Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arek Skolik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arek Skolik. Pokaż wszystkie posty

02 czerwca 2020

Tomasz Grzegorski / Marcin Ślusarczyk / Tomasz Białowolski / Maciej Adamczak / Arek Skolik – To Muniak With Love

Czytam sporo jazzowych biografii. Zdecydowanie częściej wybieram muzykę, jednak z czasem przychodzi również potrzeba zrozumienia okoliczności powstania określonych dźwięków, a także zwyczajna ciekawość i chęć zajrzenia za kulisy tam, gdzie nie da się już zajrzeć osobiście. Część jazzowych książek jest moim zdaniem warta polecenia. Dlatego powstał nowy cykl recenzji jazzowych książek, który pod hasłem #czytamJAZZ znajdziecie na naszym radiowym kanale w serwisie YouTube. Skoro o muzyce można mówić i pisać, to o książkach można opowiadać na wizji.


W większości biografii wielkich amerykańskich gwiazd jazzu istnieje przynajmniej jedna opowieść o ważnym nauczycielu. Co dość symptomatyczne, gatunkowy ciężar opowieści o nauczycielach, tych formalnych związanych ze szkolną edukacją i tych zwykle ważniejszych – nieformalnych, których muzycy spotykają często już po rozpoczęciu profesjonalnej kariery rośnie wprost proporcjonalnie do „oficjalności” danej biografii. Jeśli książka jest oficjalna i powstała na podstawie wywiadów sporządzonych przez autora z muzykiem, lub, co jest zdecydowanie najlepsze – muzyk sam napisał swoją historię – wtedy rola mentora, często tylko odrobinę starszego i bardziej doświadczonego, ale zawsze mającego dar przekazywania trudnej do zdefiniowania istoty jazzu jest bardzo ważna.

W zasadzie nie spotkałem historii ogólnie znanej jazzowej postaci, która nie wymieniłaby choćby jednego z legendarnych muzyków, lub zupełnie nieznanych szerszej publiczności, ale wśród muzyków znanych powszechnie nauczycieli gry na instrumencie, jako niezwykle ważnych w ich rozwoju artystycznym.

W nieco mniejszym polskich środowisku jazzowym częściej słyszę historie o naszej doskonałej formalnej edukacji muzycznej. Historie o relacji mistrza z uczniem nie zdarzają się często. Polskie środowisko jest co najmniej o jedną generację młodsze niż amerykańskie. Sporo potencjalnych kandydatów na legendarnych edukatorów i nauczycieli zanim dorobili się takiej pozycji opuściło Polskę i nie mieli szansy wychować swoich następców. Pewnym wyjątkiem od tej historii jest działalność Janusza Muniaka. O jego podejściu do młodych muzyków i działalności związanej z krakowską piwnicą u Muniaka, która nosi dziś nazwę Jazz Club u Muniaka, słyszałem wiele historii. Na paru płytach znajdziecie nawet dedykacje i podziękowania za cenne wskazówki dla Janusza Muniaka.

Sam Janusz Muniak niestety nie udzieli już wskazówek żadnemu z młodych muzyków, zmarł w 2016 roku, jednak wielu zawdzięcza mu całkiem sporo. W tej grupie są autorzy płyty „To Muniak With Love” - Tomasz Grzegorski, Marcin Ślusarczyk, Tomasz Białowolski, Maciej Adamczak i Arek Skolik. Na nagranej przez nich niemal rok temu i wydanej jesienią ubiegłego roku płycie znajdziecie garść jazzowych standardów, zgaduję, że granych zgodnie ze wskazówkami ich mistrza, a może nawet granych kiedyś z nim, lub pod jego czujnym okiem w krakowskiej piwnicy, którą przez wiele lat artystycznie dowodził. Oczywiście każdy z tych wyśmienitych wielkich jazzowych utworów został wcześniej nagrany setki razy przez wszystkich wielkich improwizatorów. Na płycie „To Muniak With Love” nie znajdziecie przełomowych aranżacji, brawurowych solówek, czy jakiś zaskakujących dźwięków. Ten album to jazzowy klasyk, pokaz możliwości warsztatowych i muzycznej świadomości historii gatunku muzyków, którzy z pewnością jeszcze nie raz zaskoczą nas swoimi autorskimi dźwiękami. Ten album to symboliczne podziękowanie dla mistrza Muniaka, jego muzycznego świata i tego, co zrobił dla członków zespołu. Jak słychać, nauczył ich bardzo wiele. Nauczył ich przede wszystkim świadomości tego, że jazz to nie tylko dźwięki, ale też to co między nimi. Nauczył ich również tego, że jazz to gra zespołowa i że dzisiejsze nowoczesne granie nie powstało wczoraj. Nie jestem przeciwnikiem nowych dźwięków, ale one zawsze z czegoś wynikają.

