02 grudnia 2018

Dr. Lonnie Smith - All In My Mind

„Evolution” – poprzedni album Dr. Lonnie Smitha, był niezwykle udanym powrotem tego muzyka do wytwórni Blue Note. Wtedy w nagraniu uczestniczyli goście specjalni – Joe Lovano i Robert Glasper. Tym razem dużych nazwisk zabrakło, liderowi towarzyszył jego stały zespół, a album zarejestrowana na jednym z koncertów. W efekcie powstała nowoczesna płyta, będąca zapisem bieżącej wyśmienitej formy artystycznej 75-letniego Dr. Lonnie Smitha.


Czasy świetności zespołów opartych o organy Hammonda i gitarę przypadały na końcówkę lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, jednak wymyślona wtedy formuła melodyjnego grania przebojów znanych koncertowej publiczności jest ponadczasowa i aktualna do dziś. Album taki jak „All In My Mind” mógłby powstać równie dobrze ćwierć wieku temu. Współcześnie brzmienie klasycznego Hammonda można uzupełnić o inne instrumenty klawiszowe, z czego jednak, Dr. Lonnie Smith korzysta dość sporadycznie. Ten umiar w wykorzystaniu elektroniki jest doskonałą decyzją, pozwala wzbogacić brzmienie, ale zespół dalej porusza się w ramach sprawdzonej formuły. Uważam, że owych dodatkowych instrumentów nie powinno być więcej. Nowoczesną elektronikę warto zostawić innym.

Brzmieniową zagadką tego albumu jest dla mnie intro do „Alhambry”. Nie podejrzewam Dr. Lonnie Smitha użycie wcześniej przygotowanego fragmentu zagranego przez kogoś na trąbce, to raczej jakieś dobrze wykorzystane możliwości syntezatora pozwoliły na chwilę wyczarować trąbkę z tłumikiem w stylu Milesa Davisa z okresu nagrań dla Prestige.

To właśnie „Alhambra” – utwór skomponowany przez lidera jest tym utworem, dla którego będę często wracał do tego albumu – pierwszej istotnej wydanej w 2018 roku jazzowej płyty, firmowanej przez wielką kiedyś jazzową wytwórnię i wyprodukowanego przez Dona Wasa, producenta z dużym dorobkiem, mającego jednak „na sumieniu” sporo prostych, banalnych i komercyjnych produkcji. Jego współpraca z Dr. Lonnie Smithem nie stanowi jednak próby uczynienia z tego doskonałego muzyka dostawcy przebojów dla poszukującej nowej tożsamości legendarnej wytwórni. „All In My Mind” to jazzowy klasyk, podobnie jak poprzedni album muzyka wyprodukowany przez Dona Wasa – „Evolution”.

Zestaw utworów jest typowy dla koncertowego repertuaru zespołów działających w podobnym składzie. Zapewnia wyeksponowanie brzmienia organów, okazję do zagrania chwytliwych melodii na gitarze i przestrzeń dla solówek dla wszystkich. Dodatkowy gościnny udział drugiego perkusisty (Joe Dyson) i wokalistki (Alicii Olatuja) urozmaica program występu. Zestawienie nowych utworów własnych („Alhambra”) ze sprawdzonymi klasykami – utwór tytułowy pojawił się po raz pierwszy na płycie „Funk Reaction” w 1977 roku uzupełniają klasyki jazzowe – „Juju” Wayne Shortera i „On a Misty Night” Tadda Damerona, a także zaskakujące covery zaczerpnięte z muzyki popularnej – „50 Ways to Leave Your Lover” Paula Simona.

Występami w nowojorskim Jazz Standard Dr. Lonnie Smith świętował swoje 75 urodziny. W takiej formule można nagrywać co chwilę nowy album, an przykład z okazji każdych kolejnych urodzin, a ja po każdy z nich ustawię się w kolejce. „All In My Mind” nie jest płytą historycznie ważną, przełomową ani zaskakującą. Jest tylko i aż doskonałą jazzową płytą, w szczególności wartą polecenia tym, którzy tak jak ja uwielbiają brzmienie klasycznych organów Hammonda.

