Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Wendt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Wendt. Pokaż wszystkie posty

11 stycznia 2021

Tomasz Wendt – Chapter B.

Wykorzystuję ostatnią możliwą szansę w 2020 roku, żeby album Adama Wendta pokazać w cyklu Płyta Tygodnia. Album, który dotarł do mnie całkiem niedawno, ukazał się w 2019 roku, więc już za tydzień miałby rocznikowo 2 lata, przez co byłby zdecydowanie za stary na Płytę Tygodnia. Co nie znaczy, że w przyszłym tygodniu muzyka zapisana na tym krążku straci na wartości. Tak się nie stanie, jednak reguły Płyty Tygodnia mimo tego, że traktuję je dość elastycznie, muszą pozostać określone. Płyta Tygodnia to nowości wydawnicze warte wysłuchania. Dlatego też ostatni tydzień 2020 roku wykorzystuję na album „Chapter B.” i definitywnie kończę rok 2019 w tym cyklu. To wcale nie oznacza, że inne płyty z 2019 roku nie są warte Waszej uwagi. Wśród tysięcy jazzowych płyt, które ukazywały się i ukazują niemal codziennie jest wiele takich, o których istnieniu po prostu nie wiem, na które zabrakło mi pieniędzy a wydawcom pomysłu, żeby podarować mi egzemplarz promocyjny. Nie mam do nikogo żalu, ale na wszystkie dobre płyty nie mam zwyczajnie budżetu, a przede wszystkim czasu. Nie da się z uwagą posłuchać wszystkich dobrych płyt. To zadanie niewykonalne. Jeśli zatem nie znajdziecie w cyklu Płyta Tygodnia swoich ulubionych płyt, nie oznacza to, że ich nie lubię, ale być może zwyczajnie nie znam. Choć w 2020 roku, tak jak w każdym poprzednim trafiłem na albumy, o których istnieniu chciałbym zapomnieć i na pewno do nich nie wrócę, jednak żadną siłą nie wydobędziecie ze mnie nigdy informacji jakie to nagrania. Polecam to co mi się podoba, nigdy nie odradzam tego, co do mnie nie trafia. Tego w zasadzie nie powinno się robić.

Wróćmy jednak do wyśmienitej płyty „Chapter B.”. Przyznam od razu na początku, że gdyby dał mi do posłuchania ten album w ślepym teście, uznałbym, w szczególności, jeśli taki test pominąłby krótki utwór „Opening” otwierający płytę, że to album na którym liderem jest skrzypek. Daję sobie jakieś 60 procent szans, że gdybym miał rozpoznać muzyka, prawidłowo wybrałbym Mateusza Smoczyńskiego. Nie oznacza to, że lider – Tomasz Wendt – gra jakoś słabo, albo za mało. To pewnie wina mojego nastawienia. Jeśli słyszę skrzypce, od razu za nimi podąża moja muzyczna myśl. A Smoczyński gra doskonale.

Ten album to równowaga, znakomite wykorzystanie brzmień syntetycznych w połączeniu z saksofonem i skrzypcami. To niezwykle dojrzałe nagranie. Drugi autorski album Tomasza Wendta, z pewnością nie było łatwo. Doskonale przyjęty debiut – „Behind The Strings” i nieuchronne porównania do utytułowanego ojca Adama Wendta z pewnością nie ułatwiły liderowi zadania.

Nietypowy skład zespołu bez gitary basowej lub kontrabasu pozostawił w przestrzeni muzycznej miejsce na skrzypce, co rozwiązuje zagadkę – słuchając albumu po raz pierwszy pomyślałem, że to mógłby być album Mateusza Smoczyńskiego. Warto również zauważyć, że album wypełniony jest w całości autorskimi kompozycjami lidera, które doskonale sprawdzają się w przyjętej konwencji nowoczesnego europejskiego mainstreamu w ciekawym składzie instrumentalnym kwartetu bez kontrabasu. Tomasz Wendt staje się powoli nie tylko saksofonistą zapraszanym przez wielu nieco bardziej doświadczonych artystów, ale również kompozytorem i liderem własnego składu z precyzyjnie określoną wizją autorskiej muzyki. Biorąc pod uwagę ilość projektów, w których uczestniczą muzycy składu odpowiedzialnego za nagranie albumu, raczej nie spodziewam się dużej ilości koncertów i kolejnych nagrań w podobnym zestawieniu, jednak jeśli takie nastąpią, ja już ustawiam się w kolejce.