Album „To Muniak With Love” to zbiór świetnie zagranych jazzowych klasyków. Podejrzewam, że mistrz byłby dumny ze swoich uczniów. Nazwiska autorów wpisuję na moją listę muzyków, których trzeba obserwować, a Tomaszowi Białowolskiemu gratuluję świetnie napisanej tytułowej ballady. Wielu światowej sławy jazzowych kompozytorów zaczynało właśnie w ten sposób – grając standardy i umieszczając jednocześnie swoje pierwsze utwory gdzieś na końcu dziś uważanych za klasyki jazzowych albumów sprzed lat.

Tomasz Grzegorski / Marcin Ślusarczyk / Tomasz Białowolski / Maciej Adamczak / Arek Skolik
To Muniak With Love
Format: CD
Wytwórnia: Jazz Sound
Data pierwszego wydania: 2019
Numer: 5908254159879

15 września 2019

Karolak Piano Trio - Moontag

Na Moontag” czekałem co najmniej 20 lat, a może i więcej. Czekałem od czasu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem na żywo Wojciecha Karolaka grającego na fortepianie jazzowe standardy. Pamiętam ten koncert, choć nie potrafię go powiązać z miejscem (było raczej kameralne) ani z pozostałymi muzykami na scenie. W mojej pamięci pozostał tylko Karolak i jego fortepian. Wreszcie dostałem długo wyczekiwaną płytę i w zasadzie wiedziałem co na niej usłyszę. Owa przewidywalność wcale mi nie przeszkadza. Jest pięknie, choć wybór utworów jest dość zaskakujący.

Niezbyt często grana kompozycja Duke’a Ellingtona i Billy Strayhorna „The Star-Crossed Lovers” opisywana czasem tytułem alternatywnym „Pretty Girl” jest częścią 12 częściowej suity „Such Sweet Thunder”, ale mało kto uznałby, że to najlepsza melodia Ellingtona, choć w wykonaniu tria Karolaka brzmi wybornie. Dlaczego nie „Solitude” albo „Black And Tan Fantasy”, czy „Sophisticated Lady” albo „In A Mellow Tone”? Każda z tych melodii zabrzmiałaby równie znakomicie jako otwierający album jazzowy standard.

Kiedy dowiedziałem się, że powstanie płyta „Moontag”, jedym z pierwszych utworów, na którego nagranie postawiłbym trochę grosza jest utwór tytułowy, bowiem to jedna z kompozycji Karolaka sprzed wielu lat, napisana chyba z myślą o Urszuli Dudziak i jej albumie „Future Talk”, choć pewnie grana wcześniej. Temat wracał kilka razy, przypomniany choćby przez Michała Urbaniaka i Adzika Sendeckiego w duecie na ich wspólnej płycie „Michal Urbaniak Recital Featuring Vladislav Sendecki – Piano”.


„Somnambulicy” Kurylewicza to wspomnienie jednego z pierwszych profesjonalnych nagrań Wojciecha Karolaka na fortepianie z zespołem Andrzeja Kurylewicza z 1961 roku – chciałoby się powiedzieć powrót do korzeni. Wcześniej przecież Karolak był saksofonistą. Kolejna umieszczona na „Moontag” kompozycja Kurylewicza „Obsession” jest jedynie 2 lata młodsza – pochodzi z 1963 roku z albumu „Go Right”.

