyta nie jest warta zainteresowania. Owe 4 utwory, to zamienione w pulsujące jazzowe wehikuły, zupełnie nieznane kompozycje rodem z ilustracyjnej muzyki telewizyjnej i teatralnej, z których jedynie jedna - Lazy Afternoon doczekała się kolejnego jazzowego wcielenia na płycie Wyntona Marsalisa – Hot House Flowers.

To niewątpliwie skład, który miał w 1964 roku wielki potencjał. Mimo świetnych fragmentów muzycznej interakcji, w szczególności między Grantem Greenem i Bobby Hutchersonem i wyśmienitej gry Larry Younga, to raczej potencjał zmarnowany. Mam wrażenie, że można było lepiej i ciekawiej w takim składzie. To nie jest zła płyta, jednak współpraca Larry Younga z Grantem Greenem udała się lepiej na płycie Granta Greena I Want To Hold Your Hand i momentami na płycie Larry Younga Into’ Somethin’. Kto chce mieć jedną lub dwie płyty Granta Greena – powinien zdecydowanie wybrać The Complete Quartets With Sonny Clark, Standards i Born To Be Blue. Dla fanów gitarzysty to oczywiście płyta obowiązkowa.

Grant Green
Street Of Dreams
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 5099926514222