Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pat Martino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pat Martino. Pokaż wszystkie posty

30 grudnia 2019

Both Sides Now – CoverToCover Vol. 21


Utwór „Both Sides Now” Joni Mitchell napisała w bardzo wczesnym okresie swojej kariery. Piosenka po raz pierwszy ukazała się na drugiej płycie artystki, wydanym w 1969 roku albumie „Clouds”. Nie było to jednak pierwsze nagranie i moment, w którym fani poznali, jak się później miało okazać, jedną z najbardziej znanych kompozycji Joni Mitchell. Kilka miesięcy wcześniej piosenkę nagrała Judy Collins, o czym pamięta dziś niewielu fanów obu pań, może z wyjątkiem tych, którzy przeczytali którąś z licznych biografii Joni Mitchell, w których historia przekazania świeżo napisanej piosenki do nagrania przez Collins zawsze znajduje miejsce.


Album „Clouds” znalazł uznanie wśród krytyków i słuchaczy, czego nie można powiedzieć o debiutanckim „Song To A Seagull”. Dziś oczywiście obie płyty są klasykami w obszernym katalogu nagrań Joni Mitchell. „Both Sides Now” stanowiła żelazny element repertuaru koncertowego artystki przez wszystkie lata jej estradowej kariery. W roku 2000 ukazał się album „Both Sides Now”. Jego muzyczną zawartość stanowią jazzowe standardy w orkiestrowych aranżacjach uzupełnione o jedną jedyną tytułową piosenkę autorstwa samej Joni Mitchell umieszczoną nieco wstydliwie na końcu całego materiału.

Od debiutu piosenki w końcówce lat sześćdziesiątych do dzisiaj powstało wiele wyśmienitych wykonań tej doskonałej kompozycji, w tym kilka zarejestrowanych przez samą autorkę. Pierwsze pochodzą z początków lat siedemdziesiątych. Wtedy swoją wersję instrumentalną zarejestrował Pat Martino (album „Consciousness”). Swoje wersje nagrali między innymi Willie Nelson, Frank Sinatra, Bing Crosby, Pete Seeger i Gabor Szabo. Ciekawostką jest, że jeśli dokładnie prześledzić daty nagrania, to wcale pierwszym wykonaniem „Both Sides Now” nie jest wersja Judy Collins, tylko Dave Van Ronka (album „Dave Van Ronk And The Hudson Dusters”), choć wtedy piosenka z bardzo podobnym tekstem i niemal identyczną melodią nazywała się jeszcze „Clouds”, tak jak późniejszy tytuł albumu Joni Mitchell z jej pierwszą autorską rejestracją.

Pat Martino nagrał „Both Sides Now” co najmniej dwa razy. Wykonanie instrumentalne pochodzi z 1974 roku, a zawierające partię wokalną doskonale przygotowaną przez Cassandrę Wilson z 1997 roku (album „All Sides Now”). Kompozycja wskazuje, że Joni Mitchell to nie tylko niezwykła poetka, ale także autorka wyśmienitych melodii często przypominanych przez gitarzystów będących pod wrażeniem jej kompozycji. Wystarczy popatrzeć na znane fanom artystki zdjęcie Eric’ka Claptona obserwującego z uwagą Joni Mitchell grającą na prostej akustycznej gitarze wykonane w 1968 roku w domu Davida Crosby’ego, jeśli tajniki gry na gitarze, nietypowego sposobu jej strojenia i niekoniecznie zgodnej z kanonami sztuki gry Mitchell są dla Was czarną magią.

Autorem jednego z powrotów Joni Mitchell na muzyczny szczyt popularności był w 2007 roku Herbie Hancock, muzyk, który jak mało kto ma niezwykły talent do projektów gromadzących niezwykłe ilości gości specjalnych i potrafiący pogodzić ich wszystkich razem i stworzyć spójny album. Tak stało się w przypadku płyty „River, The Joni Letters”. Na tyl albumie sama Joni Mitchell pojawiła się co prawda symbolicznie w jednym utworze, jednak po raz kolejny jazzowy świat mógł docenić jej kompozycje. „Both Sides Now” w wersji instrumentalnej zagrała jazzowa supergrupa - Herbie Hancock, Wayne Shorter, Lionel Loueke, Dave Holland i Vinnie Colaiuta. W nagraniu albumu, co w momencie jego premiery było olbrzymią sensacją, wzięli udział Tina Turner i Leonard Cohen.

W 2019 roku ukazał się album nagrany z okazji 75 urodzin Joni Mitchell. Sama artystka niestety nie mogła zaśpiewać ze względu na zły stan zdrowia, jednak z pewnością była dumna ze swojego dorobku zaprezentowanego przez światowe gwiazdy z niezwykłym szacunkiem i uwielbieniem dla autorki wszystkich kompozycji, które pojawiły się w programie koncertu. „Both Sides Now” zaśpiewał Seal w towarzystwie muzyków, którzy przez lata towarzyszyli na scenie Joni Mitchell.

Utwór: Both Sides Now
Album: Clouds
Wykonawca: Joni Mitchell
Wytwórnia: Reprise / Warner Bros.
Rok: 1969
Numer: 075992744621
Skład: Joni Mitchell – voc, g.

Utwór: Both Sides Now
Album: All Sides Now
Wykonawca: Pat Martino & Cassandra Wilson
Wytwórnia: Blue Note
Rok: 1997
Numer: 724383762729
Skład: Pat Martino – g, Cassandra Wilson – voc.

Utwór: Both Sides Now
Album: River, The Joni Letters
Wykonawca: Herbie Hancock
Wytwórnia: Verve
Rok: 2007
Numer: 602517448261
Skład: Herbie Hancock – p, Wayne Shorter – ss, ts, Lionel Loueke – g, Dave Holland – b, Vinnie Colaiuta – dr.

Utwór: Both Sides Now
Album: Joni 75: A Birthday Celebration
Wykonawca: Seal (Various Artists)
Wytwórnia: Decca
Rok: 2019
Numer: 602577427473
Skład: Seal – voc, Jon Cowherd – p, Greg Leisz – g, Marvin Sewell – g, Bob Shepard – sax, Christopher Thomas – b, Brian Blade – dr, Jeff Haynes – perc.

29 listopada 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 8 – 26.11.2019


Format prezentacji oryginalnej kompozycji w towarzystwie alternatywnego wykonania, często niezwykle odległego od oryginału jest dla mnie ciekawym wyzwaniem. Często wymaga starannego wyboru, a raczej bitwy z samym sobą – wiele ciekawych wykonań musi zostać odrzuconych. W wielu odcinkach cyklu CoverToCover nie udało mi się wybrać tego jednego, najlepszego alternatywnego wykonania. W przypadku utworu „Where The Streets Have No Name” nie mam jednak wątpliwości. Najlepszym wykonaniem obok oryginalnego jest nagranie z albumu „Connection” Terezy Montcalm. Opowieść o tej piosence znajdziecie tutaj: Where The Streets Have No Name – CoverToCover Vol. 17

* Where The Streets Have No Name – The Joshua Tree – U2
* Where The Streets Have No Name – Connection – Terez Montcalm

Kolejny odcinkiem cyklu CoverToCover, nad którym pracuję będzie audycja poświęcona kompozycji Nata Adderleya „Work Song”. Tym razem nie uda się z pewnością ograniczyć prezentacji do dwóch nagrań. Znajdzie się miejsce dla ciekawego polskiego nagrania grupy Lion Vibrations z 2014 roku. Miałem przez chwilę nadzieję, że ta ciekawa formuła będzie kontynouwana, jednak na jednym albumie na razie się niestety skończyło. O tej płycie przeczytacie tutaj: Lion Vibrations and Friends

* Work Song – Lion Vibrations & Friends – Lion Vibrations & Friends

W kolejce do cyklu CoverToCover jest też stara irlandzka ballada „Danny Boy”, do melodii nieznanego autorstwa słowa dopisał na początku XX wieku angielski prawnik Frederic Weatherly. Podobno, kiedy porzucił karierę adwokacją napisał teksty do ponad 3.000 kompozycji. Świat pamięta go jednak raczej jedynie jako autora tekstu do „Danny Boy”. Czasem warto spróbować 3.000 razy, żeby się udało. Z kilku wykonań, które już wybrałem do odcinka o tej kompozycji posłuchajmy razem egzotycznej wersji pochodzącej z Singapuru Jacinthy. W składzie międzynarodowego zespołu między innymi doskonały pianista Kei Akagi i Darek Oleszkiewicz na basie. Jacintha zaczynała jako śpiewaczka teatralna i musicalowa. Od wielu lat jednak wydaje głównie jazzowe płyty. Tekst o tej płycie z 2010 roku (prehistoria) znajdziecie tutaj: Jacintha - Here's To Ben

* Danny Boy – Here’s To Ben – Jacintha

Najnowszy album Marka Napiórkowskiego – „Hipokamp” – jak zwykle zawiera perfekcyjnie zaaranżowane i zagrane utwory – tym razem kompozycje własne lidera uzupełniają dwa utwory Davida Bowie i „Agua Vinho” Egberto Gismontiego. W wykonaniu gitarzysty „Absolute Beginners” brzmi zaskakująco.

* Absolute Beginners – Hipokamp – Marek Napiórkowski

Już za dwa dni – we czwartek 28 listopada w Promie Kultury poprowadzę spotkanie poświęcone sylwetce Marka Blizińskiego. Gośćmi wieczoru będą Paweł Brodowski, Wojciech Karolak i Paweł Pańta. Paweł Brodowski z pewnością przypomni czasy, kiedy zaczynali razem na polskich scenach w zespołach Pesymiści i Czterech. o płycie przeczytacie tutaj: Marek Bliziński - Wave. Sylwetkę Marka Blizińskiego przedstawiałem też niedawno w naszym radiowym cyklu Mistrzowie Polskiego Jazzu: Marek Bliziński - Mistrzowie Polskiego Jazzu

* Love For Sale – Wave – Marek Bliziński

W przygotowaniu jest również odcinek CoverToCover opowiadający historię piosenki Joni Mitchell „Both Sides Now”, w którym nie może zabraknąć Pata Martino, który po raz pierwszy nagrał tą kompozycję w 1974 roku, pięć lat po premierze albumu „Clouds” Joni Mitchell, na którym znalazł się ten utwór. Wersja wokalna z udziałem Cassandry Wilson jest silnym kandydatem na liście najciekawszych wykonań alternatywnych. O płycie Pata Martino, z której pochodzi to nagranie przeczytacie tutaj: Pat Martino – All Sides Now

* Both Sides Now – All Sides Now – Pat Martino feat. Cassandra Wilson

14 września 2019

Sunny – CoverToCover Vol. 5


„Sunny” napisał w 1963 niejaki Bobby Herb – muzyk, który z dzisiejszej perspektywy jest tym, który napisał ten właśnie utwór i często pamiętany jest wyłącznie jako autor tej jedynej kompozycji. W latach sześćdziesiątych był może nie największą, ale jednak gwiazdą muzyki soul, jednym z tych artystów, którzy potrafili nie tylko śpiewać, ale też czasem coś napisać, a nie korzystać tylko z banku seryjnie pisanych przez specjalistów chwytliwych melodii do szaf grających.


Niezwykle optymistycznie brzmiąca melodia powstała pod wpływem raczej mrocznego epizodu w życiu Bobby Herba – w dniu zabójstwa Johna F. Kennedy’ego w Nashville w wyniku przypadkowego podobno ataku nożem zginął brat Bobby Herba – Harold, który również próbował zrobić karierę muzyczną. Właśnie po tym wydarzeniu powstało „Sunny”. Na swoją muzyczną premierę utwór musiał poczekać do 1966 roku, kiedy na singlu ukazała się wersja autorska. Kiedy w wyniku popularności tej kompozycji Bobby Herb był jednym z muzyków rozpoczynających amerykańskie koncerty The Beatles, jego „Sunny” było na listach przebojów wyżej, niż aktualne hity angielskiego zespołu.

Po mniej więcej 10 latach, korzystając ze szczytu popularności muzyki disco, Herb próbował wrócić na scenę z wersją dyskotekową swojego największego hitu, nie był to jednak powrót, który można uznać za udany. Koncertował i wspominał złote lata soulu niemal do końca swoich dni. Zmarł w 2010 roku w Nashville.

Ilość coverów „Sunny” jest trudna do policzenia. Niektóre są muzycznie kompletnie nieudane lub kopiują oryginał. Wśród tych, którzy chcieli wykorzystać komercyjny potencjał piosenki byli między innymi Bill Cosby, Boney M., Jose Feliciano, Stevie Wonder, ale również Nick Cave i Wilson Pickett.