Dr. Lonnie Smith
All In My Mind
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 00602567218722

01 grudnia 2018

Pat Martino - Baiyina (The Clear Evidence)

Pat Martino – mój ulubiony gitarzysta. Nie opisałem jeszcze wszystkich jego płyt. Nie wszystkie jeszcze znalazły się w Kanonie Jazzu. Pora więc na kolejny odcinek jego dyskografii. „Baiyina” to czwarta z wydanych, a piąta z nagranych autorskich płyt gitarzysty. Album powstał w 1968 roku, u szczytu pierwszej fascynacji autora kulturą wschodu. Album został zarejestrowany w niespełna pół roku po nagraniu „East!”. Album znam niemal na pamięć, od wielu lat właściwie nie ma tygodnia, w którym w moim odtwarzaczu CD, lub gramofonie przynajmniej na chwilę nie ląduje któraś z płyt Pata Martino.


Wróćmy jednak do albumu „Baiyina (The Clear Evidence)”. Do standardowego dla lidera zestawu instrumentów jazzowych – choć tym razem z basem zamiast organów Hammonda dochodzi dwu muzyków grających na instrumentach dalekowschodnich – Balakrishna i Reggie Fergusson. Związek z muzyką wschodu sugerują nie tylko egzotyczne instrumenty, ale również nietypowe podziały rytmiczne. Dla Pata Martino podziały w rodzaju 10/9, 7/4 czy 9/4 to nic szczególnego. O inspiracji Koranem można przeczytać w słowie wstępnym do albumu.

Na płycie pojawia się też Bobby Rose – gitarzysta, z którym w początkowym okresie kariery często grywał Pat Martino, a którego postać przypomniał niedawno Pat Martino albumem „Alone Together with Bobby Rose” wydobywając z archiwów trochę starych nagrań.

Pat Martino nie ukrywał inspiracji Koranem – dziś to niezbyt popularny w USA pomysł, pod koniec lat sześćdziesiątych muzycy jazzowi często przechodzili na Islam… Z perspektywy czasu zdaje się, że dla części z nich to było jedynie poszukiwanie czegoś oryginalnego, chęć wyróżnienia się z tłumu, a nie rzeczywiste zainteresowanie odmiennym systemem religijnym. Dla Pata Martino Islam był źródłem inspiracji muzycznej, raczej filozofią, niż religią, systemem wartości a nie modlitewną aktywnością.

„Baiyina” to muzyka ekscytująca, inspirująca i zaskakująco nietypowa biorąc pod uwagę czas i miejsce powstania a także fakt, że za chwilę cały jazzowy świat miał obrócić się – łącznie z Patem Martino (Joylous Lake) w stronę elektrycznego fusion. Znajdziecie w tej muzyce odrobinę egzotycznego orientu, trochę psychodelii i hipisowskiego luzu, a jednocześnie niezwykle staranne podejście do kompozycji, co zawsze cechowało i cechuje do dziś niezwykle uporządkowanego, szczęśliwego i spokojnego na wschodni właśnie sposób Pata Martino. To muzyka wymykająca się wszelakim klasyfikacjom, a takie płyty potrafią nagrywać jedynie najwięksi…

Pat Martino
Baiyina (The Clear Evidence)
Format: CD
Wytwórnia: Prestige / Fantasy
Numer: 025218635523

30 listopada 2018

Janczarski & McCraven Quintet - Liberator

Poprzedni album nagrany przez kwintet Borysa Janczarskiego i Stephena McCreavena – wydana w 2015 roku płyta „Travelling East West” nie zrobił na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Odnotowałem w swoim dzienniku kolejne pojawienie się niezwykle utalentowanej i równie skutecznie ukrywającej się przed mediami pianistki – Joanny Gajdy, którą pamiętałem sprzed paru lat z jej własnego albumu „Heaven Earth Earth Heaven”, na którym również pojawił się Borys Janczarski.


