Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lars Danielsson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lars Danielsson. Pokaż wszystkie posty

04 marca 2021

Papa Was A Rolling Stone – CoverToCover Vol. 129

Utwór powstał na potrzeby muzycznego eksperymentu wytwórni Motown – dziś zapomnianego zespołu The Undisputed Truth. Piosenkę napisali Norman Whitfield i Barrett Strong. Oryginalna wersja jest utworem wokalnym rozpisanym na kilka głosów. Już w kilka tygodniu po opublikowaniu przez Motown singla The Undisputed Truth swoją wersję nagrał zespół The Temptations nagrywający wtedy do należącej do rodziny Motown wytwórni Gordy. Pełna wersja ma ponad dwanaście minut a singlowa sześć, więc dalej był to swego rodzaju eksperyment, bowiem tak długi utwór nie mógł liczyć na wielką popularność w amerykańskich stacjach radiowych. Nawet jeśli spodobałby się radiowym prezenterom, nie znalazłby zrozumienia u wydawców – długie utwory to mniej przerw na reklamy, a więc mniej reklam. Jednak dobra muzyka zawsze jakoś do słuchaczy dotrze i nagranie The Temptations, znacznie ciekawsze muzycznie szybko trafiło na szczyty list przebojów na całym świecie i było jedną z muzycznych sensacji 1972 roku.

W pełnej wersji The Temptations pierwsze słowa piosenki pojawiają się dopiero w okolicach czwartej minuty nagrania. Zespół był złożony z wokalistów i korzystał z sesyjnych muzyków – zmieniającego się ciągle składu znanego jako The Funk Brothers. Wokaliści zespołu nie chcieli nagrać tego utworu, uważali go nie tylko za niepotrzebny eksperyment, ale też za coś, co odciągnie fanów od ich głosów w związku z rozbudowanymi partiami instrumentalnymi. Trochę się pomylili. W efekcie nalegań producenta i właściciela wytwórni Berry Gordy’ego powstało nagranie, które stało się nie tylko największym hitem The Temptations i światowym przebojem, ale również wskazało drogę rozwoju muzyki soul. Inni wykonawcy śmielej sięgali po dłuższe formy instrumentalne. Soul przestał być jedynie muzyką trzyminutowych przebojów tworzonych przez doskonale zgrane zespoły wokalne. Stał się wyśmienitą muzyką. Gdyby nie „Papa Was A Rolling Stone”, nie byłoby wyśmienitych nagrań koncertowych Isaaca Hayesa, ani doskonałych albumów Sly And The Family Stone z lat siedemdziesiątych. Istotnym był również fakt, że na singlu z utworem na stronie B ukazała się wersja instrumentalna, co do dziś sprawia, że często sample The Funk Brothers używane są przez twórców neo-soulu. Aranżer, który stworzył wersję instrumentalną – Paul Riser Sr. Powiedział w jednym z wywiadów, że inspirował się muzyką Isaaca Hayesa napisaną do filmu „Shaft”. Moim zdaniem nawet bardzo się inspirował. Nie ma to dziś znaczenia, bowiem i „Shaft” i „Papa Was A Rolling Stone” to dziś klasyki soulu grane często również przez muzyków jazzowych.

Do prezentacji utworu Normana Whitfielda i Barretta Stronga wybieram wyjątkowo zróżnicowany stylistycznie zestaw nagrań – nagranie Reginy Carter z wokalem Cassandry Wilson, wersję na trzy kontrabasy zagrają mistrzowie tego instrumentu – Ray Brown, Christian McBride i John Clayton Jr. Najnowsze nagranie w tym zestawie powstało z udziałem Leszka Możdżera – zaśpiewa Caecile Norby z pomocą gwiazd ACT Music - Larsa Danielssona i Ngueyna Le.

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: All Directions (Single Edit – Classics Temptations)
Wykonawca: The Temptations
Wytwórnia: Gordy / Motown / Universal
Rok: 1972
Numer: 601215751925
Skład: Otis C. Williams – voc, Melvin Franklin – voc, Dennis Edwards – voc, Damon Harris – voc, Richard Street – voc, The Funk Brothers

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: Rhythms Of The Heart
Wykonawca: Regina Carter
Wytwórnia: Verve / Polygram
Rok: 1999
Numer: 731454717724
Skład: Regina Carter – viol, Cassandra Wilson – voc, Rodney Jones – g, Werner Vana Gierig – p, Peter Washington – b, Lewis Nash – dr, Mayra Casales – perc.

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: SuperBass 2
Wykonawca: Ray Brown, John Clayton Jr. & Christian McBride
Wytwórnia: Telarc
Rok: 2001
Numer: 089408348327
Skład: Ray Brown – b, Christian McBride – b, John Clayton Jr. – b, George Fludas – perc.

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: Silent Ways
Wykonawca: Caecilie Norby
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2013
Numer: ACT 9725-2
Skład: Caecilie Norby – voc, Lars Danielsson – b, cello, g, tamb, Leszek Możdżer – p, Ngueyn Le – g, effects, Robert Mehmet Ikiz – dr, perc.

