Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Willie Nelson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Willie Nelson. Pokaż wszystkie posty

29 grudnia 2020

Hallelujah I Love Her So – CoverToCover Vol. 99

„Hallelujah I Love Her So” to jeden z pierwszych wielkich przebojów Raya Charlesa. Pierwsza wersja utworu znalazła się na debiutanckiej płycie Charlesa, nazwanej, co łatwo przewidzieć, „Ray Charles”, albo w niektórych późniejszych wydaniach tytułem utworu, który jest dziś bohaterem audycji i również jednym z największych przebojów z tej płyty. Czasy były jednak trochę inne i często wykonawcy składali albumy, które wcale nie były wtedy najważniejsze, z przebojów, które już wcześniej zdobyły popularność za sprawą singli, radia i szaf grających. Tak było w przypadku Raya Charlesa. Na jego pierwszej płycie dla Atlanticu znajdziecie nie tylko „Hallelujah I Love Her So”, ale także dużo wcześniejsze przeboje, w tym „Mess Around”, „I Got A Woman”, „Drown My Own Tears” i „A Fool For You”. Album ukazał się w 1962 roku, a najstarszy singiel z niego niemal dziesięć lat wcześniej. Tym samym debiutancki album można również określić jako pierwszy zbiór największych przebojów Raya Charlesa i podsumowanie pierwszej dekady jego muzycznej kariery.

Utwór tytułowy też zresztą ukazał się po raz pierwszy na singlu już w 1956 roku i wersja umieszczona na płycie długogrającej pochodzi właśnie z tego singla. To też jeden z nielicznych utworów Raya Charlesa, który nie jest w całości jego oryginalnym dziełem. Sam autor przyznał kiedyś, że wzorował się na kompozycji Ike Turnera (niesławnego męża Tiny Turner) z 1953 roku – „Get It Over Baby”. Podobieństwo jest całkiem rozpoznawalne.

Wyróżnikiem pierwszego wykonania jest nie tylko doskonała melodia i świetny fortepian samego Charlesa, ale też wciśnięte jakimś cudem w 150 sekund utworu (to był przecież singiel) świetne solo na saksofonie Dona Wickersona. Jak sam Charles miał później udowodnić, utwór ma spory potencjał do jazzowej improwizacji.

Jedną z najciekawszych rozszerzonych, jazzowych wersji już kilka lat później przygotował sam Ray Charles, na jednej ze swoich doskonałych jazzowych płyt nagrał po raz kolejny swój przebój w wersji instrumentalnej ze świetnym jazzowym składem – Miltem Jacksonem, Percy Heathem, Kenny Burrellem i Arthurem Taylorem. Ray Charles, kiedy kolejnych hitów nie oczekiwali od niego kolejni managerowie i producenci był wyśmienicie improwizującym jazzowym pianistą i organistą.

Jak to zwykle bywa, przebojem zainteresowali się inni wykonawcy i dobrych wersji znajdziecie całkiem sporo -Stevie Wonder, Peggy Lee, Eddie Cochran, The Beatles, Ella Fitzgerald, The Animals, David Sanborn, Maceo Parker, Sammy Davis Jr, Ramblin’ Jack Elliot, Jerry Lee Lewis i wielu innych – każdy znajdzie coś dla siebie.

Moim ulubionym nagraniem „Hallelujah I Love Her So” jest instrumentalna wersja Raya Charlesa i Miltem Jacksonem i zagadkową solówką Kenny Burrella. Do kompletu i dla kontrastu wybieram też Willie Nelsona z Wyntonem Marsalisem i wyśmienitego Stanisława Sojkę z 1984 roku solo z fortepianem. Big bandowa wersja Sojki z orkiestrą Rogera Berga z 2015 roku („Swing Revisited”) jakoś mnie specjalnie nie porywa.

Utwór: Hallelujah I Love Her So
Album: Hallelujah I Love Her So (Pure Genius: The Complete Atlantic Recordings (1952-1959))
Wykonawca: Ray Charles
Wytwórnia: Atlantic / Rhino / Warner
Rok: 1955
Numer: 081227473129
Skład: Ray Charles – p, voc, Joe Bridgewater – tp, Joshua Jack Willis – tp, Don Wilkerson – ts, Cecil Payne – bs, Paul West – b, David Panama Francis – dr.

