06 marca 2017

Bela Fleck & The Flecktones – Flight Of The Cosmic Hippo

Country, a właściwie bluegrass, to muzyka, od której zaczynał Bela Fleck. Nie mogło stać się inaczej, jeśli pierwszą muzycznym idolem Beli Flecka był Earl Scruggs, a kiedy po krótkiej przygodzie edukacyjnej z waltornią jego mistrzem został Tony Trischka. Tak oto od urodzenia skazany na muzyczną karierę, dziedziczący imię po Beli Bartoku muzyk miał stać się mężem opatrznościowym wszystkich producentów banjo na świecie. To bowiem dzięki jego wirtuozerii i nieustannym poszukiwaniu nowych technik gry oraz niezwykłemu poszerzeniu repertuaru, świat po raz kolejny miał usłyszeć o tym nieco zapomnianym i zepchniętym do roli niszowego instrumentu niezbyt nowoczesnych odmian muzyki country.

Zaczęło się jednak od kilku niezłych, ale niekoniecznie odkrywczych albumów nagranych przez Belę Flecka w latach osiemdziesiątych dla wytwórni Rounder, mekki wyznawców klasycznego folku. Jego najbardziej znany i nowatorski zespół – The Flecktones powstał właściwie przez przypadek, jako w zamyśle jednorazowy skład na jeden z rozlicznych amerykańskich plenerowych festiwali folkowych w 1988 roku. W niemal niezmienionym podstawowym składzie obejmującym oprócz lidera, braci Wooten (basistę Victora i awangardowego, szalonego gitarzystę i perkusistę Roya – Futuremana) istnieje do dziś, choć ostatnio głównie jako koncertowa atrkcja, bowiem od wydania ostatniej płyty („Rocket Science”) minęło już niemal 7 lat.

Zespół The Flecktones czerpie z tradycji amerykańskiej muzyki rozrywkowej, jazzowej, bluesa i country, chętnie zapraszając do współpracy egzotycznych muzyków, tworząc spektakle nieporównywalne w zasadzie z żadnym innym muzycznym wydarzeniem. Jest jedyny w swoim rodzaju, a jego przynależność do jazzowego świata wyznaczają raczej projekty rozwijane niezależnie przez członków zespołu (jak choćby solowe nagrania Victora Lemonte Wootena) i improwizowane, szalone pomysły utrwalane na płytach koncertowych. Ważny udział w kilku płytach zespołu ma również znany z zespołu Oregon, grający w zasadzie na wszystkich drewnianych instrumentach dętych Paul McCandless, nazywany czasem jedynym jazzowym oboistą.

Sam Bela Fleck gra w zasadzie wszystko, udowadniając, że teoretycznie prymitywny brzmieniowo i nie oferujący zbyt wiele możliwości technicznych instrument, jakim jest banjo może więcej, niż wszystkim się wydaje. Ma na swoim koncie nagrania country i bluegrass – to oczywiste. Nagrywał ścieżki instrumentalne do dziecięcych bajek i przepiękne transkrypcje Bacha i Chopina. Nagrał zupełnie wymykającą się wszelkim próbom klasyfikacji gatunkowej płytę z Chickiem Corea („The Enchantment”). Ma na swoim koncie grubo ponad tuzin nagród Grammy w przeróżnych kategoriach (chyba nigdy nie zdobył tej nagrody w żadnej jazzowej kategorii). Razem z kolegami z zespołu nagrali też moją absolutnie ulubioną płytę z kolędami – „Jingle All The Way”, która jest najbardziej optymistyczną i pozbawioną religijnego i kulturowego patosu muzyczną ilustracją Świąt Bożego Narodzenia, jaką znam.

„Flight Of The Cosmic Hippo” to drugi album w dyskografii zespołu, wydany w 1991 roku. Trudno mi znaleźć inne jazzowe nagranie w tak doskonały sposób łączące przebojowe melodie ze skomplikowanymi harmoniami i niezwykłymi rytmicznymi układankami, zarejestrowanymi przez zespół, który w swoim składzie nie posiadał klasycznego perkusisty. Charakterystyczne dla brzmienia zespołu zderzenie funkowego basu Victora Wootena z elektronicznie przetworzonym brzmieniem banjo lidera brzmi dziś nieco staromodnie w związku z nadużyciem modnego w tamtym czasie cyfrowego pogłosu. Trudno odmówić jednak uroku chwytliwym melodiom skomponowanym przez lidera i błyskotliwej interpretacji „Michelle” Johna Lennona i Paula McCartneya z melodią zagraną przez Howarda Levy na harmonijce.