28 sierpnia 2020

Have You Ever Seen The Rain – CoverToCover Vol. 73


Zespół Creedence Clearwater Revival jest w Stanach Zjednoczonych prawdziwą instytucją. Otoczony kultem należnym grupie, która stworzyła niezliczone przeboje, głównie dzięki talentowi kompozytorskiemu Johna Fogerty, zespół istniał w swoim podstawowym składzie z Johnem i Tomem Fogerty a także Stu Cookiem i Dougiem Cliffordem zaledwie pięć lat pomiędzy 1968 i 1972 rokiem. Później stał się królem składanek. Ilość wydawnictw typu „Greatest Hits” CCR dorównuje jedynie częstotliwości plotek o możliwej reaktywacji zespołu w składzie co najmniej zbliżonym do oryginalnego, które pojawiają się do dzisiaj. Osobiście w taką reaktywację nie wierzę, bowiem nie ma ona najmniejszego sensu dla Johna Fogerty, który doskonale potrafił zbudować sobie własną solową karierę po zakończeniu działania grupy, do dziś wykonując na koncertach od czasu do czasu największe hity CCR swojego autorstwa. Do tego nie są mu potrzebni pozostali członkowie grupy, która zresztą w całości zebrać się już nie może, bowiem Tom Fogerty zmarł dawno temu.


Ta uproszczona historia Creedence Clearwater Revival opowiadana jest często na potrzeby stworzenia mitu grypy, która od razu osiągnęła wielki sukces. Amerykanie uwielbiają takie historie. Prawdziwa historia CCR sięga jednak roku 1959, kiedy powstał zespół The Blue Velvets (i przez chwilę The Blue Violets) w dokładnie takim samym składzie jak ten, który odniósł wielki sukces jako Creedence Clearwater Revival. Grupa nagrała nawet kilka singli, które dziś mają wartość kolekcjonerską. Po podpisaniu w 1963 roku kontraktu z wytwórnią Fantasy zespół zmienił nazwę na Golliwogs, a w 1967 na CCR. Nagrania Golliwogs, The Blue Velvets i The Blue Violets nie odniosły wielkich sukcesów. W krótkim, pięcioletnim okresie sławy Creedence Clearwater Revival nagrali 7 albumów studyjnych i jeden koncertowy, a John Fogerty stworzył niewiarygodną ilość rockowych klasyków. Oprócz „Have You Ever Seen The Rain”, napisał dla zespołu „Down On The Corner”, Fortunate Son”, „Born On The Bayou”, „Who’ll Stop The Rain”, „Run Through The Jungle”, Green River”, Bad Moon Rising” i swój największy klasyk - „Proud Mary”. W cyklu CoverToCover z pewnością pojawią się wszystkie te utwory i kilka innych kompozycji Johna Fogerty z okresu CCR i późniejszej kariery solowej, bowiem większość pojawia się w jazzowym kontekście muzycznym.

Jednym z licznych przebojów Creedence Clearwater Revival jest utwór „Have You Ever Seen The Rain”, który pojawił się jako singiel promujący album „Pendulum” w 1970 roku. Tekst utworu napisanego przez Johna Fogerty według jednych traktuje o wojnie w Wietnamie, a tytułowy deszcz miałby być wtedy deszczem bomb, według innych jest metaforą zderzenia naiwnego amerykańskiego idealizmu lat sześćdziesiątych z brutalnymi wydarzeniami w Ameryce końcówki dekady, również w obszarze kultury – jak choćby przemocy na festiwalu Altamont Speedway Free Festival w 1969 roku. Sam John Fogerty powiedział w jednym z wywiadów, że tekst dotyczy jego trudnych relacji z bratem Tomem, który w zespole grał na drugiej gitarze. Kłótnie braci miały niemal rok po sukcesie komercyjnym „Have You Ever Seen The Rain” doprowadzić do rozpadu zespołu, a album „Pendulum” miał się okazać przedostatnim w dyskografii grupy.

Kompozycje John Fogerty wykonuje wielu amerykańskich wykonawców, a za „Have You Ever Seen The Rain” zabierali się między innymi Johnny Cash, R.E.M., Joan Jett, Belinda Carlisle i Cassandra Wilson. Utwór dorobił się też wersji z tekstem hiszpańskim i portugalskim, zdobywając sporą popularność w przeróżnych wykonaniach w Ameryce Południowej i Środkowej.

Oprócz oryginału, do skróconej prezentacji historii tego utworu wybieram jazzową interpretację Caecilie Norby z udziałem Leszka Możdżera. W 2019 roku amerykańska wokalistka bluesowa Janiva Magness nagrała album poświęcony w całości kompozycjom Johna Fogerty, zarówno tym napisanym dla Creedence Clearwater Revival, jak i późniejszym. Z płyty „Change In The Weather: Janiva Magness Sings John Fogerty” pochodzi doskonała wersja “Have You Ever Seen The Rain”.

Utwór: Have You Ever Seen The Rain
Album: Pendulum (Chronicle: The 20 Greatest Hits)
Wykonawca: Creedence Clearwater Revival
Wytwórnia: Fantasy / Universal
Rok: 1970
Numer: 025218000222
Skład: John Fogerty – g, voc, org, Tom Fogerty – g, Stu Cook – b, Doug Clifford – dr.

Utwór: Have You Ever Seen The Rain
Album: Silent Ways
Wykonawca: Caecilie Norby with Lars Danielsson, Leszek Możdżer and Nguyen Le
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2013
Numer: ACT 9725-2
Skład: Caecilie Norby – voc, Lars Danielsson – cello, b, g, tamb, Leszek Możdżer – p, Nguyen Le – g, effects, Robert Mehmet Ikiz – dr, perc.

Utwór: Have You Ever Seen The Rain
Album: Change In The Weather: Janiva Magness Sings John Fogerty
Wykonawca: Janiva Magness
Wytwórnia: Blue Elan
Rok: 2019
Numer: 193483868110
Skład: Janiva Magness – voc, Zachary Ross – g, dobro, b voc, David Tasker Darling – g, b voc, Arlan Oscar – hamm, p, Wurlitzer, Gary Davenport – b, Steve Wilson – dr, perc, Bernie Barlow – b voc.

