20 sierpnia 2019

Ben Webster – King of the Tenors

Oryginalne wydanie tego albumu przygotowanego dla wytwórni Norgran w 1953 roku opatrzone było tytułem „The Consummate Artistry of Ben Webster”. To był chronologicznie drugi w kolejności pełny album wydany przez założoną przez Normana Granza wytwórnię (numer katalogowy NG 1001). Kilka lat później Norgran wraz z całym katalogiem stał się częścią innej wytwórni, również wymyślonej przez Granza – Verve Records. Od 1956 roku materiał ukazuje się jako „King of the Tenors”. Tytuł dość odważny, w roku 1956, kiedy po raz pierwszy album ukazał się z takim tytułem, John Coltrane grał u boku Milesa Davisa, Sonny Rollins nagrał „Tenor Madness”, u szczytu twórczych możliwości byli też między innymi Stan Getz, Dexter Gordon, ciągle nagrywał też, zresztą również dla Granza, Lester Young, całkiem nieźle radził sobie też Coleman Hawkins. Wielu innych wybitnych saksofonistów, dla których tenor był i jest podstawowym instrumentem w połowie lat pięćdziesiątych również miało już na swoim koncie sporo doskonałych nagrań.


Dlaczego więc Ben Webster, albo Norman Granz uznali, że „King of the Tenors” będzie właściwym tytułem? Znane mi źródła historyczne nie notują żadnej opowieści dotyczącej ani konkretnego powodu wyboru takiego doniosłego tytułu, ani również, co jeszcze bardziej zastanawiające, jakiś szczególnych protestów innych pretendentów do tronu najlepszego z najlepszych tenorzystów owych doskonałych dla jazzu czasów. Może zwyczajnie nikt nie zwracał uwagi?

Nie ma to większego znaczenia, bowiem oczywiście tytuł pomaga sprzedać album, ale z pewnością nawet gdyby album nazwać „Przypadkową sesją Bena Webstera z kolegami”, ja i tak brałbym w ciemno. Wystarczy popatrzeć na listę owych kolegów. Album powstał w czasie dwu sesji, stały skład obejmował Oscara Petersona i Raya Browna. W studiu pojawili się też Benny Carter i Harry Sweets Edison, na gitarze grali Herb Ellis i Barney Kessel, a za bębnami zasiedli Alvin Stoller i J. C. Heard. Takie nagrania nie mogły wypaść źle.

Jeden z krytyków napisał kiedyś, że Coleman Hawkins, Lester Young i Ben Webster stworzyli jazzowy tenor w zasadzie od zera. Ten pierwszy wymyślił jak na nim grać, Young unowocześnił jego pomysły, a Ben Webster udowodnił, że tenor może brzmieć lirycznie i swingować jednocześnie. Wszystko co wydarzyło się z tenorem później według autora tego błyskotliwego zestawienia jest efektem pracy i inwencji owych trzech muzyków.

Jedną ze znanych anegdot z życia Bena Webstera jest historia jego spotkania z księciem, prawdopodobnie następcą tronu Norwegii, kiedy został księciu przedstawiony, sam opisał siebie słowami „A ja jestem Ben Webster, King of the Tenors”.

W naszym radiowym Kanonie Jazzu Ben Webster pojawia się po raz pierwszy ze swoją własną produkcją dopiero na pozycji 283. Kanon nie jest listą przebojów. Ben Webster pojawiał się w składach zespołów innych wybitnych muzyków w Kanonie kilkukrotnie. Z pewnością wart jest jednak osobistego uhonorowania, do czego doskonałą okazją jest jego album „King of the Tenors”. Królów tenoru było wielu, do ich grona należy bez żadnych wątpliwości nieco dziś zapomniany, choć ciągle wielki Ben Webster, który był niedoścignionym mistrzem jazzowych ballad.

Ben Webster
King of the Tenors
Format: CD
Wytwórnia: Verve / Polygram
Numer: 731451980616

19 sierpnia 2019

Nils Landgren / Michael Wollny / Lars Danielsson / Wolfgang Haffner – 4 Wheel Drive

Najnowszy album czterech niezwykle zasłużonych dla ACT Music muzyków jest dokumentem w zasadzie rodzinnego spotkania. Każdy z członków zespołu prowadzi własne muzyczne projekty, uczestniczy w nagraniu innych albumów wytwórni, a także odbywa wiele związanych z koncertami podróży.


