Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bela Fleck. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bela Fleck. Pokaż wszystkie posty

25 grudnia 2020

Silent Night – CoverToCover Vol. 108

Pochodzenie wielu tradycyjnych melodii świątecznych nie jest zbyt jasne albo istnieją różne wersje historii, często ze sobą sprzeczne. W przypadku „Silent Night” sprawa jest dużo łatwiejsza. Nikt nie kwestionuje autorstwa melodii stworzonej przez Franza Xaviera Grubera, ani tekstu, pierwotnie w wersji niemieckiej napisanego przez Josepha Mohra. Obaj zapisali się w historii muzyki w zasadzie jedynie faktem stworzenia „Silent Night”. Utwór powstał w Austrii, gdzie do dziś istnieje w Oberndorf kaplica stojąca na miejscu, gdzie wcześniej stał kościół, w którym melodia zabrzmiała po raz pierwszy. Z pewnością jest całoroczną atrakcją turystyczną, choć zajmuje jedynie miejsce po kościele, w którym „Silent Night” zaczęła się historia melodii, wtedy jeszcze z niemieckim tytułem „Stille Nacht, heilige Nacht”.

Utwór powstał w 1818 roku na długo przed powstaniem pierwszych urządzeń do rejestracji dźwięku. Najsłabiej udokumentowaną częścią historii utworu jest sposób w jaki świat dowiedział się o tej melodii. Gruber nie był zawodowym kompozytorem, a jedynie kościelnym organistą, więc nie wpadł na pomysł publikacji swojej kompozycji. Wedle najbardziej prawdopodobnej wersji, utwór włączył do swojego repertuaru zespół podróżujących po Austrii i Niemczech muzyków ludowych (w wielu wersjach tej historii występują wspólnie lub oddzielnie dwa rodzinne zespoły – Strasserów i Rainerów). Jeden z nich z pewnością zaprezentował już rok później nową pieśń bożonarodzeniową austriackiemu cesarzowi i być może również rosyjskiemu carowi. Podobno zespół rodzinny Rainerów po raz pierwszy zaśpiewał „Silent Night”, oczywiście po niemiecku po raz pierwszy w USA w roku 1839.

Do nazwiska kompozytora - Franza Xaviera Grubera, na większości płyt powinno zostać dodane również nazwisko Johna Freemana Younga, który w 1859 roku napisał pierwszy angielski tekst, który z niewielkimi zmianami stanowi podstawę współczesnych słów angielskiej wersji „Silent Night”. Tekst istnieje podobno w ponad 140 wersjach językowych.

Utwór wielokrotnie trafiał na listy przebojów w wielu różnych językach. Po raz pierwszy z angielskim tekstem przebój z „Silent Night” zrobił Bing Crosby w 1935 roku. Bez „Silent Night” nie istnieje w zasadzie żadna płyta z kolędami, a większość koncertów odbywających się w grudniu, niezależnie od gatunku muzyki kończy się tą melodią, jeśli nie kończy się w trochę bardziej świecki sposób zagraniem „Santa Claus Is Coming To Town”. Stąd też na przeróżnych wydaniach koncertowych znajdziecie „Silent Night” w niespodziewanych wykonaniach Jimi Hendrixa, McCoy Tynera, Joe Satrianiego, Willie Nelsona, a także wersje w językach powszechnie kojarzonych z zupełnie innymi religiami – arabskim, chińskim, hawajskim, japońskim, maoryskim i wszelkich innych. Do dziś zarejestrowano ponad cztery tysiące oficjalnych nagrań zgłoszonych do baz danych praw autorskich (które oczywiście za wyjątkiem niektórych praw do nowych wersji tekstu dawno wygasły).

Trudno więc wybrać te najważniejsze nagrania. Tym razem kieruję się więc raczej osobistymi preferencjami. W roli klasyka, reprezentując wszystkich nieobecnych, czyli wszystkich wielkich wokalistów i wokalistki jazzowe i nie tylko, wystąpi razem ze swoimi gwiazdami Phil Spector. Polski tekst zaśpiewa jak zwykle pięknie Grażyna Auguścik, a ciekawe i zaskakująco nieoczywiste nagrania instrumentalne pokażą improwizujący solo na gitarze Stanley Jordan, zbierający wielokulturowy zespół wirtuoz banjo Bela Fleck i w nietypowej dla siebie roli Eric Clapton.

Utwór: Silent Night
Album: A Christmas Gift For You From Phil Spector
Wykonawca: Phil Spector with Various Artists
Wytwórnia: Phillies / EMI
Rok: 1963
Numer: 886975921423
Skład: Phil Spector – words, Darlene Love – voc, The Ronettes – voc, Bobb B. Soxx – voc, The Crystals – voc, Barney Kessel – g, Tom Tedesco – g, Nino Tempo – g, Irv Rubins – g, Bill Pitman – g, Lou Blackburn – horns, Steve Douglas – horns, Roy Caton – horns, Jay Migliori – horns, Leon Russell – p, Al DeLory – p, Don Randi – p, Jimmy Bond – bg, Ray Pohlman – bg, Hal Blaine – dr, Jack Nitzsche – perc, Frank Knapp – perc, Sonny Bono – perc, The Johnny Vidor Strings – strings,

Utwór: Silent Night
Album: Standards Volume 1
Wykonawca: Stanley Jordan
Wytwórnia: Manhattan / Capitol / Blue Note
Rok: 1986
Numer: 077774633321
Skład: Stanley Jordan – g.

Utwór: Silent Night
Album: Jingle All The Way
Wykonawca: Bela Fleck & The Flecktones
Wytwórnia: Rounder
Rok: 2008
Numer: 011661061620
Skład: Bela Fleck – banjo, Victor Lemonte Wooten – bg, Futureman – various, Jeff Coffin – sax, fl, bcl, Andy Statman – cl.

Utwór: Silent Night
Album: Happy Xmas
Wykonawca: Eric Clapton
Wytwórnia: EPC / Polydor / Universal
Rok: 2018
Numer: 602567925286
Skład: Eric Clapton – g, voc, Doyle Bramhal II – g, Walt Richmond – p, Rhodes, kbd, Tim Carmon – p, Wurlitzer, hamm, Simon Climie – prog, perc, voc, kbd, Nathan East – b, Sharon White – b voc, Dirk Powell – fiddle, g, p, acc, Paul Waller – prog, Toby Baker – kbd, Jim Keltner – dr, Sophie Clapton – b voc, Melia Clapton – b voc, Perry Montague-Mason – viol, Emilyn Singleton – viol, Peter Lale – viola, Timothy Gill – cello, Mary Scully – b, Metro Voices – choir.