Obecność kompozycji Krzysztofa Komedy nie powinna dziwić, choć w przypadku Karolaka to nie tylko uznanie dla jednego z naszych najważniejszych pianistów, ale także wspomnienie wspólnych występów w Jazz Believers z końcówki lat pięćdziesiątych.

Wybór pozostałych zagranicznych kompozycji jest dla mnie zupełną zagadką, której ciągle jeszcze nie rozwiązałem, poszukując jakiegoś punktu wspólnego łączącego „Cute”, „I Hear Music”, „Old Folks” i „You’re Gonna Hear From Me”. Zaskakujące zestawienie, choć w żaden sposób nie polemizuję z tym zestawieniem, choć jest dla mnie intrygujące. Może nie ma w tym żadnej logiki oprócz tego, że wszystkie wypadają w wykonaniu Wojciecha Karolaka, Pawła Pańty i Arkadiusza Skolika wyśmienicie. No i oczywiście „I Hear Music”, który był żelaznym elementem repertuaru Mainstreamu Jana Ptaszyna Wróblewskiego z Wojciechem Karolakiem na pokładzie.

Ten album z pewnością niestety nie będzie hitem sprzedaży, nad czym ubolewam, bo być powinien. Czasy nie sprzyjają zachwytom nad pięknie zagranymi i wcześniej równie doskonale wymyślonymi melodiami. Wielu potencjalnych odbiorców żyje za szybko, żeby znaleźć czas na tak wybitny album. Szkoda, że tak jest, choć nawet dla garstki tych co takiej muzycznej przestrzeni do kontemplacji piękna dźwięków potrzebują, warto było ten album nagrać.

Karolak jak wytrawny lider, którym nigdy nie chciał być, pozostawia wiele miejsca dla członków zespołu, momentami zdaje się pouczać młodszych pianistów, pokazywać drogę, istotne miejsca w znanych melodiach, być może zostawiać wskazówki na przyszłość dla nowych pokoleń pianistów, którzy jeszcze się nie urodzili i może nie będzie im dane usłyszeć Karolaka na żywo. Usłyszałem gdzieś komentarz Pawła Pańty, który powiedział, że album powstawał bez pośpiechu i jego nagranie zajęło aż trzy dni. Mam więc mały apel – wprowadźcie się do studia na 3 miesiące i nagrajcie kolejne 10 części w podobnym klimacie. Ja w ciemno biorę wszystkie.

Karolak Piano Trio
Moontag
Format: CD
Wytwórnia: Studio Realizacji Myśli Twórczych
Numer: 5907222840023

27 października 2013

Generation Next – Live At Jazz Nad Odrą

„Live At Jazz Nad Odrą” to niezwykle krzepiące dzieło. Zjawisko kulturowe, a właściwie społeczne warte odnotowania. Zanim przejdę do muzyki, nieco o personaliach. Dawno, dawno temu, za górami i lasami, a raczej w czasach, kiedy udawaliśmy, że pieniądze są coś warte, a wiele zakładów pracy udawało, że pracuje, być muzykiem jazzowym to było coś. Przyznanie magicznego certyfikatu przez szanowaną niekoniecznie w kręgach artystycznych komisję oznaczało awans społeczny, możliwość wyjazdów zagranicznych, no i oczywiście odpowiednie uwielbienie w kręgach wszelakich. Wystarczyło powiedzieć – jestem muzykiem i to nie byle jakimś tam, tylko jazzowym, czyli zajmuję się sztuką wyższą, co oznaczało – jeśli nie rozumiecie mojego grania, to Wy się nie znacie…

Dziś jest nieco inaczej. Sporo głosów, że pieniędzy w jazzie nie ma, bo mecenat państwowy to bajki z zamierzchłych czasów, a prywatny jakoś daje na coś innego częściej. Do tego jeszcze nie tylko nie ma za co grać, ale też gdzie grać, bowiem na przykład w Warszawie klubu jazzowego z prawdziwego zdarzenia nie ma. Nie da się tylko narzekać, że nie ma na czym grać, bo wszelakie instrumenty da się zamówić o każdej porze dnia i nocy.