Niewiele jest tak pogodnych, melodyjnych, pozytywnych a jednocześnie niebanalnych i odkrywczych płyt z autorską muzyką. Chyba, że zerkniecie na półkę z pozostałymi nagraniami The Flecktones – tam znajdzie się ich jeszcze kilka.

Bela Fleck & The Flecktones
Flight Of The Cosmic Hippo
Format: CD
Wytwórnia: Warner
Numer: 07599265622

05 marca 2017

Wynton Marsalis – Hot House Flowers

Wynton Marsalis w moim Kanonie Jazzu. Koniec świata…? Niekoniecznie. Naczelny kustosz historii muzyki improwizowanej potrafi grać na trąbce, tyle, że uważa co innego za swoje główne zajęcie. Jednak część jego nagrań z pewnością do Kanonu Jazzu trafić powinna. To nie tylko „Hot House Flowers”, ale również „Live At Village Vanguard”, czy „Joe’s Cools Blues” nagrane z ojcem – doskonałym pianistą Ellisem Marsalisem.

Nie ukrywam, że najchętniej przedstawiłbym Wyntona Marsalisa w Kanonie Jazzu za sprawą 7 płytowego zestawu nagrań z Village Vanguard, który jest moim zdaniem najdoskonalszym stricte jazzowym produktem Wyntona Marsalisa, jednak pomimo tego, że nagrania pochodzą z początku lat dziewięćdziesiątych, ukazały się w 1999 roku, musimy więc na ich Kanonizację poczekać do roku 2019. To już w sumie niedługo… „Live At The Village Vanguard” obejmuje różne jazzowe składy zespołu Wyntona Marsalisa – przeważnie klasyczne jazzowe combo z dwoma lub trzema instrumentami dętymi.

„Hot House Flowers” to album nagrany dekadę wcześniej, w 1984 roku z udziałem obszernej sekcji instrumentów smyczkowych. Pewnie taka gromada muzyków nie zmieściłaby się na scenie w Vanguard. To jednak nie ma znaczenia. Album młodego Wyntona Marsalisa z początków kariery to jedna z nielicznych produkcji z udziałem sekcji smyczkowej, której słucham z przyjemnością. To mistrzowsko zagrane ballady dalekie od smooth-jazzowego banału i przesłodzenia. Tu smyczki mają muzyczny sens, a nie służą jedynie zachęceniu niejazzowego słuchacza. Nie ma w nich również zbędnego w takich melodiach, jak „Stardust”, „Django”, czy „When You Wish Upon The Star” pseudoklasycyzującego patosu. A to spore osiągniecie, bowiem w latach osiemdziesiątych Wynton Marsalis nie tylko terminował w zespole Jazz Messengers Arta Blakey’a, ale również grywał na trąbce momentami nieznośnie czystym tonem Haydna i Mozarta, co miało go doprowadzić do jednej z najbardziej zdumiewających sesji nagraniowych w historii jazzu z wielką gwiazdą amerykańskiej opery Kathleen Battle (rok 1992 – album „Baroque Duet” wydany przez do bólu klasyczną oficynę Sony Classical).

Wyśmienite aranżacje znanych standardów przygotował współpracujący z Ronem Carterem aranżer - Robert Freedman i to jemu trzeba niewątpliwie przypisać część zasług w znalezieniu wyśmienitej równowagi pomiędzy brzmieniem jazzowego zespołu i sekcji smyczkowej.

To jednak przede wszystkim album Wyntona Marsalisa – niezwykle dojrzałego jak na swój wiek (miał wtedy dopiero 23 lata, choć zaczynał swoją profesjonalną muzyczną drogę zanim skończył 8 lat) i kompletnego muzyka. Solo w utworze tytułowym przyniosło mu drugą już statuetkę Grammy za najlepszą solówkę (pierwszą dostał rok wcześniej za „Think Of One”).