Utwór: Hallelujah I Love Her So
Album: Soul Meeting: Ray Charles & Milt Jackson (Pure Genius: The Complete Atlantic Recordings (1952-1959))
Wykonawca: Ray Charles & Milt Jackson
Wytwórnia: Atlantic / Rhino / Warner
Rok: 1958
Numer: 081227473129
Skład: Ray Charles – p, el. p, Milt Jackson – vib, Kenny Burrell - g, Percy Heath – b, Arthur Taylor – dr.

Utwór: Hallelujah I Love Her So
Album: Here We Go Again: Celebrating The Genius Of Ray Charles
Wykonawca: Willie Nelson & Wynton Marsalis
Wytwórnia: Blue Note
Rok: 2011
Numer: 5099909638822
Skład: Willie Nelson – voc, g, Wynton Marsalis – tp, Walter Blanding – ts, Mickey Raphael – harmonica, Dan Nimmer – p, Carlos Henriquez – b, Ali Jackson – dr, perc.

Utwór: Hallelujah I Love Her So
Album: W Piwnicy Na Wójtowskiej
Wykonawca: Stanisław Sojka
Wytwórnia: PSJ / MTJ
Rok: 1984
Numer: 5906409108536
Skład: Stanisław Sojka – p, voc.

28 września 2011

Willie Nelson And Wynton Marsalis Featuring Norah Jones - Here We Go Again: Celebrating The Genius Of Ray Charles


W zeszłym roku w wakacje pisałem o płycie Willie Nelsona i Wyntona Marsalisa – „Two Man With The Blues”. Tekst znajdziecie tutaj:


Ta płyta podobała mi się wtedy i podoba mi się teraz, od czasu do czasu sięgam po nią w radiu, słuchałem jej też kilka razy w domu w ciągu ostatniego roku. To dużo jak na taką płytę. Od czasu jej wydania Wynton Marsalis wyprodukował już dwie inne. Na obie sam się nie zdecydowałem, obie dostałem w prezencie. Dzisiejszy album czekał trochę na półce z nowościmi na swoje pierwsze słuchanie. Kiedy po raz kolejny chciałem sięgnąć po „Two Man With The Blues”… Postanowiłem sięgnąć po „Here We Go Again: Celebrating The Music Of Ray Charles”. W kolejce czeka jeszcze całkiem świeży album „Wynton Marsalis And Eric Clapton Plays The Blues”. No cóż, jak Wynton Marsalis się za coś weźmie, to z pewnością pieniędzy na nagrania i na reklamę mu nie zabraknie. Chętni na koncerty też się znajdą, bo większość wydarzeń w Lincoln Center to też wydarzenia kulturalno-towarzyskie, a nie tylko muzycznej.

„Here We Go Again: Celebrating The Music Of Ray Charles” – no cóż, chciałoby się powiedzieć: Dlaczego nam to zrobiliście. Here We Go Again… Why??? Pierwszy pomysł na współpracę z Willie Nelsonem był dla Wyntona Marsalisa udany. Tym razem wyszło łaskawie mówiąc nie bardzo…

Ideą albumu było przypomnienie repertuaru Raya Charlesa. Może to jeszcze ciągle moda na takie albumy po śmierci Raya Charlesa, a może rzeczywista fascynacja… Chyba jednak Wyntona, bo Willie Nelsona o to nie podejrzewam. Tak zmasakrowanego Raya Charlesa nie słyszałem już dawno. Albumów wspominkowych ukazało się przecież co najmniej kilka ważnych, z których najbardziej oryginalny i ciekawy muzycznie nagrał John Scofield: "That's What I Say: John Scofield Plays The Music of Ray Charles"
  
Niezależnie jednak od konkurencji, która podnosi wysoko poprzeczkę, to ten album jest zwyczajnie słaby i nierówny. Brak w nim bluesowej energii i pulsu znanego z oryginalnych nagrań Raya Charlesa. Willie Nelson to muzyk z zupełnie innego świata, a sam Wynton Marsalis też mistrzem bluesa nie jest…