Melodia dość szybko trafiła do świata jazzu, okazując się dobrym pomysłem przede wszystkim dla gitarzystów. „Sunny” grali między innymi George Benson, Wes Montgomery i Stanley Jordan. Inni muzycy jazzowi również sięgali po ten utwór. Wśród największych można wspomnieć Oscara Petersona, Raya Browna w towarzystwie Joe Passa i Ellę Fitzgerald.

Niemal natychmiast po premierze wersji autorskiej po utwór sięgnął wirtuoz jazzowej marimby Dave Pike, umieszczając „Sunny” na przebojowej płycie „Jazz For The Jet Set”.

Utwór jest jednak zdecydowanie najczęściej przypominany przez gitarzystów. Moja ulubiona wersja została nagrana w 1973 roku przez Pata Martino i umieszczona na płycie „Pat Martino Live!”. Dla mnie ta wersja jest wzorcowa.

Utwór: Sunny
Album: Jazz For The Jet Set
Wykonawca: Dave Pike
Wytwórnia: Atlantic
Rok: 1966
Numer: 081227352721
Skład: Dave Pike – marimba, Clark Terry – tp, Billy Butler – g, Herbie Hancock – org, Melvin Lastie – tp, Jimmy Lewis – b, Grady Tate – dr.

O tej płycie więcej dowiecie się tutaj: Dave Pike - Jazz For The Jet Set

Utwór: Sunny
Album: Head And Heart: Consciousness / Live! (Disc 2)
Wykonawca: Pat Martino
Wytwórnia: Muse / 32 Jazz
Rok: 1973
Numer: 604123205023
Skład: Pat Martino – g, Ron Thomas – el. p, Tyrone Brown – Fender bass, Sherman Ferguson - dr.

Album Pata Martino „Live!” jest jednym z nielicznych w jego dyskografii, któremu jak dotąd nie poświęciłem osobnego tekstu. Wywiad z artystą, który przeprowadziłem w 2011 roku przeczytacie tutaj: Pat Martino - Wywiad 2011

01 grudnia 2018

Pat Martino - Baiyina (The Clear Evidence)

Pat Martino – mój ulubiony gitarzysta. Nie opisałem jeszcze wszystkich jego płyt. Nie wszystkie jeszcze znalazły się w Kanonie Jazzu. Pora więc na kolejny odcinek jego dyskografii. „Baiyina” to czwarta z wydanych, a piąta z nagranych autorskich płyt gitarzysty. Album powstał w 1968 roku, u szczytu pierwszej fascynacji autora kulturą wschodu. Album został zarejestrowany w niespełna pół roku po nagraniu „East!”. Album znam niemal na pamięć, od wielu lat właściwie nie ma tygodnia, w którym w moim odtwarzaczu CD, lub gramofonie przynajmniej na chwilę nie ląduje któraś z płyt Pata Martino.


Wróćmy jednak do albumu „Baiyina (The Clear Evidence)”. Do standardowego dla lidera zestawu instrumentów jazzowych – choć tym razem z basem zamiast organów Hammonda dochodzi dwu muzyków grających na instrumentach dalekowschodnich – Balakrishna i Reggie Fergusson. Związek z muzyką wschodu sugerują nie tylko egzotyczne instrumenty, ale również nietypowe podziały rytmiczne. Dla Pata Martino podziały w rodzaju 10/9, 7/4 czy 9/4 to nic szczególnego. O inspiracji Koranem można przeczytać w słowie wstępnym do albumu.

Na płycie pojawia się też Bobby Rose – gitarzysta, z którym w początkowym okresie kariery często grywał Pat Martino, a którego postać przypomniał niedawno Pat Martino albumem „Alone Together with Bobby Rose” wydobywając z archiwów trochę starych nagrań.

Pat Martino nie ukrywał inspiracji Koranem – dziś to niezbyt popularny w USA pomysł, pod koniec lat sześćdziesiątych muzycy jazzowi często przechodzili na Islam… Z perspektywy czasu zdaje się, że dla części z nich to było jedynie poszukiwanie czegoś oryginalnego, chęć wyróżnienia się z tłumu, a nie rzeczywiste zainteresowanie odmiennym systemem religijnym. Dla Pata Martino Islam był źródłem inspiracji muzycznej, raczej filozofią, niż religią, systemem wartości a nie modlitewną aktywnością.

„Baiyina” to muzyka ekscytująca, inspirująca i zaskakująco nietypowa biorąc pod uwagę czas i miejsce powstania a także fakt, że za chwilę cały jazzowy świat miał obrócić się – łącznie z Patem Martino (Joylous Lake) w stronę elektrycznego fusion. Znajdziecie w tej muzyce odrobinę egzotycznego orientu, trochę psychodelii i hipisowskiego luzu, a jednocześnie niezwykle staranne podejście do kompozycji, co zawsze cechowało i cechuje do dziś niezwykle uporządkowanego, szczęśliwego i spokojnego na wschodni właśnie sposób Pata Martino. To muzyka wymykająca się wszelakim klasyfikacjom, a takie płyty potrafią nagrywać jedynie najwięksi…

Pat Martino
Baiyina (The Clear Evidence)
Format: CD
Wytwórnia: Prestige / Fantasy
Numer: 025218635523

02 lipca 2017

Pat Martino – All Sides Now

Album „All Sides Now” właśnie skończył 20 lat. Historia jego powstania jest dziwna i z pewnością warta opowiedzenia, niezależnie od tego, że sam krążek zawiera doskonałą muzykę, podobnie jak większość albumów nagranych przez Pata Martino.

„All Sides Now” nie jest pierwszą płytą nagraną przez Pata Martino po powrocie do życia, komponowania i grania na gitarze to tym, kiedy po ciężkiej operacji mózgu musiał po raz drugi uczyć się grać na gitarze w zasadzie od zupełnego zera. To całkiem osobna historia, stanowiąca w dodatku dowód na istnienie genetycznych predyspozycji muzycznych, a także niezwykłej determinacji jednego z najbardziej niezwykłych gitarzystów wszechczasów, a z całą pewnością jedynego znanego, który uczył się grać na gitarze słuchając często swoich własnych nagrań…

Pat Martino przeszedł ciężką operację mózgu w 1980 roku i kilka lat zajęło mu mozolne odbudowywanie umiejętności. Przed chorobą, jeszcze w latach siedemdziesiątych nagrywał albumy dla wytwórni Muse. Przerwany problemami zdrowotnymi kontrakt obejmował zobowiązanie do nagrania kolejnych dwóch płyt, zrealizowane częściowo w 1987 roku w postaci pierwszego po niemal 10 latach albumu koncertowego „The Return”. Na kolejne nagrania musieliśmy czekać do 1994 roku, a przerwa była częściowo związana z chorobą i śmiercią rodziców muzyka. W 1994 roku po raz kolejny powrócił doskonałym, choć wydanym w małym nakładzie i dziś dostępnym jedynie z drugiej ręki „The Maker” wydanym przez japoński label Paddlewheel i później firmowanym przez Evidence. Kolejne dwie płyty powstały dla Muse – „Interchange” i „Nightwings” potwiedziły powrót do wielkiej artystycznej formy.

Kontrakt artysty z Blue Note miał być ważnym krokiem pozwalającym dotrzeć do szerszego grona jazzowych słuchaczy. Jak jednak sam Pat Martino pisze w swojej autobiografii „Here And Now!”, napisanej wspólnie z Billem Milkowskim, pierwszą płytę dla zasłużonej wytwórni wyobrażał sobie całkiem inaczej. Do współpracy zaprosił Pata Martino ówczesny prezydent wytwórni, nie mającej wtedy dobrego okresu – Bruce Lundvall. Niestety po dawnej sławie i profilu artystycznym w 1995 roku pozostało niewiele, a Blue Note potrzebowało komercyjnych sukcesów, żeby utrzymać się na powierzchni. W tym czasie jej szefowie wymyślili serię „Cover Series” – albumów odtwarzających hitowe nagrania z lat siedemdziesiątych artystów w rodzaju Carole King, Marvina Gaye’a, Boba Marleya, czy Sly And The Family Stone. Na szczęście nikt nie zmusił do tego Pata Martino, choć niemal dokładnie wtedy, w 1997 roku powstał opisywany niedawno przeze mnie album grającego w jednym utworze z Patem Martino Charlie Huntera – „Natty Dread”.

Przygotowanie „All Sides Now” z udziałem wielu znakomitych muzyków wymagało od Pata Martino wielu podróży do różnych studiów nagraniowych i sporo pracy produkcyjnej. Udało się znakomicie, choć przez długie lata Pat Martino nie lubił wracać do tematu tego albumu. Przypuszczam, że poczuł się zmuszony do nagrania takiego właśnie albumu, a wolałby zagrać kolejne wyśmienite gitarowo-hammondowe trio. Jednak z Blue Note Pat Martino w późniejszym okresie nagrał jeszcze kilka płyt, dostając od wytwórni z pewnością większą swobodę w wyborze materiału i muzyków.

Szczególne znaczenie miało dla Pata Martino wspólne nagranie z Les Paulem, którego pierwszy raz spotkał za kulisami jego koncertu, kiedy miał 12 lat. Zagrał wtedy dla Les Paula na jego gitarze, a ten będąc pod wrażeniem gry 12 latka, zapamiętał spotkanie i opisał wiele lat później w 1970 roku we wstępniaku do albumu Pata Martino „Desperado”. Les Paul w latach dziewięćdziesiątych był rezydentem w nowojorskim klubie Iridium. W sieci znajdziecie bez problemu wspólne jego nagrania z Patem Martino z tej sceny. „I’m Confessin' (That I Love You)” – ich wspólny duet jest jednym z najwspanialszych nagrań na „All Sides Now”. Gdyby o tytule albumu miała decydować jego zawartość artystyczna, a nie komercyjny potencjał – z pewnością to byłby jego tytuł. Jednak całkiem zgrabny duet z Cassandrą Wilson – jedyna piosenka na płycie – kompozycja Joni Mitchell „Both Sides Now” stała się dawcą tytułu zwiększając szansę dotarcia do szerszego odbiorcy, podobnie jak udział Joe Satrianiego i popularnego w Stanach mistrza udających jazzowe, popowych coverów Tucka Andressa (darujcie sobie nagrania duetu Tuck & Patti).

Co oczywiste – gitarzyści jazzowi - Charlie Hunter, Kevin Eubanks i Mike Stern dali radę i razem z mistrzem stworzyli wyśmienity, choć z oczywistych względów niezbyt jednolity stylistycznie album, którego wielką gwiazdą jest jedyny w swoim rodzaju Pat Martino. Michael Hedges, jeden z tych, którzy pomogli w powrocie do muzycznej formy Patowi Martino, niestety nie dożył premiery albumu – zginął w wypadku samochodowym, a wspólne nagranie „Two Days Old” z Patem Martino było jednym z jego ostatnich wizyt w studiu nagraniowym.

Jeśli zestawić „All Sides Now” z nagranym wkrótce – już według koncepcji samego Pata Martino kolejnym albumie dla Blue Note – „Stone Blue”, będącego powrotem do grania w stylu jego zespołu z lat siedendziesiątych Joylous Lake z Kenwoodem Dennardem i Delmarem Brownem i pochodzącym z tego samego okresu błyskotliwym i niezwykle kolorowym spotkaniu z Zakirem Hussainem w postaci płyty „Fire Dance” wytwórni Mythos, zrozumiecie, że „All Sides Now” jest być może najciekawszym albumem z tych niechcianych przez ich autorów. Ja znam jeszcze tylko jedną podobną historię – albumy nagrane dla Prestige przez Milesa Davisa.

Pat Martino
All Sides Now
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724383762729

19 lutego 2016

Pat Martino with Jim Ridl – Nexus

Premierowy album Pata Martino zawiera po raz kolejny, podobnie jak poprzedni - „Alone Together with Bobby Rose” materiał z obszernych prywatnych archiwów artysty. Tym razem Pat Martino sięgnął po nagrania koncertowe z połowy lat dziewięćdziesiątych z klubu Tin Angels z Filadelfii. Czyżby artystę dopadła twórcza niemoc i musiał sięgać po przypadkowy materiał znaleziony gdzieś w rodzinnych zasobach? W sumie przyczyna nie jest ważna. Ten wyśmienity materiał wart jest wydania niezależnie od tego, że powstał 20 lat temu.

Nietypowe zestawienie instrumentów – tylko gitara i fortepian, wspomagany od czasu do czasu elektrycznymi klawiaturami jest idealnym polem do wspólnej improwizacji doskonale rozumiejących się muzyków. Duetów fortepianu i elektrycznej gitary w historii jazzu nie znajdziecie zbyt wiele. Ja przypominam sobie jeden wybitny, choć jakże różny od Pata Martino i Jamesa Ridla – genialne nagrania Billa Evansa i Jima Halla, z których to pierwsze – „Undercurrent” należy do absolutnych klasyków.