Szkoda, że muzyczne drogi braci Wyntona i Branforda rozeszły się tak szybko i że obaj nieco za daleko odeszli od jazzowych ideałów. Jednak takie płyty, jak „Hot House Flowers” dowodzą, że jazz zawsze będzie najbardziej kreatywną formą muzyczną, szczególnie, jeśli spotkają się tak niezwykłe osobowości. Za każdym razem, kiedy w składzie widnieje nazwisko Kenny Kirklanda, żałuję, że nie zagrał więcej, że był tylko częścią sekcji akompaniującej rodzinie Marsalisów.

Niezależnie od okoliczności powstania, pozajazzowych aktywności lidera i jego dla wielu kontrowersyjnych poglądów mających często odzwierciedlenie w bieżącej muzycznej działalności, takie albumy, jak „Hot House Flowers” zawsze będą ozdobą każdej muzycznej kolekcji, przekonując nieprzekonanych, że jazz może również oznaczać pięknie napisane, świetnie zaaranżowane i genialnie zagrane melodie.

Wynton Marsalis
Hot House Flowers
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 5099746871024

04 marca 2017

Jan Lundgren feat. Jukka Perko, Dan Berglund & Morten Lund - Potsdamer Platz

Szwedzko-fińsko-duński kwartet powinien być zimnym, skandynawskim, wyrachowanym, starannie zaaranżowanym i zaplanowanym muzycznym projektem. Nic bardziej mylnego. „Potsdamer Platz” – najnowsze nagranie zespołu Jana Lundgrena to wyśmienite nagrania ponadczasowego mainstreamowego kwartetu, bardziej przypominające jazz słowiański, niż skandynawski. Jeśli lubicie nagrania Krzsztofa Komedy z muzykami ze Skandynawii, to „Potsdamer Platz” z pewnością Wam się spodoba.

Zespół Jana Lundgrena potrafi być jednocześnie nowoczesny i tradycyjny. Muzycy doskonale bawią się w swoim towarzystwie, interpretując z wielkim luzem melodyjne kompozycje lidera. Kilka z tych napisanych specjalnie na potrzeby „Potsdamer Platz” z pewnością może wejść do światowej księgi jazzowych standardów.

Wyjątkowy talent kompozytorski Jana Lundgrena pozwala mu komponować zarówno przepiękne ballady – „No. 9” i „Never Too Late”, jak również utwory w zdecydowanie szybszych tempach, co pokazuje najbardziej przebojowy i zagrany z niezwykłą muzyczną energią przez Jukkę Perko „Twelve Tone Rag”. Tytułowy utwór albumu to w zasadzie gotowy jazzowy standard najwyższej klasy, albo melodia, która mogłaby zostać ozdobą ściężki dźwiękowej kasowej produkcji filmowej. Duet Jukki Perko i Jana Lundgrena w kolejnej wyśmienitej kompozycji lidera – „Lycklig Resa” to wybitnie ponadczasowe granie, porównywalne ze współpracą polegającą na doskonałym zrozumieniu, jaka cechowała najwybitniejszy chyba duet pianisty i saksofonisty środka jazzowej sceny muzycznej – Dave Brubecka i Paula Desmonda.

Zespół wystąpi w najbliższych dniach w Szczecinie na festiwalu Szczecin JAZZ 2017. Ja niestety tam nie dotrę, czego bardzo żałuję, ale niestety nie da się być wszędzie, a w szczególności w wielu miejscach w tym samym czasie. Jeśli macie bliżej, albo więcej wolnego czasu, z pewnością warto wybrać się na ten koncert.

ACT Music tradycyjnie wydaje dużo nowości na wiosnę, „Potsdamer Platz” to jedna z najciekawszych, to album do którego często będziecie wracać, odkrywając w nim nowe ciekawostki, muzyczne nawiązania do jazzowej tradycji zza Wielkiej Wody, a przede wszystkim wiele pięknych melodii i solidnego, momentami wręcz wybitnego zespołowego grania. Dla mnie jednak najnowszy album Jana Lundgrena to przede wszystkim znakomite kompozycje, równie dobre jak te, które grywane są od pół wieku na wszystkich kontynentach w ciągle istniejących klubach jazzowych przy okazji całonocnych spotkań muzyków improwizujących.