Tomasz Wendt
Chapter B.
Format: CD
Wytwórnia: SJ Records
Data pierwszego wydania: 2019
Numer: 5912596066832

27 października 2013

Generation Next – Live At Jazz Nad Odrą

„Live At Jazz Nad Odrą” to niezwykle krzepiące dzieło. Zjawisko kulturowe, a właściwie społeczne warte odnotowania. Zanim przejdę do muzyki, nieco o personaliach. Dawno, dawno temu, za górami i lasami, a raczej w czasach, kiedy udawaliśmy, że pieniądze są coś warte, a wiele zakładów pracy udawało, że pracuje, być muzykiem jazzowym to było coś. Przyznanie magicznego certyfikatu przez szanowaną niekoniecznie w kręgach artystycznych komisję oznaczało awans społeczny, możliwość wyjazdów zagranicznych, no i oczywiście odpowiednie uwielbienie w kręgach wszelakich. Wystarczyło powiedzieć – jestem muzykiem i to nie byle jakimś tam, tylko jazzowym, czyli zajmuję się sztuką wyższą, co oznaczało – jeśli nie rozumiecie mojego grania, to Wy się nie znacie…

Dziś jest nieco inaczej. Sporo głosów, że pieniędzy w jazzie nie ma, bo mecenat państwowy to bajki z zamierzchłych czasów, a prywatny jakoś daje na coś innego częściej. Do tego jeszcze nie tylko nie ma za co grać, ale też gdzie grać, bowiem na przykład w Warszawie klubu jazzowego z prawdziwego zdarzenia nie ma. Nie da się tylko narzekać, że nie ma na czym grać, bo wszelakie instrumenty da się zamówić o każdej porze dnia i nocy.

W związku z tym granie jazzu stało się misją. Jednak w tej misji musi być coś atrakcyjnego, skoro czterem muzykom udało się skutecznie owym bakcylem w dodatku połączonym z talentem zarazić swoich synów. Kiedyś z pokolenia na pokolenie przekazywało się warsztat szewski, albo szklarnię, a także niektóre kantorki przyporządkowane do zawodów, w których konkurencji nie ma – jak wśród notariuszy, czy w pewnej mierze dentystów. W ten sposób powstawały niemałe rodzinne majątki.

W muzycznej sukcesji mowy o majątku raczej nie ma, choć życzę spokojnych materialnie warunków do uprawiania sztuki każdemu utalentowanemu muzykowi. Jest za to wiele możliwości przekazywania nie tylko poprzez geny, ale również wychowanie od najmłodszych lat, a także nieco bardziej formalne edukowanie tego wszystkiego, co w naszej ukochanej muzyce najlepsze.

Tak więc czterech synów swoich słynnych ojców - Piotr Schmidt, Tomasz Wendt, Jacek Namyslowski i Gabriel Niedziela w towarzystwie sekcji w postaci Francesco Angiuli i Arka Skolika postanowiło udowodnić, że potrafią. I potrafią. To zdecydowanie moja muzyka i mam nadzieję, że będzie również Waszą. Muzyka zespołu o wiele znaczącej nazwie Generation Next jest absolutnie ponadczasowa, niezależna od chwilowej mody, czy spojrzenia na to, co akurat może się sprzedać. A ponadczasowe bywają płyty największych, to albumy do których często wracamy po latach.

Nikt nie potrafi przewidzieć, czy „Live At Jazz Nad Odrą”, który w dodatku tylko w połowie powstał we Wrocławiu, będzie albumem który wytrzyma próbę czasu i będzie brzmiał równie dobrze za 20 lat. Wiem jednak, patrząc w przyszłość z optymizmem, że zamierzam sam to sprawdzić, co nie oznacza, że odłożę tą płytę na 20 lat na półkę. Z pewnością wrócę do niej wcześniej. Nawet jeśli połowa Jazzu Nad Odrą została nagrana w Warszawie.

Nie będę Wam opowiadał o konkretnych solówkach, bo jeszcze coś pokręcę i będzie afera. Opowiem Wam jednak o nieco innym spojrzeniu na ten album, do którego Was namawiam. Otóż dla mnie bohaterem tej płyty jest Gabriel Niedziela. W wybranej przez zespół konwencji gitara nie jest elementem wyznaczającym brzmienie. Spróbujcie jednak wyobrazić sobie ten album bez gitary. Straciłby tyle, ile każda wykwintna potrawa pozbawiona przypraw.

Gabriel Niedziela to muzyk niezwykły, którego po raz pierwszy usłyszałem na tej płycie i który jest dla mnie odkryciem tego roku na polskiej scenie. Nie każdy musi się popisywać. Nie na tym polega muzyka, przynajmniej ta, którą ja lubię. Czujność, timing i niezwykłe wyczucie frazy pozwala Gabrielowi Niedzieli zagrać tak niewiele, ale dokładnie tam gdzie trzeba i tak jak trzeba.

Możecie też zupełnie zignorować moje spojrzenie i posłuchać pełnej energii sekcji dętej, polując jednocześnie na możliwość posłuchania zespołu na żywo, bowiem ten album jest najlepszym zaproszeniem na koncerty zespołu i świetnym dowodem na to, że młode pokolenie bez uciekania do brzmieniowych eksperymentów potrafi zagrozić pozycji dawnych mistrzów, nawet jeśli to walka sympatyczna i przyjazna, rodzinna…

Generation Next
Live At Jazz Nad Odrą
Format: CD
Wytwórnia: SJ Records

Numer: 5902396066062