Utwór: Silent Night
Album: Lulajże: The Lullaby For Jesus
Wykonawca: Grażyna Auguścik
Wytwórnia: GMA
Rok: 2011
Numer: GMA 1724-7
Skład: Grażyna Auguścik – voc, John McLean – g, Jim Gailloreto – ss, bcl, fl, Larry Kohut – b, Ernie Adams – dr, perc.

24 grudnia 2020

Jingle Bells – CoverToCover Vol. 109

 „Jingle Bells” to amerykański świąteczny klasyk, skomponowany w 1857 roku przez Jamesa Lorda Pierponta, organistę i kompozytora, dla którego ten utwór okazał się życiowym osiągnięciem. Dziś świat nie pamięta o innych jego kompozycjach, a „Jingle Bells” znają wszyscy. Utwór został wydany w formie zapisu nutowego pod tytułem „The One Horse Open Sleigh”. Co ciekawe, wcale nie był pomyślany jako utwór świąteczny i w pierwszych latach swojego istnienia był raczej kojarzony z rozrywką, a niektórzy historycy nazywają go wręcz najbardziej popularną piosenką amerykańskich pijaków.

Dziś nie sposób ustalić, kiedy po raz pierwszy utwór stał się piosenką śpiewaną na święta, jednak pewnym jest, że to pierwsza taka piosenka zarejestrowana w sposób mechaniczny, podobno w 1889 roku (to nagranie zaginęło) i po raz kolejny przez zespół Edison Male Quartet, często na innych cylindrach Edisona nazywany też Haydn Quartet wcale nie w związku z repertuarem, ale dlatego, że nagrywali też dla innych wytwórni, nie związanych z Thomasem Alfa Edisonem. To nagranie można czasem odnaleźć na składankach archiwalnych kolęd i pieśni religijnych.

Wielu badaczy kwestionuje też dziś autorstwo Pierponta, który mógł usłyszeć pieśń od jednego z wiernych w kościele, w którym był organistą, lub przynajmniej wzorować się na jakiejś pieśni ludowej. Część historyków opiera taką tezę na różnicach językowych pomiędzy tekstem „The One Horse Open Sleigh” i nieco składniejszym angielskim innych pieśni o charakterze patriotycznym i wojskowym napisanych przez Pierponta. Dziś nie ma to już jednak żadnego znaczenia.

„Jingle Bells” to w stu procentach świecka pieśń, w założeniu pierwotnego tekstu opowiadająca o radosnej przejażdżce saniami z uprzężą uzbrojoną w dzwonki (tytułowe „Jingle Bells”). Stąd późniejsze przeróżne wersje językowe dopisane do oryginalnej melodii (zresztą z czasem również odrobinę zmienionej w stosunku do wersji oryginalnej opublikowanej w 1957 roku) podchodzą do treści oryginału dość luźno, posługując się raczej lokalnymi zimowymi rozrywkami.

Pierwsze przebojowe nagrania „Jingle Bells” zarejestrowali Orkiestra Glenna Millera w 1941 roku i dwa lata później wspólnie Bing Crosby i zespół Andrews Sisters. W 1951 roku sporą karierę zrobiła wielośladowa wersja Les Paula. Nagrania wszystkich wielkich głosów muzyki rozrywkowej i jazzowej znajdziecie bez problemu na świątecznych składankach. Ja wybieram nieco ciekawsze muzycznie interpretacje. Jimmy Smith w klasycznym organowym trio z gitarą i bębnami, jak zwykle dowcipny Bela Fleck z chórem mongolskich wokalistów i rockowo-bigbandowy Brian Setzer. Do tego dokładam dyskotekowego Eric’a Claptona, który tym nagraniem uczcił w 2018 roku postać młodego DJa Avicii, który zmarł kilka miesięcy wcześniej w wyniku osobistych problemów związanych z nadużywanie alkoholu. Dla mnie to jedno z najdziwniejszych nagrań Claptona w całej jego karierze. Nie regulujcie odbiorników, to sam mistrz z jego jedynej świątecznej płyty „Happy Xmas” z 2018 roku. Do tego dodaję klasyk najbliższy w tym zestawieniu oryginałowi z XIX wieku w wykonaniu Carli Bley i kwintetu instrumentów dętych grającego muzykę klasyczną - The Partyka Brass. Bardziej odległych od siebie muzycznie i jednocześnie ciekawych wersji w jednej krótkiej audycji chyba jeszcze nie było…

Utwór: Jingle Bells
Album: Christmas Cookin’
Wykonawca: Jimmy Smith
Wytwórnia: Verve / Polygram
Rok: 1966
Numer: 731451371127
Skład: Jimmy Smith – org, Quentin Warren – g, Billy Hart – dr.

 Utwór: Jingle Bells
Album: Jingle All The Way
Wykonawca: Bela Fleck & The Flecktones
Wytwórnia: Rounder
Rok: 2008
Numer: 011661061620
Skład: Bela Fleck – banjo, Bady Dorzhu – voc, Mai-Ool Sedip – voc, Ayan-Ool Sam – voc, Ayan Shirizhik – voc, Victor Lemonte Wooten – bg, Futureman – various, Jeff Coffin – sax, fl, bcl, Andy Statman – cl, Alash Ensamble – choir,

 Utwór: Jingle Bells
Album: The Ultimate Christmas Collection
Wykonawca: Brian Setzer Orchestra
Wytwórnia: Surfdog
Rok: 2008
Numer: 640424999865
Skład: Brian Setzer – g, voc, Orchestra

 Utwór: Jingle Bells (In Memory Of Avicii)
Album: Happy Xmas
Wykonawca: Eric Clapton
Wytwórnia: EPC / Polydor / Universal
Rok: 2018
Numer: 602567925286
Skład: Eric Clapton – voc, g, Doyle Bramhal II – g, Nathan East – b, Walt Richmond – Rhodes, kbd, p, Tim Carmon – p, Wurlitzer, hamm, Sharon White – b voc, Simon Climie – prog, perc, voc, kbd, Dirk Powell – fiddle, g, p, acc, Paul Waller – prog, Toby Baker – kbd, Jim Keltner – dr, Perry Montague-Mason – viol, Emilyn Singleton – viol, Peter Lale – viola, Timothy Gill – cello, Mary Scully – b, Metro Voices – choir.

 Utwór: Jingle Bells
Album: Carla’s Christmas Carrols
Wykonawca: Carla Bley
Wytwórnia: Watt Works / ECM
Rok: 2009
Numer: 602527124131
Skład: Carla Bley – p, celeste, Steve Swallow – b, chimes, The Partyka Brass Quintet – band, Tobias Weidinger – tp, flug, Axel Schlosser – tp, flug, Christine Chapman – horns, Adrian Mears – tromb, Ed Partyka – b tromb, tuba.