15 maja 2020

Like A Rolling Stone – CoverToCover Vol. 45

O tej kompozycji i tylko o niej całą książkę napisał jeden z najlepszych krytyków piszących o muzyce rockowej – Greil Marcus. Wszystko co można opowiedzieć o kulisach powstania „Like A Rolling Stone”, historycznym kontekście, elektryfikacji muzyki Boba Dylana, udziale w nagraniu Mike Bloomfielda i Ala Koopera byłoby cytatem z „Like A Rolling Stone: Bob Dylan At The Crossroads” Greila Marcusa, albo którejś z licznych biografii jedynego śpiewającego laureata nagrody Nobla.


Jeśli jednak nie chcecie czytać całej książki, weźcie ją przy najbliższej okazji do ręki w księgarni i zajrzyjcie za obwolutę. Na wewnętrznej stronie okładki znajdziecie komiks ilustrujący tekst utworu znanego amerykańskiego rysownika Mike’a Brownfielda. W książce znajdziecie też fotografie z sesji, na której powstała pierwsza wersja jednej z najważniejszych rockowych kompozycji wszech czasów.

Dla tych, którzy nie znajdą czasu, albo nie poradzą sobie z nigdy niestety nie wydaną po polsku znakomitą książką Greila Marcusa, warto streścić fakty. „Like A Rolling Stone” Dylan napisał z myślą o albumie „Highway 61 Revisited”. Nagranie nie szło łatwo, a w zasadzie nie udawało się niemal przez dwa dni, dopóki początkujący wówczas gitarzysta – Al Kooper nie zaimprowizował na Hammondzie nieco przypadkiem riffu, po którym wszyscy dziś rozpoznają „Like A Rolling Stone” w wykonaniu Boba Dylana. Kilka dni po premierze singla Dylan pojawił się na scenie Newport Folf Festival i zagrał elektryczny set wygwizdany przez większość publiczności, która oczekiwała folkowego Dylana z gitarą akustyczną, zresztą nie do końca słusznie, bowiem z pewnością większość obecnych na festiwalu znała wydaną kilka miesięcy wcześniej płytę „Bringing It All Back Home”, w połowie elektryczną, pokazującą ścieżkę rozwoju muzyki Boba Dylana. Na scenie w Newport w drugiej, elektrycznej części występu Dylana, pojawili się muzycy, którzy pomagali mu nagrać w studiu „Like A Rolling Stone” – wspomniany już Al Kooper i Mike Bloomfield wspomagani przez kolegów tego drugiego z Paul Butterfield Blues Band – Jerome Arnolda i Samy Laya. Dodatkowo na fortepianie zagrał wtedy Barry Goldberg. Po skończonym elektrycznym występie, który raczej nie spodobał się publiczności, Dylan zagrał na bis dwa utwory z gitarą akustyczną i harmonijką po czym zniknął z festiwalu, którego był przez kilka lat największą gwiazdą na niemal 4 dekady.

Al Kooper wystąpił z Dylanem tylko raz – w 1965 roku w Newport. Później założył istotny, choć dziś nieco zapomniany zespół Blues Project. Zarówno Kooper z Blues Project, jak i Bloomfield z Electric Flag zagrali w Newport już dwa lata później, na Dylana festiwal czekał 37 lat.

Oryginalne studyjne nagranie „Like A Rolling Stone” ma ponad 6 minut, więc Columbia nie chciała początkowo wydać utworu na singlu, jednak naciskana przez kilku radiowych prezenterów, którym spodobał się utwór wydała singiel, który na listach amerykańskich przegrywał tylko z „Help!” The Beatles. Utwór okazał się jednym z największych przebojów Dylana, przynajmniej do dzisiaj.

Kończąc temat Boba Dylana – w 2013 roku powstał teledysk do „Like A Rolling Stone”. Opublikowany oficjalnie na stronie Dylana jest niezwykle innowacyjnym produktem – zawiera bowiem 16 kanałów telewizyjnych – stąd nie ma go na Youtube – z przeróżnych telewizji zsynchronizowanych z oryginalnym nagraniem – są prezenterzy pogody, wiadomości, amerykański teleturniej i telesklep – wszyscy ruszają ustami tak, jakby śpiewali „Like A Rolling Stone”. Podobno to nie było inscenizowane. Warto posłuchać każdego z kanałów osobno.

Lista wykonawców, którzy śpiewali tą piosenkę jest niezwykle rozbudowana. Na czele tych, których w audycji nie będzie, jest oczywiście zespół The Rolling Stones (istniał wcześniej, więc nie ma nazwy na cześć piosenki), Bruce Springsteen, Jeff Beck, David Bowie, Cher (była jedną z pierwszych), Nancy Sinatra, Johnny Winter i wielu innych. Tekst ma też swoje wersje w niemal wszystkich istotnych językach, w jakich mówi się na świecie. Poszukajcie „Jako Solnej Sloup” po czesku, „Comme ces pierres qui roulent” po francusku, są też wersje fińskie, niemieckie, hiszpańskie, portugalskie i wiele innych, w tym polskie – „Jak błądzący łach” Filipa Łobodzińskiego.

