24 stycznia 2016

New Simple Songs Vol. 13

Audycja wyemitowana 15 grudnia 2015 roku. Czas uzasadnia taki początek audycji. To fragment naszej świątecznej płyty tygodnia. Jak wskazuje tradycja RadioJAZZ.FM – szukamy propozycji niebanalnych muzycznie, nieprzewidywalnych i innych niż wszystkie. O kolędach w wykonaniu Bootsy Collisa przeczytacie więcej tutaj:


* Boot-Off (Aka Rudolph The Red Nosed Reindeer) - Bootsy Collins

Tematem audycji jest monumentalne wydawnictwo o równie długim tytule: The Duke Ellington Centennial Edition: The Complete RCA Victor Recordings (1927-1973)”. Jak ów tytuł wskazuje – to zebrane w jednym świetnie wydanym i genialnie udokumentowanym wydawnictwie, na 24 wypełnionych po brzegi płytach kompaktowych, wszystkie dostępne nagrania Duke Ellingtona, które powstały dla wytwórni RCA. W jednym pudełku zebrano nagrania, które dzieli niemal 50 lat. Dla jazzu to wieczność, jednak całość łączy nazwisko jednego z największych muzyków jazzowych. Przynosząc do studia tą wielką paczkę płyt mógłbym realizować ciekawe muzycznie audycje co tydzień przez jakieś pół roku bez przerwy. Może jednak ktoś nie lubi Ellingtona aż tak? Nawet jeśli nie lubicie muzyki Duke Ellingtona, lub uznajecie, że ten styl trochę już dziś jest nieaktualny, warto docenić jego kompozycje, grane do dziś aranżacje i sztukę prowadzenie zespołu, a także porównywalny chyba jedynie z Milesem Davisem i Artem Blackey’em talent do znajdowania mało znanych muzyków i robienia z nich wielkich gwiazd…

Cofnijmy się zatem do prehistorii Duke Ellintona, do czasów, kiedy jazz był rozrywkową muzyką taneczną. Nagrania pochodzą z roku 1930, a w składzie orkiestry wybitne osobowości i wierni towarzysze Duke Ellingtona -między innymi Cootie Williams na trąbce, Joe Nanton i Juan Tizol na puzonach, Barney Bigard na klarnecie i tenorze, Johnny Hodges na alcie, Harry Carney na alcie i barytonie i Sonny Greer na bębnach. Jedyne, czego można żałować, to fakt, że w zasadzie wszystkie nagrania z tamtych czasów mają około 3 minut, bo takie wtedy były dostępne płyty. To nie dawało zbyt dużo miejsca na jakieś szczególnie rozbudowane popisy solowe…

* Hittin' The Bottle - Duke Ellington & His Cotton Club Orchestra
* That Lindy Hop - Duke Ellington & His Cotton Club Orchestra

Przenieśmy się do roku 1945. W tym czasie utrzymać wielką orkiestrę nie było już tak łatwo, jazz powoli przenosił się do małych klubów i swing był wypierany przez be-bop i mniejsze składy. Duke Ellington również nagrywał w mniejszych, bardziej kameralnych składach, a nawet solo, jednak jego znakiem rozpoznawczym zawsze była duża orkiestra, którą jako jeden z nielicznych potrafił utrzymać przy życiu, znajdując jej tyle zajęcia, żeby można było wszystkim wypłacić godziwe wynagrodzenia. Ta ilość pracy miała też swoje minusy – wielu długoletnich członków zespołu zwyczajnie nie miało czasu i siły pracować poza orkiestrą, więc nie mieli okazji wykazać się swoim talentem w roli liderów. Do nielicznych należeli Lawrence Brown i Johnny Hodges. W początkowym okresie swojej kariery, Duke Ellington często z orkiestrą grał znane rozrywkowe przeboje i popularne melodie z desek Broadwayu. W latach czterdziestych i później przeważały już jego własne kompozycje, często napisane wspólnie z którymś z członków orkiestry. Zresztą wkład Duke Ellingtona w napisanie tych dziś już znanych na całym świecie jazzowych standardów często był kwestionowany. To jednak temat dla prawników, dziś ważny jedynie dla spadkobierców autorów tych melodii. To nie zmienia niczego w muzyce. Oto przykład twórczości kompozytorskiej Duke Ellingtona z lat czterdziestych.