„4 Wheel Drive” nie odkrywa żadnych nowych artystycznych obszarów, w zasadzie znając listę uczestników nagrania można muzykę sobie wyobrazić i to co usłyszycie z tego krążka będzie w stu procentach zgodne z przewidywaniami tych, którzy obserwują kariery zamieszanych w ten projekt artystów. Nils Landgren zagrał parę błyskotliwych solówek na puzonie, tam, gdzie tekst był ciekawy całkiem sprawnie, choć nie w jakiś powalający szczególnie oryginalnością sposób zaśpiewał. Michael Wollny zagrał może nieco bardziej zachowawczo niż na swoich własnych płytach. Lars Danielsson – jeden z najbardziej uniwersalnych europejskich basistów wywiązał się ze swoich zadań znakomicie, zwłaszcza, że wybór kompozycji umieszczonych na płycie jest zgodny z jego muzycznymi pasjami. Żoną Larsa Danielssona jest przecież wokalistka Ceacile Norby, która ma na swoim koncie nie tylko wybitne płyty nagrane w rodzinie – tym razem prawdziwej muzyków z wytwórni ACT, ale również całkiem ciekawą karierę na duńskiej scenie rockowej. Wolfgang Haffner, być może nieco mniej eksponowany w końcowym nagraniu zrobił to co powinien doskonały perkusista – stał się niewidocznym elementem konstrukcyjnym zespołu.

Muzycy spotykali się w studiu i na scenach wiele razy, jednak chyba po raz pierwszy stworzyli demokratycznie działający kwartet, który nagrał „4 Wheel Drive” i latem z pewnością wyruszy w trasę. Na powierzchni krążka znajdziecie kilka zaskakujących momentów. Na repertuar złożyły się przeboje Phila Collinsa i Genesis, Stinga, Billy Joela i The Beatles. Dodatkowo, żeby było całkiem demokratycznie, każdy z członków kwartetu dołożył własną kompozycję. Dlaczego akurat te melodie? Zestawienie kompozycji 4 doskonałych twórców światowych przebojów ma sens, ale dlaczego akurat te melodie? Dlaczego „Lady Madonna” pozbawiona została tekstu? Dlaczego jeśli, jak sami wspominają we wstępniaku – wyborem był Paul McCartney, zagrali wspólna kompozycję McCartneya i Lennona? Dlaczego jeśli wybrańcem został Phil Collins i jego „She’s Always A Woman”, nie sięgnęli po inny jego przebój z okresu kariery solowej, ale po „That’s All” z repertuaru Genesis? Mało w tym logiki, ale wszystkie wybory okazały się doskonałe.

Solówka Nilsa Landgrena na puzonie w „Lady Madonna” brzmi wybornie i tekst przestał być tej melodii potrzebny. Najbardziej dynamiczny, zamykający album utwór tytułowy skomponowany został przez perkusistę zespołu, a „That’s All” również pozbawiony tekstu jest niezwykłym fragmentem ilustracyjnym gotowym na umieszczenie w jakimś wybitnym dziele filmowym. Jak zwykle awangardowo zabrzmiał „Shadows In The Rain” Stinga. To jeden z ulubionych utworów improwizujących jazzmanów, skomponowanych przez basistę The Police. Jeszcze bardziej pokręcona wersja wykonana w 2001 roku przez Christofa Lauera i Jensa Thomasa jest stałym elementem przeróżnych składanek wytwórni ACT Music.

Na singla wybrałbym „Maybe I’m Amazed”, w oryginale dość ekspresyjną kompozycję Paula McCartneya, w cudowny sposób zamienioną na fantastyczną jazzową balladę. Zespołowi w takim składzie nie wróżę zbyt długiej kariery, niestety wszyscy jego członkowie są niezwykle zajęci, choć odrobinę nadziei daje mi powracający już od wielu lat inny, związany z grudniowym sezonem muzycznym projekt Nilsa Landgrena – „Christmas With My Friends”. Jeśli możliwe jest nagranie 6 odcinków takiej produkcji, to dlaczego nie można co roku przypominać doskonałych melodii sprzed lat w doborowym czteroosobowym składzie. Takie nagrania powstają szybko – to tylko i aż dwa, maksimum trzy dni w studiu i dostajemy przebojowy album.

Nils Landgren / Michael Wollny / Lars Danielsson / Wolfgang Haffner
4 Wheel Drive
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9875-2

18 sierpnia 2019

Lambert, Hendricks & Ross - The Hottest New Group In Jazz

Zespół Lambert, Hendricks & Ross istniał jedynie 5 lat, od 1957 do 1962 roku. W tak krótkim i gorącym jazzowym okresie, kiedy powstało wiele arcydzieł gatunku, im udało się coś więcej. Nie tylko nagrali kilka doskonałych albumów, które przebiły się na rynku nawet w tak doskonałym, prawdopodobnie najlepszym jazzowym czasie, ale w dodatku w zasadzie stworzyli nowy gatunek muzyczny i do dziś pozostają nie tylko pionierami zespołowego śpiewu jazzowego, ale również jego najznakomitszymi przedstawicielami.