O możliwych interpretacjach tekstu można opowiadać godzinami. W przeróżnych historiach, których sam Dylan nigdy nie potwierdził pojawiają się takie postaci jak Andy Warhol, Joan Baez, aktorka Edie Sedgwick, Sara Lownds, która kilka miesięcy później w tajemnicy została żoną Dylana, Marianne Faithfull i menadżer artysty – Bob Neuwirth. Ktokolwiek by to nie był, z pewnością nie cieszył się uznaniem autora. Pełną literacką analizę tekstu muszę jednak zostawić na inną okazję.

W zestawieniu najlepszych wykonań „Like A Rolling Stone” nie może zabraknąć Jimi Hendrixa z Monterey Pop Festival z 1967 roku – drugiego najsłynniejszego wykonania tego utworu. Świat jazzu będzie reprezentować Caecilie Norby z pomocą Leszka Możdżera na fortepianie.

Magazyn Like A Rolling Stone – nazwany tak od tytułu piosenki, kiedy układał z udziałem olbrzymiej armii krytyków i muzyków listę znaną dziś jako „500 Greatest Songs Of All Time” kompozycję Boba Dylana umieścił na pierwszym miejscu. Cała lista jest bardzo sensowna, choć mocno zorientowana na rynek amerykański i pomija sporo znanych europejskich przebojów. Jeśli macie ochotę, zbierzcie wszystkie płyty z tej listy, nie będziecie żałowali zakupu żadnej z nich. Trzeba jednak zacząć od „Highway 61 Revisited” zawierającej zwycięzcę tej listy – „Like A Rolling Stone”.

Utwór: Like A Rolling Stone
Album: Highway 61 Revisited
Wykonawca: Bob Dylan
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1965
Numer: 5099746095321
Skład: Bob Dylan – voc, electric g, harm, Mike Bloomfield – electric g, Al Kooper – org, Frank Owens - p, Joe Macho Jr. – b, Bobby Gregg – dr, Bruce Langhorne – tamb.

Utwór: Like A Rolling Stone
Album: The Jimi Hendrix Experience Box Set
Wykonawca: Jimi Hendrix
Wytwórnia: MCA / UMG
Rok: 1967 (2000)
Numer: 008811231620
Skład: Jimi Hendrix – g, voc, Noel Redding – bg, Mitch Mitchell – dr.

Utwór: Like A Rolling Stone
Album: Silent Ways
Wykonawca: Caecilie Norby feat. Lars Danielsson / Leszek Możdżer / Nguyen Le
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2013
Numer: ACT 9725-2
Skład: Caecilie Norby – voc, Lars Danielsson – cello, b, g, tamb, Leszek Możdżer – p, Nguyen Le – g, Robert Mehmet Ikiz – dr, perc.

19 sierpnia 2019

Nils Landgren / Michael Wollny / Lars Danielsson / Wolfgang Haffner – 4 Wheel Drive

Najnowszy album czterech niezwykle zasłużonych dla ACT Music muzyków jest dokumentem w zasadzie rodzinnego spotkania. Każdy z członków zespołu prowadzi własne muzyczne projekty, uczestniczy w nagraniu innych albumów wytwórni, a także odbywa wiele związanych z koncertami podróży.


„4 Wheel Drive” nie odkrywa żadnych nowych artystycznych obszarów, w zasadzie znając listę uczestników nagrania można muzykę sobie wyobrazić i to co usłyszycie z tego krążka będzie w stu procentach zgodne z przewidywaniami tych, którzy obserwują kariery zamieszanych w ten projekt artystów. Nils Landgren zagrał parę błyskotliwych solówek na puzonie, tam, gdzie tekst był ciekawy całkiem sprawnie, choć nie w jakiś powalający szczególnie oryginalnością sposób zaśpiewał. Michael Wollny zagrał może nieco bardziej zachowawczo niż na swoich własnych płytach. Lars Danielsson – jeden z najbardziej uniwersalnych europejskich basistów wywiązał się ze swoich zadań znakomicie, zwłaszcza, że wybór kompozycji umieszczonych na płycie jest zgodny z jego muzycznymi pasjami. Żoną Larsa Danielssona jest przecież wokalistka Ceacile Norby, która ma na swoim koncie nie tylko wybitne płyty nagrane w rodzinie – tym razem prawdziwej muzyków z wytwórni ACT, ale również całkiem ciekawą karierę na duńskiej scenie rockowej. Wolfgang Haffner, być może nieco mniej eksponowany w końcowym nagraniu zrobił to co powinien doskonały perkusista – stał się niewidocznym elementem konstrukcyjnym zespołu.

Muzycy spotykali się w studiu i na scenach wiele razy, jednak chyba po raz pierwszy stworzyli demokratycznie działający kwartet, który nagrał „4 Wheel Drive” i latem z pewnością wyruszy w trasę. Na powierzchni krążka znajdziecie kilka zaskakujących momentów. Na repertuar złożyły się przeboje Phila Collinsa i Genesis, Stinga, Billy Joela i The Beatles. Dodatkowo, żeby było całkiem demokratycznie, każdy z członków kwartetu dołożył własną kompozycję. Dlaczego akurat te melodie? Zestawienie kompozycji 4 doskonałych twórców światowych przebojów ma sens, ale dlaczego akurat te melodie? Dlaczego „Lady Madonna” pozbawiona została tekstu? Dlaczego jeśli, jak sami wspominają we wstępniaku – wyborem był Paul McCartney, zagrali wspólna kompozycję McCartneya i Lennona? Dlaczego jeśli wybrańcem został Phil Collins i jego „She’s Always A Woman”, nie sięgnęli po inny jego przebój z okresu kariery solowej, ale po „That’s All” z repertuaru Genesis? Mało w tym logiki, ale wszystkie wybory okazały się doskonałe.

