Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reggie Workman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reggie Workman. Pokaż wszystkie posty

19 marca 2017

Trio 3 - Visiting Texture

Trio 3 niepostrzeżenie urasta do roli klasycznego, istniejącego w zasadzie od zawsze jazzowego zespołu, konsekwentnie podążającego wybraną dawno temu muzyczną drogą będącą wypadkową wielu doświadczeń swoich niezwykle utytułowanych członków. Trudno uwierzyć w upływ czasu, ale od nagrania pierwszego albumu mija właśnie 20 lat, a zapracowani muzycy wcale nie zamierzają zwalniać tempa. Ich pomysł na działalność pod nazwą Trio 3 jest dość oczywisty, choć wykonanie mistrzowskie. Mniej więcej od 10 lat zapraszali do wspólnych nagrań gości specjalnych, którzy wnosili do zespołu nowe pomysły i często młodzieńczą muzyczną energię, bowiem muzycy zespołu nie należą z pewnością do twórców młodego pokolenia.

W taki to sposób na kilku ostatnich płytach Trio 3 pojawili się Irene Schweizer, Jason Moran i Vijay Iyer. Szczególne miejsce zajmuje w tym gronie Geri Allen, bowiem z jej udziałem powstały już dwa albumy – „At This Time” i mój ulubiony z całej dyskografii zespołu – „Celebrating Mary Lou Williams”.

Tym razem, po raz pierwszy od 2009 roku muzycy postanowili zrezygonować z pomocy gości i wrócić do pierwotnego, trzyosobowego składu. W ten właśnie sposób powstał wypełniony niemal w całości ich własnymi kompozycjami album „Visiting Texture”.

Fenomen istnienia zespołu polega między innymi na tym, że wszyscy jego członkowie pozostają bardzo aktywnymi muzykami i uczestniczą w wielu różnych, często znanych muzycznych projektach, znajdując jednak czas na wspólne nagrania.

Saksofonista Oliver Lake jest jednym z założycieli World Saxophone Quartet – zespołu, który co prawda od paru lat istnieje tylko na papierze, nie nagrał bowiem od kilku lat żadnego nowego materiału, a wielu uważa pierwotny skład z Juliusem Hemphillem za jedyny słuszny, ale w obliczu działalności World Saxophone Quartet, udział w Trio 3 przez wiele lat można uznać za poboczną działalność Olivera Lake’a.

Perkusista Andrew Cyrille nagrywa sporo płyt pod swoim własnym nazwiskiem, uczestniczy w wielu sesjach, choć dla większości fanów jazzu pozostaje od lat muzykiem kojarzonym z Cecilem Taylorem. Współpraca z Cecilem Taylorem, podobnie jak z Milesem Davisem (z nim akurat Andrew Cyrille nigdy nie grał), jest odpowiednikiem roli popularnej postaci w telewizyjnym serialu, etykietką, której bardzo trudno pozbyć się w kolejnych dziesięcioleciach kariery. Istotnie – Andrew Cyrille uczestniczył w wielu nagraniach Cecila Taylora od połowy lat sześćdziesiątych do końca wieku, ale w tym samym czasie nagrywał również całe masy innego ciekawego materiału, więc z pewnością przypinanie mu etykietki perkusisty Cecila Taylora jest sporym nadużyciem, nawet jeśli to całkiem nobilitujący tytuł. Moim ulubionym albumem z bogatej dyskografii Andrew Cyrille’a jest płyta Billy Bange’a „A Tribute To Stuff Smith” z absolutnie niespodziewanym i niezwykłym gościnnym udziałem Sun Ra.

Najbardziej obszerny i różnorodny dorobek twórczy ma na swoim koncie Reggie Workman, choć i on nie uniknął w swoim muzycznym życiu swoistej serialowej roli, jako basista Johna Coltrane’a, nagrywając z nim „Africa Brass”, „Ole” i „Impressions”. Ze wszystkich trzech członków zespołu, to właśnie Reggie Workmana można nazwać typowym muzykiem sesyjnym – genialnym basistą do wynajęcia, który potrafi dostosować się do wielu różnych muzycznych stylów. Dla niego Trio 3 jest oprócz garści własnych albumów jedynym projektem autorskim od wielu lat.