No i się nie udało. Z albumu wieje nudą i banałem. Każdy z utworów, a wybrano same wielkie przeboje, ma wiele ciekawszych wersji w innych wykonaniach, w szczególności oczywiście oryginały Raya Charlesa.  Na fortepianie niemrawo gra Dan Nimmer (muzyk zupełnie mi nieznany). To właściwie on rozkłada cały album na łopatki. Czy może powstać ciekawa wersja „Unchain My Heart”, czy „Hit The Road, Jack” bez solidnego fortepianu? Te melodie w wykonaniu zespołu Wyntona Marsalisa są martwe, ani razu noga nie zaczęła wystukiwać rytmu. Śpiewać próbują Willie Nelson, Wynton Marsalis i Norah Jones…

Poszukajmy zatem jakiś lepszych fragmentów na słabej płycie… Prawdopodobnie rację miał ten, kto decydował o kolejności utworów na płycie. Jej otwarcie w postaci „Hallelujah I Love Her So” w którym gitara Willie Nelsona broni się, choć i tak to cień dobrych wykonań, brak tu muzycznej energii, ale to jeden z lepszych utworów na płycie. Dopisanie do utworu w nawiasie, że to Gospel, albo Swing nie sprawi w żaden magiczny sposób, że ten swing pojawi się pomiędzy nutami… To trzeba zagrać, a nie tylko napisać. Bronią się nieźle duety Willie Nelsona i Norah Jones w „Cryin’ Time” i „Here We Go Again”.

„Come Rain Or Come Shine” – tu w roli wokalistki występuje również Norah Jones. Ona jest jak zwykle ciekawsza na tej płycie w roli gościa, niż na wszystkich swoich własnych. I to jej głos jest najlepszym elementem całego albumu. Aranżacja i solówka Wyntona Marsalisa pasują do kasyna w Las Vegas… Glos Norah Jones też by się tam odnalazł, jednak w jej wypadku to zmysłowy i intymny styl, który jej pasuje. Wyntona szkoda na takie granie, a dla Willie Nelsona to wstyd.

„Unchain My Heart” śpiewa Willie Nelson… I to wystarcza za recenzję. To nie jest jego styl. Mętne riffy instrumentów dętych i beznamiętny wokal. „Hit The Road Jack” – szkoda słów, choć to najlepsza solówka Wyntona Marsalisa na całej płycie, jednak zupełnie nie w klimacie tej kompozycji.

Boję się dotknąć „Wynton Marsalis And Eric Clapton Plays The Blues”. Nie chałbym być złym prorokiem, ale nie spodziewam się po tej płycie wiele, szczególnie po tym, jak Eric Clapton zagrał „Autumn Leaves” na płycie „Clapton”. Tam też gdzieś w tle, zupełnie bezbarwny pojawiał się Wynton Marsalis. O płycie przeczytacie tutaj:


A już tak na koniec. Proponuję wymienić skład. Zamiast Wyntona Marsalisa niech zagra na przykład Nicholas Payton. Na gitarze John Scofield. Zaśpiewać mógłby Robert Plant. Na fortepianie każdy dobry muzyk zagrałby lepiej niż Dan Nummer. Ale ja proponuję Larry Goldingsa, albo Joeya DeFrancesco. Na fortepianie, albo na Hammondzie… Basowy puls pomoże. Norah Jones może zostać. Ona jest na tej płycie najlepsza… A reszcie chyba się nie chciało.

Willie Nelson And Wynton Marsalis featuring Norah Jones
Here We Go Again: Celebrating The Music Of Ray Charles
Wytwórnia: Blue Note
Format: CD
Numer:5099909638822

29 sierpnia 2010

Willie Nelson & Wynton Marsalis - Two Man With The Blues

Dla tych, którzy jeszcze tej płyty nie znają – to nie jest pomyłka. To wyśmienita płyta Willie Nelsona nagrana z udziałem Wyntona Marsalisa. Ten udział Wyntona jest całkiem spory, to nie jest gościnny występ, to właściwie współudział, choć nazwisko Willie Nelsona jest pierwsze na okładce.

Willie Nelson to prawdziwa legenda amerykańskiej muzyki popularnej, country, country and western, bluesa i pewnie jeszcze paru gatunków. Na tą pozycję zapracował dziesiątkami lat nieprzerwanego koncertowania i nagraniem niezliczonej ilości płyt. To wszystko bez oglądania się na chwilowe wahania koniunktury i zmieniające się mody. Jak więc w takich przypadkach bywa, czasem był gwiazdą pierwszej wielkości, kiedy indziej niszowym obiektem muzealnym. Zawsze jednak rzetelny, stylowy, elegancki, podchodzący z wielkim szacunkiem do historii amerykańskiej materii muzycznej, którą współtworzył przez lata i muzyków z którymi współpracował.