31 grudnia 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 11 – 17.12.2019


„Jingle Bells” to jeden z nieśmiertelnych świątecznych standardów przypominany w nagraniach sprzed lat każdego roku w końcówce grudnia. Bez tej melodii nie może w zasadzie obejść się żadna świąteczna płyta, niezależnie od stylu muzycznego w jakim powstaje. Utwór napisał w połowie XIX wieku amerykański organista i kompozytor James Lord Pierpont. Nie był lordem, a tytuł dodał sobie w związku z nazwiskiem panieńskim matki – Mary Sheldon Lord. Gdyby nie „Jingle Bells”, znane pierwotnie pod tytułem „The One Horse Open Sleigh” z pewnością nikt by dziś o nim nie pamiętał. Ciekawostką jest fakt, że pierwotny, później modyfikowany tekst powstał z myślą o amerykańskim Święcie Dziękczynienia, które ma charakter czysto świecki i jest obchodzone jako pamiątka pierwszych zbiorów i dożynek w kolonizowanej Ameryce. Co do dnia tej rocznicy nie ma zgody pomiędzy USA i Kanadą, choć trudno rozbieżność dat nazwać sporem.

Pierwsze zachowane do dziś nagrania „Jingle Bells” pochodzą z 1898 roku. Jednym z najsłynniejszych i do dziś przypominanych jest nagranie Binga Crosby’ego i zespołu wokalnego Andrews Sisters z 1943 roku. Sporą popularnością kilka lat później cieszyło się nowatorskie wykonanie Les Paula. Piosenkę nagrywali wszyscy wykonawcy tworzący albumy świąteczne, od Franka Sinatry, Louisa Armstronga i Nat King Cole’a, po Placido Domingo, Elvisa Presleya i Barbarę Straisand. Przez lata powstało też wiele dowodów, że „Jingle Bells”, jak mało która melodia może służyć do stworzenia znakomitej aranżacji w przeróżnych muzycznych stylach. Zacząć wypada od fragmentu jednego z moich ulubionych albumów świątecznych łamiących wszystkie świąteczne konwencje i świętości – „Jingle All The Way” Beli Flecka i jego Flecktones. Jeśli istnieje świąteczne world music, to jest właśnie to:

* Jingle Bells – Jingle All The Way – Bela Fleck And The Flecktones

W zeszłym roku zupełnie niespodziewaną wersję wiekowej przecież kompozycji zaprezentował niezwykle jak na siebie nowoczesny Eric Clapton. Swoje „Jingle Bells” poświęcił pamięci DJ’a Avicii, który zmarł kilka miesięcy wcześniej popełniając samobójstwo.

* Jingle Bells – Happy Xmas – Eric Clapton

Wersję w swoim niepowtarzalnym stylu z pewnością mocno odległą od intencji kompozytora i kanonów Binga Crosby i Franka Sinatry nagrał Bootsy Collins.

* Jingle Belz (Jingle Bells) – Christmas Is 4 Ever – Bootsy Collins

„Jingle Bells” nie mogło zabraknąć na świątecznej płycie Jimmy Smitha „Christmas Cookin’”, która nie spotkała się z najlepszym przyjęciem w chwili premiery w 1966 roku, uważam jednak, że doskonale wytrzymała próbę czasu i dziś stanowi świąteczny klasyk.

* Jingle Bells – Christmas Cookin’ – Jimmy Smith

W klasyczny sposób do kompozycji James Lorda Pierponta podeszli Carla Bley i Steve Swallow. Jeśli jest okazja przypomnieć ich wyśmienity świąteczny album „Carla’s Christmas Carols”, zdecydowanie warto to zrobić.

* Jingle Bells – Carla’s Christmas Carols – Carla Bley & Steve Swallow with The Partyka Brass Quintet

Neoswingową wersję przygotował najsłynniejszy gitarzysta nagrywający w tym stylu – Brian Setzer.

* Jingle Bells – The Ultimate Christmas Collection – The Brian Setzer Orchestra

W moim zestawieniu najbardziej klasyczną i nieco staromodną (to nie musi być krytyka i w tym przypadku nie jest) wersję „Jingle Bells” w duecie z Freddy Cole’m nagrała Aga Zaryan.

* Jingle Bells – What Xmas Means To Me – Aga Zaryan feat. Freddy Cole

Na zakończenie wersja już zupełnie klasyczna – niezrówana Ella Fitzgerald. Ciekawostką jest, że „Jingle Bells” zabrakło na uważanym przez większość krytyków za najważniejszy świąteczny album wszechczasów nagraniu Phila Spectora, fenomenalnym „A Christmas Gift For You From Phil Spector”.

* Jingle Bells – Ella Wishes You A Swinging Christmas – Ella Fitzgerald

21 listopada 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 7 – 19.11.2019


Przegląd nowości wypada zacząć od słowa wyjaśnienia. W zeszłym tygodniu pozwoliłem sobie bowiem na komentarz, który pojawia się w moich audycjach niezbyt często, a raczej nawet niezwykle rzadko. Otóż odradzałem Wam zakup najnowszego z dostępnych albumów Milesa Davisa – „Rubberband”. Od wielu lat trzymam się zasady, żeby polecać rzeczy dobre, a te, które mi się nie podobają zwyczajnie ignorować. To rodzaj zabezpieczenia przed subiektywnym odbiorem muzyki przez każdego z nas osobno. W końcu fakt, że coś mi się nie spodobało, nawet jeśli wsparty argumentem merytorycznym, nie musi oznaczać, że dla kogoś innego nie będzie to niezwykłe muzyczne odkrycie. W przypadku „Rubberband” jest nas co najmniej dwóch – podobnie jak mi, efekt nie spodobał się Milesowi, który projekt odesłał na półkę i zajął się z Marcusem Millerem nagraniem „Tutu”. Dalej utrzymuję, że miał rację, choć uważam, że to może być opinia odosobniona – moja i Milesa. Dlatego właśnie posłuchajcie sami i zdecydujcie, czy warto…

* Rubberband of Life – Rubberband – Miles Davis

W przypadku kolejnego nagrania prawdopodobieństwo sukcesu było dość wysokie zanim płyta trafiła do mojego odtwarzacza. Gregoire Maret co prawda zwykle ciekawiej wypada w roli gościa specjalnego, jednak przypuszczałem, że nagyrwając dla ACT Music nie pozwoli sobie na coś, czego nie będę mógł uznać za udany dodatek do moich zbiorów. Nie zawiodłem się, choć wcześniej nie słyszałem o Edmarze Castaneda. W utworze, za pomocą którego postaram się Was zachęcić do bliższego poznania zawartości albumu „Harp vs Harp”, czyli w tym przypadku w tłumaczeniu „Harfa kontra harmonijka” w roli gościa wystąpił Bela Fleck.