W związku z tym granie jazzu stało się misją. Jednak w tej misji musi być coś atrakcyjnego, skoro czterem muzykom udało się skutecznie owym bakcylem w dodatku połączonym z talentem zarazić swoich synów. Kiedyś z pokolenia na pokolenie przekazywało się warsztat szewski, albo szklarnię, a także niektóre kantorki przyporządkowane do zawodów, w których konkurencji nie ma – jak wśród notariuszy, czy w pewnej mierze dentystów. W ten sposób powstawały niemałe rodzinne majątki.

W muzycznej sukcesji mowy o majątku raczej nie ma, choć życzę spokojnych materialnie warunków do uprawiania sztuki każdemu utalentowanemu muzykowi. Jest za to wiele możliwości przekazywania nie tylko poprzez geny, ale również wychowanie od najmłodszych lat, a także nieco bardziej formalne edukowanie tego wszystkiego, co w naszej ukochanej muzyce najlepsze.

Tak więc czterech synów swoich słynnych ojców - Piotr Schmidt, Tomasz Wendt, Jacek Namyslowski i Gabriel Niedziela w towarzystwie sekcji w postaci Francesco Angiuli i Arka Skolika postanowiło udowodnić, że potrafią. I potrafią. To zdecydowanie moja muzyka i mam nadzieję, że będzie również Waszą. Muzyka zespołu o wiele znaczącej nazwie Generation Next jest absolutnie ponadczasowa, niezależna od chwilowej mody, czy spojrzenia na to, co akurat może się sprzedać. A ponadczasowe bywają płyty największych, to albumy do których często wracamy po latach.

Nikt nie potrafi przewidzieć, czy „Live At Jazz Nad Odrą”, który w dodatku tylko w połowie powstał we Wrocławiu, będzie albumem który wytrzyma próbę czasu i będzie brzmiał równie dobrze za 20 lat. Wiem jednak, patrząc w przyszłość z optymizmem, że zamierzam sam to sprawdzić, co nie oznacza, że odłożę tą płytę na 20 lat na półkę. Z pewnością wrócę do niej wcześniej. Nawet jeśli połowa Jazzu Nad Odrą została nagrana w Warszawie.

Nie będę Wam opowiadał o konkretnych solówkach, bo jeszcze coś pokręcę i będzie afera. Opowiem Wam jednak o nieco innym spojrzeniu na ten album, do którego Was namawiam. Otóż dla mnie bohaterem tej płyty jest Gabriel Niedziela. W wybranej przez zespół konwencji gitara nie jest elementem wyznaczającym brzmienie. Spróbujcie jednak wyobrazić sobie ten album bez gitary. Straciłby tyle, ile każda wykwintna potrawa pozbawiona przypraw.

Gabriel Niedziela to muzyk niezwykły, którego po raz pierwszy usłyszałem na tej płycie i który jest dla mnie odkryciem tego roku na polskiej scenie. Nie każdy musi się popisywać. Nie na tym polega muzyka, przynajmniej ta, którą ja lubię. Czujność, timing i niezwykłe wyczucie frazy pozwala Gabrielowi Niedzieli zagrać tak niewiele, ale dokładnie tam gdzie trzeba i tak jak trzeba.

Możecie też zupełnie zignorować moje spojrzenie i posłuchać pełnej energii sekcji dętej, polując jednocześnie na możliwość posłuchania zespołu na żywo, bowiem ten album jest najlepszym zaproszeniem na koncerty zespołu i świetnym dowodem na to, że młode pokolenie bez uciekania do brzmieniowych eksperymentów potrafi zagrozić pozycji dawnych mistrzów, nawet jeśli to walka sympatyczna i przyjazna, rodzinna…

Generation Next
Live At Jazz Nad Odrą
Format: CD
Wytwórnia: SJ Records

Numer: 5902396066062