Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philly Joe Jones. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philly Joe Jones. Pokaż wszystkie posty

07 września 2015

Clark Terry With Thelonious Monk - In Orbit

Ten album jest cały wypełniony pierwszymi, jedynymi i nadzwyczajnymi wydarzeniami. Nagrania pochodzą z 1958 roku i jest to pierwsza ważna jazzowa produkcja z flugelhornem, lub jak kto woli – skrzydłówką w roli głównej. Dyskusjom na temat podobieństw konstrukcyjnych i technicznych tego ciągle dość egzotycznego instrumentu do najbardziej klasycznej trąbki nie ma końca. Faktem jest, że prawie każdy jazzowy trębacz sięga czasem po flugelhorn, poszukując nieco ciemniejszego brzmienia. Technika gry jest dość podobna, więc właściwie daje się to zrobić z marszu. Jednak przez Clarkiem Terry nikt nie zagrał całego albumu na tym instrumencie, a nawet jeśli to zrobił, to nie wyszło to mu tak dobrze.

Już sam ten fakt umieściłby „In Orbit” w podręcznikach historii jazzu. Na tym jednak lista owych „naj…” związanych z tą niezwykłą płytą się nie kończy. To bowiem również pierwsza sesja wytwórni Riverside, na której zagrał basista Sam Jones, który stał się już kilka miesięcy później filarem zespołu Juliana Cannonballa Adderleya, nagrywając z nim wiele płyt dla tej wytwórni, w tym tak ważne, jak choćby „Jazz Worshop Revisited”, czy „Portrait Of Cannonball”. Nagrał też kilka autorskich albumów dla Riverside.

Gościnny występ Theloniousa Monka wydaje się być zaskakujący, jednak znawcy twórczości pianisty wiedzą, że zawsze wielką estymą darzył Clarka Terry i z pewnością nie trzeba go było długo na tą sesję namawiać, choć należał do pianistów, którzy nieczęsto grali na gościnnych występach. „In Orbit” jest jedynym albumem w katalogu Riverside z gościnnym udziałem Monka, mimo tego, że jego kontrakt trwał aż sześć lat i należał do najlepszych lat jego muzycznej aktywności, dając światu między innymi „Brilliant Corners”, „At The Blackhawk”, czy „Thelonious Monk With John Coltrane”. Na sesję Monk przyniósł jedną ze swoich kompozycji – „Let’s Cool One”, był niezwykle, przynajmniej jak na siebie wyluzowany i jak po latach wyznał Orrin Keepnews, producent albumu, zgodził się zagrać za niewiele odbiegające od minimalnej stawki związkowej wynagrodzenie. Swój podziw dla muzyki Clarka Terry, pianista wyraził zapraszając go do zagrania solówki w „Bemsha Swing” na albumie „Brilliant Corners” w 1956 roku.

Kończąc listę owych pierwszych i jedynych, towarzyszącą temu wyśmienitemu albumowi – warto również przypomnieć, że to chyba jedyny raz, kiedy zagrali razem w studio Thelonious Monk i Philly Joe Jones.

Fakt, że momentami Clark Terry brzmi jak Clifford Brown nie powinien nikogo dziwić, takie były czasy, w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych Clifford Brown był jednym z najważniejszych trębaczy, a hard-bop najmodniejszym stylem na Wschodnim Wybrzeżu.

„In Orbit” na stałe wprowadził flugelhorn na listę jazzowych instrumentów. Jest również doskonałym przykładem jak muzycy, którzy nie grają ze sobą niemal wcale, potrafią porozumieć się w studio, nie tylko grając znany wszystkim repertuar oparty na standardach, ale również wykonując muzykę, którą po raz pierwszy usłyszeli dopiero w czasie sesji nagraniowej.