* No Fear – Harp vs. Harp - Edmar Castaneda & Gregoire Maret feat. Bela Fleck

Dziś Australię będzie reprezentował pianista o dwu obliczach – jazzowym i klasycznym, a raczej bliższym muzyki współczesnej – Luke Howard. Tym razem w najnowszym (chyba) projekcie, któremu bliżej jednak do jazzu – „Open Heart Story”.

* In Praise of Shadows – Open Heart Story – Luke Howard

Kolejna dzisiejsza nowość pochodzi z Polski, choć brzmi jednak dość egzotycznie. Dawno nie słyszany przeze mnie Jarosław Bester przygotował album w duecie z Jorgosem Skoliasem. Brzmi intrygująco, choć ciągle jestem w fazie oswajania się z tym albumem. Z pewnością wrócę do niego wkrótce w dłuższym formacie na naszej antenie.

* Htes To Vradhi Sto Teke Mas – Rebetico Poloniko – Skolias & Bester

Klaus Paier i Asja Valcic mają wspólnie u mnie pewne priorytetowe miejsce w kolejce albumów z którymi trzeba się zapoznać natychmiast. Co prawda jest jeszcze bardziej priorytetowy stosik płyt „bardziej niż natychmiast”, ale ten zwykle ma grubość nie przekraczającą wysokości mojego domowego odtwarzacza. Ten jednak pochodzi z dawnych czasów, kiedy liczyła się solidność mechanizmu, tłumienie drgań i nadmiarowe zasilanie. W związku z tym albumy w typie „natychmiast” czasem czekają kilka miesięcy. Klasu i Asja się doczekali i mogę razem z nimi świętować pierwsze 10 lat ich wspólnego grania. Jubileusz postanowili uczcić za pomocą albumu „Vision For Two”. Czas lecie, muzyka dobra jest ponadczasowa, tylko wszyscy jesteśmy starsi.

* Vision For Two – Vision For Two – Klaus Paier & Asja Valcic

Nowość polska, zupełnie mi nieznana i zaskakująca, która dotarła do naszego radia w postaci albumu sekstetu Dariusza Petera muszę pochwalić za jakość realizacji oraz staranne przygotowanie szaty wydawniczej. Muzykę oceńcie sami. Mnie cieszy, że młodsze pokolenie muzyków nie musi zawsze zmieniać świata, może zwyczajnie zagrać fantastyczną dawkę jazzowego środka wspartego szacunkiem dla tradycji pokoleń tych, co rewolucje w jazzie wymyślali.

* Flashover – Flashover – Petera Sextet

Na koniec przygotowałem fragment ognistego soulu zachwalanego osobiście z estrady przez samego Mike Stollera, autora niezliczonej liczby przebojów Elvisa Presleya, Bena E. Kinga, The Drifters i grup produkowanych przez Phila Spectora. Osobą polecaną jest obdarzony niezwykłą energią Little Steven. Kto widział ten wie. Niedawno prezentowałem Wam fragment premierowej płyty „Summer Of Sorcery” Little Svevena, czyli Steve Van Zandta. Przy okazji żaliłem się, że obszerny materiał koncertowy „Soulfire Live!” jest dostępny jedynie jako materiał video. Sytuacja się zmieniła, bowiem ukazała się również wersja audio na 3 płytach CD, warta każdych pieniędzy.

* Soulfire – Soulfire Live! – Little Steven And The Disciples Of Soul

06 marca 2017

Bela Fleck & The Flecktones – Flight Of The Cosmic Hippo

Country, a właściwie bluegrass, to muzyka, od której zaczynał Bela Fleck. Nie mogło stać się inaczej, jeśli pierwszą muzycznym idolem Beli Flecka był Earl Scruggs, a kiedy po krótkiej przygodzie edukacyjnej z waltornią jego mistrzem został Tony Trischka. Tak oto od urodzenia skazany na muzyczną karierę, dziedziczący imię po Beli Bartoku muzyk miał stać się mężem opatrznościowym wszystkich producentów banjo na świecie. To bowiem dzięki jego wirtuozerii i nieustannym poszukiwaniu nowych technik gry oraz niezwykłemu poszerzeniu repertuaru, świat po raz kolejny miał usłyszeć o tym nieco zapomnianym i zepchniętym do roli niszowego instrumentu niezbyt nowoczesnych odmian muzyki country.

Zaczęło się jednak od kilku niezłych, ale niekoniecznie odkrywczych albumów nagranych przez Belę Flecka w latach osiemdziesiątych dla wytwórni Rounder, mekki wyznawców klasycznego folku. Jego najbardziej znany i nowatorski zespół – The Flecktones powstał właściwie przez przypadek, jako w zamyśle jednorazowy skład na jeden z rozlicznych amerykańskich plenerowych festiwali folkowych w 1988 roku. W niemal niezmienionym podstawowym składzie obejmującym oprócz lidera, braci Wooten (basistę Victora i awangardowego, szalonego gitarzystę i perkusistę Roya – Futuremana) istnieje do dziś, choć ostatnio głównie jako koncertowa atrkcja, bowiem od wydania ostatniej płyty („Rocket Science”) minęło już niemal 7 lat.

Zespół The Flecktones czerpie z tradycji amerykańskiej muzyki rozrywkowej, jazzowej, bluesa i country, chętnie zapraszając do współpracy egzotycznych muzyków, tworząc spektakle nieporównywalne w zasadzie z żadnym innym muzycznym wydarzeniem. Jest jedyny w swoim rodzaju, a jego przynależność do jazzowego świata wyznaczają raczej projekty rozwijane niezależnie przez członków zespołu (jak choćby solowe nagrania Victora Lemonte Wootena) i improwizowane, szalone pomysły utrwalane na płytach koncertowych. Ważny udział w kilku płytach zespołu ma również znany z zespołu Oregon, grający w zasadzie na wszystkich drewnianych instrumentach dętych Paul McCandless, nazywany czasem jedynym jazzowym oboistą.

Sam Bela Fleck gra w zasadzie wszystko, udowadniając, że teoretycznie prymitywny brzmieniowo i nie oferujący zbyt wiele możliwości technicznych instrument, jakim jest banjo może więcej, niż wszystkim się wydaje. Ma na swoim koncie nagrania country i bluegrass – to oczywiste. Nagrywał ścieżki instrumentalne do dziecięcych bajek i przepiękne transkrypcje Bacha i Chopina. Nagrał zupełnie wymykającą się wszelkim próbom klasyfikacji gatunkowej płytę z Chickiem Corea („The Enchantment”). Ma na swoim koncie grubo ponad tuzin nagród Grammy w przeróżnych kategoriach (chyba nigdy nie zdobył tej nagrody w żadnej jazzowej kategorii). Razem z kolegami z zespołu nagrali też moją absolutnie ulubioną płytę z kolędami – „Jingle All The Way”, która jest najbardziej optymistyczną i pozbawioną religijnego i kulturowego patosu muzyczną ilustracją Świąt Bożego Narodzenia, jaką znam.