* It Don't Mean A Thing (If It Ain't Got That Swing) - Duke Ellington & His Orchestra
* Sophisticated Lady - Duke Ellington & His Orchestra

Duke Ellington w zasadzie od zawsze był liderem swojego własnego zespołu. Pojawiał się gościnnie jako pianista wielkich gwiazd, jak choćby Elli Fitzgerald, bywał też zapraszany do gwiazdorskich składów z Louisem Armstrongiem, Countem Basie, czy Johnem Coltrane’em. W latach czterdziestych występował również w takich zestawieniach, jak choćby w 1946 roku na rozdaniu nagród magazynu Esquire, po raz pierwszy według mojej najlepszej wiedzy spotkał wtedy na scenie Louisa Armstronga.

* Long, Long Journey - Esquire All-American 1946 Award Winners feat. Louis Armstrong
* The One That Got Away - Esquire All-American 1946 Award Winners feat. Red Norvo

Z konieczności wiele nagrań z tego wybitnie przygotowanego pod względem edytorskim zestawu trzeba w godzinnej audycji pominąć. Wiele z albumów, których zawartość jest elementem „The Duke Ellington Centennial Edition: The Complete RCA Victor Recordings (1927-1973)” zasługuje na miejsce w naszym radiowym Kanonie Jazzu. Z pewnością jedną z takich płyt jest „Duke Ellington's Concert Of Sacred Music”, pierwsza z trzech płyt zwanych dziś „Sacred Concerts”, nagrana przez orkiestrę Duke Ellingtona w 1965 roku. Sam kompozytor uważał to nagranie za jedno z najważniejszych w swojej niezwykle bogatej dyskografii.

* Come Sunday - Duke Ellington & His Orchestra
* The Lord's Prayer - Duke Ellington & His Orchestra

Na koniec jeszcze dwa utwory pochodzące z albumu „The Popular Duke Ellington” z roku 1967. Wtedy to był rodzaj muzycznego podsumowania, jednego z wielu, przypomnienie starych przebojów i próba ich odnowienia.

W godzinę nie sposób opowiedzieć historii jednego z największych amerykańskich muzyków XX wieku. Do tematu z pewnością jeszcze wrócę.

* Take The A Train - Duke Ellington & His Orchestra

* I Got It Bad (And That Ain't Good) - Duke Ellington & His Orchestra

23 stycznia 2016

Nils Landgren with Janis Siegel – Some Other Time: A Tribute To Leonard Bernstein

Oto mam przed sobą pierwszy album wydany w 2016 roku. Pierwsze takie wydawnictwo zawsze trafia bez kolejki do mojego odtwarzacza. Data wydrukowana na okładce niema wpływu na jakość muzyki, ale ten zwyczaj, którego źródła już dziś nie pamiętam, powtarzam od lat. W tym roku było jednak znacznie łatwiej, bowiem najnowszy album Nilsa Landgrena nie czekałby w kolejce zbyt długo niezależnie od daty wydania.

Cykl wydawniczy, szczególnie w przypadku tak wystawnej produkcji, był niezwykle krótki. Muzykę zarejestrowano na początku listopada 2015 roku, a już w pierwszych dniach stycznia gotowa płyta trafiła do mnie wprost od polskiego dystrybutora. W przypadku albumu nagranego z dużą orkiestrą, co z pewnością komplikuje miks i ostateczne zgranie, biorąc pod uwagę okres świąteczny to rzeczywiście wielka sztuka.

Nils Landgren jest jednym z tych artystów, których nowe albumy kupuję w zasadzie w ciemno (choć ten akurat dostałem w prezencie do dystrybutora). Dodatkowym magnesem na okładce są nazwiska Janis Siegel – od ponad 40 lat jednego z najważniejszych głosów The Manhattan Transfer, a także Leonarda Bernsteina – legendarnego kompozytora, któremu poświęcona jest płyta. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego na okładce zabrakło miejsca dla Vince’a Mendozy – postaci, które również mogłaby zachęcić spore grono potencjalnych nabywców. To właśnie Vince Mendoza zaaranżował cały materiał, zajmując się również w kilku utworach poprowadzeniem całkiem sprawnej orkiestry symfonicznej z niemieckiego Bochum.