Ten album to unikalne połączenie brzmienia nietypowego instrumentu, jakim jest flugelhorn, niespodziewanie lekko grającego Theloniousa Monka, doskonałej sekcji z wyśmienitymi solówkami Philli Joe Jonesa (posłuchajcie jedynej na płycie kompozycji Monka – „Let’s Cool One”), bluesa i jazzowych emocji. Z pewnością wart jest uwagi nie tylko ze względu na swoją historię, ale przede wszystkim dlatego, że to wyśmienita muzyka.

Clark Terry With Thelonious Monk
In Orbit
Format: CD
Wytwórnia: Riverside / Fantasy
Numer: 02521863022

08 lutego 2015

Clark Terry with Thelonious Monk – In Orbit

Ten album jest nietypową, zasługującą na uwagę pozycją w dyskografii Clarka Terry i Theloniousa Monka. Dla tego drugiego – jest jednym z nielicznych nagrań, w których uczestniczył jako klasyczny sideman. Tym samym „In Orbit” można wymienić jednym tchem z takimi albumami, jak „Bags Groove” Milesa Davisa, „Art Blakey’s Jazz Messengers with Thelonuious Monk”, czy „Moving Out” Sonny Rollinsa. Thelonious Monk nigdy nie ukrywał, że jest fanem Clarka Terry. Jako sideman nagrywał niezbyt często, a jeśli nie liczyć jednego z koncertowych albumów Arta Blakey’a z 1971 roku, to właśnie sesja „In Orbit” była ostatnim nagraniem Theloniousa Monka w roli gościa.

Najważniejszym wyróżnikiem tej płyty, który sprawia, że jest wyjątkowa jest fakt, że Clark Terry zagrał ten album w całości na fluegelhornie, instrumencie zarówno przed 1958 rokiem, jak i po nagraniu „In Orbit” nieczęsto używanym jako podstawowy dla brzmienia całego albumu. Dziś oczywiście takich eksperymentów jest więcej, jednak w 1958 roku to z pewnością było coś niespotykanego.

Za pomocą tego albumu, a w szczególności takich kompozycji, jak „Pea-Eye”, czy „Buck’s Business” Clark Terry udowodnił, że odpowiednio potraktowany fluegelhorn to nie tylko łagodnie brzmiąca, balladowa wersja trąbki używana przez mistrzów tego instrumentu od czasu do czasu do zagrania jakiejś ballady, ale instrument, który żyje własnym życiem również w szybszych tempach.

„In Orbit” to również spełnienie wielkiego marzenia Philly Joe Jonesa o nagraniu płyty z Theloniousem Monkiem. Obaj muzycy zagrali razem chyba tylko ten jeden jedyny raz. Współpraca Monka z Clarkiem Terry również miała w zasadzie charakter okazjonalny i raczej koncertowy, a rozpoczęła się w niemal dwa lata przed nagraniem „In Orbit” przy okazji albumu „Brilliant Corners” Monka, na którym Clark Terry zagrał solo na trąbce w „Bemsha Swing”.

Oczywiście na „In Orbit” można spojrzeć jak na muzyczną ciekawostkę. Można skrytykować fakt, że udział Theloniousa Monka ogranicza się w zasadzie do jednej, wyśmienitej solówki w „One Foot In The Gutter” i odświeżenia jego jedynej kompozycji na płycie – „Let’s Cool One”. Można uznać, że w zasadzie dla żadnego z muzyków nie była to najbardziej udana sesja. Niektórzy uważają, że Clark Terry swoje najlepsze lata spędził pod opieką Duke’a Ellingtona. Z pewnością Sam Jones i Philly Joe Jones mają w swoich dyskografiach wiele ważniejszych nagrań (jeśli pominąć fakt, że dla Philly Joe nagranie z Monkiem było spełnieniem wielkiego marzenia).

„In Orbit” jest jednak ważnym w dyskografii całej czwórki muzyków, którzy nigdy przedtem, ani później nie spotkali się w takim składzie. Być może dla każdego z nich z innego powodu, ale jednak ważnym. Dla nas dziś to nagranie ważne historycznie, ale przede wszystkim ciągle niezwykle intrygujące.