Czy „Nexus” jest równie wybitny? Moim zdaniem będzie klasykiem. Za kolejne 20 lat ten album, złożony z nagrań dokonanych przez Pata Martino w czasie serii klubowych koncertów będzie częścią historii jazzowej gitary. To jeden z najlepszych albumów Pata Martino od wielu lat, co nie oznacza, że te, które ukazywały się ostatnio były nieciekawe.

„Nexus” to muzyczna koncepcja Pata Martino w pigułce. Być może, jeśli chcecie mieć jeden album tego wybitnego gitarzysty, to właśnie „Nexus” jest dobrym wyborem. Większość nagrań Pata Martino to klasyczne gitarowe tria z organami Hammonda i perkusją. To jednak właśnie duet z fortepianem wydobywa z jego gry to, co najlepsze. Nienaganną technikę, unikalne koncepcje harmoniczne, spontaniczne i inteligentne improwizacje, a także umiejętność bycia liderem, a nie jedynie gwiazdą na tle zespołu.

Jim Ridl z pewnością nie jest muzykiem nieznanym, jednak to właśnie z zespołem Pata Martino nagrał swoje ważne płyty – „Interchange”, „Night Wings” i „The Maker”. Warto jednak przy okazji sięgnąć również po jego solowe dokonania, w tym wyśmienity „Blues Liberations – Solo Piano”. Lista muzyków, z którymi grał i nagrywał Jim Ridl jest niezwykle imponująca. Dla mnie jednak jest od czasów „Interchange” idealnym pianistą dla Pata Martino. To właśnie z okresu, kiedy powstawał ten wyśmienity album pochodzą wydane dziś nagrania duetu Pat Martino – Jim Ridl.

Dwójka muzycznych przyjaciół, rozumiejących się bez słów, grających dobrze znany sobie materiał, który w sporej części sami napisali. Mały klub, w którym z pewnością czuli się jak w domu. Luz, swoboda twórcza, sprzyjajaca publiczność i artystyczny geniusz. Takie okoliczności sprzyjają powstawaniu niezwykłej muzyki. Tak właśnie stało się w przypadku nagrań umieszczonych po latach na płycie „Nexus”.

„Recollections” i „Interchange” to kompozycje Pata Martino z nagranego z udziałem Jima Ridle’a albumu „Interchange”. „Tenetree” i „Sun On My Hands” to utwory pianisty, ten drugi Pat Martino umieścił wiele lat później na płycie „Think Tank”, podobnie jak „The Phineas Trane” Harolda Maberna dedykowany Phineasowi Newbornowi i Johnowi Contrale’owi. To idealne połączenie muzycznych wzorców obu muzyków. „Country Road” to wielokrotnie wspominana przez uczniów Pata Martino jego kompozycja, którą musieli grać na lekcjach, a której Pat nigdy wcześniej nie umieścił na żadnej oficjalnej płycie. Klasyki – „Oleo” i „Naima” zamykają ten zdecydowanie za krótki album…

Pat Martino with Jim Ridl
Nexus
Format: CD
Wytwórnia: HighNote
Numer: 632375727420

02 lutego 2014

Pat Martino - Baiyina (The Clear Evidence)

Pat Martino – mój ulubiony gitarzysta. Nie opisałem jeszcze wszystkich jego płyt. Pora trochę nadrobić zaległości. Dzisiejszy album to czwarta z wydanych, a piąta z nagranych autorskich płyt gitarzysty. Album powstał w 1968 roku, u szczytu pierwszej fascynacji autora kulturą wschodu. Album został zarejestrowany w niespełna pół roku po nagraniu „East!”. Ta płyta czeka jeszcze na swoją kolejkę i dłuższy tekst. Znam ją na pamięć, podobnie jak album „Baiyina”. Właściwie nie ma tygodnia, w którym w moim odtwarzaczu CD, lub gramofonie przynajmniej na chwilę nie ląduje któraś z płyt Pata Martino.

Krótkie podsumowanie tych, które dostały już swoją stronę na blogu:
Pat Martino - Interchang – tu także mój wywiad z Patem Martino



Dużo się tego uzbierało, jednak półka z płytami Pata Martino daje jest jeszcze dłuższa.

Wróćmy jednak do albumu „Baiyina (The Clear Evidence)”. Do standardowego dla lidera zestawu instrumentów jazzowych – choć tym razem z basem zamiast organów Hammonda dochodzi dwu muzyków grających na instrumentach dalekowschodnich – Balakrishna i Reggie Fergusson. Związek z muzyką wschodu sugerują nie tylko egzotyczne instrumenty, ale również nietypowe podziały rytmiczne. Dla Pata Martino podziały w rodzaju 10/9, 7/4 czy 9/4 to nic szczególnego. O inspiracji Koranem można przeczytać w słowie wstępnym do albumu.

Na płycie pojawia się też Bobby Rose – gitarzysta, z którym w początkowym okresie kariery często grywał Pat Martino, a którego postać przypomniał ostatnio albumem „Alone Together with Bobby Rose” wydobywając z archiwów trochę starych nagrań.

Pat Martino nie ukrywał inspiracji Koranem – dziś to niezbyt popularny w USA pomysł, pod koniec lat sześćdziesiątych muzycy jazzowi często przechodzili na Islam… Z perspektywy czasu zdaje się, że dla części z nich to było jedynie poszukiwanie czegoś oryginalnego, chęć wyróżnienia się z tłumu, a nie rzeczywiste zainteresowanie odmiennym systemem religijnym. Dla Pata Martino Islam był źródłem inspiracji muzycznej, raczej filozofią, niż religią, systemem wartości a nie modlitewną aktywnością.

„Baiyina” to muzyka ekscytująca, inspirująca i zaskakująco nietypowa biorąc pod uwagę czas i miejsce powstania a także fakt, że za chwilę cały jazzowy świat miał obrócić się – łącznie z Patem Martino (Joylous Lake) w stronę elektrycznego fusion. Znajdziecie w tej muzyce odrobinę egzotycznego orientu, trochę psychodelii i hipisowskiego luzu, a jednocześnie niezwykle staranne podejście do kompozycji, co zawsze cechowało i cechuje do dziś niezwykle uporządkowanego, szczęśliwego i spokojnego na wschodni właśnie sposób Pata Martino. To muzyka wymykająca się wszelakim klasyfikacjom, a takie płyty potrafią nagrywać jedynie najwięksi…

Pat Martino
Baiyina (The Clear Evidence)
Format: CD
Wytwórnia: Prestige / Fantasy

Numer: 025218635523

19 lipca 2013

Stanley (Stan) Clarke – Children Of Forever

„Children Of Forever” to solowy debiut Stanleya Clarke – wtedy jeszcze Stana Clarke. To nieco zapomniana dziś płyta. Zanim powstała, Stanley Clarke zagrał w kilku ważnych produkcjach fusion – między innymi „Return To Forever” grupy Chicka Corea o tej samej nazwie, „Butterfly Dream” Flory Purim, „Moon Gems” Joe Farella, dwu płytach Dextera Gordona z 1972 roku i „Black Unity” Pharoah Sandersa.

Dyskusja o wyższości Stanleya Clarke’a nad Jaco Pastoriusem nie ma sensu, bowiem to muzyczne osobowości zupełnie nieporównywalne. Poza tym, historia gatunku nie zaczyna się od tych wybitnych muzyków. Gitarę basową bez progów w zasadzie samodzielnie wymyślił już w początku lat sześćdziesiątych Bill Wyman – tak, TEN Bill Wyman. Niektórzy uważają, że pierwszym jazzowym gitarzystą basowym był Jack Bruce ze swoją unikalną techniką gry. Inni, że historia jazzowej basówki zaczęła się od Monka Montgomery, który na elektrycznych gitarach basowych grał w orkiestrze Lionela Hamptona w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. Elektryczne gitary basowe dostępne były dużo wcześniej, niż upowszechnił je Leo Fender. Są i tacy, którzy uważają Larry’ego Grahama za największego innowatora gitary basowej.

Solowy debiut Stanleya Clarke’a przypadł na okres współpracy muzyka z Return To Forever Chicka Corea. To słychać. Również udział w nagraniu Chicka Corea, który zajął się również aranżacjami i Lenny White’a. Ten album nie jest wielkim arcydziełem, ale po latach broni się lepiej niż wczesne albumy Return To Forever. Częściowo dlatego, że rewelacyjne wokalizy Dee Dee Bridgewater zdecydowanie lepiej pasują do solówek Chicka Corea, niż smętne zawodzenie Flory Purim. Swoje trzy grosze dorzuca również grający na flecie z równym zaangażowaniem, co Chick Corea na elektrycznym fortepianie, Anthony Webb.

Kupiłem ten album przed laty jako dodatek do dyskografii Pata Martino, który gra tu na wszystkich gitarach, choć nie dostaje zbyt wiele miejsca na swoje solowe popisy, co mnie zdziwiło, kiedy płyty słuchałem po raz pierwszy, bo styl gry mojego ulubionego gitarzysty dobrze pasuje do tej muzyki i z pewnością jego solówki byłyby ozdobą takiego albumu. Duet Stanley Clarke / Chick Corea uzupełniony o Dee Dee Bridgewater nie dopuścił jednak Pata Martino do głosu. Jego gitara pozostaje schowana w muzycznym tle, pełniąc rolę, co dla Pata nietypowe, gitary rytmicznej.

Dla fanów Pata Martino ten album będzie rozczarowujący, bowiem wobec znajdą w nim mało dźwięków, których się spodziewają. Za to dla tych, którzy lubią Dee Dee Bridgewater to będzie odkrycie.

Spodziewałem się, że pracując nad remasterem fachowcy z Universalu wyciągną nieco do przodu partii lidera. Tak się nie stało, może to i dla całości lepiej, jednak jeśli poświęcić dodatkową godzinkę na wsłuchanie się w grę lidera, odkryjecie jakim wielkim talentem i innowatorem był kiedyś Stanley Clarke. Dziś już nie jest, bo chyba mu się nie chce, a szkoda. Dlatego wolę jego płyty z lat siedemdziesiątych, na których był muzykiem i liderem. Teraz jest tylko najlepszym na świecie gitarzystą basowym.

Stanley (Stan) Clarke
Children Of Forever
Format: CD
Wytwórnia: Polygram / Verve / Universal

Numer: 602517448223

10 lipca 2013

Pat Martino – Alone Together with Bobby Rose

Pata Martino biorę w ciemno i to w każdym wydaniu, może być większy skład, klasyka gitarowego combo z Hammondem, grupa fusion, duety z saksofonem, albo tak jak tutaj – w duecie z gitarzystą – Bobby Rose’m. W wypadku tego artysty nie jestem do końca obiektywny, bowiem uwielbiam jego muzykę w sposób nie pozwalający na obiektywizm. Wiem nawet, że niektórzy krytykują go za zbyt schematyczne i wirtuozerskie harb-bopowe improwizacje bez większego celu. To jednak zwykle ci, którzy tak zagrać nie potrafią, a nie ci, którzy nie chcą, bo uważają, że to bez sensu. Mam tu na myśli innego znanego Pata… Ale zostawmy te muzyczno niemuzyczne sprzeczki na boku.

„Alone Together with Bobby Rose” to album nowy, który nowością nie jest. Zanim do mnie dotarł, ukazała się, niestety na razie tylko w Japonii, kolejna płyta mojego ulubionego jazzowego gitarzysty – tym razem owoc współpracy z Gilem Goldsteinem – „We Are Together Again with Gil Goldstein” – tym razem to nagrania prawdziwie nowe, bowiem zawartość muzyczna „Alone Together with Bobby Rose” do prawdziwych nowości się nie zalicza, choć to premierowe wydanie. Nagrania pochodzą bowiem z prywatnych archiwów Pata Martino i zostały zarejestrowane w czasie wspólnych prób i koncertów obu gitarzystów w 1977 i 1978 roku. Wtedy właśnie wrócili do siebie po kilku latach muzycznej rozłąki – nie grali razem od czasu nagrania „The Visit” w 1972 roku. Ich wspólne nagrania powstały w czasie, kiedy Pat Martino zaczął już odczuwać bolesne bóle głowy, które doprowadziły do wykrycia choroby i usunięcia części mózgu artysty kilka lat później. Krótko przed powstaniem materiału wydanego w zeszłym roku przez HighNote, Pat Martino postanowił poszukać nieco wyciszenia w nadziei, że bóle głowy oznaczają tylko zmęczenie intensywną i hałaśliwą trasą z grupą muzyków znaną dziś fanom artysty jako Joylous Lake – od nazwy słynnego albumu, który nagrali razem. To była w 1976 roku jednak z najważniejszych płyt fusion wydana przez wielką wytwórnię – Warner Bros. i nagrana w gwiazdorskiej obsadzie – obok Pata Martino grali w tym zespole Delmar Brown, Mark Leonard i Kenwood Dennard – to wielkie nazwiska fusion. O tej płycie przeczytacie tutaj:


Wróćmy do „Alone Together with Bobby Rose”. To bowiem kolejna wyśmienita pozycja w obszernym katalogu nagrań Pata Martino. Być może to również najbardziej osobiste z jego nagrań. Materiał nie jest doskonały technicznie, bowiem nie był rejestrowany z myślą o wydaniu na płycie. Jednak zawartość muzyczna w pełni rekompensuje niedostatki rejestracji.