Solówka Nilsa Landgrena na puzonie w „Lady Madonna” brzmi wybornie i tekst przestał być tej melodii potrzebny. Najbardziej dynamiczny, zamykający album utwór tytułowy skomponowany został przez perkusistę zespołu, a „That’s All” również pozbawiony tekstu jest niezwykłym fragmentem ilustracyjnym gotowym na umieszczenie w jakimś wybitnym dziele filmowym. Jak zwykle awangardowo zabrzmiał „Shadows In The Rain” Stinga. To jeden z ulubionych utworów improwizujących jazzmanów, skomponowanych przez basistę The Police. Jeszcze bardziej pokręcona wersja wykonana w 2001 roku przez Christofa Lauera i Jensa Thomasa jest stałym elementem przeróżnych składanek wytwórni ACT Music.

Na singla wybrałbym „Maybe I’m Amazed”, w oryginale dość ekspresyjną kompozycję Paula McCartneya, w cudowny sposób zamienioną na fantastyczną jazzową balladę. Zespołowi w takim składzie nie wróżę zbyt długiej kariery, niestety wszyscy jego członkowie są niezwykle zajęci, choć odrobinę nadziei daje mi powracający już od wielu lat inny, związany z grudniowym sezonem muzycznym projekt Nilsa Landgrena – „Christmas With My Friends”. Jeśli możliwe jest nagranie 6 odcinków takiej produkcji, to dlaczego nie można co roku przypominać doskonałych melodii sprzed lat w doborowym czteroosobowym składzie. Takie nagrania powstają szybko – to tylko i aż dwa, maksimum trzy dni w studiu i dostajemy przebojowy album.

Nils Landgren / Michael Wollny / Lars Danielsson / Wolfgang Haffner
4 Wheel Drive
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9875-2

12 sierpnia 2019

Lars Danielsson / Paolo Fresu – Summerwind

Kameralny, oszczędny, a jednocześnie ekspresyjny duet kontrabasu i trąbki, czasem uzupełniony o nieco wyższe dźwięki wiolonczeli to jeden z najciekawszych albumów ACT Music minionego roku. Obaj muzycy znani są ze sporej aktywności nagraniowej, co zawdzięczają sporej elastyczności i fantastycznemu opanowaniu własnych instrumentów. We własnych projektach nie muszą się spieszyć, to robi za nich cały muzyczny świat. W komfortowych studyjnych warunkach zajmują się głównie tym, co w muzyce najważniejsze – całą przestrzenią między dźwiękami.


To cecha dzieł wybitnych, wymyślona w zasadzie jednoosobowo przez Milesa Davisa w przełomowym „Kind Of Blue” i od tego czasu będąca cechą dzieł wybitnych. Zagospodarowanie warstwy dźwiękowej nagrania nie jest trudne – wymaga tylko (choć dla wielu aż) umiejętności technicznych gry na instrumencie. To jednak coś, co momentami różni muzykę od szumu. Nie mam na myśli dysonansu, czy jakiś dźwięków nieprawidłowych w sensie książkowych rozważań o harmonii, a jedynie powszechne niestety wrzucanie zbyt wielu dźwięków w określone przedziały czasowe, przez jednych zwane wirtuozerią, przez innych zabijaniem muzyki.

Oszczędność, to najlepszy przymiotnik, jakim można opisać każdą fantastyczną muzykę, niezależnie od stylu. To również najlepszy opis wspólnego nagrania Larsa Danielssona i Paolo Fresu. Poszukiwanie przestrzeni, piękne melodie, doskonałe kompozycje. „Summerwind” to również jedna z najpiękniejszych interpretacji „Autumn Leaves” jaką miałem okazję usłyszeć, a w tej dziedzinie konkurencja jest przecież ogromna. Nie przez przypadek jednak to właśnie ta melodia otwiera album, w większości wypełniony kompozycjami Fresu i Danielssona.

Na „Summerwind” każdy dźwięk ma swoje miejsce, jest ich dokładnie tyle, ile być powinno. Jednocześnie udało się zapisać na płycie spontaniczną atmosferę wspólnego muzykowania. Album nie jest w żadnym wypadku wyliczonym i starannie skomponowanym dziełem zapisanym na nutowym papierze z chirurgiczną precyzją. Muzyka żyje, wibruje, pozwala wierzyć, że istnieje jeszcze w swojej prawdziwej postaci.

Nawet jeśli muzycy wyruszą w trasę, prawdopodobnie dając wyśmienite koncerty, magii tych dni, kiedy zarejestrowali „Summerwind” odtworzyć się nie da. To jeden z tych magicznych albumów, na których udało się wszystko – muzycy, kompozycje, przestrzeń, właściwy moment. W ten sposób powstają nagrania wybitne, płyty uzależniające, takie do których wraca się nieustannie. Tak właśnie powstał album „Summerwind”.

Lars Danielsson / Paolo Fresu
Summerwind
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9871-2

20 stycznia 2018

Lars Danielsson - Liberetto III

Druga część cyklu „Liberetto” była naszą płytą tygodnia niemal równo 3 lata temu, na przełomie listopada i grudnia 2014 roku. Do dziś nie udało mi się uzupełnić moich zbiorów o część pierwszą, lista płyt, które należałoby koniecznie i najlepiej jutro kupić jest tak długa, że w zasadzie nie da się nadrobić straconego czasu. To nie tylko kwestia budżetu, ale również czasu, który warto poświęcić na muzykę, na która wyda się pieniądze. Kupowanie płyt bez słuchania, aczkolwiek wspomaga muzyków, z pewnością nie jest ty, co mają na myśli nagrywając swoje kolejne albumy. Przynajmniej w przewarzającej większości.

