13 stycznia 2013

Sławomir Kulpowicz & Shujaat Khan – Live At Warsaw Philharmonic Hall 2006: Sławomir Kulpowicz Complete Edition I Volume 4


Dawno, dawno temu, za górami, za lasami… W 1987 roku ukazała się płyta długogrająca (CD już wynaleziono jakieś 5 lat wcześniej, ale Polskie Nagrania jeszcze wtedy chyba tego nie zauważyły) „Samarpan” – wspólne nagranie Sławomira Kulpowicza i Czesława Niemena. To chyba sukces tej płyty, w części z pewnością dzięki współpracy z Czesławem Niemenem otworzył uszy nie tylko garstce jazzowej publiczności na wschodnie zainteresowania Sławomira Kulpowicza. Jeszcze wcześniej, bo w 1984 roku ukazała się nieco mniej znana, ale równie wyśmienita płyta „Live On Tour In Poland” firmowana przez Shujaata Khana i Sławomira Kulpowicza. Później owych wschodnich płyt było więcej, a ich ukoronowaniem z pewnością za życia zmarłego w 2008 roku artysty był 5 płytowy album nagrany z Alice Coltrane i Radhą Botifasiną.

Dzisiejszy album, to 4 pozycja w wyśmienitej, nowej serii w większości nie publikowanych wcześniej nagrań Sławomira Kulpowicza. Z pewnością każda z nich zasługuje na tytuł płyty tygodnia. Oprócz dzisiejszej, z pewnością jeszcze zbiór wcześniej nieznanych nagrań pianisty z Tomaszem Szukalskim wydany w postaci podwójnego albumu niedługo płytą tygodnia zostanie. Całość jest absolutną rewelacją, a jeśli na 4 albumach się nie skończy, to z pewnością będzie to jedna z najbardziej spektakularnych serii wydawniczych ostatnich lat.

Zarówno w 1987 roku, jak i niemal 20 lat później, obu artystom udało się pogodzić instrumenty, które w zasadzie nie powinny ze sobą współpracować. Nietemperowany sitar i temperowany z natury konstrukcyjnej fortepian… To udało się w zasadzie jedynie tym właśnie artystom. Sitar obecny jest w muzyce Zachodu, zarówno jazzowej, jak i rockowej, ale najczęściej towarzyszy gitarze elektrycznej, lub pełni rolę zaledwie instrumentu dodającego wschodniego, egzotycznego kolorytu na wskroś rockowej lub jazzowej stylistyce.

„Live On Tour In Poland” firmowany był obu nazwiskami artystów, jednak na pierwszym miejscu był Shujaat Khan. W nagraniach z 2006 roku na pierwszym miejscu występuje nazwisko Sławomira Kulpowicza, ale to jedynie ukłon w stronę jednolitości serii, bowiem muzycznym liderem dominującym brzmienie jest z pewnością jeden z najsławniejszych na świecie sitarzystów… To jednak nie ma znaczenia. Ważna jest muzyka, w której jedynie w kilku momentach wypełnionej po brzegi płyty CD fortepian jest najważniejszy.

Gdzieś w końcu lat osiemdziesiątych widziałem obu artystów grających razem na koncercie we wrocławskiej filharmonii. Ten koncert pamiętam do dziś. Mało koncertów pamięta się w tak dokładny sposób ponad 20 lat. Zupełnie nie wiem jak to możliwe, żebym nie był uczestnikiem koncertu z 2006 roku. Tego dnia byłem w Warszawie, co wynika z moich notatek – tego dnia słuchałem płyt analogowych, a to robię tylko w domu. Pewnie zawiodła reklama. Bardzo żałuję, że nie usłyszałem tego koncertu i bardzo cieszę się, że mam go dziś w postaci nagrania płytowego.

To muzyka niezwykła, jak opowiada sam Shujaat Khan we wstępnej zapowiedzi – wymykająca się wszelkim klasyfikacjom, jedyna w swoim rodzaju. I tak należy na to patrzeć. Niektórzy będą narzekać, że mało w tym jazzu… Istotnie, luźna forma kompozycji, pewnie w większości improwizowanych, albo wymyślonych kilka dni wcześniej na próbach (choć to tylko moja własna hipoteza) sprawia, że fani hard-bopu nie uznają tej płyty za objawienie. Dla mnie ona też objawieniem nie jest. Wiedziałem bowiem, czego mogę się po niej spodziewać. Byłem ostatnio kilka razy we wrocławskiej filharmonii. Ta sala kojarzy mi się z koncertem Sławomira Kulpowicza i Shujaata Khana sprzed lat. Po 20 latach muzyka nie zmieniła się za bardzo. To dobrze.