„Alone Together with Bobby Rose” to document muzycznej przyjaźni, niezwykłej synergii dwu osobowości, muzyków, którzy rozumieli się bez słów. Dalej uważam, że najlepszym partnerem dla Pata Martino jest sekcja z organami Hammonda, jednak to subtelny podkład rytmiczny gitary Bobby Rose’a daje możliwość pełnego skupienia się na niezwykle skomplikowanych, a jednocześnie operujących zaskakująco prostymi środkami wyrazu improwizacjach lidera. Nie znaczy to również, że Bobby Rose skupia się jedynie na tworzeniu muzycznego tła dla Patga Martino, jednak jego rola jest zdecydowanie drugoplanowa, choć niezwykle ważna.

Muzycznym idolem Pata Martino zawsze pozostaje Wes Montgomery. Układając program „Alone Together with Bobby Rose” Pat postanowił po raz kolejny umieścić na początku albumu jego kompozycję – „Four On Six”.

Ballada Michela Legranda – „What Are You Doing The Rest Of Your Life?” to utwór w którym nie jest łatwo uciec od ckliwego banału. Z gitarzystów chyba tylko Joe Pass nie poległ na tym utworze. Wykonanie Pata Martino jest mistrzowskie – łatwo rozpoznawalną melodię otacza zdumiewająco prosta, a jednocześnie niebanalna improwizacja. Za każdym razem, kiedy słyszę coś takiego – zastanawiam się, dlaczego wcześniej nikt tego tak nie zagrał? W odnajdywaniu niebanalnych, a jednocześnie niewydziwionych rozwiązań Pat Martino jest moim mistrzem.

„One For My Baby” większość kojarzy z cukierkowym wykonaniem Franka Sinatry. Posłuchajcie Pata Martino, zrozumiecie już po pierwszych kilku taktach, dlaczego jest mistrzem niespodziewanie prostych harmonii.

Jeśli cykl Together with… ma mieć kontynuację – po Bobby Rose i Gilu Goldsteinie ja głosuję za Joey’em DeFrancesco. Nagrywa dla tej samej wytwórni co Pat – powinno więc być o jeden krok łatwiej… I poproszę od razu podwójny album, najlepiej koncertowy…

A przy okazji przypomnę Wam o jednym z najważniejszych dla mnie tekstów na tym blogu - wywiadzie, który miałem przyjemność zrobić z Patem Martino:


Pat Martino
Alone Together with Bobby Rose
Format: CD
Wytwórnia: HighNote

Numer: 632375724221

06 lutego 2013

Pat Martino – Starbright / Joyous Lake

To z pewnością nie są najlepsze albumy Pata Martino. Fakt, że nie tylko ja mam takie zdanie, potwierdzony jest przez współczesny sposób wydania tych płyt. Nieco dziś zapomniane przez pierwotnego wydawcę – Warner Bros. Dostępne są dziś jedynie wciśnięte razem na powierzchnię jednej płyty CD wydanej przez istniejący gdzieś na peryferiach tego medialnego koncernu cykl Collectables firmowany przez Rhino A może to nawet zupełnie niezależna firma, wydająca to, czego nikt inny nie chce dziś umieścić w aktualnym katalogu, a co zgodnie z nazwą ma jedynie charakter kolekcjonerski?

Nie jest jednak aż tak źle. Oba albumu mają dziś wartość nie tylko historyczną i sentymentalną dla fanów artysty. Każdy z nich wymaga w zasadzie odrębnego omówienia, bowiem mimo dzisiejszej sprzedaży wiązanej, muzycznie płyty dzieli właściwie wszystko, a łączy jedynie postać lidera.

Zacznijmy więc chronologicznie od „Starbright”. Ten album to przede wszystkim efekt fascynacji Pata Martino nowymi w 1976 roku elektronicznymi instrumentami. To również pierwsza płyta nagrana przez artystę dla wytwórni Warner Bros., która miała w tym czasie wizję, uczynienia z nagrań Pata Martino sukcesu komercyjnego na miarę wydanego mniej więcej w tym samym czasie w 1976 roku albumu „Breezin’” George’a Bensona. To się z pewnością nie udało. Być może po części właśnie z powodu słabej sprzedaży, kolejna płyta – „Joyous Lake” została zarejestrowana z zupełnie innym zespołem i producentem, ale o tym za chwilę.

W 1976 roku Pat Martino nagrał i wydał trzy albumu, które dziś można traktować wspólnie, choć w związku z tym, że ukazały się w różnych wytwórniach, i dziś wydawane są oddzielnie. Poza ostatnim chronologicznie „Starbright” to również „Exit” w klasycznym kwartecie z Gilem Goldsteinem, Richardem Davisem i Billy Hartem oraz duet z Gilem Goldsteinem – „We’ll Be Together Again”.  Te albumy, to był nagraniowy debiut i start do wielkiej kariery Gila Goldsteina, to nagrania, które wspomina często do dzisiaj. Początkującego wtedy pianistę bez dorobku nagraniowego rekomendował Patowi Martino sam Jaco Pastorius, który grał z Patem na wspólnych koncertach w Filadelfii. W czasie sesji do „Starbright” Gil Goldstein poznał braci Brecker. Wspólnie nagrany utwór nigdy nie znalazł się na żadnej płycie i jest dziś jednym z najbardziej poszukiwanych przez fanów Pata Martino nagrań. Według wspomnień uczestników sesji w tym bezimiennym utworze, który nigdy nie ujrzał światła dziennego grali Michael Brecker, Randy Brecker, Mike Maineri, Will Lee, Gil Goldstein i Pat Martino. Niezły skład…

„Starbright” nie zniósł dobrze próby czasu. Kompozycja tytułowa wpada w ucho, choć z pewnością do przebojowości „This Masquerade”, czy „Breezin’” George’a Bensona nieco jej brakuje. Dalej nie jest już niestety tak dobrze. Całość nie tworzy spójnego albumu, a stanowi raczej zbiór luźnych szkiców i studyjnych wprawek i próby możliwości syntezatorów z dawnych lat. Pojawiająca się na koniec albumu gitarowa impresja zagrana solo przez Pata Martino na praktycznie akustycznej gitarze jest prawdopodobnie rodzajem muzycznego powrotu do korzeni, jeśli nie przyznaniem się do tego, że projekt przebojowego albumu raczej się nie udał. Może też zabrakło koncepcji na kolejne syntezatorowe demo…

Cała ta elektronika, nadmierne rozbudowanie składu o różne instrumenty perkusyjne, skrzypce, flet i inne incydentalne dźwięki nie wytrzymała próby czasu i w dodatku skutecznie zagłuszyła gitarę lidera. Całość za wyjątkiem wspomnianej kompozycji tytułowej brzmi dziś nieciekawie… Jestem wielkim fanem Pata Martino i przyznaje to naprawdę z wielkim żalem…

„Joyous Lake” to więcej żywej i prawdziwej muzyki. To ostatni album przed kłopotami zdrowotnymi i długą przerwą w muzy6cznej działalności Pata Martino. Tym razem Warner Bros. zaangażował więcej energii w wykreowanie przebojowego albumu, co udało się wyśmienicie, bowiem w 1978 roku album był całkiem dobrze sprzedającym się produktem. Do dziś podobno pozostaje największym komercyjnym sukcesem Pata Martino…

Do produkcji albumu Wytwórnia wyznaczyła samego Paula Rothchilda – autora sukcesów między innymi Earth Wind And Fire, The Doors, Janis Joplin, czy Neila Younga. Odbyły się przesłuchania kandydatów na członków zespołu. Kenwood Dennard wygrał o włos z Vinnie Colaiutą. Sam Pat Martino rozbudował swoje instrumentarium o dedykowane syntezatory gitarowe i zaangażował Delmara Browna. Kenwood Dennard i Mark Leonard stworzyli świetną sekcję rytmiczną, której zabrakło na „Starbright”, gdzie za cały Groove odpowiedzialny był osamotniony Will Lee. Na płycie zabrakło chwytliwego przeboju, ale z dzisiejszej perspektywy to świetny album fusion, doceniany przez fanów gatunku.

Czy warto kupić „Starbright / Joylous Lake”? Zdecydowanie tak, choć raczej dla tej drugiej płyty. A fani Pata Martino i tak będą bez końca dopatrywać się jakiegoś ukrytego sensu w „Starbright”. Ja słuchałem tej płyty wiele razy, też próbując zrozumieć, co jest w niej ukryte. Jednak oprócz świetnie napisanego tematu tytułowego tego ukrytego sensu jeszcze nie odnalazłem. Będę szukał dalej. Jak znajdę, na pewno się o tym dowiecie. A tak przy okazji – przypominam o mojej rozmowie z Patem Martino z 2011 roku: Pat Martino - wywiad . O innych płytach tego wybitnego gitarzysty też wiele na moim blogu przeczytacie... Wyszukiwarka działa...

Pat Martino
Starbright / Joyous Lake
Format: CD
Wytwórnia: Collectables / Rhino / Warner
Numer: 090431782927

17 lipca 2012

Pat Martino - Martino Unstrung: A Brain Mystery

W przypadku Pata Martino nie jestem obiektywny. To jeden z moich ulubionych gitarzystów. Dlatego też z nadzieją oczekiwałem na ukazanie się filmu, który w założeniu miał opowiadać o jego niezwykłym życiu, a w szczególności okolicznościach jego zdrowotnych kłopotów i powrotu do zdrowia, co do dziś pozostaje muzycznym i medycznym fenomenem. W zapowiedziach film ten miał zawierać również fragmenty koncertów, co miało być oczekiwanym przez fanów dodatkowym rarytasem, bowiem nagrań video koncertów Pata Martino, tych oficjalnych w zasadzie nie ma.

Stało się jednak inaczej. Film jest na rynku już od dawna, sam mam płytę już od roku, jednak po pierwszym, dość nieciekawym wrażeniu z oglądania, postanowiłem zostawić płytę w spokoju na kilka miesięcy i wrócić do niej tak, żeby ocenić „Martino Unstrung: A Brain Mystery” w sposób możliwie obiektywny, bez rozczarowania, które było moim pierwszym wrażeniem oraz naciągania „in plus” w związku z tym, że Pata Martino uważam za absolutnie genialnego muzyka.

Niestety mimo upływu miesięcy, film nie zyskał w moich oczach, a wręcz przeciwnie, nawet stracił… To typowy film biograficzny, jednak on nie opowiada historii życia, ani nawet jego fragmentu związanego z operacją mózgu Pata Martino. To jakby zbór urywków z domowych archiwów bez myśli przewodniej, uzupełniony wywiadami z innymi muzykami i producentami oraz lekarzami, którzy zajmowali się operacją i późniejszą rehabilitacją muzyka.

Niektóre z dodatków, które w sumie są dłuższe niż podstawowy film, to wydłużone wersje wypowiedzi użytych w filmie. Cóż z tego, że nazwiska są największe z możliwych – jak choćby Carlos Santana, Pete Townsend, czy Les Paul… Inne wywiady wydają się być dodane tylko w celu wydłużenia całej produkcji…

Zdumiewa mnie to doprawdy, tym bardziej, że Pat Martino potrafi niezwykle ciekawie opowiadać o swoim życiu i muzyce, czego doświadczyłem osobiście, długo z nim rozmawiając przed jego ubiegłorocznym koncertem w Bydgoszczy, o czym możecie przeczytać tutaj:


Spodziewałem się również większych fragmentów koncertowych. Na płycie znajdziemy jednak tylko dwa, krótkie fragmenty nagrane po amatorsku, w dodatku z brzmiącą jak bootlegi jakością dźwięku… Miałem nadzieję na ciekawsze nagrania.