„Some Other Time” to album poświęcony pamięci Leonarda Bernsteina, złożony z materiału napisanego przez tego wybitnego, zmarłego 25 lat temu kompozytora, który jazzowemu światu dał przede wszystkim „West Side Story”. W repertuarze albumu znalazły się również muzyczne fragmenty z napisanego w latach czterdziestych musicalu „On The Town”, nieco późniejszego „Wonderful Town” oraz zamykająca album kompozycja „A Simple Song” z przedstawienia teatralnego z początku lat siedemdziesiątych znanego jako „MASS: A Theatre Piece for Singers, Players, and Dancers”.

Całość muzyki została na nowo opracowana w duchu starych dobrych orkiestracji, które miały same opowiadać muzyczne historie przez Vince’a Mendozę brzmi wyśmienicie. Ten album mógłby powstać wtedy, kiedy nagrywano oryginalne wersje umieszczonych na nim kompozycji. To muzyka ponadczasowa, we fragmentach orkiestrowych pokazująca brzmieniowy potencjał dużej orkiestry. Vince Mendoza jest współczesnym mistrzem orkiestracji. W zasadzie jedynie Duke Ellington i Gil Evans potrafili robić taki użytek z orkiestry.

Nils Landgren jest dużo lepszym puzonistą niż wokalistą, nie dysponuje jakąś szczególnie charakterystyczną barwą ani niezwykłymi możliwościami technicznymi. Jest jednak niezwykle muzykalny. „Some Other Time” to raczej album Nilsa Landgrena – wokalisty, potrafiącego bez wysiłku stworzyć niezwykle klimatyczne duety z Janis Siegel, która w standardach z „West Side Story” również nie podąża w stronę jakiś niezwykłych i technicznie trudnych fraz, skupiając się na pięknie melodii. Oboje tworzą wyśmienity duet wokalny, dla mnie porównywalny z tymi, które tworzył Frank Sinatra z Dinah Shore, Ellą Fitzgerald, czy Doris Day. Wolę kiedy Nils Landgren gra na puzonie. Jednak w duecie z Janis Siegel jest zjawiskowy. Do tego jego wyśmienity kwartet, perfekcyjne aranżacje i dobra orkiestra. I oczywiście niezwykłe kompozycje Leonarda Bernsteina.

Trochę żałuję, że Janis Siegel nie zaśpiewała w „Maria”, ale wersja instrumentalna brzmi świetnie.

Rok 2015 nie był dla mnie jakimś muzycznie wyjątkowym. Nie potrafię wskazać albumu wydanego w 2015 roku, o którym będę pamiętał za 10 lat. Rok 2016 zaczyna się dużo lepiej za sprawą najnowszej płyty Nilsa Landgrena, Janis Siegel i Vince’a Mendozy.

Nils Landgren with Janis Siegel
Some Other Time: A Tribute To Leonard Bernstein
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9813-2

10 stycznia 2016

New Simple Songs Vol. 12

Noworoczne porządki to również uzupełnienie audycji zrealizowanych w grudniu ubiegłego roku. 8 grudnia tematem Simple Songs były jazzowe interpretacje kompozycji Boba Dylana. Pewnie można złożyć godzinną audycję z wielu całkiem różnorodnych jazzowych interpretacji „Like A Rolling Stone”, czy „Knockin’ On Heaven’s Door”. To byłoby jednak zbyt oczywiste i przewidywalne. Całkiem bogaty zbiór jazzowych interpretacji kompozycji Boba Dylana jest najlepszym dowodem na to, że Bob Dylan jest nie tylko jednym z największych poetów XX wieku, ale również potrafi skomponować interesujące dla jazzowych muzyków, niebanalne utwory, którymi interesują się nie tylko wokaliści i wokalistki, ale również instrumentaliści nie wspierający się tekstem.