Trzeci odcinek cyklu przynosi dość istotną dla brzmienia zmianę. Miejsce egzotycznego Tigrana Hamasyana na klawiaturą fortepianu zajął równie egzotyczny z punktu widzenia skandynawskiej stylistyki lidera, pochodzący z Martyniki Gregory Privat.

Lars Danielsson jest wyśmienitym kompozytorem i liderem, a dopiero potem kontrabasistą sięgającym od czasu do czasu po wiolonczelę i grywającym (również na „Liberetto III” na fortepianie). Mimo przynależności do drużyny ACT Music, co oznacza „europejskość” muzycznych przekonań, jest jednym z tych jej członków, którzy tworzą muzykę zdecydowanie większego formatu, niż skandynawski, czy nawet europejski nowoczesny jazz.

Muzyka Larsa Danielssona pełna jest przeróżnych kolorów, niezbyt dosłownych, ale jednak czytelnych dla uważnego słuchacza cytatów i inspiracji. Jej ilustracyjny, niemal malarski charakter tworzy niezwykle intrygujący, wciągający i zagadkowy świat skłaniający do spędzania kolejnych wieczorów w towarzystwie autorskich produkcji szwedzkiego kontrabasisty.

Współpraca lidera z Magnusem Ostromem, a także upływ czasu spowodowały, że tego drugiego nikt już chyba nie nazywa perkusistą e.s.t. Ostrom stał się jednym z najlepszych jazzowych perkusistów pokolenia może już nie najmłodszego, ale z pewnością ciągle mającego więcej przed sobą, niż w katalogu płyt już słuchaczom przedstawionych.

Dźwięki trąbki Arve Henriksen i Mathiasa Eicka przypominają momentami nagrania Tomasza Stańki z końca lat dziewięćdziesiątych. Niezwykle zagadkowa kompozycja „Mr Miller” z marszową perkusją daleko w tle, wspomnianą trąbką Mathiasa Eicka i gościnnym występem Dominica Millera po dopisaniu angielskich słów mogłaby znaleźć się na najlepszych płytach Stinga, albo posłużyć za ilustrację dźwiękową do sceny sennych marzeń niejednego filmowego bohatera.

Większość melodii pisanych przez Larsa Danielssona pozostaje na dłużej w pamięci, co zwykle oznacza możliwość wyprodukowania światowego przeboju, jednak nie są to banalne popowe melodie, lecz wysmakowane, osadzone głęboko w europejskiej tradycji muzycznej, doskonale napisane kompozycje. Może to i lepiej, że nikt nie robi z nich wielkich przebojów.

Tytuły kompozycji czasem sugerują źródła muzycznych inspiracji („Taksim By Night”, „Sonata In Spain”, czy „Lviv”), jednak nawet bez tych sugestii zabawa w „gdzieś już to słyszałem” jest w przypadku każdego albumu Larsa Danielssona niezwykle intrygująca. Ani przez chwilę nie mam wrażenia, że autor z czegoś pożyczył sobie za dużo, to zawsze niezwykle twórcze, zagadkowe i subtelne przetworzenie motywów z wielu różnych kultur i krain.

Lars Danielsson
Liberetto III
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9840-2

26 grudnia 2016

Iiro Rantala, Viktoria Tolstoy, Ulf Wakenius, Lars Danielsson, Morten Lund - Lost Hero - Tears For Esbjorn: Jazz At Berlin Philharmonic V

Esbjorn Svensson to już dziś postać legendarna, dla wielu skandynawskich muzyków wręcz kultowa. Nagrań wspominających koncertowe hity zespołu e.s.t. powstało wiele. Takie albumy korzystają z geniuszu kompozytorskiego Esbjorna Svenssona, który wraz z zespołem potrafił połączyć niezwykle trafnie jazzowe frazy z rockową dynamiką i przebojowością koncertów.

Każdy z piątki muzyków zaangażowanych w nagranie „Lost Here – Tears For Esbjorn” z pewnością spotkał się nie raz z Esbjornem Svenssonem. Każdy mógłby opowiedzieć swoją historię, może o muzyce rozmawiali, grali na jednej scenie tego samego dnia, choć niekoniecznie razem, albo wsłuchiwali się w nagrania e.s.t. rozwijając swoje muzyczne zainteresowania. Dziś trudno odnaleźć skandynawskiego muzyka jazzowego, który nie jest w jakiś sposób pod wpływem Esbjorna Svenssona. W szczególności trudno znaleźć takiego wśród pianistów.

Iiro Rantala – muzyczny lider grupy wspominającej Esbjorna Svenssona z pewnością również zna wszystkie nagrania e.s.t. na pamięć. Z pewnością słuchał ich, kiedy nie był jeszcze uznanym europejskim pianistą i kiedy mógł jedynie pomarzyć o nagrywaniu płyt dla ACT Music.

Album został nagrany w berlińskiej Filharmonii i ukazał się, jako piąty już odcinek cyklu „Jazz At Berlin Philharmonic” wspomniaej już wytwórni ACT. Wspaniałe otwarcie koncertu w postaci wykonania kompozycji „Tears For Esbjorn” napisanej przez Iiro Rantalę, zapewnił sam autor w towarzystwie Ulfa Wakeniusa i Larsa Danielsona. Pięknie napisana melodia nie po raz pierwszy zabrzmiała w Berlinie. Wielokrotnie wracałem na radiowej antenie do jej wykonania przez duet Iiro Rantali i Michaela Wollnego. Ta kompozycja znalazła się również na pierwszym solowym albumie Iiro Rantali – płycie „Lost Heroes”.