W polskim Kanonie gatunek stworzony przez Jon Hendricksa, Annie Ross i Dave’a Lamberta reprezentuje zespół Novi Singers, dla którego inspiracją były amerykańskie nagrania, w tym najciekawszy album – „The Hottest New Group In Jazz”. Tytuł mógłby uchodzić za jakieś nieuzasadnione przechwałki, jednak nie został wymyślony przez zespół ani wytwórnię, jest cytatem z recenzji niezwykle wtedy ważnego Down Beatu.

Współczesne, dwupłytowe wydanie cyfrowe zawiera oprócz oryginalnego albumu (pierwsze 10 utworów na pierwszym dysku) również dwa kolejne albumy zespołu – „Lambert, Hendricks & Ross Sing Ellington” i „High Flying with Lambert, Hendricks & Ross” oraz kilka wcześniej niedostępnych bonusów. To całkiem dobry pomysł na wzbogacenie, w dodatku jakościowo doskonałe, zawartości cyfrowego wydania. Taki pomysł skazuje jednak na artystyczny niebyt wspomniane albumy, których okładki co prawda pojawiają się na odwrocie pudełka na płyty, jednak ich tytuły z pewnością nie zapadną w pamięci tak, jak „The Hottest New Group In Jazz”.

Ten album jest wzorcem metra jazzowej zbiorowej wokalizy. Gatunku, który wymyślili Dave Lambert i Jon Hendricks mniej więcej w 1955 roku. Dwa lata później, kiedy w zespole pojawiła się Ann Ross, powstała pierwsza płyta – „Sing A Song For Basie”. Kiedy wokalistka opuściła zespół pięć lat później, mimo kilku prób okazało się, że była w tej grupie niezastąpiona. Próby kontynuowania pracy z Yonalde Bavan i Anne Marie Moss nie były specjalnie udane. W ten sposób mało znana brytyjska aktorka Annie Ross, aranżer zespołu Gene’a Krupy i wokalny eksperymentator Dave Lambert i niespełniony wokalista Jon Hendricks, który zanim mógł wypić legalnie piwo w amerykańskim barze miał za sobą występy u boku Arta Tatuma i Charlie Parkera stworzyli nową muzyczną kategorię starannie zaplanowanej, często bez słów wykonywanej zespołowej wokalizy. Wszyscy, którzy próbowali tego później do dziś usiłują osiągnąć mistrzostwo, które świat usłyszał po raz pierwszy w wykonaniu Hendricksa i Lamberta, wtedy jeszcze w duecie w utworze skomponowanym przez Jimmy’ego Giuffre – „Four Brothers” w 1955 roku.

Dziś zachwycamy się możliwościami wokalnymi Bobby McFerrina i szukającymi miejsca na jazzowych salonach zespołów czerpiących inspirację z muzyki gospel w rodzaju Take 6. To wszystko jednak zaczęło się od zespołu Lambert, Hendricks & Ross bardzo dawno temu. Być może wtedy nie mieli jeszcze pomysłu jak poradzić sobie z trąbką i do zagrania solówki w „Moanin’” Bobby Timmonsa, którą w Jazz Messengers Arta Blakey’a grywał najczęściej Lee Morgan zaprosili starego mistrza Harry Sweets Edisona.

Nadzieje fanów na reaktywowanie zespołu skończyły się szybko, wraz ze śmiercią Dave’a Lamberta w 1966 roku. Jon Hendricks zmarł w 2017 roku, koncertując niemal do ostatnich dni, jednak jego kariera nie była już tak spektakularna, jak za czasów zespołu. Annie Ross do połowy lat dziewięćdziesiątych występowała od czasu do czasu na scenie i pojawiała się na filmowym ekranie. Jej ostatni album ukazał się w 2005 roku. Jednak ani Annie Ross ani Jonowi Hendricksowi nie udało się osiągnąć nigdy poziomu, na jaki wznieśli się w zespole z Dave’em Lambertem.