Na początek niespodzianka – prehistoryczne już dziś niemal nagranie z obszernej dyskografii Keitha Jarretta. „My Back Pages” pianista zagrał na koncercie wydanym w postaci albumu „Somewhere Before”. Dwa koncerty, z których pochodzi ta płyta odbyły się 30 i 31 sierpnia 1968 roku w Shelly's Manne Hole w Los Angeles. U boku Keitha Jarretta zagrali Charlie Haden i Paul Motian. „My Back Pages” Bob Dylan umieścił na płycie „Another Side Of Bob Dylan” w 1964 roku.

* My Back Pages - Keith Jarrett Trio

Moim zdaniem najlepszy album z coverami kompozycji Boba Dylana w kategorii absolutnej, światowej i każdej innej nagrała Martyna Jakubowicz. W związku z tym, oraz faktem udziału kilku muzyków, którzy mają na swoim koncie czysto jazzowe nagrania, w audycji poświęconej interpretacjom kompozycji Boba Dylana nie może zabraknąć fragmentu z albumu „Tylko Dylan”. Tym razem w postaci polskiej wersji „Knockin’ On Heaven’s Door” – kompozycji w oryginale przygotowanej do ścieżki dźwiękowej filmu „Pat Garrett And Billy The Kid” w 1973 roku.

* Pukam Do Nieba Bram / Knocking On Heaven's Door – Martyna Jakubowicz

Teraz kolejna intepretacja instrumentalna – zespół dowodzony przez Joshua Redmana w składzie dziś gwiazdorskim, a w 1998 roku muzycznie równie wybitnym. To fragment albumu „Timeless Tales (For Changing Times)”, oprócz lidera zagrają Brad Mehldau na fortepianie, Larry Grenadier na basie i Brian Blade na bębnach. Oryginał to oczywiście nagranie z albumu o tym samym tytule z 1964 roku.

* The Times They Are A-Changin' – Joshua Redman

„The Ballad Of Hollis Brown” jest jednym z najbardziej zaangażowanych politycznie wczesnych tekstów Boba Dylana. Nic dziwnego, że w zasadzie wszystkie jego późniejsze interpretacje są autorstwa wokalistów i wokalistek znanych ze śpiewania tekstów o trudnych problemach społecznych, często niewygodnych dla władzy. Mnie oprócz oryginału najbardziej przekonuje interpretacja Niny Simone. Oryginał pochodzi z albumu „The Times They Are A-Changin’” z 1964 roku, a wersja Niny Simone z albumu „Let It All Out” wydanego niemal dwa lata później.

* The Ballad Of Hollis Brown – Nina Simone

Kolejne wykonanie instrumentalne, to duet artystów wytwórni ACT – Heinza Sauera i Michaela Wollny’ego zarejestrowany na koncercie w 2012 roku, który został wydany na płycie „Don't Explain: Live in Concert”. Kompozycja „Make You Feel My Love” jest w czasoprzestrzeni Boba Dylana jedną z nowszych, pochodzi z wydanej w 1997 roku płyty „Time Out Of Mind”. Tym razem w wykonaniu na saksofon tenorowy i fortepian.

* Make You Feel My Love - Heinz Sauer / Michael Wollny

„She Belongs To Me” to piosenka Boba Dylana z 1965 roku, z albumu „Bringing It All Back Home”. Kilka lat później zajął się nią Billy Preston, wielka amerykańska gwiazda R&B, muzyk nieco mniej znany w Europie. Nagranie pochodzi jednak z nagranej w Londynie dla wytwórni Apple płyty „That's The Way God Planned It”. Tu już sam skład można uznać za sensacyjny. Na gitarach zagrają Eric Clapton i George Harrison, na basie Keith Richards a na bębnach Ginger Baker. A to wszystko u szczytu popularności wszystkich tych muzyków. Niedługo przed nagraniem tego albumu Billy Preston zagrał „Get Back” razem z The Beatles. Jego relacja z zespołem zaczęła się jednak dużo wcześniej. Billy Preston w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych był filarem zespołu niezwykle wówczas popularnego w Wielkiej Brytanii Little Richarda, któremu Brian Epstein podsunął pomysł aby mało wówczas znany zespół rozpoczynał koncerty Little Richarda. Tak też się stało, a Billy Preston zaprzyjaźnił się z Georgem Harrisonem. Kiedy spotkali się w czasie nagrania albumu „Let It Be”, jak głosi legenda, Billy Preston otrzymał oficjalną propozycję zostania piątym członkiem zespołu. Tak się jednak nie stało, wziął za to udział w słynnym ostatnim koncercie The Beatles na dachu budynku, w którym wówczas mieściła się wytwórnia Apple Music. To historia godna osobnej audycji…