Dla mnie zdumiewającym zaskoczeniem jest niezwykła gra Krzysztofa Ścierańskiego. Jakże odległa od jego codziennych aktywności muzycznych. Choć to tylko rodzaj wisienki na wyśmienitym torcie, posłuchajcie tej muzyki zwracając szczególną uwagę na gitarę basową. Odkryjecie nowy wymiar tej muzyki.

Sławomir Kulpowicz & Shujaat Khan
Live At Warsaw Philharmonic Hall 2006: Sławomir Kulpowicz Complete Edition I Volume 4
Format: CD
Wytwórnia: Polskie Radio S.A.
Numer: 5907812242503

Simple Songs Vol. 74

Dostałem niedawno w prezencie wyśmienicie wydany, 20 płytowy box wytwórni Atlantic – „Atlantic Soul Legends: 20 Original Albums From The Iconic Atlantic Label”. Muzyka soul leży blisko jazzu, czasem jazzowe sławy są jeszcze bardziej słynne w kręgach fanów zainteresowanych bardziej muzyką soul, choć, co trzeba przyznać, soul to rytmy bardzo amerykańskie i nigdy te nagrania nie były popularne w Europie, ani innych częściach świata tak bardzo jak w swoim rodzinnym kraju.

Zaletą tego wydawnictwa jest oprócz, co oczywiste, doskonałej muzyki właśnie zaznaczony rozmyślnie w tytule fakt, że w pudełku znajdziemy 20 cyfrowych kopii płyt długogrających w większości z połowy lat sześćdziesiątych. Nie jest to więc składanka, jakich wiele na rynku, a za którymi jak wiecie nie przepadam, tylko prawdziwie oryginalne 20 płyt wydanych w okładkach zgrabnie imitujących oryginały. Gdyby tak jeszcze producent pomyślał o wkładkach eliminujących możliwość porysowania płyt przy ich wyjmowaniu z wykonanych z nieco twardego i sztywnego papieru? Mielibyśmy wydawnictwo idealne dla kolekcjonera, w szczególności, że całość uzupełniona jest o całkiem kompletną informację dotyczącą składów, czasu nagrania i tym podobnych rzeczy w książeczce, która raczej nie rozpadnie się po pierwszym jej przejrzeniu.

Kilka z tych płyt posiadam w wersjach analogowych, kilka innych jest mi zupełnie nieznanych. Z pozostałych znam te największe przeboje, które dziwnym trafem dawały w owych czasach zwykle tytuł płytom długogrającym. O części z tych płyt pewnie kiedyś przeczytacie na blogu zupełnie osobne teksty, dziś jednak szybki przegląd największych przebojów soul wytwórni Atlantic, a raczej Stax, bo to właśnie z katalogu tej zasłużonej fabryki przebojów, nieco niezgodnie z dzisiejszym tytułem wydawnictwa, pochodzi większość muzyki. Trzeba jednak przyznać, że już od początku lat sześćdziesiątych Stax współpracował ściśle z Atlantic. Podobnie było z nieco mnie znaną, ale równie dla muzyki soul zasłużoną wytwórnią Volt.

Zacznijmy więc od jednej z najbardziej jazzowych gwiazd muzyki soul, choć to również wielka gwiazda R&B, gospel i paru innych odmian na wskroś amerykańskiej muzyki. Ray Charles. W zestawie znajdziemy jego album „What’d I Say” z 1959 roku. To pierwsze nagranie tej kompozycji i utwór napisany specjalnie na tą płytę, kilka tygodni wcześniej wydany na singlu. Wtedy jeszcze zaopatrzony w dłuższy tytuł – „What’d I Say Parts I & II”.