Równie piękną melodię, w dodatku z niezwykle emocjonalnym tekstem – „Love Is Real” prezentuje Viktoria Tolstoy. Ten utwór ukazał się w 2003 roku ukryty na końcu albumu „Seven Days Of Falling” tria e.s.t., wtedy zaśpiewany przez autora tekstu – syna Charlie Hadena Josha. Do dziś nie wiem, dlaczego zespół postanowił schować ten utwór. Dalej pojawiają się kolejno kompozycje znane z albumów e.s.t. w tym „Shining On You”, napisany przez Esbjorna Svenssona dla Viktorii Tolstoy na jej wydany w 2004 roku album o tym samym tytule, na którym zresztą zagrał ukrywając się pod pseudonimem Bror Falk.

We wspomnieniach o e.s.t. nie mogło oczywiście zabraknąć kompozycji, które często były kulminacyjnym punktem programu występów tego zespołu – „Dodge The Dodo” i „From Gagarin’s Point Of View”.

„Lost Hero – Tears For Esbjorn” to z pewnością był niezwykły koncert, przepiękne wspomnienie niezwykłego talentu, jednego z najważniejszych muzyków jazzowych końcówki dwudziestego wieku. Sam Esbjorn Svensson, gdyby żył, miałby dziś 52 lata. W czasie swojej kariery zdążył napisać i zagrać wiele wspaniałych melodii. Warto je przypominać, jednak za każdym razem kiedy ktroś po nie sięga, oprócz pięknych przeżyć mam poczucie żalu, że po raz kolejny tragiczny wypadek zabrał tak wielki talent.

Iiro Rantala, Viktoria Tolstoy, Ulf Wakenius, Lars Danielsson, Morten Lund
Lost Hero - Tears For Esbjorn: Jazz At Berlin Philharmonic V
Format: CD
Wytwórnia: ACT
Numer: ACT -9815-2

20 października 2016

Iiro Rantala, Lars Danielsson, Peter Erskine - How Long Is Now?

Skład i wytwórnia w zasadzie sprawiają, że taki album to bezpieczny zakup w ciemno. To nie mogło się nie udać. Trójka wybitnych muzyków, kameralne i komfortowe warunki pracy, garść specjalnie na tą okazję napisanych przez wszystkich uczestników sesji utworów i parę dość dziwnie wybranych klasycznych melodii. Z pewnością taki zestaw gwarantuje co najmniej dobry album. Jednak półki sklepowe uginają się spod co najmniej dobrych albumów, które rywalizują o uwagę i pieniądze ludzi kupujących płytowe nowości. Dlaczego więc warto wybrać akurat „How Long Is Now?”?

Ze wstępniaka dowiadujemy się, że Iiro Rantala chciał nagrać album zawierający „simple melodies that people can remember”, czyli chciał wypełnić płytę prostymi melodiami, które ludzie łatwo zapamiętają. To raczej się nie udało. Wśród napisanych na potrzeby tego albumu kompozycji Iiro Rantali nie znajdziemy jazzowego superprzeboju. Nie odbiera to w żaden sposób atrakcyjności tym kompozycjom. Oznacza jedynie, że nie powstał żaden nowy jazzowy standard, który na stałe zagości na popularnej scenie muzycznej. Powstało za to sporo całkiem zgrabnych kompozycji stylowo zagranych przez trójkę doskonałych muzyków.

Różnorodność płyty nie oznacza braku pomysłu, a jedynie niezwykłą wiedzę tworzących ją artystów. „Bruno” jest nowoczesną wersją ilustracji niemych amerykańskich komedii sprzed niemal wieku. „Snapchat” to ponadczasowy jazzowy standard, który mógłby zostać zagrany zarówno w luksusowym lobby hotelu w Las Vegas, jak i w zadymionym nowojorskim barze. Tytuł sugeruje, że mamy tu do czynienia z nowoczesną formą muzycznego tła, które w wirtualnej przestrzeni każdy musi sobie sam zorganizować. Tak zupełnie na marginesie – to ciekawe, że twórcy wirtualnych przestrzeni do spotkań nie wpadli jeszcze na pomysł, żeby w swoich aplikacjach emitować w tle kawiarniany dźwięk, jaki znamy z wielu nagrań klubowych sprzed lat… To byłoby ciekawe.

„Voyage” Kenny Barrona, „Litte Wing” Jimi Hendrixa i „Kyrie” Jana Sebastiana Bacha (fragment z konglomeratu 4 kompozycji nazywanych dziś wielką mszą h-mol) to utwory stanowiące klucze do muzycznych korzeni Iiro Rantali. Ten najdalszy sięga czasów, kiedy w wieku 7 lat muzyk śpiewał utwory Bacha w kościelnym zapewne chórze dziecięcym.

Muzyka brzmi niezwykle świeżo, optymistycznie i przestrzennie. Duża w tym zasługa realizacji dźwięku, a w szczególności wyśmienicie zarejestrowanych, niezwykle dźwięcznych wysokich rejestrów fortepianu.