Clark Terry with Thelonious Monk
In Orbit
Format: CD
Wytwórnia: Riverside / Fantasy / OJC
Numer: 02521863022

23 listopada 2011

Lee Morgan – Indeed!

„Indeed!” jest oficjalnym debiutem nagraniowym Lee Morgana. Materiał został zarejestrowany 4 listopada 1956 roku w studiu Rudy Van Geldera w Hackensack. Dzień później zarejestrowano materiał wydany nieco wcześniej jako „Introducing Lee Morgan”. Nagranie jest również typową sesją, jakich wiele zarejestrowano w studiu Rudy Van Geldera w połowie lat pięćdziesiątych. Gdyby sprawdzić w kalendarzu, być może w tym samym tygodni znaleźlibyśmy jeszcze ze dwie równie wyśmienite sesje w tym studiu. Ta płyta brzmi dokładnie tak, jak opisuje ją okładka.

Lee Morgan gra wyśmienicie, choć momentami nieco niepewnie. W końcu to jego debiut w roli lidera. Jeśli wierzyć skrupulatnym biografon jazzu lat pięćdziesiątych, to była naprawdę pierwsza wizyta Lee Morgana w profesjonalnym studiu nagraniowym. Kilka miesięcy później miał swój znaczący wkład w nagranie jazzowego klasyka – albumu „Blue Train” Johna Coltrane’a.

Całość realizacji sugeruje, że trąbka i saksofon tenorowy walczyły o jeden mikrofon. W wielu momentach solówka rozpoczyna się gdzieś daleko od mikrofonu, aby po paru taktach się do niego zbliżyć. Na tej płycie nie znajdziemy też kompozycji autorstwa lidera. W momencie nagrania tej płyty miał jedynie 18 lat, komponować zaczął dopiero kilka lat później. Na płycie zarejestrowano utwory autorstwa Horace Silvera, Benny Golsona, Owena Marshalla i Donalda Byrda. To typowe utwory ery hard-bopu. Nie znajdziemy tu chwytliwych przebojów, ani tandetnych melodii z Broadwayu, które były typowymi wypełniaczami ówczesnych jazzoych sesji. To akurat należy zaliczyć zdecydowanie na plus liderowi, który zapewne samodzielnie wybierał repertuar. Do gry Lee Morgana na trąbce zastrzerzeń mieć nie można, choć z wiekiem, co typowe dla trębaczy, jego ton zyskał wiele pewności.

Clarence Sharpe – mnie znany saksofonista, którego oprócz tej płyty pamiętam chyba tylko z nagrań z Archie Sheppem gra tyle ile potrzeba i nie usiłuje walczyć z liderem parafrazując jego solówki, co często zdarza się saksofonistom na płytach trębaczy, bowiem zwykle w typowym schemacie utworów grają solówki zaraz po liderze…  Nie ma w jego grze nic rewelacyjnego, ale też nie można jej nic zarzucić. Zatem znowu plus.

Horace Silver – jest uczestnikiem sesji, tylko tyle i aż tyle. Raczej nie wtrąca się, pozostając liderem sekcji rytmicznej.. Czyli znowu plus.

Wilbur Ware – kontrabasista, który nagrał setki sesji w bardzo różnych stylach i składach personalnych – jak to kontrabasista. Ale kiedy dostaje swoją przestrzeń – jak w kompozycji „Little T” Donalda Byrda, gra wyśmienite solo. W dodatku w wydaniu remasterowanym z serii Rudy Van Gelder Edition w alternatywnej wersji tej kompozycji gra zupełnie inną, ale równie wyśmienitą solówkę.

I wreszcie Philly Joe Jones – perkusista. Bez komentarza. Jest i jakby go nie było, czyli spełnia swoją funkcję i daje nam dokładnie to, za co wziął swoją dzienną stawkę. Czyli piąty plus.