„Flight Of The Cosmic Hippo” to drugi album w dyskografii zespołu, wydany w 1991 roku. Trudno mi znaleźć inne jazzowe nagranie w tak doskonały sposób łączące przebojowe melodie ze skomplikowanymi harmoniami i niezwykłymi rytmicznymi układankami, zarejestrowanymi przez zespół, który w swoim składzie nie posiadał klasycznego perkusisty. Charakterystyczne dla brzmienia zespołu zderzenie funkowego basu Victora Wootena z elektronicznie przetworzonym brzmieniem banjo lidera brzmi dziś nieco staromodnie w związku z nadużyciem modnego w tamtym czasie cyfrowego pogłosu. Trudno odmówić jednak uroku chwytliwym melodiom skomponowanym przez lidera i błyskotliwej interpretacji „Michelle” Johna Lennona i Paula McCartneya z melodią zagraną przez Howarda Levy na harmonijce.

Niewiele jest tak pogodnych, melodyjnych, pozytywnych a jednocześnie niebanalnych i odkrywczych płyt z autorską muzyką. Chyba, że zerkniecie na półkę z pozostałymi nagraniami The Flecktones – tam znajdzie się ich jeszcze kilka.

Bela Fleck & The Flecktones
Flight Of The Cosmic Hippo
Format: CD
Wytwórnia: Warner
Numer: 07599265622

05 sierpnia 2012

Bela Fleck And The Marcus Roberts Trio featuring Rodney Jordan And Jason Marsalis – Across The Imaginary Divide


W zasadzie nie przepadam za Marcusem Robertsem. Za to za Bela Fleckiem i owszem, ale raczej w wydaniu elektrycznym – w szczególności w projekcie The Flecktones. Kiedy więc usłyszałem, że mają coś nagrać razem i to jeszcze z udziałem kogoś z rodziny Marsalisów, to muszę przyznać, że mój entuzjazm nie był zbyt wielki.

Patrząc jednak na taki projekt chłodnym okiem, to powinno się przecież udać. Obaj panowie nie ukrywają swoich wycieczek w stronę muzyki nazywanej ogólnie, choć dość niesłusznie klasyczną. Grywają Bacha, czy Chopina dość regularnie. Obaj mają szerokie muzyczne horyzonty, choć nie kryją, że tradycje amerykańskiego bluesa są im szczególnie bliskie. Obaj dysponują niezwykła techniką, choć dla mnie wirtuozem i innowatorem na swoim instrumencie pozostaje przede wszystkim Bela Fleck. Kiedy gra, wiadomo od razu że to jego banjo, choć zadanie z pewnością ma ułatwione, bowiem jazzowych bandżystów jest jakby mniej niż pianistów, choć pewnie sto lat temu było dokładnie odwrotnie…

Nie ma co dłużej jednak ukrywać prawdy. Obu muzykom wspólny projekt udał się nadzwyczajnie. „Across The Imaginary Divide” to z pewnością będzie murowany kandydat do jakiejś nagrody Grammy za 2012 rok. Album wypełniają własne kompozycje Bela Flecka i Marcusa Robertsa. Dodajmy – bardzo dobre kompozycje. Co nie zdarza się często, nie faworyzujące kompozytora. Jeśli zamkniemy oczy i nie przeczytamy opisu z okładki, trudno będzie zgadnąć, która z kompozycji wyszła spod pióra każdego z nich… Celem obu było napisanie muzyki sprzyjającej splataniu się głosów ich instrumentów.

To właśnie jest siła tego albumu. Często pojedyncze dźwięki banjo uzupełniają akordy fortepianu, lub jakiś luźno rzucony akord Marcusa Robertsa sprawia, że solo Bela Flecka nabiera nowego wymiaru. Wzajemna współpraca obu liderów jest wręcz wzorowa i całość brzmi tak, jakby grali ze sobą wiele lat, a to było przecież ich pierwsze spotkanie w studio, poprzedzone jedynie kilkoma okazjonalnymi występami na żywo.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to zawodowcy i zagrają wszystko z każdym. I miałby rację, ale na „Across The Imaginary Divide” zagrali dużo więcej i dużo lepiej, niż producent wymaga od muzyków sesyjnych. Ich instrumenty stały się jednością za sprawą nieprzeciętnych kompozycji i magicznego wręcz porozumienia wykonawców. Już nie pamiętam kiedy ostatnio słyszałem tak udany, stworzony dla potrzeb jednego nagrania (choć chciałbym, żeby były następne..) duet.

Panowie ruszyli w trasę i muszę przyznać, że będę śledził ich marszrutę tak, żeby gdzieś w pobliżu zobaczyć ich na żywo. A może zjawią się w Polsce? Choć na razie o takich planach nic mi nie wiadomo. Może popularność płyty temu pomoże?

Ja już swój egzemplarz mam, więc teraz Wy możecie zagłosować biegnąc do sklepu to ten niezwykły album. Jak na razie to dla mnie największa niespodzianka tego roku. Płyta pełna inteligentnej, wyśmienitej i przygotowanej dla szerokiego grona słuchaczy dobrej i zdecydowanie jazzowej muzyki. Może przyczepiłbym się nieco do zbyt do tej konwencji twardej gry Jasona Marsalisa, ale to tylko tak na okoliczność tego, żeby znaleźć cokolwiek, a nie tylko sporządzić laurkę…

Bela Fleck And The Marcus Roberts Trio featuring Rodney Jordan And Jason Marsalis
Across The Imaginary Divide
Format: CD
Wytwórnia: Rounder
Numer: 011661914223

17 grudnia 2011

Bela Fleck & The Flecktones – Jingle All The Way


Są takie płyty, które mają pecha. Są towarem sezonowym, nie tylko sezonowo sprzedawanym, ale również sezonowo słuchanym. Wystarczy, że na płycie umieści się choinkę, albo płatki śniegu, a w repertuarze „White Christmas”, „Silent Night” i parę innych nieśmiertelnych hitów i sprzedaż w połowie grudnia gwarantowana. Kłopot w tym, że po pierwsze wszystkim wychodzi to tak samo, a po drugie większość takich produkcji nadaje się do słuchania jedynie w dwa, no może trzy tygodnie z całego roku, a i wtedy po kilku wycieczkach do centrów handlowych zaczynamy mieć nieco dość smyczków i beznamiętnie poprawnych partii wokalnych. Oczywiście magia nazwisk działa, stąd każdy wielki wokalista i każda wielka wokalistka prędzej, czy później taki album nagrywa, a my prędzej, czy później go kupujemy. I trzymamy tak na zakurzonej półce przez pozostałą część roku.