Formację działającą w tym składzie, jak wiele tego rodzaju zespołów, uznałem w 2015 roku za skład, który nigdy się nie powtórzy i który powstał dla nagrania jednego albumu. Od tego czasu nigdy nie trafiłem na koncert zespołu, nie miałem również świadomości, że muzycy kontynuują współpracę.

Album „Liberator” stanowi materialny dowód działania zespołu i jego twórczego rozwoju. Do ich poprzedniego albumu w ciągu ostatnich kilku lat nigdy nie powróciłem, uznając go za poprawny, ale niekoniecznie wart większej uwagi. „Liberator”, nagrany po 3 latach od powstania ich pierwszego albumu to już zupełnie inna liga. Zespół dojrzał, materiał nagrany w studiu kilka lat temu na koncercie wypada zdecydowanie lepiej.

Nadal gwiazdą zespołu pozostaje absolutnie zjawiskowa Joanna Gajda, która gdyby urodziła się w Stanach, już dziś byłaby wielką światową gwiazdą. „Liberator” to jedna z najbardziej amerykańskich płyt nagranych w Polsce, jaką słyszałem. Ten album jest światową produkcją, która powinna być kandydatem do wszelkich jazzowych nagród. Niestety pewnie nie będzie, bo nikt poza Polską o istnieniu niezwykłego zespołu odpowiedzialnego za nagranie tego albumu się nie dowie. Strata tych, którzy nie wiedzą.

Dojrzałość i pewność własnych pomysłów to cecha nie tylko Joanny Gajdy. Dotyczy to również duetu Rasula Siddika i Borysa Janczarskiego, których wspólna gra przypomina największych trębaczy i saksofonistów wszechczasów.

Zespół tworzy oparte na najlepszych światowych wzorcach jazzowe kompozycje, nawiązując zarówno do hard-bopowych klasyków, jak i przebojowych melodii z czasów, kiedy jazz był muzyką rozrywkową. Dziś niewiele osób kupuje płyty słuchając ich fragmentów w sklepie, jednak gdyby tak było i jeśli nie przepadacie za free-jazzowymi improwizacjami – nie zaczynajcie przygody z „Liberatorem” od pierwszego utworu na krążku, ten jest najtrudniejszy, dalej jest moim zdaniem ciekawiej i bardziej przebojowo.

Kiedy powstała pierwsza płyta zespołu, nie czekałem na kolejną, dziś mam pewność, że zrobię wiele, żeby kolejnej nie przegapić i żeby usłyszeć zespół na żywo.

Janczarski & McCraven Quintet
Liberator
Format: CD
Wytwórnia: ForTune Productions
Numer: ForTune 0132 085

29 listopada 2018

Freddie Hubbard - Goin’ Up

Freddie Hubbard znalazł się w naszym radiowym Kanonie Jazzu jedynie raz za sprawą albumu „The Body & The Soul”. Z pewnością jego dorobek jest więc na naszej liście reprezentowany w sposób nieadekwatny do jakości i historycznej wagi dyskografii tego wybitnego trębacza. Najbardziej twórcze lata Freddie Hubbarda, to również okres świetności hard-bopu. Debiutował płytą „Open Sesame” w 1960 roku. W tym samym czasie powstał jego drugi album – „Goin’ Up”.


Hubbard jako nastolatek rozpoczynał swoją karierę w zespole Wesa Montgomery, w którym grał również jego brat, nieco mniej znany basista – Monk Montgomery. Szybko jednak lokalna scena w Indianapolis stała się dla niego zbyt ciasna. W Nowym Jorku, do którego przeniósł się w 1958 roku szybko znalazł uznanie i możliwość nagrywania płyt dla Blue Note. W ciągu kilkunastu intensywnych miesięcy nagrał 4 albumy jako lider, pojawił się na „Free Jazz” Ornette Colemana i dwu ważnych płytach Johna Coltrane’a – „Ole Coltrane” i „Africa/Brass”. Po wspólnym nagraniu albumu „Ready For Freddie” z Wayne Shorterem, w wieku 23 lat będąc ciągle młodym i początkującym muzykiem, zastąpił Lee Morgana w Jazz Messengers Arta Blakey’a. W latach sześćdziesiątych pojawił się na niezliczonych genialnych płytach wielu muzyków, które trafiły już do naszego Kanonu Jazzu, lub trafią na tą listę już niedługo. Udział Freddiego Hubbarda był ważny dla takich płyt, jak „Out To Lunch” Erica Dolphy, „Speak No Evil” Wayne Shortera, większości płyt Jazz Messengers z tego okresu, a także „Interplay” Billa Evansa, „The Blues And The Abstract Truth” Olivera Nelsona i pierwszych płyt Herbie Hancocka.