Lambert, Hendricks & Ross
The Hottest New Group In Jazz
Format: 2CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 5099706493327

17 sierpnia 2019

Adam Bałdych Quartet – Sacrum Profanum

Początki kariery Adama Bałdych wskazywały na elektryczną i ekspresyjną drogę rozwoju jego niezwykłego talentu. Od nagrania „Damage Control” upłynęło już 10 lat, a talent naszego obecnie najbardziej znanego na arenie międzynarodowej skrzypka rozwija się w sposób, którego z pewnością obdarzeni największą intuicją słuchacze koncertów sprzed lat przewidzieć nie potrafili. Wiem, bo sam się do nich zaliczam. Uwielbiam być zaskoczony kolejną płyta artysty, na którego nagrania czekam. Tak właśnie jest w przypadku „Sacrum Profanum”.


Przypuszczam, że namówienie Siggi Locha na nagranie płyty w całkowicie nowym dla wytwórni składzie, bez udziału skandynawskich muzyków nie było łatwe. Czy to dowód na rosnąca siłę negocjacyjną Adama Bałdycha, przypadek, czy wynik ciężkiej pracy nie wiem, ale nie ma to większego znaczenia. Jedna z nielicznych skupionych niemal wyłącznie na jazzie wytwórni o światowym zasięgu, gwarantuje obecność płyt w sklepach na całym świecie. Wiem, bo osobiście widziałem płyty Adama nie tylko w Europie, ale też w Australii i większych azjatyckich metropoliach, Tokio, Seulu i Singapurze. W ten oto sposób otrzymujemy nie tylko doskonały kolejny album Adama Bałdycha, ale też gwarancję, że o istnieniu czwórki doskonałych polskich muzyków dowie się cały jazzowy świat. Mam nadzieję, że otworzy to wiele drzwi nie tylko Adamowi, ale też pozostałym muzykom, którzy z pewnością na zauważenie na wszystkich światowych rynkach zasługują. Ta sztuka udała się w ostatnich latach chyba tylko Marcinowi Wasilewskiemu nagrywającemu dla ECM.

Pomysłem na złożenie repertuaru z kompozycji sakralnych i tych zupełnie od kościoła odległych, dawnych i zupełnie nowych a także napisanych przez Adama Bałdycha specjalnie do tego projektu nie będę się zajmował, bowiem jak dla mnie, okazją do nagrania podobnie natchnionej muzyki mogłyby być dowolne w zasadzie kompozycje, jazzowe, rozrywkowe, religijne z dowolnej religii, albo każde napisane w zgodzie ze sztuka kompozycji.

Oczywiście nie kwestionuję w żaden sposób faktu, że być może akurat taka tematyka jest dla muzyków ważna, albo w jakiś szczególny sposób pomaga im wznieść się na wyżyny własnych możliwości twórczych. Źródła inspiracji i natchnienia są istotne, jednak w sumie to liczy się efekt, a ten jest doskonały, niezależnie do tego, czy wykorzystana w kolejnym utworze jako pretekst melodia ma siedemset lat, czy została napisana tydzień przed nagraniem.

Akustyczny, skupiony na brzmieniu instrumentu album jest dziełem zespołowym. Cała czwórka muzyków dała z siebie wszystko. Już od pierwszych dźwięków albumu wiadomo, że to nie był kolejny dzień w studiu. To dużo więcej. Przestrzeń muzyczna tworzy obrazy ćwiczące wyobraźnie słuchacza, kierując większość myśli w dość mroczne rejony podświadomości. Nikt nie gwiazdorzy, nie znajdziecie na „Sacrum Profanum” solowych popisów, to dzieło zespołowe, czasem odrobinę szalone w formie w związku z wykorzystaniem skrzypiec o nietypowym stroju, lub nieco zmienionej konstrukcji opisanych na okładce albumu jako „renesansowe” oraz odrobiną preparacji fortepianu obsługiwanego przez Krzysztofa Dysa.

Album należy do tych płyt na których powierzchni wszystko się zgadza, każdy dźwięk jest na swoim miejscu, a każda pusta przestrzeń ma swoje uzasadnienie. Mimo niemal tygodniowych zmagań nie udało mi się na powierzchni tej płyty jednego nawet słabego momentu, niepotrzebnego dźwięku, nieuzasadnionego zachwiania rytmu, czy brzmienia nie pasującego do całości tej wybitnej muzycznej układanki. W jakiś cudowny sposób udało się również muzykom zachować w tym wszystkim atmosferę spontanicznego muzykowania. Nie mogę się już doczekać okazji do usłyszenia tego materiału na żywo, choć „Sacrum Profanum” podniósł poprzeczkę niesłychanie wysoko. Wierzę jednak, że dzięki niezwykłemu talentowi Adama Bałdycha i doskonałej współpracy muzyków, którzy razem z nim stworzyli ten niezwykły album, koncerty mogą być co najmniej równie ciekawe. W związku z całkowicie polskim składem zespołu, będziemy przypuszczalnie wkrótce mieć więcej niż w przypadku poprzednich płyt Adama Bałdycha okazji do usłyszenia tego materiału na żywo, co najmocniej jak to możliwe polecam.