* Ray Charles - What’d I Say Parts I & II – What’d I Say

Kolejne nagranie należy do osobistości legendarnej w kręgach muzyki soul. Booker T. – to uczestnik równie wielu sesji tamtych czasów, niemal stały mieszkaniec studia Stax w Memphis, podobnie jak obecny w składzie muzyków, którzy nagrali debiutancką płytę solową Bookera T., gitarzysta Steve Cropper, którego młodsi fani mogą pamiętać z gry na gitarze w zespole i filmie The Blues Brothers. Gitarzysta odwiedził zresztą jesienią ubiegłego roku Warszawę dając z The Blues Brothers Band świetny koncert. Album wyposażony w okładkę ze zdjęciem pęczków szczypiorku nosił adekwatny tytuł – „Green Onions” i zawierał pierwszy wielki przebój Bookera T. o tym samym tytule. My posłuchamy z tej płyty kompozycji Raya Charlesa – „I Got A Woman”.

* Booker T. & The M.G.s – I Got A Woman – Green Onions

Eddie Floyd to kolejna wielka gwiazda lat sześćdziesiątych. Album „Knock On Wood” zawiera jego największy przebój o tym samym tytule. W roli zespołu akompaniującego wystąpił absolutnie gwiazdorski skład – nie zabrakło właściwie nikogo – wspomniany wcześniej Steve Cropper gra na gitarze, na gitarze basowej jego muzyczny partner od zawsze i aż do niedawnej śmierci – również znany z The Blues Brothers – Donald Duck Dunn, na organach Booker T., a na fortepianie Isaac Hayes (człowiek odpowiedzialny choćby za muzykę do serialu i filmu „Shaft”, a także za nieśmiertelny przebój „Soul Man”), a na perkusji Al Jackson Jr. No i jeszcze na trąbce Wayne Jackson.

* Eddie Floyd – Knock On Wood - Knock On Wood

Aretha Franklin… I wszystko jasne, cytując klasyka. Tytuł płyty z 1968 roku mówi wszystko – „Lady Soul”. Później miewała słabsze okresy, jednak lata sześćdziesiąte należały do niej…

* Aretha Franklin – People Get Ready – Lady Soul

Solomon Burke – to kolejna supergwiazda. Zmarł kilka lat temu, do końca pozostając, przynajmniej w USA supergwiazdą. Jeden z jego największych przebojów – „If You Need Me”, posłużył po wcześniejszym wydaniu na singlu jako baza do skomponowania albumu o tym samym tytule, który zawiera w zasadzie jeszcze 11 równie dobrych piosenek.

* Solomon Burke – If You Need Me – If You Need Me

Otis Redding z kolei nie nagrał za życia zbyt wiele, zginął bowiem w wieku zaledwie dwudziestu kilku lat w 1967 roku w katastrofie małego samolotu. Do dziś ukazują się wyśmienite płyty koncertowe. Za każdym razem zastanawiam się, czy w wytwórniach nie mają planu marketingowego na 20, a może i 50 lat do przodu na wypadek śmierci supergwiazdy… Ostatnia „nowa” płyta koncertowa Otisa Reddinga ukazała się w 2010 roku i jest wyśmienicie nagrana, z pewnością nie stanowi kopii jakiegoś amatorskiego bootlegu dostępnego wcześniej („Live On The Sunset Strip”). Płyty koncertowe Otisa Reddinga są wyśmienite, jednak jego najważniejsze dzieło życia, to „Otis Blue”. Z tego albumu posłuchamy dwu nagrań. Ciekawej wersji „Satisfacion” Keitha Richardsa i Micka Jaggera i przebojowej kompozycji lidera, przez wielu uważanej za największą balladę soul wszechczasów – „I’ve Been Loving You Too Long”

* Otis Redding - Satisfaction – Otis Blue: Otis Redding Sings Soul
* Otis Redding - I’ve Been Loving You Too Long - Otis Blue: Otis Redding Sings Soul

W zestawieniu największych hitów soul wytwórni Atlantic nie może zabraknąć The Drifters i „Under The Boardwalk”. Dla poszukiwaczy ciekawostek – polecam znalezienie wersji w wykonaniu Bruce Willisa. Dziś jednak słuchamy oryginału…

* The Drifters – Under The Boardwalk – Under The Boardwalk

Płyta duetu Sam & Dave – „Hold On. I’m Comin’” to soulowe arcydzieło… No może za wyjątkiem okładki, choć należy pamiętać, że programó1) do obróbki zdjęć wtedy jeszcze nie wymyślono, nie było też komputerów na każdym biurku…

* San & Dave - Hold On. I’m Comin’ - Hold On. I’m Comin’

Wilson Pickett, po raz kolejny w towarzystwie nierozłącznych Steve’a Croppera i Donalda Duck Dunna. Po raz kolejny producenci nie mieli zbyt wiele pomysłów na tytuł płyty. Pewnie całą swoją energię zużyli na muzykę. I dobrze. „In The Midnight Hour” w 1965 roku był wielkim przebojem.