Dobrej muzyki można słuchać zawsze. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że dźwięk dzwoneczków i skrzypiących na śniegu sań może wspomagać w upalne lato samochodową klimatyzację…

Są jednak nieliczne płyty świąteczne, które pomimo choinki z bombkami na okładce można słuchać cały rok. To nie dotyczy niestety największych wokalistów i wokalistek jazzowych, którzy w towarzystwie największych orkiestr i najlepszych aranżerów pod naciskiem największych muzycznych producentów, albo w związku z obietnicami kontraktowymi nagrywali albumy świąteczne, które ogólnie można nazwać „Moje Nazwisko Xmas With Strings”. Czasem jeszcze można dołożyć Definite, Ultimate, The Best, Complete albo coś takiego. Te albumy mają żyją tylko przez kilka świątecznych tygodni w roku.

„Jingle All The Way” to nie jest tegoroczna nowość. Płyta ukazała się w 2008 roku, pamiętam, że wtedy uznałem ją za kolejny produkt świąteczny trochę zastanawiając się, czemu Bela Fleck dał się na to namówić. W zeszłym roku wpadła mi w ręce płyta analogowa, która jest dużo krótsza od wersji cyfrowej. W tym roku mam już płytę CD i uważam, że to najlepsza płyta świąteczna ostatnich lat. Nie jest to więc tegoroczna nowość, ale dla wydawnictw tego rodzaju czas płynie nieco wolniej. Nie co roku ukazuje się tak dobra płyta w tym dość unikalnym gatunku. Tekst o wersji analogowej napisałem w sierpniu 2010 roku i przeczytacie go tutaj:


Ta płyta to muzyczny fenomen. Jeśli popatrzeć na listę utworów – to klasyczna świąteczna składanka największych przebojów. Jednak żaden z nich nie brzmi tak, jak na innych płytach tego rodzaju. Ta płyta nie jest gorsza od innych nagrań zespołu The Flecktones, a momentami jest równie dobra jak ich najbardziej przebojowe nagrania. Sztuka to niezwykła odczarować w taki sposób „The Christmas Song”, „Slient Night”, czy „Jingle Bell”.

Na tej płycie nie znajdziecie smyczków, orkiestry symfonicznej, czy zgrabnie i poprawnie, choć bez emocji (bo nie wypada) śpiewanych znanych wszystkim tekstów mniej lub bardziej religijnych pieśni.

Są tu dzwoneczki, dźwięk sań i zaprzęgu, skrzyp śniegu, ale użyte w sensowny sposób, a nie jedynie dla zasygnalizowania świątecznego nastroju. Ta płyta jest muzycznie integralna, a nie naciągana do świątecznego klimatu.

W zespole Bela Flecka wszystko jest inaczej, ale ani przez chwilę nie mam wrażenia, że to inność dla inności, wydziwianie na siłę, mające zwrócić uwagę słuchacza na odmienne brzmienia, czy nietypowe harmonie. To mieszanie składników muzycznych w sposób znany jedynie muzykom The Flecktones. Już sam widok lidera przebranego za choinkę na drugiej stronie okładki pozwala wierzyć, że będzie raczej wesoło, niż pompatycznie.

I tak właśnie jest. „Jingle Bell” zaczyna się klasycznymi zimowymi odgłosami. Po chwili jednak temat śpiewa techniką znaną jedynie gdzieś na stepach Mongolii w zupełnie nierozpoznawalnym abstrakcyjnym języku jeden z członków zespołu Alash Ensamble. Po mongolskich śpiewaków The Flecktones sięgają często. W sumie to dość niezwykłe połączenie. Spróbujcie sobie wyobrazić step Mongolii i ludzi siedzących przed jurtą śpiewających „Jingle Bell”. Sporo w życiu widziałem, ale to naprawdę egzotyczna perspektywa… To prawdziwe Chrstmas Fusion. Nowy muzyczny gatunek, w duchu którego utrzymana jest cała płyta…

„Silent Night” to poruszający się na obrzeżach dobrze znanej na całym świecie melodii saksofon Jeffa Coffina. Trudno w tej melodii uciec od banału. To udało się oprócz The Flecktones chyba tylko Stanleyowi Jordanowi, ale on nagrał tylko jedną taką kompozycję (na płycie „Standards Volume 1”).

„Sleigh Ride” to stały uczestnik różnych świątecznych składanek, choć ani tekst, którego akurat w wykonaniu The Flecktones nie ma, ani okoliczności powstania nie wskazują na gwiazdkowe konotacje. W wykonaniu zespołu brzmi to jak żywcem wyjęte z teksańskiego przydrożnego baru wirtuozerskie biegniki bajno lidera uzupełnione niekonwencjonalną solówką saksofonu Jeffa Coffina. Utwór był w roku wydania nominowany do nagrody Grammy w kategorii „Best Country Instrumental Performance”.

„The Christmas Song” to…blues zagrany na gitaropodobnym instrumencie przez FutureMana. „Twelve Days Of Christmas” to nieco mniej znana z okolicznościowych składanek wiekowa już kolęda pochodzenia brytyjskiego.  Melodia ma co najmnie 200 lat, jednak za sprawą muzyków The Flecktones brzmi jak nowoczesny jazzowy standard, który jak cały ten album można grać i słuchać przez cały rok.

Kolejna melodia to fragment bożonarodzeniowego oratorium Jana Sebastiana Bacha (BVW 248 #41). Brzmi nowocześnie, ale bez obrazy dla idei kompozytora, który zapewne, czego dowodzą też inne wykonania, miał nieco inną wizję instrumentacji…

„Christmas Time Is Here” jest nie do poznania. To interpretacja oparta na funkowym rytmie gitary basowej Victora Wootena. „Linus And Lucy” to melodia okazjonalna grana często przez jazzowych pianistów, w tym tych największych, między innymi Dave Brubecka. Jak wiele amerykańskich melodii powstała do jakiegoś telewizyjnego show i trzeba się sporo napracować, żeby brzmiała niebanalnie.

„The Hanukkah Waltz” to religijny crossover, momentami żydowski, momentami przypominający muzykę arabskich zaklinaczy wężów. W żadnym razie nie przypomina standardowych wykonań.

Kolejny utwór to znowu porcja klasyki, przynajmniej teoretycznie, bowiem w wykonaniu The Flecktones nic nie brzmi standardowo. Piotr Czajkowski i fragment „Dziadka Do Orzechów”. Przez chwilę brzmi poważnie i dość kalsycznie, przynajmniej do momentu, kiedy nie pojawia się gitara basowa Victora Wootena. Już sama obecność tego instrumentu w muzyce Czajkowskiego musi intrygować…

Kolejny utwór – „What Child Is This / Dyngylidai” to znowu wiekowa angielska kolęda, transowy rytm gitary basowej i banjo uzupełniony przez mongolski chór oraz solo saksofonu przedstawiające jakby w kontrapunkcie do całości prawdziwe brzmienie melodii.