Wynton Marsalis jeszcze zanim nagrał cokolwiek sensownego i wartościowego, sam ogłosił się legendą, w czym pomógł mu niezwykle sprawny sztab specjalistów PR, wyczuwając zapotrzebowanie rynku na nową, wielką gwiazdę jazzu.

Tak więc w trwającym już z pewnością ponad 20 lat sporze o Wyntona jestem po stronie jego przeciwników, co nie znaczy, że ignoruję każde jego nagranie. Jeśli są dobre, a czasem są nawet wybitne, warto posłuchać. Jak zwykle warto mieć własne zdanie, a do tego trzeba posłuchać. Jeśli bez większego zadęcia gra w skromnym składzie – tak jak na wyśmienitym 7 płytowym zestawie Live At The Village Vanguard – jest wielkim artystą. Potrafi też mieć wspaniały ton i wykazać się znajomością zupełnie niespodziewanych tematów – tak jak w duecie z Kathleen Battle grając Scartlattiego, Bacha czy Haendla. Potrafi też mieć odrobinę dystansu do samego siebie i zwyczajnie bawić się muzyką. Tego brakuje w zdecydowanej większości jego nagrań solowych. Jednak taka jest właśnie dzisiejsza płyta. Może to wpływ niezrównanej pogody ducha Willie Nelsona, a może wybór tematów zagranych na koncercie. W sumie liczy się efekt, a ten jest wyśmienity.

Dzisiejsza płyta to zapis koncertu z, a jakże mogłoby być inaczej, z Lincoln Center w Nowym Jorku z 2007 roku. Zestaw utworów przedziwny, choć typowy dla tego rodzaju wydarzeń – mamy tu Bright Night, Big City, jest też Caldonia i My Bucket Got a Hole In It. Po tej bardziej jazzowej stronie pojawiają się Stardust i Georgia On My Mind.

Wynton Marsalis uwolniony od konieczności bycia stylistą, ostatnim wielkim trębaczem, mesjaszem i wybawcą jazzu, kustoszem jego muzeum, czy kimkolwiek jeszcze, w oczach krytyków, zagrał i zaśpiewał świetny koncert.

Okazuje się, że wielki Wynton potrafi grać muzykę popularną, bawić się frazą, zaśpiewać refren znanej piosenki. Nie usiłuje być gwiazdą. Gra tu wcale nie więcej niż mało znani - saksofonista Walter Blanding i grający na harmonijce Mickey Raphael. Obecność Marsalisa zmusiła pozostałych muzyków do pokombinowania. Zapewne każdy z nich chciał dorównać jakością solówki wielkiemu gościowi. W efekcie udało się rozwinąć znane melodie w pole do improwizacji i wspólnego muzykowania. Każdy z członków zespołu otrzymał wystarczającą ilość czasu, żeby pokazać co potrafi. I wszyscy pokazują, że wiedzą, co najważniejsze w tych popularnych melodiach.

Najsłabszym punktem płyty wydaje się być publiczność, trochę szkoda, że to wydarzenie towarzyskie w Lincoln Center, a nie wiejska potańcówka gdzieś w okolicach Nashville. Tam z pewnością publiczność pomogłaby muzykom rozluźnić się jeszcze bardziej.

To płyta, którą trudno przypisać do konkretnego gatunku. Z pewnością karty rozdaje Willie Nelson, jednak w efekcie jego spotkania z Wyntonem Marsalisem powstała mieszanka wielu różnych melodii, z wiodącym duchem country i przede wszystkim dobrej zabawy.

To płyta, która można zabrać ze sobą do samochodu i słuchać bez przerwy. Pamiętam, kiedy ją kupiłem, nie chciała się ode mnie odczepić przez dobre dwa tygodnie.

To pogoda ducha Willie Nelsona, z którą równać się może chyba jedynie podejście do muzyki Pete Seegera. To nie jest wielka sztuka. To nie jest płyta dla krytyków. To płyta do słuchania, a o takie najtrudniej.

Willie Nelson & Wynton Marsalis
Two Men With The Blues
Format: CD
Wytwórnia: EMI
Numer: 5099950445424