* Wilson Pickett - In The Midnight Hour - In The Midnight Hour

W 1970 roku muzyka soul miała już lata największej popularności za sobą, jednak ciągle powstawały wyśmienite płyty. Tym razem dość nietypowo, tytuł albumu Donny Hathawaya nie jest jednocześnie tytułem singlowego przeboju…

* Donny Hathaway – The Ghetto, Pt. 1 – Everything Is Everithing

Wszystkie płyty się nie zmieściły. Na koniec dość nietypowe wykonanie kompozycji Johna Lee Hookera „Boom Boom”. Zaśpiewa Rufus Thomas, a na gitarze zagra znowu Steve Cropper.

* Rufus Thomas – Boom Boom – Walking The Dog

11 stycznia 2013

JazzPRESS – styczeń 2013


Całkiem niedawno ukazał się kolejny, otwierający nowy rok numer JazzPRESSu. Ilość pobrań, a w związku z tym również osób czytających ten całkiem darmowy, objętością przekraczający wszelkie inne dostępne na polskim rynku jazzowe czasopisma systematycznie rośnie. To najlepszy dowód na to, że z konkurencją ścigamy się nie tylko na ilość, ale także na jakość naszych tekstów. Często spotykam na koncertach czytelników, którzy wspominają teksty, o których ja już dawno zapomniałem, bo w głowie mam raczej to, co ukaże się w przyszłym miesiącu, a nie to, co właśnie oddałem do składu…


W styczniowym numerze przeczytacie mój esej dotyczący Dave Brubecka, który niestety powstał z najsmutniejszego z możliwych powodów – śmierci tego wybitnego muzyka. Jest też wywiad okładkowy z Piotrem Damasiewiczem, żałuję, że nie mój, bo Piotr jest wyśmienitym rozmówcą i spędziłem już z nim sporo czasu na muzycznych rozważaniach otaczającej nas rzeczywistości. A ta w 2012 roku wcale nie była taka zła, choć moim zdaniem w Polsce zabrakło jakiegoś wyjątkowo spektakularnego jazzowego wydarzenia, które będziemy pamiętać przez wiele lat. 2011 rok był pod tym względem dużo lepszy. Czas jednak popatrzeć w przyszłość, przed nami mam nadzieję ekscytujący rok 2013.

Wszystkie inne teksty w JazzPRESSie też warte są uwagi, wiem, że wielu z Was czyta nasz magazyn od pierwszej do ostatniej strony. Mam nadzieję, że za rok będę mógł znowu napisać o rosnącym zainteresowaniu naszym pismem, zwiększającej się liczbie czytelników, ale też autorów i coraz ciekawszych materiałach. Częściowo ogranicza nas oczywiście budżet, który w wypadku dostępnego za darmo materiału ograniczony jest do naszej ciężkiej pracy i własnych pieniędzy, które wydajemy na to, żeby bywać na koncertach, kupować płyty, książki, sprzęt fotograficzny i komputerowy potrzebny do wytworzenia kolejnego numeru. Gdyby ktoś z Was uznał, że warto nam pomóc, ofiarując własną wiedzę, pracę, sprzęt, czy fundusze, na stronie JazzPRESSu i RadioJAZZ.FM bez trudu dowiecie się, jak można to zrobić…

Na razie zapraszam do lektury i udaję się do obowiązków związanych z przygotowaniem kolejnych tekstów, które mam nadzieję, Naczelny Redaktor uzna za warte opublikowania…

10 stycznia 2013

Vince Mendoza – Blauklang


Vince Mendoza to absolutny geniusz aranżacji. Mistrz malowania dźwiękami. Człowiek, który potrafi nie tylko poukładać sobie z małych kawałeczków w głowie wielką muzykę. Potrafi też zapisać to, co wymyśli a później wykorzystać wszystkie, najbardziej nawet ukryte moce drzemiące we wszystkich muzykach, których dostaje do swojej dyspozycji. Ową magiczną moc robienia wielkiej muzyki z niekoniecznie wielkiego składu posiadało w przeszłości moim zdaniem w równie magicznej formie jedynie dwu muzyków – Gil Evans i Charles Mingus.