Podsumowując więc – jeśli chcecie posłuchać jak Pat Martino gra – sięgnijcie po dowolną z jego płyt. Jeśli macie ochotę na nagranie koncertowe – w jego katalogu też znajdziecie coś dla siebie (w wersji audio) – jak choćby najnowszą płytę – „Undeniable: Live At Blues Alley”, o której przeczytacie tutaj:


Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o życiu Pata Martino – przeczytajcie dobrze i rzetelnie napisaną autoryzowaną biografię „Here And Now!: The Autobiography Of Pat Martino” napisaną przez samego Pata Martino we współpracy z samym Billem Milkowskim. Płyta DVD „Martino Unstrung: A Brain Mystery” to pozycja jedynie dla największych fanów artysty, którzy mają już wszystko inne i ochotę na każdy dźwięk i każde słowo wypowiedziane przez ich ulubieńca. Ja się do nich zaliczam…

Pat Martino
Martino Unstrung: A Brain Mystery
Format: DVD
Wytwórnia: Sixteen Films
Numer: 5060105720482

24 lutego 2012

Lee Ritenour – 6 String Theory


Ta płyta jest z pewnością najdroższym singlem Pata Martino w mojej kolekcji. A wszystko zaczęło się od tego, że Lee Ritenour zorganizował konkurs dla gitarzystów. Przy okazji spotkał sporo znajomych gitarzystów i pewnie poznał kilku, z którymi nigdy przedtem razem nie grał. Dzisiejszy album nie jest właściwie płytą Lee Ritenoura. To prawdziwa składanka, a właściwie dwie. Sam nominalny lider gra w kilku utworach z gośćmi. Udziela się w tych bardziej jazzowych fragmentach. Drugie oblicze płyty jest bluesowe.

Jazzowa połówka, to między innymi duet Johna Scofielda i Lee Ritenoura, George Benson i Mike Stern. No i oczywiście zagrana przez Pata Martino, Joey’a DeFrancesco i Lee Ritenoura kompozycja lidera – „L. P. (For Les Paul)”. To zdecydowanie najlepszy fragment tego albumu. Reszta jest albo zwyczajnie dobra, albo zupełnie bez wyrazu. Dotyczy to zarówno fragmentów jazzowych, jak i bluesowych.

Oczywiście niczego nie da się zarzucić grze B. B. Kinga, Vince’a Gila, Keb’ Mo, czy Taj Mahala. Ale każdy z nich gra lepiej, więcej i ciekawiej na swoich własnych płytach. Po co zatem kupować „6 String Theory”? Sam nie wiem… Dla mnie to singiel Pata Martino. Warte uwagi jest jeszcze mocno jazzowe wcielenie George’a Bensona, dawno nie słyszanego w takiej konwencji. Zagrane solo „My One And Only Love” to drugi dobry utwór, po „L. P. (For Les Paul)”, dla którego warto kupić tę płytę. Z przykrością muszę stwierdzić, że reszta muzyków zagrała swoje i poszła do domu. Ci mniej znani wypadli średnio, największe gwiazdy zagrały w rozpoznawalny sposób.

Pewnie wielu gitarzystów z zaciekawieniem wyszuka kilka technicznych ciekawostek i wczyta się w obficie prezentowaną w książeczce stronę techniczną realizacji nagrań, w szczególności listę użytych gitar i wzmacniaczy. To jednak do muzyki nie wnosi wiele, a ta jest zwyczajnie nudna i zbyt przewidywalna. Dodatkowo zupełnie chaotycznie ułożony repertuar sprawia wrażenie, że intencją producentów było jedynie zebranie wielkich nazwisk i umieszczenie ich z dumą na naklejce zdobiącej pudełko z płytą. A może to była realizacja marzenia Lee Ritenoura o zagraniu w ich towarzystwie? Jeśli tak, to dlaczego z nimi nie zagrał? Jego gitarę słychać tylko w kilku utworach? Nie miał śmiałości? Sam potrafi przecież nagrywać całkiem ciekawą muzykę…

Takie składankowe płyty nie udają się zbyt często. Ta jednak jest wyjątkowo nijaka. Nie udało się korzystając z potencjału muzyków zgromadzonych w studio zrobić niczego, czego nie usłyszymy na ich solowych płytach. W sumie z jednej strony z satysfakcją, a z drugiej ze sporym poczuciem zmarnowanej szansy stwierdzam, że tylko Pat Martino trzyma poziom…

Lee Ritenour
Lee Ritenour’s 6 String Theory
Format: CD
Wytwórnia: Concord / Universal
Numer: 888072319110

18 lutego 2012

Pat Martino – El Hombre


„El Hombre” to debiutancki album Pata Martino w roli lidera. Wcześniej nagrał płytę, która nigdy się nie ukazała i pewnie już się nie ukaże, nawet jeśli jeszcze gdzieś się zachowała. Nie był jednak w 1967 roku nowicjuszem w studiu. Miał już na koncie co najmniej kilkanaście sesji, głównie jako członek zespołów Jacka McDuffa i Willisa Jacksona. Oba te czynniki na płycie słychać.

Zarówno obycie z techniką i pracą w studiu, jak i to, że to jego debiutanckie nagranie. Jak każdy, kto nie jest pewien, czy będzie miał drugą szansę, chce od razu dać z siebie wszystko, zagrać bardzo różnorodny repertuar, spróbować i tego, z czego miał być znany już za moment, czyli niewiarygodnie szybkich i perfekcyjnych techniczni epasaży, jak i ballad, do których wróci po latach.

Pat Martino jest prawdziwy. W muzyce wyraża to co czuje. Niczego nie udaje. A to, że już wtedy w 1967 roku dysponował znakomitą techniką ułatwiało mu jedynie zagranie dokładnie tgo, co chciał słuchaczom przekazać. W późniejszych okresach kariery dysponował zwykle lepszym zespołem towarzyszącym. Jego improwizacje stały się też z upływem lat bardziej wyrafinowane.

Ciekawą obserwacją jest zestawienie utworu otwierającego ten album – „Waltz For Geri”, napisanego dla pierwszej żony przez Pata Martino z „Portrait” z 1994 roku, napisanego również dla Geraldine, wiele lat później i nagranego na płycie „Nightwings”. To będzie pełen obraz tego, jak zmienił się świat Pata Martino między 1967 i 1994 rokiem.. O „Nightwings” przeczytacie tutaj:


Być może z dzisiejszej perspektywy partie fletu w wykonaniu Danny Turnera brzmią nieco archaicznie. Być może również Trudy Pitts nie gra na Hammondzie tak, jak choćby Bob Ludwig, a z pewnością nie tak wyśmienicie jak Joey DeFrancesco, z którym wiele lat później grywał Pat Martino. Być może cały zespół nie jest najlepszym. Ale to i tak udany debiut i świetnie zagrana na gitarze płyta. Godne również podkreślenia jest to, że większość kompozycji napisał sam Pat Martino. To bowiem nie tylko świetny gitarzysta, ale też wyśmienity kompozytor. Na pewno są lepsze płyty w dyskografii Pata Martino. Ta jednak jest równie ważna, pokazuje punkt startu niezwykłej kariery. Jest też dowodem na to, że warto grać to co się czuje, nawet jeśli to nie jest akurat na czasie. Muzyka płynąca z serca i opowiadająca o prawdziwych emocjach zawsze zniesie dużo lepiej próbę czasu…

Pat Martino
El Hombre
Format: CD
Wytwórnia: Prestige / Concord
Numer:  888072301580

05 lutego 2012

Sonny Stitt – Night Letter / Soul Shack: Sonny Stitt With Jack McDuff


We współczesnym wydaniu to właściwie dwie płyty na jednym nośniku. Ta druga, opisana drobnym drukiem na okładce to „Soul Shack: Sonny Stitt With Jack McDuff”. Okładkę współczesnej wersji wydawca wykonał w nieco niedbały graficznie sposób wykorzystując zdjęcie użyte pierwotnie na okładce oryginalnego wydania „Night Letter”. Dlaczego zrezygnowano z oryginalnego liternictwa okładki? Być może w związku z dodaniem drugiej płyty. Na pewno stało się to ze szkodą dla estetyki. Oba albumy są w obszernej dyskografii Sonny Stitta pozycjami wartymi przypominania, więc nie wiem, skąd decyzja o priorytecie dla „Night Letter”… Wielu wydawców wypełnia pojemność dzisiejszych cyfrowych nośników wydając całe serie w rodzaju „2LP on 1CD”. To w sumie nie jest zły pomysł, ale przynajmniej reprodukcje obu oryginalnych okładek w książeczce powinny się znaleźć. No i tytuły obu płyt na okładce.

Dla mnie jednak, poszukiwacza wszelkich nagrań Pata Martino, wybór „Night Letter” na swoistego lidera tego wydawnictwa jest oczywisty. Zanim jednak przejdziemy do „Night Letter”, trochę szczegółów o sesji „Soul Shack: Sonny Stitt With Jack McDuff”, od której wypada zacząć w związku z tym, że materiał z tego albumu otwiera płytę oraz z racji na parę lat wcześniejszą datę nagrania. Ten album Sonny Stitt i Jack McDuff zarejestrowali w 1963 roku, podczas, gdy „Night Letter” nagrano w 1969 roku.

Oryginalny komentarz do płyty „Soul Shack: Sonny Stitt With Jack McDuff” napisał Dan Morgenstern. To właściwie jedyny muzyczny krytyk, z którym zgadzam się prawie zawsze, więc napisać cokolwiek, czego nie znajdziecie w jego tekście jest właściwie niemożliwe. Tak więc, chcąc uniknąć kopiowania, opowiem o tym, co napisał w 1963 roku o płycie Dan Morgenstern. Myślą przewodnią jego tekstu jest swing. Uważał on bowiem, że Sonny Stitt to absolutnie najbardziej swingujący saksofonista wszechczasów. Zgadzam się z tym w pełni. To zresztą słychać na płycie. Lider jest tradycyjnie dość oszczędny w swojej grze. Nie ściga się, nie mnoży dźwięków tam, gdzie nie jest to potrzebne, choć nie pozostawia wątpliwości, że potrafi na saksofonie zagrać wszystko. Brzmienie organów Hammonda jest  idealnym towarzyszem miękkich, dalekich jednak od ckliwego banału melodii prezentowanych przez Sonny Stitta. Jack McDuff nie jest tak dynamiczny jak Jimmy Smith, jest więc idealnym towarzyszem dla lidera, pozostawiając mu wiele muzycznej przestrzeni. Sekcję rytmiczną tworzą mniej znani muzycy – grający na kontrabasie Leonard Gaskin i perkusista Herbie Lovelle. To sprawna sekcja potrafiąca odnaleźć się w każdym stylu, a na płycie usłyszycie nieuniknione w związku z czasem nagrania płyty echa nowoczesnego hard-bopu, ale też swing, nieco wiejskiego bluesa, czy dixieland. Uniwersalna sekcja to marzenie każdego lidera…

Na „Soul Shack: Sonny Stitt With Jack McDuff” Sonny Stitt gra na saksofonie altowym i tenorowym. Niezależnie od użytego instrumentu, jego ton jest niezwykle zrelaksowany, pełen przestrzeni i tego co sam uważał za najważniejsze – swingu.

Repertuar płyty złożony jest z w większości z mało znanych kompozycji pochodzących z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Tradycyjnie na początku umieszczono nieco bardziej znaną melodię, „Sunday” - często grywaną przez saksofonistów, w tym w szczególności tych, którzy swing mieli we krwi – Gerry Mulligana, Bena Webstera, czy Colemana Hawkinsa.

Druga połowa albumu dostępnego dziś na płycie CD, to materiał z wydanej w 1969 roku płyty „Night Letter” Sonny Stitta. To właśnie on jest na tej płycie liderem, choć ja trafiłem na tą płytę tropiąc wszelkie ślady działalności nagraniowej Pata Martino. Na tej płycie formuła zespołu z saksofonem i organami Hammonda została uzupełniona o gitarę, nie znajdziemy za to na tej płycie kontrabasu, co jest pomysłem często wykorzystywanym przy nagrywaniu z organami. Pat Martino nagrał wcześniej sporo całkiem dobrych płyt z nieco mniej znanym saksofonistą Willisem Jacksonem. Nagrywał również sporo z organistami, to były dość modne w końcu lat sześćdziesiątych składy zespołów. Z organami Hammonda nagrywali przecież w tym czasie choćby Wes Montgomery czy Kenny Burrell. Jednak Sonny Stitt to dla Pata Martino partner ze zdecydowanie wyższej półki, a grający na organach Hammonda Bob Ludwig nie był może tak znany, jak Jack McDuff, jednak dotrzymuje pozostałym muzykom kroku, zastępując również kontrabasistę, którego w składzie tej sesji nie było.