W kolejnych dekadach z jego muzyczną formą i szczęściem do doboru muzyków bywało różnie, choć z pewnością udział w formacji VSOP Herbie Hancocka należy uznać za udany. Ostatni album nagrał z okazji 70 urodzin w 2008 roku, na krótko przed śmiercią.

„Goin’ Up” to chronologicznie druga na liście solowych płyt Freddie Hubbarda. Album nagrany w studiu Rudy Van Geldera w Englewood Cliffs. Gwiazdorski skład może wydawać się niezwykły i sensacyjny dla debiutującego w Nowym Jorku artysty, ale Hank Mobley, McCoy Tyner, Paul Chambers i Philly Joe Jones w tym czasie nagrywali dla Blue Note wiele albumów i dla nich była to kolejna z licznych sesji w doskonale znanym wszystkim studiu. W 1960 roku w Englewood Cliffs niemal co tydzień powstawały jazzowe arcydzieła.

Hubbard uwielbiał grać dużo i mocno, co w konsekwencji doprowadziło go w latach dziewięćdziesiątych do nieuleczalnej choroby warg i praktycznie uniemożliwiło dalsze występy. Choć jego pierwszym idolem był Chet Baker, a karierę rozpoczynał, kiedy największymi byli Miles Davis i Dizzy Gillespie, Hubbard szybko wypracował rozpoznawalne brzmienie stając się klasykiem hard-bopu, porównywalnym jedynie z Cliffordem Brownem i Bookerem Little – muzykami, którzy zmarli zanim na dobre rozpoczęły się ich kariery.

W zasadzie wszystkie płyty Freddie Hubbarda nagrane dla Blue Note pomiędzy 1960 i 1965 rokiem są zwyczajnie genialne, jednak to właśnie „Goin’ Up” dzięki udziałowi Hanka Mobleya wydaje się być najciekawszy. Hank Mobley nie jest może z dzisiejszej perspektywy muzykiem tak ważnym, jak inni saksofoniści, z którymi w tym czasie nagrywał Hubbard – Wayne Shorter, Jimmy Heath, Eric Dolphy czy Joe Henderson. Jest jednak najbliższy stylistycznie samemu Hubbardowi. Obaj nawzajem się nakręcają, tworząc przy okazji wzorzec hard-bopowego albumu, szczególnie we fragmentach granych w szybszych tempach, choć istnienie hard-bopowych ballad potwierdzają takie nagrania jak „I Wished I Knew”, a połączenie najwyższej klasy swingu z nowoczesną improwizacją nigdzie nie jest widoczne tak dobrze, jak w kompozycji innego klasyka gatunku – Kenny Dorhama „Karioka”.

Freddie Hubbard
Goin’ Up
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol
Numer: 724385938023

28 listopada 2018

Bill Frisell - Music IS

Najnowszy album Billa Frisella – „Music IS” jest pierwszą od kilku lat jego solową płytą. Frisell odpowiedzialny jest za wszystkie zapisane na tej płycie dźwięki, zagrane na przeróżnych gitarach, ukelele, basie i często mocno zmodyfikowane elektronicznie, choć w większości w taki sposób, że ciągle łatwo skojarzyć pojawiające się barwy z brzmieniem gitary. Na taki solowy album fani musieli czekać niemal równo 5 lat, od czasu wydania przez Tzadik płyty „Silent Comedy”.