Adam Bałdych Quartet
Sacrum Profanum
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9881-2

16 sierpnia 2019

Doc Cheatham & Nicholas Payton – Doc Cheatham & Nicholas Payton

W chwili nagrywania tego albumu Doc Cheatham miał 91 lat, a Nicholas Payton dopiero zaczynał swoją muzyczną karierę. Miał wtedy 23 lata, więc oczywistym wydaje się układ mistrz – uczeń. Jednak ten album, mimo oczywistego uznania dla starszego muzyka był dla Nicholasa Paytona partnerskim duetem ze starszym kolegą. Dla Doca Cheathama był to chyba ostatni nagrany album. Muzyk dożył niemal 92 lat i ostatni koncert dał dwa dni przed śmiercią, do końca pozostając nie tylko historyczną ciekawostką, ale istotnym elementem amerykańskiej sceny muzycznej, zachowując dobrą formę nie tylko na trąbce, ale również, jak przez całą swoją karierę, uzupełniając koncerty o udane partie wokalne.


Doc Cheatham prawdopodobnie po raz pierwszy usłyszał prawdziwy jazz w 1924 roku, kiedy znalazł się w Chicago i trafił na koncert Kinga Olivera, który stał się jego pierwszym idolem. Jedną z legend związanych z karierą Cheathama jest fakt, który sam wielokrotnie podkreślał – przez całe życie używał tłumika, który podarował mu King Oliver w początkach jego kariery. Cheatham z wrodzoną skromnością przypisywał swój doskonały ton unikalnym własnościom tego tłumika, pomijając swój talent. Wkrótce po fascynacji Oliverem, Cheatham usłyszał w Chicago Louisa Armstronga, który został jego kolejnym idolem. Prawdopodobnie to właśnie pod wpływem Armstronga zaczął śpiewać, co z pewnością zwiększyło jego atrakcyjność jako muzyka w złotych latach dużych jazzowych orkiestr. W końcówce lat dwudziestych co najmniej kilkakrotnie zastępował w różnych orkiestrach chorego Louisa Armstronga. Później grał w zespołach Chicka Webba i Caba Callowaya. Po wojnie grał w niemal wszystkich dużych orkiestrach. Kiedy te przystały istnieć, jego kariera nieco zwolniła. Nagrywał jednak regularnie również w czasach, kiedy big bandy już nie istniały.

Nagrodzony wieloma nagrodami, w tym statuetką Grammy album „Doc Cheatham & Nicholas Payton” jest jego najciekawszym współczesnym nagraniem. Album jest dokumentem czasów, które już dawno się skończyły, ale również doskonałym dowodem, że piękne melodie nigdy nie wyjdą z mody, a czysty ton trąbki pozostanie jednym z najważniejszych jazzowych wynalazków już na zawsze.

W chwili nagrania tego albumu Nicholas Payton miał za sobą całkiem udaną, kilkuletnią praktykę w zespole Elvina Jonesa udokumentowaną 3 udanymi albumami i kolejne 3 płyty w roli lidera. Całkiem sporo, jak na 23 latka, uważanego wtedy za jednego z przyszłych geniuszy trąbki. Później bywało różnie, sam Payton do dziś poszukuje swojego własnego stylu. Moim zdaniem dla obu doskonałych trębaczy wspólne nagranie było niezwykle istotnym w ich karierze. Stąd też obecność tej płyty w jazzowym Kanonie.

„Doc Cheatham & Nicholas Payton” to album nieco staromodny, złożony z nieco już zapomnianych jazzowych standardów pamiętających czasy świetności dużych jazzowych orkiestr i zabaw tanecznych organizowanych powszechnie z ich udziałem. Mógł powstać pół wieku wcześniej, wtedy też byłby już nieco staromodny, ale równie uroczy. Dobre melodie nigdy się nie starzeją, a duety muzyków doskonale znających swój fach i rozumiejących się bez słów są skazane na sukces. Może ten album nie był odkrywaniem jakiś nowych muzycznych obszarów, ale do dziś zawiera doskonałą muzykę, nawet jeśli już w momencie wydania był starocią. Mnie to nie przeszkadza.

Doc Cheatham & Nicholas Payton
Doc Cheatham & Nicholas Payton
Format: CD
Wytwórnia: Verve / Polygram
Numer: 731453706224