„Visiting Texture” to kontynuacja programowej linii zespołu znanej od lat. Ten album nie jest w niczym lepszy od poprzednich, doskonałych nagrań trójki weteranów muzycznej sceny. Wyśmienite warsztatowo nagranie z odrobiną improwizacyjnego szaleństwa pokazuje obraz współczesnego jazzowego środka w najlepszym możliwym wykonaniu, próbując skutecznie pogodzić pragnienia słuchaczy oczekujących brzmieniowych szaleństw i awangardy spod znaku Cecila Taylora ze starą, dziś już klasyczną szkołą Jazz Messengers, których filarem przez lata był Reggie Workman.

Album jest wyśmienitym przykładem prawdopodobnie najciekawszego obecnie jazzowego tria bez fortepianu, zespołu tak demokratycznego, jak to tylko możliwe, opierającego swoją wielkość nie tylko na osobowościach muzyków i gości specjalnych, ale przede wszystkim na magicznym porozumieniu ludzi, którzy grają ze sobą już dwie dekady. Nie narzekam na gości specjalnych, ale w przypadku Trio 3 i ich pierwszego od ponad 10 lat nagrania bez udziału pianisty, nie brakuje mi w ich muzyce niczego, co mógłby dołożyć nawet najbardziej kreatywny wirtuoz klawiatury.

Trio 3
Visiting Texture
Format: CD
Wytwórnia: Intakt
Numer: CD 282/2017

24 lipca 2011

Freddie Hubbard - Hub-Tones

Freddie Hubbard urodził się 7 kwietnia 1938 roku w dość mało jazzowym w owym czasie Indianapolis w USA. Już jako dziecko biegle grał na trąbce. W 1958 roku znalazł się w Nowym Jorku, a jednym z jego pierwszych muzycznych przyjaciół stał się Eric Dolphy, z którym dzielił przez wiele miesięcy nie tylko zainteresowania muzyczne, ale również nowojorskie mieszkanie.

Pierwszą płytę solową nagrał w 1960 roku – „Open Sesame”. Lata sześćdziesiąte to bardzo owocny okres jego artystycznej biografii. Nagrał wtedy między innymi dziś opisywaną płytę „Hub-Tones”, jak i równie ważną dla jego solowego dorobku „The Artistry Of Freddie Hubbard”. 

Uczestniczył też w wielu ważnych sesjach nagraniowych innych muzyków, wśród których z pewnością cztery poniższe należą do absolutnego kanonu jazzu lat sześćdziesiątych. Owe perełki w dorobku Freddie Hubbarda jako sidemana to następujące albumy: Eric Dolphy – „Out To Lunch”, Ornette Coleman – „Free Jazz”, John Coltrane – „Ascension” i Olivier Nelson – „Blues And The Abstrach Truth”.

Jednak w latach siedemdziesiątych pogubił się nieco w atmosferze jazz-rocka usiłując skorzystać z fali popularności nowych brzmień i poszerzyć grono słuchaczy, co przekładało się oczywiście na sukces finansowy niekoniecznie związany z artystyczną doskonałością nagrań.

W kolejnych dziesięcioleciach, aż do śmierci w 2008 roku, powracał najczęściej do swojego własnego stylu, niewątpliwie bliskiego hard bopowi, jednak pozostającego w głównym nurcie jazzu, co czyni jego muzykę uniwersalną i bardziej odporną na upływ czasu. Często nagrywał i koncertował z kolegami z epoki lat sześćdziesiątych. W latach osiemdziesiątych grywał z Artem Blakey. Był formalnie członkiem formacji Jazz Messengers od 1961 do 1966 roku – czyli w okresie, kiedy nagrał swoje najważniejsze płyty solowe.