„Music IS” nie jest albumem eksperymentalnym brzmieniowo. To nie jest płyta wypełniona elektroniką. Oczywiście potrzebne było użycie przeróżnych urządzeń elektronicznych, żeby jeden muzyk mógł zagrać wszystkie dźwięki. Album jest jednak propozycją kameralną, zbiorem muzycznych impresji skomponowanych, pewnie w większości już w czasie nagrania w studiu przez samego Billa Frisella. Artysta wraca też do tytułowego utworu z jednej z pierwszych płyt nagranych dla ECM – „Rambler” z 1984 roku i kilku innych kompozycji znanych z jego wcześniejszych płyt, które w solowym wykonaniu uzyskują nowe, ciekawe brzmienie. Użyte efekty elektroniczne stają się przedłużeniem brzmienia gitary Billa Frisella, jego naturalnym rozwinięciem.

Kilka ostatnich płyt Billa Frisella wydanych przez Okeh, wytwórnię, z którą artysta współpracuje od kilku lat, skupiało się na eksplorowaniu katalogu amerykańskich klasyków, tym razem Frisell postanowił stworzyć album najbardziej solowy z możliwych i nie tylko zagrał sam wszystkie dźwięki, ale też uprzednio wszystko wymyślił. W efekcie powstała bardzo osobista płyta, muzyczna wizytówka wielkiego artysty. Często w strzępkach melodii można odnaleźć skrawki znanych przebojów. W muzyce jednak wszystko już było i coraz częściej mam złudzenie, że już to kiedyś słyszałem. Pewnie każdy odnajdzie na krążku inne źródła inspiracji. Ja nie mogę pozbyć się echa „Shenandoah” słuchając „Made To Shine”. Podobnie jest z „The Pioneers” w którym słychać inspirację „Blowin’ In The Wind”. To kompozycja, która po raz pierwszy pojawiła się na jednej z moich ulubionych płyt Billa Frisella – „Good Dog, Happy Man”, nagranej w 1999 roku w towarzystwie Grega Leisza, Wayne’a Horvitza, Viktora Kraussa i Jima Keltnera. Melodia „Thankful” też coś mi przypomina, ale na razie nie potrafię ze swojej pamięci wydobyć potencjalnego źródła inspiracji. Być może to zupełny przypadek. Każdy ze słuchaczy usłyszy pewnie jeszcze inne znane sobie melodie. To zupełnie nie oznacza jakiejkolwiek wtórności czy próby oskarżenia Billa Frisella o plagiat. To jedynie ciekawa muzyczna łamigłówka.

Całkiem niedawno naszą płytą tygodnia był wyśmienity album „Small Town” nagrany przez duet Bill Frisella i Thomasa Morgana dla ECM. Frisell nie rozstał się z ECM, dla tej wytwórni nagrał dużą część swojej dyskografii. Album „Music IS” pasowałby do katalogu tej wytwórni. Zawiłości kontraktów z wydawcami nie mają jednak żadnego znaczenia dla jakości muzyki. „Music IS” to niezwykle osobista, wizjonerska i pełna ciekawostek płyta. Chciałbym ją w jakiś sposób wyróżnić, jednak Bill Frisell nie nagrywa płyt słabszych, w związku z tym „Music IS” jest tylko i aż równie genialna jak wiele jego poprzednich nagrań.

Całkiem często słychać głosy, że Bill Frisell już dawno nie jest gitarzystą jazzowym. Niektórzy uważają wręcz, że nigdy nim nie był. Polemika w zasadzie nie ma sensu. Z pewnością Bill Frisell zawsze był i nadal pozostaje muzykiem innowacyjnym, poszukującym nowych brzmień i twórczo wykorzystującym możliwości nowoczesnych technologii nagraniowych. Z pewnością również korzysta z bogatej amerykańskiej tradycji muzycznej. Dyskusja na temat definicji gatunków może być zajmująca i z pewnością dla wielu jest ciekawa. Ja jednak wolę w tym samym czasie posłuchać dobrej muzyki, a najnowszy album Billa Frisella – „Music IS” to muzyka doskonała, niezależnie od tego, na której półce w sklepie z płytami ją znajdziecie.

Bill Frisell
Music IS
Format: CD
Wytwórnia: Okeh
Numer: 190758150024