„O Come All Ye Faithfull” – jakby bardziej zwyczajnie, słuchając zapisałem sobie – skocznie, radośne i melodyjnie, tak jak powinno być na święta. Kolejny utwór to wiązanka złożona z fragmentów kilku znanych melodii, nieco zgadując przypuszczam, że tu każdy z muzyków dorzucił fragment swojej ulubionej okolicznościowej kompozycji.

„Have Yourself A Merry Little Christmas” to z kolei rodzaj świątecznego free jazzu. Zbiorowa improwizacja, muzyczna kpina, dowcip, czy tak na poważnie? Cały czas jednak ze smakiem w sposób ciekawy, choć zdecydowanie niekonwencjonalny.

No i na koniec „River” – piosenka Joni Mitchell, która dość luźno związana jest ze świętami, raczej czasem opowedzianej miłosnej historii, niż muzyczną konwencją.

Jeśli dacie radę jeszcze na te święta, kupcie sobie tą płytę koniecznie. A jak nie zdążycie w ciągu najbliższych dni, nie musicie marnować kolejnego roku na życie bez tej płyty. Kupcie ją sobie na lato i słuchajcie w samochodzie… Będzie śmiesznie jak w korku otworzycie szyby.

Bela Fleck & The Flecktones
Jingle All The Way
Format: CD
Wytwórnia: Rounder
Numer: 011661061620

15 lutego 2011

Bela Fleck & The Flecktones - Live At The Quick - DVD

Bela Fleck to wirtuoz banjo wychowany w zespołach bluegrass, który z równie odkrywczą inwencją potrafi w jednym sezonie koncertowym grać Bacha solo, w kolejnym jazzowe impresje z Chickiem Corea, a za chwilę wracać do swoich muzycznych bluegrassowych korzeni. Victor Wooten to rozchwytywany funkowy gitarzysta basowy wydający świetne solowe płyty. Jeff Coffin to mainstreamowy jazzowy saksofonista czerpiący często inspirację z awangardowych produkcji Ornette Colemana i technik gry rozwijanych przez Rolanda Kirka. Future Man to zapatrzony w Erika Satie zupełnie zakręcony konstruktor elektronicznych instrumentów i muzyk grający na różnych dziwacznych perkusjonaliach. Paul McCandless to grający na przeróżnych instrumentach dętych muzyk, który ma na swoim koncie twórczą współpracę między innymi z Wyntonem Marsalisem i Jaco Pastoriusem, a także założyciel Oregon i uczestnik wielu nagrań tej grupy, między innymi słynnej sesji Violin ze Zbigniewem Seifertem. Do tego jeszcze śpiewający unikalną techniką alikwotową (nazywaną też często śpiewem gardłowym), charakterystyczną dla folkloru środkowej i północnej Azji, kojarzoną głównie z Mongolią i regionem Tuwa na południu Syberii. Zespół uzupełnia również Andy Narell grający na kojarzonych głównie z wyspami karaibskimi steel drums, a także indyjski wirtuoz tabli – Sandip Burman.

Wielu z członków zespołu przewinęło się ostatnio przez blog, jako liderzy swoich własnych projektów, lub ważni uczestnicy innych nagrań. Oto kilka przykładów:


Co może stworzyć zespół złożony z takich skrajnie różnych osobowości? Wyjątkowo bezsensowne dziwactwo muzyczne, albo genialną fuzję wszystkiego ze wszystkim, swoistą muzykę świata z prawdziwego zdarzenia, której nie należy mylić z marketingowym produktem nazywanym World Music.

Dzisiejszy koncert został zarejestrowany w 2000 roku i jest dość typową produkcją zespołu. Muzyka okazała się na tyle dla The Flecktones ważna, że w dwa lata po nagraniu wydaną ją w formie zapisu video na płycie DVD i w wersji audio na płycie CD. Wersja DVD zawiera nieco więcej materiału muzycznego, a także wywiady z członkami zespołu.

Muzyka to w większości kompozycje zbiorowe zespołu uzupełnione o solowe wykonanie przez Bela Flecka jednego z preludiów Bacha, ludowe melodie z Tuwy i zagraną przez Victora Wootena solo improwizację na bazie Amazing Grace.

Zawartość muzyczna nie poddaje się żadnej gatunkowej klasyfikacji, to bliska jazzu fuzja doświadczeń, brzmień i inspiracji członków zespołu, momentami najbliższa doświadczeniom muzycznym lidera, kiedy indziej zabierająca słuchaczy w podróż w nieco bardziej egzotyczne rejony świata. Jednak to nie udawanie i naśladowanie folkloru jakiegokolwiek kraju. Jeśli to folklor, to pochodzący z planety, na którą polecieli rakietą z okładki płyty członkowie zespołu.

Trójka muzyków grających na przeróżnych instrumentach dętych (Paul McCandless, Jeff Coffin i Paul Hanson) nie tworzy klasycznej sekcji dętej. Ich dźwięki splatają się ze sobą, często w opozycji do głównego tematu. Muzycznym liderem i dyrygentem tej przedziwnej orkiestry pozostaje Bela Fleck wysyłający do boju kolejnych solistów spojrzeniem, czy wcześniej umówionym gestem.

Już w otwierającym koncert Earth Jam dowiadujemy się, że nic tu nie będzie zwyczajne i przewidywalne. Zespół przez cały koncert obywa się bez klasycznego perkusisty, którego rolę przejmuje Future Man, a Jeff Coffina gra na dwu saksofonach jednocześnie bluegrassowe riffy, przypominające te bardziej przystępne improwizacje Ornette Colemana, tym samym tworząc mimowolnie coś co stosując jazzowe analogie nazwalibyśmy free bluegrass. Bela Fleck sięga zaś po instrument będący krzyżówką banjo z elektryczną gitarą stosując jednocześnie gitarowe przystawki modyfikujące dźwięk.

Lover’s Leap to połączenie klezmerskiego brzmienia klarnetu z karaibskimi rytmami granymi na steel drums i funkową gitarą basową. Najciekawsze jest jednak ujęcie tego tematu przez grającego na fagocie Paula McCandless’a. W jaki sposób Future Man tworzy na swoim przedziwnym instrumencie tak naturalne brzmienie perkusji – nie dowiemy się do końca koncertu.

Scratch & Skiff to gitara basowa i instrumenty dęte, których brzmienie muzycy modyfikują w niecodzienny sposób przy pomocy gitarowych przystawek.

Solowa improwizacja Victora Wootena na bazie tematu Amazing Grace to jedna z najlepszych rzeczy, jakie nagrał na jakiejkolwiek płycie. To powalająca z nóg każdego gitarzystę basowego szkoła gry w pigułce. W kilka minut, wykorzystując wszystkie możliwe techniki gry na tym instrumencie muzyk tworzy spójną improwizację.