Z późniejszych nagrań najciekawszym wydaje się nagrany w 1992 roku album koncertowy „Live At Fat Tuesday’s” (2CD). Na rynku można też znaleźć niezbyt oficjalne nagranie z jego koncertu w Warszawie – „Live At The Warsaw Jazz Festiwal”, gdzie występował w 1991 roku. Pierwszym muzycznym idolem Freddie Hubbarda był Clifford Brown. W późniejszym okresie kariery Hubbard wielokrotnie w wywiadach podkreślał, że nie był w stanie nawet zbliżyć się do tonu i technicznej doskonałości gry swojego idola.

Po przeprowadzce do Nowego Jorku na początku lat sześćdziesiątych znalazł się pod silnym wpływem Sonny Rollinsa. Cenił też niezmiernie Theloniousa Monka, wielokrotnie wspominając jego słynną radę – Don’t play chords, You’ve to play some ideas…Freddie Hubbard nie był muzycznym nowatorem. Nie każdy musi nim być. Był za to jednym z najważniejszych trębaczy hard bopu.

Płyta „Hub-Tones” została nagrana w studiu Rudy Van Geldera – jak wiele pozycji z katalogu Blue Note z tego okresu – w czasie jednej długiej nocnej sesji 10 października 1962 roku. Program płyty to kompozycje lidera, uzupełnione o umieszczony na początku płyty standard „You’re My Everything”. To z pewnością nie brak własnych pomysłów muzycznych, a względy komercyjne skłoniły Freddie Hubbarda do umieszczenia na początku płyty znanej już potencjalnym klientom melodii.

Najważniejszą kompozycją lidera na „Hub-Tones” jest z pewnością ballada „Lament For Booker”dedykowana pamięci zmarłego prawie dokładnie rok przed nagraniem płyty trębacza Bookerowi Little. „Hub-Tones”, to oprócz wybornych kompozycji i gry lidera, także dzieło życia Jamesa  Spauldinga, saksofonisty raczej drugiego planu, którego pamiętam oprócz „Hub-Tones” tylko ze świetnej gry na płycie „Standards” Lee Morgana. Na „Hub-Tones” Spaulding sięga też często po flet, momentami dotrzymując kroku improwizującemu liderowi.

„Hub-Tones” to również jedno z pierwszych nagrań Herbie Hancocka, jednak jego rola sprowadza się do dowodzenia sekcją rytmiczną, którą tworzą Reggie Workman (kontrabas) i Clifford Davis (perkusja). „Hub Tones” powstała krótko po wydaniu debiutanckiej płyty Hancocka – „Takin’ Off” i sesji z Donaldem Byrdem pod koniec 1961 roku. Spore fragmenty muzyki na płycie sprawiają wrażenie wcześniej zaaranżowanych. Freddie Freddie Hubbard i James Spaulding grywali jednak wcześniej sporo koncertów razem, więc być może jest to efekt muzycznego porozumienia wynikającego ze wspólnego estradowego doświadczenia, a nie staranne rozpisanie na głosy partii solowych doprowadziło do takiego muzycznego zespolenia. Mimo dobrego składu zespołu, „Hub-Tones” to przede wszystkim płyta Freddie Hubbarda. Zespół pozostaje tłem dla jego popisów solowych. Herbie Hancock dostaje ważną dla siebie szansę w zamykającej płytę kompozycji Freddie Hubbarda „For Spee’s Sake”.Trąbka Freddie Hubbarda brzmi w niezwykle charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny sposób. To zdecydowany, choć w pełni kontrolowany atak, dobra technika i stabilny zdecydowany ton.
Mimo deklarowanej fascynacji brzmieniem Clifforda Browna, Hubbard pozostaje daleki od technicznej wirtuozerii i fajerwerków technicznych dbając o dźwięk każdej nuty.