Tak, czy inaczej, muzyczne porozumienie pomiędzy Sonny Stittem i Patem Martino, mimo dość okazjonalnej ich współpracy wydaje się magiczne i z pewnością warte jest umieszczenia tej płyty w naszym Kanonie Jazzu). Płytę „Soul Shack: Sonny Stitt With Jack McDuff” dostajemy we współczesnym wydaniu niejako w prezencie. Posłuchajcie, jak grają choćby w „Stringin' The Jug”, czy „Loose Walk”… To po prostu magia…

Dodatkowo, „Night Letter”, to jedna z pierwszych płyt, na których Sonny Stitt zagrał na elektrycznym saksofonie (Varitone), którego używał nieco wcześniej nagrywając „What’s New!!!” i „Parallel-A-Stitt”. Przystawka opracowana przez Selmera ułatwiała nagłośnienie instrumentu i pozwalała muzykowi kontrolować brzmienie, w tym między innymi dodawać dodatkowe syntetyczne dźwięki niższe o oktawę od aktualnie granej nuty oraz różne rodzaje echa. Całość okazała się być ślepą uliczką w rozwoju instrumentu, a Sonny Stitt był jednym z niewielu muzyków, którzy używali tego urządzenia przez kilka lat (to w sumie kilkanaście płyt tego muzyka). Całość można uznać za pierwszy saksofonowy syntezator, a więc płytę z Patem Martino za praprzodka nagrań fusion… W związku z tym, to nie tylko świetna muzyka, ale również ważne ogniwo w ewolucji początkującego wtedy elektrycznego jazzu.

Sonny Stitt
Night Letter / Soul Shack: Sonny Stitt With Jack McDuff
Format: CD
Wytwórnia: Prestige / Universal
Numer: 025218516525

13 grudnia 2011

Pat Martino – Interchange


Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że Pat Martino jest dla mnie muzykiem wyjątkowym. Jest ciągle ukrytym skarbem, nieznanym dla wielu słuchaczy, uwielbianym za to przez większość gitarzystów za niezwykłą wręcz muzykalność i umiejętności improwizacji.

W październiku przy okazji wyśmienitego koncertu w Pata Martino w Bydgoszczy udało mi się przeprowadzić z muzykiem niezwykłą, trwającą godzinę rozmowę, której zapis ukazał się w listopadowym numerze JazzPRESSu. Jestem przekonany, że JazzPRESS będzie trwał wiecznie, bowiem zaangażowanie zespołu ludzi w przygotowanie dla Was zupełnie za darmo tego wydawnictwa jest dla mnie ciągle zdumiewające. Jednak mimo wszystko rynkowa pozycja Fundacji, która tworzy radio i przy okazji wspomniany miesięcznik nie jest jeszcze tak wielka, jak firmy, która jest operatorem platformy blogowej Blogspot. Może kiedyś to się zmieni, ale chyba firmą wielkości Google nie chcielibyśmy być. W celu zachowania więc dla potomności owej rozmowy znajdziecie jej zapis poniżej:

Rafał Garszczyński: Pamiętasz swój ostatni koncert w Polsce?

Pat Martino: Niezbyt dobrze. Jest mi trudno zapamiętać poszczególne koncerty. Skupiam się w pełni na jednej rzeczy – tym co jest tu i teraz! Jeśli chodzi o przeszłość i przyszłość, nie zajmują mnie zbytnio. Trudno jest zapamiętać szczegóły wydarzeń. Wczoraj graliśmy w Sztokholmie i nawet z tego koncertu nie pamiętam części najważniejszych momentów. Pamiętam jego ogólne aspekty, ale już z koncertu, który poprzedzał wczorajszy, nie pamiętam prawie nic,nawet miejsca, w którym się odbył.

RG: Fani w Polsce pamiętają ten koncert bardzo dobrze, ja też na nim byłem, to było w 2002 roku w Warszawie. Tutaj jest zdjęcie mojego autorstwa z tego koncertu. (mówiąc to, wręczyłem Patowi przetłumaczone na angielski moje teksty o jego płytach i opisy audycji, które o nim ostatnio zrobiłem, te ostatnie z listami utworów i komentarzami, które znacie z mojego bloga)
  
Pat Martino, 2002, Warszawa

RG: Dzisiejsza rozmowa nie jest dla mnie łatwa, za kilka dni ukazuje się Twoja nowa płyta i pierwsza autobiografia. Oba wydawnictwa nie są jeszcze dostępne, więc nie mogłem przygotować pytań ich dotyczących…

PM: Tak, ani książka, ani płyta się jeszcze nie ukazały.

RG: Opowiedz więc coś o nowej płycie. Na pewno będziemy ją prezentować na naszej antenie, kiedy będzie już dostępna.

PM: Płyta będzie miała tytuł „Undeniable”. Materiał został zarejestrowany jakiś czas temu w Stanach Zjednoczonych, na przedmieściu Waszyngtonu zwanym Georgetown, w działającym już bardzo długo klubie Blues Alley. Na płycie zagrałem razem z Erickiem Alexandrem na saksofonie tenorowym,  Tonym Monaco na organach Hammonda i Jeffem Tain Wattsem na perkusji, i oczywiście z udziałem wspaniałej publiczności. Myślę, że czasami publiczność jest dodatkowym instrumentem. Ten koncert udał się wyśmienicie.

RG: płyta już się ukazała i przeczytacie o niej tutaj:


 RG: Czy został sfilmowany?

PM: Były tam kamery, ale nie jestem pewien czy film będzie częścią albumu.

RG: Co możesz powiedzieć fanom o książce, czy to historia całego Twojego życia ?

PM: To prawie niemożliwe, aby uchwycić i opisać wszystkie istotne szczegóły z życia człowieka.Jest ich tak wiele, jednak sporo z nich zostało opisanych, więc książkę można nazwać autobiografią.

RG: Tak więc, czy to będzie opowieść bardziej o muzyce, czy o życiu? Tytuł jest dla Ciebie bardzo charakterystyczny „Here And Now!”

PM: Prawdę powiedziawszy, to jest książka o życiu i nie ma w niej wiele o muzyce. Głównym tematem jest doświadczanie życia. Muzyka była dla mnie bardzo ważna od wczesnego dzieciństwa. Jest moją drugą naturą. To była dla mnie
od początku zabawa i pozostała zabawą do dzisiaj. Książka traktuje o poczuciu własnej wartości,o moim postrzeganiu rzeczywistości, o mojej definicji tego, czym jest przeżywanie własnego życia. Również o tym, czym jest dla mnie bycie
muzykiem i czym jest doskonalenie tej umiejętności. W książce mówię o tym, co jest dla mnie naprawdę ważne, o tym, że doświadczanie życia jest ważniejsze od umiejętności muzyka. Mam tu na myśli świadomość przeżywania każdego
momentu własnego życia. Teraz, kiedy z Tobą rozmawiam, nie mam ze sobą gitary

(RG: rozmawiamy przed koncertem, w zabytkowym saloniku dla dyrygentów Filharmonii Bydgoskiej, więc gitara jest w pobliżu, gotowa do użycia – wcześniej odbyła się próba techniczna)

i nie jestem w tym momencie muzykiem. Spędzam czas z Tobą, jak człowiek z człowiekiem. Jeśli moim priorytetem byłaby wyłącznie muzyka, gitara, jazz, to byłoby nieuczciwe wobec Ciebie w tym momencie Twojego i mojego życia. Życie przyjmuje różne postaci i kształty,a człowiek musi być wolny, żeby móc docenić każdy jego moment, a w tym istotnie mogłyby przeszkadzać zawód, rzemiosło lub sztuka. O tym jest właśnie moja książka.

RG: Książkę już zamówiłem i nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł ją przeczytać. Nie chcę pytać Cię o Twoje płyty, bo nasi słuchacze, a w szczególności ci z nich, którzy słuchają moich audycji, znają je doskonale. Jesteśmy fanami jazzu. Są jednak dwa pytania, o których często przed wywiadem myślałem, i które również pojawiają się w listach od naszych słuchaczy. Pierwsze z nich dotyczy jednego z nagrań z płyty „Nightwings”. Na niej uwagę słuchaczy zwraca często przepiękna kompozycja „Portrait”. Według mnie to najpiękniejsza melodia, jaką skomponowałeś. Czyim portretem jest taka niezwykle piękna melodia?

PM: Ta kompozycja zadedykowana jest mojej pierwszej żonie Geraldine, to sposób na uchwycenie ważnej dla mnie chwili…

RG: Twój „Portrait” może śmiało pojawiać się w towarzystwie najbardziej znanych  jazzowych melodii w rodzaju „Moanin’”, „The Sidewinder” czy „Cantaloupe Island”.

PM: Bardzo dziękuję…

RG: Drugie z tych pytań dotyczy listy płyt, którą można znaleźć na Twojej stronie internetowej. Jest tam wiele zaskakujących i nieco już zapomnianych pozycji, szczególnie dla ludzi, którzy dopiero zaczynają interesować się jazzem. Do takich zaliczyłbym płyty Johnny Smitha, czy zupełnie dziś zapomnianego Phineasa Newborna Jr. Pewnie wielu fanów czeka na uzupełnienie tej listy, która od dawna się nie zmienia…

PM: Istotnie, minęło sporo czasu od momentu,kiedy miałem okazję tę listę uzupełniać. To moja muzyczna biblioteka. Chciałbym tę listę uzupełniać,ale robię tak wiele rzeczy, często jestem w trasie. Lista zawiera moje ulubione nagrania moich ulubionych artystów. Są na niej płyty nie tylko jazzowe, jak zapewne zauważyłeś…

RG: Znajdziemy tam Aarona Coplanda, jest sporo muzyki współczesnej.

PM: Znajdziesz tam też Gyorgi Legetiego i Karlheitza Stockhausena…

RG: Z mojej perspektywy wielu istotnych rzeczy z pewnością jeszcze tam brakuje…

PM: Oczywiście.

RG: Z takich mało znanych nagrań przychodzi mi na myśl wspólna sesja Milesa Davisa i Johna Lee Hookera. To jedno z najlepszych nagrań gitary i trąbki…

PM: Znam tę płytę, to świetna muzyka.

RG: Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

PM: W mojej głowie ciągle pojawiają się nowe pomysły. Jednym z najnowszych jest wspólne nagranie z Eldarem Djangirovem, młodym pianistą. Koncertowaliśmy wspólnie w duecie w USA, więc możemy coś wspólnie nagrać.W ciągu najbliższego roku będę też koncertował z orkiestrą symfoniczną z Cork w Irlandii,wykonując moje własne kompozycje. Dyrygentem będzie David O’Rourke.

RG: To będą Twoje nowe kompozycje napisane specjalnie dla orkiestry, czy orkiestrowe aranżacje tematów, które już znamy?

PM: Trochę jednych i drugich. Mam sporo kompozycji napisanych dla orkiestry, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, nigdy nie były wykonywane.

RG: Czy możemy oczekiwać, że pojawi się płyta z tym materiałem?

PM: Tak, oczywiście.

RG: Często wspominasz o swoich włoskich korzeniach, o wspomnieniach włoskich popularnych melodii z dzieciństwa. Czy echa tej muzyki inspirują Cię w jakiś szczególny sposób?

PM: Nie, nie sądzę. Pamiętam piosenki, które mój ojciec śpiewał mojej mamie, pamiętam ich romantyczne chwile, ale nie myślę, że to w tej chwili wpływa jakoś na moje koncerty lub kompozycje.

RG: Coraz częściej odnoszę wrażenie, że gitara jako instrument jazzowy przeżywa mały kryzys, że nie pojawia się już tak wielu młodych muzyków grających na tym instrumencie w ciekawy sposób. Ostatnie pokolenie muzyków, którzy wnieśli świeży powiew do jazzowej gitary to ludzie w wieku Pata Metheny i Johna Scofielda. Czy w Twojej opinii to początek końca jazzowej gitary?