* She Belongs To Me – Billy Preston

Kolejna wersja instrumentalna – tym razem w wykonaniu międzypokoleniowego duetu Charlesa Lloyda i Jasona Morana. Ich wersja „I Shall Be Released” pochodzi z albumu „Hagar's Song” wytwórni ECM, a oryginał oczywiście z „Music From Big Pink” zespołu The Band, choć nieco wcześniejsze nagrania z wokalnym udziałem Boba Dylana znajdziecie na słynnych „Basement Tapes” i jednej z części „Bootleg Series”.

* I Shall Be Released – Charles Lloyd / Jason Moran

Patti Smith chodzi własnymi ścieżkami. Co prawda dołączona do albumu „Twelve” książeczka wyjaśnia nieco tajniki wyboru 12 ważnych dla Patti Smith piosenek, czemu jednak z całego Dylana wybrała „Changing Of The Guards” – singiel promujący „Street Legals” – album z 1978 roku, który niekoniecznie jest najlepszym w karierze muzyka – ja nie rozumiem. W wykonaniu Patti Smith jednak nawet tak mocno przeciętny tekst wypada przekonująco…

* Changing Of The Guards – Patti Smith

Na koniec superklasyk – „Like A Rolling Stone”, zaśpiewa Caecilie Norby z pomocą męża – Larsa Danielsona. Na gitarze zagra Nguyen Le, na fortepianie Leszek Możdżer, a na bębnach Robert Mehmet Ikiz. Skład określa jednoznacznie wydawcę – to musi być ACT Music…


* Like A Rolling Stone – Caecilie Norby

09 stycznia 2016

Gene Krupa / Buddy Rich - The Drum Battle At JATP

Cykl koncertów Jazz At The Philharmonic wymyślił Norman Granz w 1944 roku. Jego uczestnikami była większość jazzowych sław tamtych czasów. Szczyt popularności tego jedynego w swoim rodzaju wędrownego festiwalu przypadł na drugą połowę lat czterdziestych. Wtedy Norman Granz nagrywał wiele koncertów, a nagrania wydawano niemal natychmiast na płytach wytwórni należących do Mosesa Ascha. Wtedy Norman Granz nie prowadził jeszcze działalności wydawniczej. Dopiero w 1948 roku Norman Granz rozpoczął jako producent współpracę z Mercury. Pod skrzydłami tej wytwórni ukazywało się na bieżąco sporo nagrań z koncertów Jazz At The Philharmonic, choć Norman Granz miał już wtedy swoją własną markę – Clef. Kiedy w 1953 roku założył swoją Norgran – nagrania ukazywały się już tylko pod kontrolą jego własnych wytwórni.

Dziś te najważniejsze nagrania z lat 1944-1949 dostępne są w doskonale udokumentowanym i opisanym zestawie: „The Complete Jazz At The Philharmonic On Verve 1944-1949” wydanym przez Verve. O tym wydawnictwie pisałem już kiedyś tutaj:


W latach pięćdziesiątych w ramach kolejnych cykli koncertowych Jazz At The Philharmonic, zarówno w USA, jak i w Europie działo się wiele niezwykle interesujących i często unikalnych muzycznie rzeczy. Przykładem rejestracji takiego wydarzenia jest album Gene’a Krupy i Buddy Richa – „The Drum Battle At JATP” zawierający materiał nagrany w 1952 roku i wydany pierwotnie jako 15 część wydawnictwa „Norman Granz: Jazz At The Philharmonic” wytwórni Clef.