Tak więc to wyśmienita płyta, choć z pewnością Lee Morgan ma na swoim koncie ciekawsze pozycje solowe, jak choćby przebojowe „The Sidewinder”, oraz „Tomcat”, „Candy” czy „Delightfulee”. Wszystkim tym albumom należy się zaszczytne miejsce w historii muzyki jazzowej i każdej dobrze przemyślanej kolekcji jazzowych nagrań. Stali czytelnicy wiedzą, że Lee Morgan walczy u mnie o tytuł ulubionego trębacza z Cliffordem Brownem, więc przeczytacie na blogu również o jego innych płytach:

Lee Morgan
Indeed!
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 094639278121

24 maja 2011

Freddie Hubbard - Here To Stay

Przykładów wspólnych nagrań Freddie Hubbarda i Wayne Shortera znajdziemy w dyskografii obu muzyków wiele. Godne uwagi płyty to choćby The All Seeing Eye, The Soothsayer czy Speak No Evil – Wayne Shortera, The Body & The Soul lidera dzisiejszego albumu, czy wspólne nagraniu z Art Blakey’s Jazz Messengers, czy nieco późniejsze z V.S.O.P. Herbie Hancocka. Czy dzisiejsza płyta jest od nich lepsza? A może gorsza? Nie sposób dokonywać takich klasyfikacji. Muzyka jest emocją chwili, każda płyta ma swój właściwy moment.

Na Here To Stay mój moment był wczoraj. Nie słuchałem tej płyty wiele lat i żałuję, że nieco o niej zapomniałem. Wayne Shorter wydaje się być bowiem dużo lepszym partnerem dla Freddie Hubbarda, niż nieco wcześniej z nim nagrywający James Spaulding, Hank Mobley, czy John Gilmour. Mimo tego, że przez większość czasu pozostaje w cieniu i jego solówki są krótsze niż lidera, to jednak oba głosy doskonale do siebie pasują. Wayne Shorter ma na tej płycie zaskakująco jak na siebie miekki ton, a jego frazy są wyciszone, stonowane, tak jakby chciał pozostawić całą scenę dla lidera (choćby w kompozycji lidera Nostrand And Fulton). Freddie Hubbard skrupulatnie z tej szansy korzysta. Nie gra też być może jakoś szczególnie żywiołowo, skupiając się na brzmieniu każdej nuty.

Trzeba pamiętać, że mimo tego, ze w czasie nagrania dzisiejszej płyty miał jedynie 24 lata, był już doświadczonym muzykiem ze sporym dorobkiem nagraniowym. W tym wieku być liderem, autorem części repertuaru płyty i jej najważniejszym solistą nie było zapewne łatwo. Talent Freddie Hubbarda rozwijał się wtedy bardzo szybko. Wystarczy porównać Body And Soul z 1962 roku (Here To Stay) z nagraną zaledwie kilka miesięcy później, również w towarzystwie Wayne Shortera wersją z płyty The Body & The Soul.

Trzeba pamiętać, że muzycy znali się doskonale z wielu wspólnych koncertów w zespole Jazz Messengers Arta Blakey’a.

Otwierająca płytę kompozycja lidera – Philly Mignon to pokaz jego możliwości technicznych, to szybkie tempo i wiele nut zagranych w sposób być może nieosiągalny dla wielu trębaczy z większym doświadczeniem.

We wszystkich kompozycjach swoją inwencją zdumiewają nie tylko Freddie Hubbard i Wayne Shorter, ale także, co nieco w tej konfiguracji niespodziewanie Cedar Waldon (fortepian). Sekcja – Reggie Workman (kontrabas) i Philly Joe Jones (perkusja), to skład, który nie mógł zawieść.

Dzisiejsza płyta, to kolejny przykład tego, jak dużo wyśmienitej muzyki powstawało na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w studiu Rudy Van Geldera. Album musiał czekać na swoją premierę grubo ponad 10 lat. Wcześniej ukazywały się inne wyśmienite sesje Freddie Hubbarda zarejestrowane przez Rudy Van Geldera dla Blue Note.

Freddie Hubbard
Here To Stay
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 094636266121