PM: Myślę, że żaden instrument się nigdy nie skończy. Wszystkie instrumenty są wspaniałe,każdy z nich. Zmieniły się trochę czasy, kultura się zmieniła. Jeśli myśleć o jazzowym idiomie muzyki, to można tu znaleźć takie indywidualności,jak Wes Montgomery, Django Reinhardt,Charlie Christian, a tuż za nimi czekają Barney Kessel, Herb Ellis, Howard Roberts, Johnny Smith, dalej mamy George’a Bensona, mnie, czy Granta Greena. Jest wielu gitarzystów również i dziś. Ciągle grają przecież choćby John Scofield i John Abercrombie. Jest bardzo wielu gitarzystów. Prawdziwa wartość instrumentu nie leży w żadnym stylu muzycznym. Instrument jest narzędziem komunikacji. Muzyka, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, jest niezwykle efektywną formą rozrywki. W zasadzie muzyka nie powinna służyć rozrywce, jednak jest tak niezwykle silną i praktyczną formą przekazu.Muzyka to ciągłe doświadczanie. Doświadczamy jej kiedy ją słyszymy. Muzyka sprawia,że stajemy się bardziej wrażliwi, szczególnie ci,którzy ją tworzą i poświęcają jej dużo czasu. Mi nie jest łatwo śledzić poszczególnych muzyków i obserwować ich rozwój jako profesjonalnych gitarzystów. Nawet tych, którzy odnoszą największe sukcesy. Mnie bardziej interesuje to, co instrument wnosi do rozwoju każdego człowieka,jego osobowości, nie muzyka, a człowieka. Najważniejszą rzeczą, jaką każdy instrument traktowany serio sprawia, jest uwrażliwianie. Muzyka uruchamia naszą wrażliwość. Często jesteśmy otoczeni brakiem wrażliwości. Kiedy artysta jest pobudzony przez swoją sztukę, zaczyna lepiej poznawać siebie. To jest właśnie prawdziwa wartość instrumentu i relacji, którą ma z nim muzyk. Prawdopodobnie dlatego nie jest mi łatwo ocenić ewolucji instrumentu, czy muzyków, kiedy pojawiają się na scenie. Interesują mnie raczej ludzie, niż ich umiejętności. Jakieś półtora miesiąca temu jechałem taksówką w Nowym Jorku. Jej kierowca roztaczał wokół siebie specyficzną aurę. Przypuszczałem, że nie jest zawodowym kierowcą taksówki. Zapytałem go więc, czy jest zawodowym taksówkarzem. Kiedy przyjechałem do Nowego Jorku pierwszy raz we wczesnych latach sześćdziesiątych, kiedy nie miałem żadnego muzycznego zajęcia, sam pracowałem czasem jako kierowca taksówki. W ten sposób zarabiałem, kiedy nie mogłem utrzymać się z muzyki. To pomagało mi zapłacić moje rachunki.  Zapytałem więc kierowcę, czy to jego podstawowe zajęcie. Był zdumiony pytaniem, ale odpowiedział, że z zawodu jest neuropsychiatrą.

RG: To zawód, który w USA raczej nie wymaga dodatkowej pracy, żeby się utrzymać na powierzchni…

PM: Kierowca taksówki powiedział, że w obecnych warunkach ekonomicznych musi sobie dorabiać w ten sposób. To jest dla mnie bardzo ważne, jakie masz umiejętności, jak sobie radzisz z karierą, jaki masz zawód. Ile to wszystko znaczy dla ludzi, których spotykam. Czy są osobowościami w swojej profesji i co robią w życiu.

RG: Dla kogoś, kto tak jak Ty koncentruje się na teraźniejszości nie jest pewnie łatwo grać każdego wieczoru w podobny sposób, muzyka wyraża przecież Twoje emocje, a te każdego dnia mogą być zupełnie inne. Każdy z nas bywa przecież bardziej wesoły lub nieco melancholijny i smutny. Czasem dochodzi do tego zmęczenie…

PM: Każdy wieczór jest inny. To bardzo trafne i ważne pytanie. Możesz to różnie zrozumieć, ale pamiętam koncerty, po których sam uznawałem swoją grę za wyśmienitą, a po których w rozmowach z publicznością dowiadywałem się, że było tak sobie. Pamiętam też sytuacje odwrotne, ja uważałem, że zagrałem przeciętnie, a publiczność była zachwycona. Nie poddaję się tym iluzjom i nie gram już w tę grę. Zwyczajnie każdego wieczora staram się grać najlepiej jak potrafię w tym momencie. Muzyka pozwala mi poznawać siebie, doskonalić to co robię. To znaczy dla mnie więcej niż sama muzyka. Pod każdym względem. Ja dałem z siebie wszystko, więc nie za bardzo jest za co mnie krytykować, nie da się powiedzieć, czy to było dobre, czy złe, to było najlepsze z możliwych i mam nadzieję, że podobało się innym.

RG: Nie słyszałem w Twoim wykonaniu złego koncertu…

PM: To jest najważniejsze, w każdej sytuacji trzeba robić wszystko najlepiej jak to tylko możliwe.

RG: To przypomina mi inny wywiad, z pewnym muzykiem, który powiedział mi kiedyś coś, co zapamiętam już chyba na zawsze – bycie uczciwym artystą nie jest łatwą pracą, każdego wieczoru musisz wyrazić siebie, nie możesz ukrywać swoich emocji. W pewnym sensie za to właśnie ci płacą. Za wyrażanie prawdziwego siebie na scenie. To nie zawsze jest łatwe tak na zawołanie…

PM: Najtrudniejsze jest to, że jest się właściwie nagim. Z drugiej strony to bardzo zdrowe i pożyteczne. Nie zasłaniasz się niczym, nie oszukujesz siebie, niczego nie udajesz. Kiedy znajdujesz się w takiej sytuacji i płacą ci za uczciwość, bierzesz pieniądze za to, żeby się postarać i dać z siebie wszystko co tylko potrafisz. Myślę, że to jest uczciwy układ artysty z publicznością. To definiuje na nowo Twój system wartości, pozwala na samodoskonalenie w każdych okolicznościach. A to oznacza każdego dnia lepsze życie.

RG: Nie gromadzisz więc w sobie niepotrzebnych emocji, bo każdego wieczoru masz okazję podzielić się nimi z publicznością?

PM: Tak, emocje pojawiają się na scenie w naturalny sposób. To bardzo korzystna możliwość. To także świetne doświadczenie…

RG: Jak więc grasz, kiedy jesteś zły, jeśli kiedykolwiek bywasz zły?

PM: Gram wtedy agresywnie, dynamicznie. To wszystko są emocje, szczególnie w improwizowanych formach muzycznych. Każdy muzyk może improwizując wyrazić swoje emocje. To jest naturalny język, forma komunikacji…

RG: Na Twoich płytach możemy usłyszeć melancholię, radość życia, wiele pozytywnych emocji. Złość została więc na nigdy nie opublikowanych odrzutach z sesji?

PM: Tak, myślę, że tak właśnie jest. Mam studenta, a właściwie całą ich grupę. Uczę na wydziale sztuki uniwersytetu w Filadelfii. Mam tam kursy mistrzowskie. Często studenci pytają o transkrypcje. Niektórzy spędzają wiele czasu nad tego rodzaju zapisami nutowymi. Szczególnie tymi, dla których źródłem są ich idole, wielcy muzycy. Inni rozpisują ich solówki. Te najbardziej znane i rozpoznawalne. Moja rada jest zawsze taka sama. Tego nie należy traktować aż tak poważnie, jak robi to wielu moich studentów. Pomiędzy nutami nie wyczytają przecież nic o okolicznościach ich zagrania. Nie dowiedzą się o czasie i miejscu nagrania i o tym, jakie emocje spowodowały, że ktoś zagrał to właśnie tak, a nie inaczej. Dobrym przykładem będzie historia pewnej mojej sesji nagraniowej. Nagrywaliśmy z basistą Paulem Chambersem, na organach Hammonda grał Richard Groove Holmes, a na saksofonie tenorowym Teddy Edwards. Paul Chambers właśnie przyleciał z Rosji. Wylądował na lotnisku La Guardia w pobliżu Nowego Jorku. Przyjechał do studia Rudy Van Geldera prosto z lotniska. To było w styczniu i było naprawdę zimno. Jego kontrabas był spakowany w twardy futerał transportowy zrobiony z czegoś w rodzaju włókien szklanych. W środku był jego instrument w miękkim futerale. Kiedy otworzył to pudło w studiu,gwałtowna zmiana temperatury spowodowała pęknięcie górnej płyty instrumentu. Pękły też struny. W kącie studia stał jakiś stary kontrabas. Był w niezłym stanie, ale niewątpliwie klasą nie dorównywał instrumentowi Paula. Paul nagrał na nim całą sesję. Tej historii nikt nie znajdzie w transkrypcji, jeśli z tej sesji by powstała. To właśnie powiedziałem moim studentom. To wydarzenie miało przecież wielki wpływ na to, co zagrał wtedy Paul Chambers. Z pewnością to nie było dla niego miłe wydarzenie. Dodatkowo instrument, na którym grał nie pozwalał na odpowiednie dla Paula ustawienie wysokości strun. To były bardzo ważne czynniki, które wpłynęły na jego muzykę tego dnia.

RG: Ukazują się jednak transkrypcje twoich improwizacji. Niektóre z tych książek są nawet przez ciebie autoryzowane.

PM: Oczywiście.

RG: Może więc warto rozważyć wprowadzenie dodatkowych komentarzy do nutowego zapisu dotyczących okoliczności nagrania, czy koncertu?

PM: Zawsze są dwie drogi, tak jak każda moneta ma dwie strony. Uczyć więc można się na dwa sposoby. Poprzez pozyskiwanie informacji – to oferta systemu edukacyjnego i poprzez doświadczanie życia. Ja wolę ten drugi sposób, nie tylko łatwiejszy, ale również dokładniejszy. Nauka poprzez doświadczanie, a nie przyjmowanie na wiarę tego, co mówią inni.

RG: Tak więc ćwiczenia są ważne, ale ważniejsza jest interakcja z innymi muzykami?

PM: Ćwiczenia prowadzą do doskonałości, pozwalają znaleźć własną drogę.

RG: Dużo ćwiczysz?

PM: NIE, w ogóle nie ćwiczę, nigdy. Dla mnie instrument jest tylko jednym z narzędzi, którym dysponuję od wczesnego dzieciństwa. Dostrzegam sztukę w wielu rzeczach. Sztuką jest choćby tak prosta czynność jak pisanie. Kiedy piszę list,kiedy rozdaję autografy, to jest dla mnie forma sztuki, wyrażanie siebie. I dlatego postrzegam każde narzędzie, pióra do pisania, czy ołówek jako coś wartościowego, jako poważny instrument. W pewnym sensie są podobne do gitar. Jeśli używać ich z należną starannością i powagą.

RG: Doskonale cię rozumiem, też pracuję na papierze, to pozwala mi się skupić na istocie rzeczy.

PM: Widzę, że rozumiesz, co mam na myśli. W moim domu, tam gdzie mieszkam, jest wiele rzeczy, których stale używam. Takie jak naczynia, widelce, noże, łyżki, talerze, garnki, szklanki, w różnych rozmiarach, linijki, poduszki… wiele innych…

RG: Gitary…

PM: Oczywiście, są też gitary. Buty, kurtki, wiele, wiele różnych rzeczy. Każda z nich w pewnym momencie jest bardzo ważna, wtedy, kiedy jej potrzebuję. Nie zawsze potrzebuję gitary. Gitara jest jedynie jedną z całego zbioru rzeczy, których potrzebuję. Jest ze mną wtedy, kiedy jej potrzebuję i doceniam to. Być może jest nieco ważniejsza, ale doceniam każdą rzecz, która pomaga mi na co dzień. Znacznie bardziej interesują mnie inne aspekty świadomego działania. Dobrym przykładem niech będzie siła każdej cieczy – wody, która wypełnia każde naczynie, do której jej nalejemy. To jest jej siła. Nie interesują mnie rzeczy odległe, nie interesuje mnie coś, co wymaga długich ćwiczeń, żeby móc tego używać. Lubię rzeczy proste, które stają się moją drugą naturą. Popatrz – czy kiedykolwiek musiałeś uczyć się ruszać powiekami? One po prostu działają, nawilżając stale twoje oczy. Tak jest też z moją grą na gitarze. Nie ćwiczę. To jest jakby automatyczne. Biorę do ręki gitarę i cieszę się grą. Granie sprawia mi przyjemność, sprawia, że trafiam z powrotem na właściwy kurs. To bardzo przyjemna droga. To nie jest żaden rodzaj odpowiedzialności. Nigdy nie biorę do ręki gitary czując odpowiedzialność. Zawsze robię to z przyjemnością i dla przyjemności.

RG: Ale w początkach kariery zapewne dużo ćwiczyłeś?

PM: Na początku kariery, a nawet wcześniej, zanim zacząłem robić jakąkolwiek karierę, byłem uzależniony od ćwiczeń, to był nałóg.

RG: Sypiałeś z gitarą?