Edycja na płycie kompaktowej zawiera alternatywne wersje 3 utworów z oryginalnego programu płyty, które są równie dobre jak te wybrane do pierwszego wydania. Te wersje alternatywne są muzycznie odmienne, różnią się kolejnością partii solowych i równie dobrze mogłyby znaleźć się na pierwotnym wydaniu. Warto więc skupić się na wersji CD, mimo z definicji nieco gorszej jakości dźwięku – to prawie 30 minut dodatkowej świetnej muzyki.

Freddie Hubbard
Hub-Tones
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 077778411529

24 maja 2011

Freddie Hubbard - Here To Stay

Przykładów wspólnych nagrań Freddie Hubbarda i Wayne Shortera znajdziemy w dyskografii obu muzyków wiele. Godne uwagi płyty to choćby The All Seeing Eye, The Soothsayer czy Speak No Evil – Wayne Shortera, The Body & The Soul lidera dzisiejszego albumu, czy wspólne nagraniu z Art Blakey’s Jazz Messengers, czy nieco późniejsze z V.S.O.P. Herbie Hancocka. Czy dzisiejsza płyta jest od nich lepsza? A może gorsza? Nie sposób dokonywać takich klasyfikacji. Muzyka jest emocją chwili, każda płyta ma swój właściwy moment.

Na Here To Stay mój moment był wczoraj. Nie słuchałem tej płyty wiele lat i żałuję, że nieco o niej zapomniałem. Wayne Shorter wydaje się być bowiem dużo lepszym partnerem dla Freddie Hubbarda, niż nieco wcześniej z nim nagrywający James Spaulding, Hank Mobley, czy John Gilmour. Mimo tego, że przez większość czasu pozostaje w cieniu i jego solówki są krótsze niż lidera, to jednak oba głosy doskonale do siebie pasują. Wayne Shorter ma na tej płycie zaskakująco jak na siebie miekki ton, a jego frazy są wyciszone, stonowane, tak jakby chciał pozostawić całą scenę dla lidera (choćby w kompozycji lidera Nostrand And Fulton). Freddie Hubbard skrupulatnie z tej szansy korzysta. Nie gra też być może jakoś szczególnie żywiołowo, skupiając się na brzmieniu każdej nuty.

Trzeba pamiętać, że mimo tego, ze w czasie nagrania dzisiejszej płyty miał jedynie 24 lata, był już doświadczonym muzykiem ze sporym dorobkiem nagraniowym. W tym wieku być liderem, autorem części repertuaru płyty i jej najważniejszym solistą nie było zapewne łatwo. Talent Freddie Hubbarda rozwijał się wtedy bardzo szybko. Wystarczy porównać Body And Soul z 1962 roku (Here To Stay) z nagraną zaledwie kilka miesięcy później, również w towarzystwie Wayne Shortera wersją z płyty The Body & The Soul.

Trzeba pamiętać, że muzycy znali się doskonale z wielu wspólnych koncertów w zespole Jazz Messengers Arta Blakey’a.

Otwierająca płytę kompozycja lidera – Philly Mignon to pokaz jego możliwości technicznych, to szybkie tempo i wiele nut zagranych w sposób być może nieosiągalny dla wielu trębaczy z większym doświadczeniem.

We wszystkich kompozycjach swoją inwencją zdumiewają nie tylko Freddie Hubbard i Wayne Shorter, ale także, co nieco w tej konfiguracji niespodziewanie Cedar Waldon (fortepian). Sekcja – Reggie Workman (kontrabas) i Philly Joe Jones (perkusja), to skład, który nie mógł zawieść.

Dzisiejsza płyta, to kolejny przykład tego, jak dużo wyśmienitej muzyki powstawało na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w studiu Rudy Van Geldera. Album musiał czekać na swoją premierę grubo ponad 10 lat. Wcześniej ukazywały się inne wyśmienite sesje Freddie Hubbarda zarejestrowane przez Rudy Van Geldera dla Blue Note.

Freddie Hubbard
Here To Stay
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 094636266121