Jan Lundgren feat. Jukka Perko, Dan Berglund & Morten Lund
Potsdamer Platz
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9831-2

01 marca 2017

Herbie Hancock – Gershwin’s World

Herbie Hancock to jeden z gigantów współczesnego jazzu. Jego własna, niezwykle różnorodna dyskografia mogłaby posłużyć za wyłączną ilustrację muzyczną historii gatunku w zasadzie od fenomenalnego debiutu w 1962 roku, czyli albumu o słusznym i adekwatnym tytule – „Takin’ Off”. Jak każda trwająca już niemal 60 lat kariera, również ta budowana przez Herbie Hancocka ma swoje wzloty i nieco słabsze momenty. Gdyby do projektów dowodzonych przez Hancocka dołożyć te, w których wziął udział jako pianista w zasadzie nigdzie (poczynając od nagrań z 1961 roku z Donaldem Byrdem) nie będąc muzykiem drugiego planu, powstanie monumentalny i zupełnie nieprawdopodobny zestaw nagrań. Wśród muzyków, którzy zaprosili Herbie Hancocka do współpracy uznając go za jednego z najlepszych na świecie pianistów i nagrali z nim swoje ważne płyty wystarczy wymienić choćby Wayne Shortera („Speak No Evil”), Wesa Montgomery, Stana Getza, Paula Desmonda, Freddie Hubbarda, Joni Mitchell i Carlosa Santanę. O roli Herbiego Hancocka w zespole Milesa Davisa w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych możnaby napisać całkiem pokaźną książkę.

Trochę więc szkoda, że od premiery ostatniego oficjalnego nowego albumu Herbie Hancocka („Imagine Project”) minęło już 7 lat. Oczywiście wytwórnie specjalizujące się w wydawaniu koncertów odnajdują ciągle nowe nagrania, jednak oczekiwanie na nowy album studyjny Herbie Hancocka (w szczególności, że artysta mimo całkiem już dojrzałego wieku pozostaje nadal aktywny i całkiem często występuje na amerykańskich i europejskich scenach) wystawia jego fanów na ciężką próbę.

Album „Gershwin’s World” powstał niemal 20 lat temu. Już kilka razy wracałem do tej płyty z myślą o umieszczeniu jej w naszym radiowym Kanonie Jazzu, za każdym razem starannie licząc datę wydania, a później, żeby trochę czasu nadrobić, wcześniejszą datę nagrania. Od rozpoczęcia prac właśnie mija 19 lat. Postanowiłem nie czekać kolejnych 12 miesięcy, żeby zachować regułę, której do tej pory raczej sztywno trzymałem się tworząc Kanon Jazzu. Dla wielkiego mistrza można zrobić wyjątek, jestem bowiem absolutnie pewien, że „Gershwin’s World” w ciągu najbliższych 12 miesięcy nie straci niczego ze swojego pierwotnego blasku.

Umieszczona poniżej lista wykonawców uczestniczących w nagraniu albumu stanowi aktualną w 1998 roku listę najciekawszych na światowej scenie jazzowej muzyków. Wielu z nich, wtedy grających w drugim rzędzie zespołu to dziś gwiazdy pierwszej wielkości. Sprawdzony na setkach płyt i jeszcze większej ilości koncertów repertuar jazzowych standardów w większości napisanych przez braci Gershwin w połączeniu z wybitnym zespołem dowodzonym przez Herbie Hancocka okazał się genialnym pomysłem na przypomnienie atmosfery epoki przedwojennej Ameryki.