PM: Tak, sypiałem z gitarą. Robiłem z nią wiele rzeczy, była ze mną zawsze. Nadużywałem jej na wiele sposobów… Nie dostrzegałem innych ważnych w życiu spraw. Wiele lat musiało minąć,zanim zrozumiałem co ominęło mnie w związku z tym w mojej młodości. Uczymy się i doskonalimy poprzez wszystko, czego doświadczamy. To mnie interesuje i o tym jest moja autobiografia. Książka jest o tym, co wykracza poza wszystkie drobne aspekty wszystkich błogosławieństw, którymi cieszy się każdy z nas. Talent muzyczny jest jedną z takich magicznych zdolności, rodzajem daru natury. Wielu rzeczy nauczyłem się obserwując je tam, gdzie mają miejsce, gdzie się dzieją. Nie czuję się już od niczego uzależniony. Nie stać mnie na takie uzależnienie, szkoda mi na to czasu. Dużo podróżuję i gram w różnych miejscach, tak jak w czasie obecnej trasy. To wymaga dużo siły i koncentracji. Trasy koncertowe są bardzo trudne. Dziś rozmawiałem z jednym z członków mojego zespołu. W czasie, kiedy jechaliśmy tutaj z lotniska. To trwało ponad dwie godziny. Zapytałem jednego z moich muzyków, czy ma jakieś formalne wykształcenie muzyczne, czy chodził do szkoły, żeby nauczyć się grać. Odpowiedział, że tak. Zapytałem więc dalej, co czuje tu i teraz siedząc w samochodzie. Czy na to właśnie liczył chodząc do szkoły muzycznej i poświęcając całe swoje życie muzycznej pasji, czy spodziewał się, że będzie grał tylko przez 10, a może nawet tylko przez 5% dnia, a resztę czasu spędzał w podróży, na przykład siedząc w samochodzie. Czy gdyby to wiedział, dalej chciałby zostać muzykiem? Odpowiedział – Kiedy tak na to patrzysz, raczej bym się na taki zawód nie zdecydował.

RG: Zawsze można przecież być tylko muzykiem sesyjnym…

PM: Muzyka jest dla mnie prawdziwą wartością, jest moją drugą naturą. Chcę dowiedzieć się w życiu więcej o wstrzemięźliwości, cierpliwości i wytrwałości. Chcę dowiedzieć się więcej o cnocie. Chcę dowiedzieć się więcej o sztuce życia, o tym jak żyć. Jak żyć i radzić sobie w każdej sytuacji. Muzyka stawia mnie w różnych sytuacjach. Kiedy w związku z moją muzyką trafiam na lotnisko, stoję w kolejce do odprawy i mam umówiony koncert gdzieś na drugim końcu świata i kiedy odwołują samolot, na co nie mam zupełnie wpływu, to wpływa na moją muzykę, dlaczego ma mieć wpływ na mnie? Dlaczego ma sprawiać, że będę smutny, czy sfrustrowany? To są sytuacje, do których doprowadza mnie moja muzyka. To są rzeczy naprawdę ważne. Doceniam muzykę i to co mi daje. To potężna siła, pozostająca cały czas we mnie, to dar i błogosławieństwo. To moja druga natura, to jak składanie podpisu. Nie muszę tego ćwiczyć. Pozwalam jej być we mnie, czuję do niej wielki respekt i szacunek. Dlatego na zawsze pozostanie głęboko we mnie.

RG: To wszystko brzmi, jakbyś był niesamowicie szczęśliwy każdego dnia, wyciszony, a jednocześnie bardzo szczęśliwy. Jesteś jedną z najszczęśliwszych osób jakie w życiu spotkałem.

PM: Dziękuję, jest mi miło, że to powiedziałeś.

RG: Jak mało kto wiesz, jak mieć dystans do własnych emocji i jednocześnie codziennie się z nimi mierzyć.

PM: Tak staram się to robić, tak obiektywnie i uczciwie, jak to możliwe.

RG: Czy to tylko efekt życiowego doświadczenia, czy może również medytacji?

PM: Absolutnie tak! Oczywiście! To miłość do życia. To dla mnie bardzo istotne. To pozwala mi doświadczać tego gdzie jestem, kim jestem i kto jest obok mnie, i wielu innych rzeczy. Potrzebuję nowych doświadczeń, potrzebuję nowych relacji, nie tylko z muzykami. Cieszę się, że to mi się podoba. Pamiętam z czasów młodości, że ludzie którzy stawali na mojej drodze nie mieli nic wspólnego z muzyką, wydawali mi się kompletnie obcy, zupełnie nie pasowali do mojej rzeczywistości. Nie potrafiłem ich zrozumieć. Dlaczego oni nie żyją muzyką? Dlaczego nigdy nie słuchali Milesa Davisa? Teraz, kiedy widzę staruszkę idącą na pocztę, albo na stragan z warzywami, albo dziecko, albo wróbla, potrafię. Interesuje mnie moje życie. Dziękuję też losowi za to, że moje zdolności muzyczne nie zostały zniweczone przez otaczającą mnie rzeczywistość. Myślę, że najważniejsze w życiu jest szczęście. Jeśli jesteś szczęśliwy, twoje życie jest sukcesem. Szczęścia nie możesz oczekiwać od nikogo. To coś, co dostajemy sami od siebie i dla siebie.

RG: Wielu ludzi uważa, że nie mogą być szczęśliwi, bo przeszkadzają im w tym czynniki zewnętrzne – na przykład brak pieniędzy. Oni nie rozumieją, czym jest w rzeczywistości szczęście…

PM: To bardzo powszechny błąd. Mogę mówić tylko w sowim imieniu, dla mnie brak pieniędzy jest brakiem wiary w sukces.

RG: To prawda.

PM: To są oczywiste lęki. Strach, obawa są w życiu ważne. Z nich bierze się odwaga. Innym ważnym czynnikiem jest odwlekanie. Jeśli ktoś odkłada ciągle zrobienie czegoś ważnego, to nieuchronnie prowadzi do wielkiego bólu, poczucia winy. Kiedy wreszcie nie można już czegoś odwlekać, kiedy trzeba podjąć decyzję, odwlekanie się kończy. Często cieszymy się z podjętej decyzji i tego, że stres związany z jej odwlekaniem znika.

RG: Świetnie się z Tobą rozmawia o życiu, wróćmy jednak jeszcze na chwilę do muzyki.  Jaki jest plan na dzisiejszy koncert?

PM: Plan na dzisiaj to cieszyć się życiem, chwilą, dostosowywać się do sytuacji. Próbowałem ci o tym opowiedzieć. To fenomenalne, w czasie trasy koncertowej, podróżując od miasta do miasta, z kraju do kraju, dzień po dniu. To zachowanie podobne do owej siły cieczy, która wypełnia naczynie.  Dostosowuje się do okoliczności. Ostatniego wieczoru (RG: w Sztokholmie) graliśmy w bardzo małej sali wypełnionej po brzegi, a może nawet bardziej. Muzyka brzmiała świetnie, byliśmy blisko publiczności. Ludzie byli zachwyceni. To był wspaniały wieczór. Dziś będzie zupełnie inaczej. To większa sala, instrumenty brzmią inaczej, jest inna akustyka, inna temperatura na widowni. To wszystko zmienia. My się do tego dostosujemy, tak jak dostosowaliśmy się wczoraj. Dziś będzie większy dystans pomiędzy zespołem i publicznością. Musimy się do tego dostosować, dać z siebie wszystko, żeby zagrać jak najlepiej. To trudne i to sztuka sama w sobie.

(RG: Relację z koncertu przeczytacie tutaj: )



Pat Martino, 2011, Bydgoszcz

RG: Prowadzisz zespół, musicie mieć więc jakiś plan koncertu, wstępnie ustalony jego program, listę kompozycji, którą chcecie zagrać? Czy to wszystko jedynie kwestia nastroju chwili?

PM: Czasem to kwestia chwili. W moim przypadku, częściowo w związku z operacją, którą przeszedłem w latach osiemdziesiątych, kiedy to usunięto mi 60% płata skroniowego lewej półkuli mózgu, zapamiętywanie porządku nie jest mnie proste. Jednak im bliżej momentu wejścia na estradę, tym bardziej oczywiste staje się to co wybiorę i co zagramy. Sprawy się upraszczają i organizują się jakby same. Porządkują się. Czasem zmieniam coś w ostatniej chwili, przestawiam, wiem jednak przynajmniej jakie mam możliwości, mam z czego wybrać.

RG: Więc często o muzycznej zawartości koncertu decyduje chwila? Reakcja publiczności, twój nastrój?

PM: Tak, oczywiście! Jednak trzeba zaznaczyć, że takie magiczne chwile nie zdarzają się każdego wieczoru.

RG: Mam więc nadzieję, że to będzie wyśmienity koncert. Polska publiczność słucha muzyki i przez wielu muzyków uznawana jest za wyśmienitą, słyszałem to z ust muzyków wiele razy.

PM: Zawsze mam taką nadzieję. Powiedz mi, czy niedziela to dobry dzień na koncert w Polsce? W Stanach Zjednoczonych to nie jest najlepszy dzień, ludzie muszą w poniedziałek iść do pracy…

RG: Myślę, że dla imprez rozrywkowych, muzyki pop to nie jest najlepszy dzień. Dla  Twojego koncertu to nie ma większego znaczenia. Na sali nie będzie przypadkowej publiczności. Będą Twoi fani, ludzie, którzy przyjechali na twój koncert z całej Polski, poświęcili cały dzień dla twojej muzyki. Przyjechali tu, do Bydgoszczy. Takie rzeczy nie zdarzają się na koncertach popowych. Takie koncerty to zwykle po prostu wyjście z domu, mniej ważne jest nazwisko na afiszu. My mamy w Polsce często koncerty nawet w środku tygodnia, takie dni są dla organizatorów tańsze z różnych względów. Ludzie przyszli tutaj posłuchać twojej muzyki, znają twoje płyty, wiedzą, czego mogą się spodziewać. Dziękuję za niezwykłą dla mnie rozmowę i życzę świetnego koncertu.

PM: To była przyjemność porozmawiać z Tobą.

Tyle wspomnień z rozmowy z Patem Martino. Wspomniana książka „Here And Now!” czeka w swojej kolejce na ostatnio bardzo długiej półce książek przeznaczonych do jak najszybszego przeczytania…

Miało być dziś jednak o „Interchange”. To jedna z najbardziej zrelaksowanych płyt Pata Martino. Album nagrany w 1994 roku z udziałem Jamesa Ridl – fortepian, Marca Johnsona – kontrabas i Shermana Fergusona – perkusja. Sherman Ferguson to uczestnik wielu muzycznych projektów gitarzysty. Na tej płycie jednak niezwykła jest współpraca Pata Martino z w sumie mało znanym pianistą – Jamesem Ridl’em. Obaj muzycy przekazują sobie rolę lidera  niczym sprawnie wyćwiczeni uczestnicy sztafety pałeczkę. Czasem solówki trwają tylko kilka taktów, czasem są dłuższe, obaj grają jednak raczej mniej niż więcej nut… Dla lidera taki skład jest dość nietypowy, bowiem częściej nagrywa z udziałem organów Hammonda zamiast fortepianu i kontrabasu. Jednak „Interchange” przekonuje do tego, że współpraca z pianistą wcale nie ogranicza Pata Martino przyzwyczajonego do organów.

Na repertuar płyty składają się kompozycje własne lidera – to jak zwykle wyśmienicie napisane melodie i znany temat „Blue In Green” Milesa Davisa. Czasem zastanawiam się, czy takie dorzucenie do własnych kompozycji znanego standardu jest wypełniaczem w związku z brakiem własnych pomysłów, czy chęcią pokazania, że materiał napisany specjalnie na płytę nie odbiega jakością od znanych światowych standardów. W przypadku Pata Martino nie mam wątpliwości, że to nie brak pomysłów, bowiem już od początku lat siedemdziesiątych pisze świetne kompozycje. Tak więc jeśli ktoś akurat „Blue In Green” nie rozpozna, to może uznać, że to w całości płyta autorska…

Mimo, że „Blue In Green” grało wielu muzyków, w szczególności oczywiście trębaczy, to wersja Pata Martino dorównuje, jako jedna z nielicznych mistrzowskim wykonaniom samego Milesa Davisa. Kończąca płytę kompozycja lidera – „Recolection” przypomina mi jakąś inną znaną melodię i od lat jest dla mnie pewną zagadką. Nie wiem, jaka to melodia. To w sumie dość irytujące i pozostające w głowie doświadczenie za każdym razem kończy odsłuch tej wyśmienitej płyty.

Jeśli ktoś ma ochotę oszczędzić trochę, może znaleźć wspólne wydanie „Interchange” i „Nightwings” w formie dwupłytowego albumu „Mission Accomplished” z 1999 roku. O "Nightwings" przeczytacie tutaj:


Od lat nie potrafię wybrać tej jednej, jedynej płyty Pata Martino, wszystkie są wyśmienite. Prawdopodobnie ta najlepsza jeszcze nie została nagrana.

Na „Interchange” Pat Martino jest wyśmienitym kompozytorem, świetnym gitarzystą i jeszcze lepszym liderem… Czego można chcieć więcej od jazzowej płyty? Może tego, żeby była dłuższa… Chyba to szukanie dziury w całym… skazy na dziele kompletnym i pięknym w swojej prostocie.

Pat Martino
Interchange
Format: CD
Wytwórnia: Muse
Numer: 016565552922