Big Country to wybitna kompozycja i chwytliwy temat. Jeśli na planecie The Flecktones istnieją standardy i wielkie przeboje, to z pewnością jeden z nich. Śpiewający unikalne polifoniczne frazy Congar ol’Ondar okazuje się być świetnym uzupełnieniem turecko – indyjskiej mieszanki rytmów tworzących kolejny przebojowy utwór – A Moment So Close.

Banjo brzmiące w rękach Beli Flecka podobnie do współcześnie budowanych klawesynów okazuje się być świetnym instrumentem dla jazzowych transkrypcji klasycznych kompozycji Johanna Sebastiana Bacha, Fryderyka Chopina, czy Ludwiga Van Beethovena. Artysta nagrał kilka lat temu całą płytę z niewielką pomocą kilku muzyków z takim repertuarem – Perpetual Motion. Tym razem dając próbkę swoich możliwości zagrał jeden z utworów Bacha.

Bela Fleck

Hoedown to kolejna przebojowa melodia zagrana w finale koncertu, w którym zupełnie zrozumiały entuzjazm publiczności wzbudza dialog lidera z grającym na tablach Sandipem Burmanem zagrany w jazzowej formule call & response.

To wyśmienita płyta, po której większość słuchaczy rozpoczyna poszukiwania innych płyt muzyków, którzy należą do tego przedziwnego zespołu…

Bela Fleck & The Flecktones
Live At The Quick
Format: DVD
Wytwórnia: SMV / Columbia
Numer: 5099705405895

12 sierpnia 2010

Bela Fleck & The Flecktones - Jingle All The Way

Mało jest płyt z tradycyjnie świątecznymi, bożonarodzeniowymi melodiami, których można słuchać przez cały rok. Skomasowana inwazja symboliki świątecznej w grudniu większości z nas skutecznie na pozostałą część roku taką muzykę obrzydza. Większość muzycznej konfekcji świątecznej to już od czasów Franka Sinatry komercyjna tandeta skierowana do masowego odbiorcy.

Dzisiejsza płyta to jedna z tych nielicznych produkcji z choinką i prezentami na okładce, która sprawdza się przez okrągły rok. Czegoś takiego można się spodziewać po Bela Flecku. To przecież mistrz mieszania wszystkiego ze wszystkim. To pionier sięgania po inspiracje tam, gdzie nikt inny nie sięga. U innych nazywamy taki proces twórczy fusion, muzyką świata, nowoczesnym Etno, czy najzwyczajniej poszerzaniem horyzontów, lub chęcią wyróżnienia się z tłumu jakąś ciekawostką, której opis i historia pojawia się później w każdej recenzji płyty. The Flecktones od lat tworzą muzykę totalną, czerpiąc inspirację z każdego możliwego źródła nie z potrzeby komercyjnego uatrakcyjnienia produkcji, ale z chęci umieszczenia ciekawego brzmienia we własnym utworze. Owa totalność to także całkowity luz, zabawa i pozytywne emocje grupki przyjaciół tworzących zespół. To tworzy synergię w grupie, sprawiając, że The Flecktones nagrywają dużo lepsze płyty razem, niż każdy z muzyków zespołu osobno.

Tylko Bela Fleck mógł stworzyć wraz z zespołem coś takiego jak Jingle All The Way. Dla przypomnienia – lider The Flecktones, to artysta, który potrafi nagrywać kanon Bacha solo na banjo, bluegrass z Chickiem Corea, radzić sobie codziennie od wielu lat z ekstrawagancjami Future Mana i ciągle namawiać Victora Wootena do roli basisty w swoim zespole odciągając go od solowych projektów. Jego ulubionymi wokalistami w zespole są mongolscy gardłowi śpiewacy tuva.

W wykonaniu The Flecktones wszystkie najbardziej znane i ograne na wszystkie możliwe sposoby melodie świąteczne nabierają zupełnie nowego oblicza. Stają się zupełnie nieświąteczne, zdatne do słuchania o każdej porze roku. To produkt wielokulturowy, niezależny od lokalnej tradycji, niereligijny, jakże odległy od znanych schematów aranżacyjnych.

Mamy więc gardłową mongolską wokalizę w Jingle Bell. Mamy też bas Victora Wootena w Silent Night. To także wszechobecne gdzieś w tle i momentami pełniące rolę wirtuozerskiego instrumentu solowego, banjo lidera. Dostajemy również utrzymaną w stylistyce country wersję Sleigh Ride zagraną na banjo w tempie godnym rasowego hardrockowego gitarzysty udekorowaną unoszącym się gdzieś wysoko, z pozoru zupełnie poza głównym tematem saksofonem Jeffa Coffina. O Come All Ye Faithfull brzmi jak rosyjska melodia ludowa, a banjo Flecka imituje folkową bałałajkę. Fragment We Wish You A Merry Christmas to z kolei pokaz umiejętności gry na flecie Jeffa Coffina. W wiązance popularnych melodii kończących pierwszą stronę płyty mamy też Future Mana grającego jak Pat Metheny, aby za chwilę dzięki własnej inwencji konstruktorskiej tego niezwykłego muzyka usłyszeć z jego instrumentu skrzypce, albo stylowy ton Wesa Montgomery. The Twelve Days Of Christmas to rodzaj bożonarodzeniowego free jazzu, takiej choinkowej, zbiorowej, niezwykle pogodnej improwizacji. The Christmas Song to długie melodyjne solo Wootena, a Dance Of The Sugar Plum Fairies Czajkowskiego to pokaz możliwości klarnetu basowego Jeffa Coffina. Have Yourself A Merry Little Christmas to już kompletny finałowy odlot – dalej od tradycji był chyba tylko Steve Vai grając Christmas Time Is Here. To wielki finał świetnej płyty, to swing, funk, free jazzowe solówki, country, bluegrass, folklor świata i wszystko co da zmieścić się w kilkuminutowej kolędzie.

I to wszystko trzyma się razem, nie robiąc wrażenia składanki popularnych piosenek, tak jak wiele świątecznych płyt. To spójny stylistycznie album. Wzorowy przykład synergii wielkich osobowości doskonale bawiących się wspólnym muzykowaniem. Wszystko w dodatku niesłychanie pogodne, sympatyczne, bez zbędnego patosu, dalekie od utartych schematów. To nie muzyczny żart, a solidnie zrobiona interpretacja, własna wizja znanych utworów. Kupujcie teraz – może gdzieś trafi się zdecydowanie posezonowa wyprzedaż!

Bela Fleck & The Flecktones
Jingle All The Way
Format: LP
Wytwórnia: Rounder
Numer: 011661063617