Gdybym miał opisć jednym zdaniem, czym jest „Gershwin’s World”, napisałbym, że to jest genialna, jednorazowa akcja promocyjna amerykańskiej kultury muzycznej. Za sprawą tej jednej płyty Herbie Hancock zrobił coś, czemu Wynton Marsalis poświęcił całe życie i jakoś nie najlepiej mu wyszło. Za sprawą „Gershwin’s World” to właśnie Herbie Hancockowi należy się tytuł kustosza muzeum jazzu tradycyjnego. To właśnie Herbie Hancock potrafi zrobić coś, czego Wynton nie potrafił nigdy – przedstawić muzyczą tradycje w nowoczesny sposób, strawny dla dzisiejszych odbiorców. Wszystkich odbiorców, a nie tylko tych, którzy skupiają się na wyłowieniu subtelnych różnic w brzmieniu trąbki pomiędzy Wyntonem Marsalisem, Louisem Armstrongiem i Doc’kiem Cheathamem – muzykiem łączącym tradycje Armstronga, którego nawet czasem zastępował jeszcze w latach dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy ten był niedysponowany i nie mógł zagrać koncerów z całkiem współczesnym traktowaniem muzycznej rzeczywistości. Przy okazji polecam Waszej uwadze genialny album „Doc Cheatham & Nicholas Payton”. Ten powstał w 1997 roku - więc już bez naginania reguł możemy umieścić go w Kanonie Jazzu.

Umieszczenie w towarzystwie kompozycji braci Gershwin utworów Duke Ellingtona, Jamesa P. Johnsona, WC Handy’ego i Maurice Ravela to pokazanie źródeł inspiracji braci Gershwin.

Album nagrano w gwiazdorskim składzie, praktycznie każdy utwór w nieco innym składzie personalnym. Sesji było całkiem sporo i jakimś cudem udało się z tego wszystkiego uzyskać niezwykle spójny muzyczny obraz świata, który swoimi kompozycjami opisywali George i Ira Gershwin. Dodatkowym bonusem do ogólnej atmosfery są między innymi udział Joni Mitchell („The Man I Love” i „Summertime”), duety z Wayne Shorterem, powrót po latach do duetu fortepianowego z Chickiem Corea oraz „St. Louis Blues” ze Stevie Wonderem.

Herbie Hancock
Gershwin’s World
Format: CD
Wytwórnia: Polygram / Verve
Numer: 731455779721

25 lutego 2017

Wes Montgomery with Eddie Higgins Trio – One Night In Indy

To nie jest pomyłka. Oto kilka tygodni temu ukazał się nowy album Wesa Montgomery. Tym razem to nie reedycja, czy jakieś odnalezione odrzuty ze znanej wcześniej sesji, przyklejone do sprzedanego już fanom kilka razy materiału. To zupełnie nowe, nigdy wcześniej niepublikowane nagrania koncertowe, odnalezione w magiczny sposób w archiwach zmarłego niedawno kolekcjonera i znanego w Indianapolis jazzowego fotografa – Duncana Schiedta. To nie jest zresztą pierwsza taka publikacja z jego zbiorów, ta jednak wydaje się muzycznie najdoskonalsza. Sam Duncan Schiedt nie dożył niestety wydania tego materiału, bowiem jak zwykle w takich przypadkach, od podjęcia decyzji o próbie wydania materiału do wytłoczenia płyty minęło niemal 3 lata, które upłynęły na negocjacjach ze spadkobiercami muzyków oraz starannej obróbce materiału muzycznego.

Resonance Records – wytwórnia odpowiedzialna za tak sensacyjną publikację działa bowiem w Stanach Zjednoczonych i publikując swoje wydawnictwa zawsze czyni to z pełną akceptacją spadkobierców i posiadaczy praw autorskich do nagrań. Nie jest to zatem żaden bootleg, ale album, który można dopisać bez żadnych wątpliwości do oficjalnych dyskografii Wesa Montgomery, Eddie Higginsa i Waltera Perkinsa.

Nazwiska basisty wydawcom nie udało się ustalić, choć ich wiedza oraz kontakty w środowisku jazzowym w Indianapolis są niezwykle rozległe. To właśnie w słynnym pół wieku temu Indianapolis Jazz Club został zarejestrowany, zapewne nie do końca za zgodą muzyków publikowany dziś materiał.