Pierwsze spotkanie na żywo dwu wielkich postaci jazzowej perkusji nie było wcale spotkaniem międzypokoleniowym. Obu muzyków dzieliła niewielka różnica wieku. 8 lat to z pewnością nie całe pokolenie, choć Buddy Rich często nagrywał z Charlie Parkerem i Theloniousem Monkiem, podczas gdy Gene Krupa w czasach świetności be-bopu pozostał raczej perkusistą big-bandowym, grywając jednocześnie w zespołach rejestrujących muzykę filmową na potrzeby Hollywood.

Tytułowa wojna bębnów trwa jedynie nieco ponad 3 minuty, ale obaj muzycy często występowali razem na scenie w cyklu Jazz At The Philharmonic. Spotkali się również w studio – nagrali razem dwa albumy – „Krupa And Rich” w 1955 roku i „Burnin’ Beat” w 1962, oba zostały wyprodukowane przez Normana Granza. Ten drugi powiela pomysł zrealizowany na scenie Jazz At The Philharmonic – w składzie zespołu nie ma kontrabasisty.

Ten krótki, zarejestrowany w Carnegie Hall album pokazuje całe bogactwo nagraniowego dorobku cyklu Jazz At The Philharmonic. Często nietypowe składy, spotkania na scenie muzyków, którzy nie grali ze sobą na stałe, dużo chaosu i improwizacji. Bywało, że ze składu, który miał wystąpić, ktoś nie pojawiał się, bo miał tego dnia inne zajęcie, albo nie dojechał. Często pomysły na kolejne atrakcje powstawały na próbach. W tym czasie jazz był muzyką dla wszystkich, musiał nie tylko dostarczać artystycznych przeżyć garstce wybrańców doceniających wyszukane pomysły muzyczne, ale zwyczajnie bawić ludzi w każdym wieku. Duet Gene’a Krupy i Buddy Richa wywiązywał się z tego zadania doskonale. W sieci znajdziecie bez trudu rejestracje filmowe ich wspólnych występów. Jak wielu ówczesnych muzyków, obaj zaczynali w przedstawieniach teatralnych i wodewilowych oraz wielkich big-bandach.

Ostatni utwór na płycie – „Perdido” był prawdopodobnie jednym z finałowych występów tego wieczoru. Na scenie pojawiło się wielu wykonawców i popularny, znany wtedy wszystkim temat. Każdy miał trochę miejsca dla siebie, a przy okazji oczywistej wielkości takich postaci jak Oscar Peterson, Lester Young czy Ella Fitzgerald, przypomniał o sobie mocno niedoceniany Flip Philips.

W zasadzie każde wydawnictwo zawierające materiał z koncertów Jazz At The Philharmonic zawiera wyśmienite momenty i warte jest przypomnienia w naszym Kanonie Jazzu. To przypomnienie doskonałej muzyki, wielkich nazwisk, ale również czasów, kiedy jazz był bardzo ważny, a jego gwiazdy idolami dla wszystkich, niezależnie od wieku, pochodzenia, czy muzycznej dojrzałości.

Gene Krupa / Buddy Rich
The Drum Battle At JATP
Format: CD
Wytwórnia: Verve

Numer: 731455981025

08 stycznia 2016

Paweł Pańta, Krzysztof Dys, Krzysztof Szmańda - Pańta_Dys_Szmańda Play Bach_Beethoven_Chopin_Małecki

Marcin Małecki był wielkim talentem, choć świat nie zdążył się o tym przekonać. Pozostał na trwałe w pamięci tych, którzy mieli okazję usłyszeć jego muzykę na scenie i kolegów, którzy z nim grali i z pewnością snuli plany na przyszłość. Wśród nich z pewnością byli Paweł Pańta i Krzysztof Szmańda, z którymi nagrał jedyną swoją płytę – „Odyseję kosmiczną”.

Za kilka dni minie 8 lat od przedwczesnej śmierci Marcina Małeckiego. Jego koledzy wciąż pamiętają, a za pomocą jednego z najnowszych wydawnictw wytwórni Fonografika przypominają również całemu światu o niezwykłym talencie swojego przyjaciela.