„Blauklang” to trzeci, ostatni album z cyklu, na który złożyły się wydane nieco wcześniej przez ACT albumy „Jazzpana” i „Sketches”. O nich też z pewnością kiedyś napiszę, są bowiem równie znakomite.

„Blauklang” składa się w większości ze specjalnie na okoliczność tego nagrania napisanej przez Vince Mendozę wieloczęściowej kompozycji „Bluesounds”. Płytę otwiera jedna z lepszych aranżacji tematu „All Blues” Milesa Davisa, jaką napisano od czasu oryginalnego nagrania z „Kind Of Blue”. Chwilę później pojawia się temat Gila Evansa „Blues For Pablo”. To kompozycja, jeśli mnie muzyczna pamięć nie myli, napisana przez Gila Evansa dla zapomnianego już dziś nieco Hala McKusicka. Z Milesem Davisem Gil Evans pierwszy raz nagrał ten temat na płycie „Miles Ahead” – pierwszym ich wspólnym nagraniu, jeśli nie liczyć ich współpracy prawie dekadę wcześniej przy „Birth Of The Cool”.

To właśnie z geniuszem Gila Evansa można porównać muzyczną wyobraźnię Vince Mendozy. Być może, gdyby żył dziś Miles Davis, nagrywałby z orkiestrą dowodzoną przez Mendozę… Przynajmniej, jeśli zechciałby mieć ochotę obejrzeć się za siebie, czego raczej nie robił zbyt często.

Gdyby pominąć obecność nowocześnie brzmiącej gitary Nguyena Le, muzyka zagrana po raz pierwszy w 2007 roku mogłaby powstać ponad 40 lat wcześniej, w czasach, kiedy najlepsze płyty nagrywali Miles Davis z Gilem Evansem.

Często słysząc nagrania mało znanych muzyków, a taki jest podstawowy skład instrumentów dętych na „Blauklang”, jeśli nie liczyć Markusa Stockhausena, zastanawiam się, czy nie zabrzmiałoby to lepiej w gwiazdorskiej obsadzie. Na tej płycie brakuje trochę charakteru brzmieniu saksofonów, przynajmniej w partiach solowych tych instrumentów, którymi bogato ozdobione są kompozycje lidera. To najsłabsza sekcja całego, dość rozbudowanego składu muzyków.

Brzmienie gitary Nguyena Le jest zdumiewająco konserwatywne. Nie wiem, jak Vince Mendoza zdołał namówić gitarzystę do tak radykalnej odmiany. Wiem jednak, że mimo tego, że widząc na okładce nazwisko Nguyena Le spodziewałem się raczej czegoś zupełnie innego, to w cudowny sposób gitarzysta poruszając się gdzieś pomiędzy brzmieniem Billa Frisella i Marca Ribota potrafił pozostać sobą.

Marcus Stockhausen potrafił z kolei skutecznie ominąć niebezpieczne rejony brzmienia naśladującego trąbkę Milesa Davisa. Sekcja rytmiczna, to jeden z czołowych europejskich składów – Lars Danielsson i Peter Erskine, pozostaje czujnie w cieniu. Wibrafon Christophera Bella przypomina najlepsze frazy Milta Jacksona i to akurat jest tu zupełnie na miejscu.

W efekcie powstał intrygujący i pobudzający wyobraźnię każdego myślącego słuchacza, wielowarstwowy, nastrojowy i ponadczasowy album.

To jedna z tych płyt, która brzmiałyby pięknie i nowocześnie 40 lat temu, jest równie wyśmienita dziś i zabrzmi równie pięknie za kolejne 40 lat.

Cieszę się, że Vince Mendoza rozchwytywany przez największe postaci wielkiego muzycznego świata w rodzaju Joni Mitchell, Elvisa Costello, czy Bjork, aranżujący dla The Yellowjackets, Dianne Reeves, czy jeszcze do niedawna współpracujący z Joe Zawinulem, znajduje czas i ochotę na takie projekty. Już teraz chętnie umieściłbym tę płytę w Kanonie Jazzu, ale niestety muszę poczekać jakieś 20 lat, choć jestem pewien, że w tym czasie o niej nie zapomnę.