Trio Eddie Higginsa nie było stałym zespołem Wesa Montgomery, dziś można przypuszczać, że gitarzysta, mający już wówczas status gwiazdy podróżował po kraju sam, poszukując możliwości koncertowania w towarzystwie lokalnych muzyków – tak było taniej i prościej. Wystarczyło zabrać gitarę i wybrać się w podróż. W Indianapolis było najłatwiej, bowiem to rodzinne miasto Wesa Montgomery, gdzie z pewnością znał wielu muzyków, jeszcze z lat czterdziestych, kiedy zaczynał swoją karierę w orkiestrze Lionela Hamptona.

Kiedy Wes Montgomery, po kilku latach przerwy wznowił swoją muzyczną karierę w 1957 roku, Indianapolis nie było może centrum jazzowych wydarzeń, ale wspomniany już Indianapolis Jazz Club było przystankiem na trasach największych jazzowych sław. W okresie bezpośrednio poprzedzającym początek 1959 roku, kiedy powstał prezentowany po latach przez Resonance materiał, Wes Montgomery podpisał kontrakt nagraniowy z Riverside, nie był bowiem zadowolony ze swojej współpracy z Pacific Jazz. To właśnie wtedy powstały jego najważniejsze albumy – „Fingerpicking’”, który był jednocześnie debiutem w studiu nagraniowym dla Freddie Hubbarda, „The Wes Montgomery Trio”, a wkrótce potem „The Incredible Jazz Guitar Of Wes Montgomery” z udziałem Tomy Flanagana.

W styczniu 1959 roku, kiedy odwiedził swoje rodzinne miasto był już więc z pewnością dla bywalców Indianapolis Jazz Club wielką gwiazdą. Indianapolis dało jazzowemu światu oprócz Wesa Mongtomery i Freddie Hubbarda chyba jeszcze tylko J. J. Johnsona, spośród tych największych.

Muzycy z którymi Wes Montgomery zagrał w styczniu 1959 roku zapewne kilka koncertów w małym klubie nie byli zupełnie nieznani. Rezydujący w latach świetności hard-bopu w Chicago, przez większość czasu w klubie London House pianista Eddie Higgins nagrywał z wieloma artystami. W jego dyskografii, tej najbardziej oficjalnej i tej nieco mniej znanej znajdziecie nagrania z Frankiem Fosterem, Miltem Hintonem, Sonny Stittem, Lee Morganem, Wayne Shorterem i Julianem Cannonballem Adderleyem. To tylko kilka z nazwisk, które spotkacie na płytach w towarzystwie Eddie Higginsa. Z całej listy można ułożyć całkiem kompletną encyklopedię hard-bopu.

Walter Perkins to kolejny wychowanek jazzowego Chicago. W połowie lat pięćdziesiątych był perkusistą w triu Ahmada Jamala. Jego miejsce zajął znany z najważniejszych nagrań Ahmada Jamala Vernell Fournier. Później często towarzyszył gitarzystom – spotkacie go na płytach Jima Halla. Grywał też z Patem Martino. Nagrywał przebojowe płyty z Sonny Stittem i Davem Pike’em. Potrafił odnaleźć się w zespole akompaniującym Carmen McRae i próbując zrozumieć czego oczekuje od perkusisty Charles Mingus. Grał też z Rahsaanem Rolandem Kirkiem i Georgem Sheringiem. Dokonaniem jego życia z pewnością pozostanie album „Count 'Em 88” Ahmada Jamala.

Zmontowany dla kilku koncertów skład zagrał garść standardów, które wszyscy znali. Niby nic nadzwyczajnego. Jednak w rezultacie powstał unikalny dokument. Prawdziwy zapis koncertu, z odrobiną niedoskonałości, niezrozumienia i nieuzgodnionych wcześniej zwrotów muzycznej akcji. Dla fanów Wesa Montgomery to pozycja niezwykła. Dla wszystkich innych – doskonały hard-bopowy klasyk i fantastyczny dokument z najlepszej epoki muzyki improwizowanej. Nowość sprzed niemal 60 lat. Zaskakująca, zdumiewająca i zachwycająca.

Wes Montgomery with Eddie Higgins Trio
One Night In Indy
Format: CD
Wytwórnia: Resonance
Numer: 096802280092