Cała muzyczna zawartość albumu „Pańta_Dys_Szmańda Play Bach_Beethoven_Chopin_Małecki” została oparta na aranżacjach Marcina Małeckiego, przygotowywanych na jego drugą autorską płytę. Na program albumu składają się zarówno zaaranżowane w unikalny sposób łączący szacunek do klasycznych melodii z jazzową kreatywnością utwory największych kompozytorów muzyki zwanej dziś zupełnie niepotrzebnie poważną, jak i kompozycje Marcina Małeckiego utrzymane w podobnym klimacie.

Takiego połączenia próbowało wielu jazzowych muzyków. Jedni wykorzystują swoją niezwykłą inwencję improwizatorską, czerpiąc ledwie w zauważalny sposób z utworów wielkich mistrzów, inni starannie aranżują w jazzowy sposób znane na całym świecie kompozycje, chcąc na chwilę zajrzeć na sceny wielkich sal koncertowych, lub spełnić często dziecięce jeszcze marzenia o zagraniu z wielką orkiestrą. Są również tacy, którzy starają się znaleźć dodatkową publiczność wśród słuchaczy muzyki klasycznej, lub tych, którzy uważają się za znawców, bądź uznają, że znajomość Bacha, czy Beethovena nobilituje ich towarzysko. Wielcy kompozytorzy sprzed lat pisali też piękne, przebojowe melodie – można je wykorzystać i w ten sposób zostać zauważonym.

Paweł Pańta, Krzysztof Dys i Krzysztof Szmańda nie idą żadną z tych prostych, gwarantujących chwilowy sukces dróg. Ich najnowszy album nie jest kolejnym jazzowym projektem sięgającym w jeden z wymienionych powyżej sposobów do przebojów muzyki Bacha, Beethovena, czy Chopina. Rok chopinowski się skończył, a wraz z nim moda, ale też pieniądze na wszelakie interpretacje dzieł jednego z największych polskich kompozytorów. Album „Pańta_Dys_Szmańda Play Bach_Beethoven_Chopin_Małecki” poświęcony jest pamięci wybitnego muzyka – Marcina Małeckiego i jego wybornym aranżacjom.

Muzycznym idolem Marcina Małeckiego był Oscar Peterson, który należy również do grona tych, których uwielbiam najbardziej. Czy Oscar Peterson tak właśnie słyszał Chopina? Nigdy się nie dowiemy. Za to dzięki płycie „Pańta_Dys_Szmańda Play Bach_Beethoven_Chopin_Małecki” cały świat może dowiedzieć się, jak Chopina słyszał Marcin Małecki. To dobrze, że ten album został nagrany. To smutna i tragiczna historia niezwykłego talentu.

Odrzucając jednak wszystkie nazwiska, historie związane z powstaniem tej muzyki, czas jej nagrania i wciąż aktualną modę na granie Chopina, słuchając tej muzyki bez tych wszystkich opowieści prosto dojść do wniosku, że to zwyczajnie doskonała muzyka. Trudna do opisania, wielowarstwowa, inspirująca, różnorodna, prosta i zwyczajnie piękna. Nawet jeśli ktoś nie słyszał wcześniej żadnego innego nagrania tych kilku ważnych dla muzyki poważnej kompozycji. A tak zupełnie niespodziewanie, zaglądając na okładkę, odkrywamy, że kompozycje Marcina Małeckiego są równie dobre jak te napisane przez wielkich mistrzów. Za jak zwykle nienaganną realizację techniczną nagrania odpowiada Jan Smoczyński. Ja żałuję tylko tego, że ten album tak szybko się kończy i że pewnie nie ma szans na kolejne nagrania aranżacji przygotowanych przez Marcina Małeckiego.

Paweł Pańta, Krzysztof Dys, Krzysztof Szmańda
Pańta_Dys_Szmańda Play Bach_Beethoven_Chopin_Małecki
Format: CD
Wytwórnia: Fonografika
Numer: 5902249020519