Vince Mendoza
Blauklang
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: 614427946522

06 stycznia 2013

George Cables – My Muse


Zaczynamy sezon Płyty Tygodnia RadioJAZZ.FM. „My Muse” to niepozorny album zwykle pozostającego w cieniu pianisty – George’a Cablesa. Lider od dziesięcioleci gra i nagrywa z największymi sławami. Ma również na swoim koncie zapewne całe mnóstwo autorskich nagrań, z których znam jedynie kilka. Do światowej ekstraklasy liderów brakuje mu zatem tylko jednego – „nazwiska”. Może też odrobiny PR-u i jakiejś towarzyskiej sensacji. Muzycznie do światowej ekstraklasy George’owi Cablesowi nie brakuje bowiem niczego – on jest w niej od jakiś 30, może 40 lat, tylko mało kto o tym wie… Taka to w świecie przemysłu muzycznego różnica między muzyką a biznesem. George Cables grywał z największymi. Ja najbardziej cenię jego nagrania z Dexterem Gordonem. Pamiętam też jego jedyny chyba kontakt z polskimi muzykami – udział w nagranej w 2005 roku płycie Piotra Wojtasika „We Want To Give Thanks”.

Nie wystarczy zwyczajnie nagrywać doskonałej muzyki. Żeby sprzedawać więcej, niż kilka tysięcy każdego albumu w skali światowej, trzeba czegoś więcej niż tylko muzycznego geniuszu i niespotykanej często wrażliwości…

„My Muse” to album równie doskonały, co zwyczajny. Na pewno nie przełomowy, zdecydowanie również nie przebojowy. To garść melodii znanych i równie pięknych kompozycji lidera. To świetnie współpracująca ze sobą trójka muzyków – lider / pianista George Cables, weteran tysięcy sesji nagraniowych – perkusista Victor Lewis i najmniej znany w tym gronie kontrabasista – Essiet Essiet.

Mam na półce pewnie jakieś 1.000 płyt zbudowanych według podobnej formuły. To fortepianowe trio, doskonała jakość nagrania, lata świetlne muzycznej pustki, w której w cudowny sposób dźwięki pojawiają się dokładnie tam, gdzie być powinny. Nie jest ich ani za dużo, ani za mało. W związku z tym, często zastanawiam się, po co nagrywać kolejną taką płytę? A potem bez wahania ją kupuję i często do wielu z nich wracam, szczególnie w czasie długich zimowych wieczorów. To oznacza, że warto je ciągle nagrywać (to dla muzyków) i kupować (to dla mnie). Jakże wiele jest płyt, nawet tych dobrych, których słucham raz, a już za kilka dni o nich nie pamiętam.

„My Muse” to wyższa liga. O tej płycie z pewnością nie zapomnę. Mam ten album od kilku tygodni i ciągle nie może opuścić okolic odtwarzacza. To jeden z najlepszych wyznaczników muzycznej jakości. Tej niezwykle subiektywnej oceny każdego słuchacza. Chęci powrotu… Takiej właśnie, na jakiej muzykom zależy najbardziej.

W każdej możliwej skali ocen, najnowszy, choć co oczywiste zeszłoroczny album George’a Cablesa „My Muse” dostaje ode mnie najwyższą notę. Za emocje, styl, elegancję, muzykalność, nastrój, kompozycje, aranżacje, przestrzeń, jakość nagrania i wszystko inne, a przede wszystkim zwyczajnie za całokształt. I jeszcze dodatkową gwiazdkę za jedną z najlepszych interpretacji „My One And Only Love” w kategorii absolutnej.

Kiedy słucham tej płyty wiem, że muzycy mówią mi o tym, co czują, a nie to, co chcieli, żebym usłyszał producenci… To rzecz prawdziwa, nie wymyślona przez fachowców od muzycznego marketingu. To nie jest opowieść o tym, co dobrze jest opowiedzieć, żeby płytę sprzedać, tylko o tym, co rzeczywiści w głowie lidera… Jakże mało jest takich nagrań.

Płytę otwierają i zamykają utwory zagrane solo na fortepianie – chyba jeszcze lepsze od tych zagranych w trio, to jeszcze więcej miejsca dla wyobraźni słuchacza…

George Cables
My Muse
Format: CD
Wytwórnia: Jazzdepot / HighNote
Numer: 632375724429