Bardziej powściągliwy niż zwykle Peter Erskine i przywołujący tureckie klimaty („Taksim By Night”) Lars Danielsson doskonale uzupełniają pomysły lidera, który stara się odejść od klasycznego schematu, który jazzowa tradycja niemal narzuca zespołom grającym w składzie fortepian – kontrabas – perkusja.

„How Log Is Now?” to doskonały album dla każdego, pewnie na szczytach list sprzedaży płyt w Polsce go nie znajdziecie, podobnie jak na promocyjnych półkach w stacjonarnych sklepach, co po raz kolejny będzie oznaczało szkodę dla muzycznej edukacji młodego pokolenia.

Iiro Rantala, Lars Danielsson, Peter Erskine
How Long Is Now?
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9823-2

23 sierpnia 2015

Caecilie Norby & Lars Danielsson – Just The Two Of Us

Ten album, to wyśmienita niespodzianka, którą sprawiła mi wytwórnia ACT Music. Według mnie to jedna z najlepszych płyt 2015 roku, którego większość już za nami, tak więc pojawił się silny kandydat do tytułu płyty roku.

„Just The Two Of Us” to kameralna produkcja, która mogłaby ukazać się w cyklu Duo Art, który jest niezwykłym przedsięwzięciem wytwórni, prezentującym instrumentalne nagrania duetów. Tym razem to jednak propozycja piosenek z tekstem, więc i na okładce zdjęcie artystów zastępujące kolejny abstrakcyjny obraz z kolekcji sztuki nowoczesnej Siggi Locha.

Lars Danielsson gra przede wszystkim na kontrabasie, trochę na gitarze i czasem odrobinę na instrumentach perkusyjnych, jednak nigdy jednocześnie. Caecilie Norby też sięga po przeróżne instrumenty perkusyjne. Jednak większość muzyki to głos i kontrabas.

Atutami tego albumu są niezwykła przestrzeń, luz i piękne brzmienie. To również świetnie napisane przez oboje artystów piosenki oraz wybornie wybrane znane wszystkim przeboje – „Both Sides Now” Joni Mitchell, „And It’s Supposed To Be Love” Abbey Lincoln i „Hallelujah” Leonarda Cohena.

Pierwsza z tych piosenek z pewnością pomyślana jest jako definicja stylu tej płyty. Gdyby istniały single promocyjne, pewnie ta piosenka trafiłaby na nią jako pierwsza. Dla mnie jednak dużo ciekawsza jest interpretacja „And It’s Supposed To Be Love” – tu Caecillie Norby jedyny raz na całej płycie sięga po pomoc w postaci dodatkowego głosu, który zresztą sama nagrała. Taki rodzaj wokalnej polifonii nadużywany nie brzmi najlepiej. Ta operacja w kompozycji Abbey Lincoln udała się wyśmienicie, wprowadzając odrobinę swingowej dynamiki do tej wyciszonej muzyki.

Doskonałym podsumowaniem tej niezwykłej płyty jest fragment dialogu pomiędzy jej autorami, umieszczonego na okładce – Lars Danielson opisuje bowiem tą muzykę następującymi słowami – „But it’s not a duo… It’s a trio, you, me and the silence…”. To właśnie o tej przestrzeni, o niezagranych dźwiękach, niedopowiedzeniach i ciszy z pewnością jest ten album.

W historii muzyki wiele jest takich właśnie płyt, powstałych nieco przez przypadek, niekoniecznie zaplanowanych jako wielkie i ważne. Najczęściej powstają, kiedy w studiu w doskonałej atmosferze spotykają się przyjaciele. Tak z pewnością było tym razem.

„Just The Two Of Us” to album absolutnie magiczny, genialny pomysł na długi jesienny wieczór. Może niekoniecznie pasuje do tej płyty dość schematyczna interpretacja nieśmiertelnego przeboju Leonarda Cohena, ale być może właśnie dlatego „Hallelujah” zostało zepchnięte na koniec płyty. Szkoda, że takiej magii nie da się powtórzyć na koncertach. To zwyczajnie niemożliwe, żeby co kilka dni zagrać coś nawet zbliżonego do pięknych dźwięków zapisanych na płycie.

Caecilie Norby & Lars Danielsson
Just The Two Of Us
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9732-2

30 listopada 2014

Lars Danielsson – Liberetto II

Najnowszy album Larsa Danielssona to druga część, kontynuacja albumu nagranego niemal dwa lata temu, który mnie jakoś ominął, więc „Liberetto II” nie jest dla mnie sequelem, co zwykle udaje się nieco gorzej niż oryginał.

„Liberetto II” to idealna propozycja na długi jesienny wieczór. To idealny album do zasypiania, co w żadnym wypadku nie oznacza nudy i monotonii. Ta płyta zwalnia, wycisza się wraz z kolejnymi nagraniami w cudowny sposób zwalniając bieg wydarzeń. Nie oznacza to, że zaczyna się jakoś szczególnie dynamicznie, startuje raczej z poziomu adekwatnego do momentu, kiedy w domu wszyscy już pójdą spać, a odgłosy cywilizacji dobiegające zza okien zastępowane są przez dźwięki przyrody.

Płytę nagrał ten sam zespół, który odpowiada za jej pierwszą część – grający na fortepianie Tigran Hamasyan, którego własny album „Shadow Theater” sprzed zaledwie paru miesięcy jakoś specjalnie mnie nie uwiódł, gitarzysta John Paricelli, stały współpracownik lidera, który grał z nim choćby na znakomitej „Tarantelli” z 2009 roku oraz Magnus Ostrom – członek legendarnego E.S.T. Są też goście specjalni – trębacz Mathias Eick oraz w pojedynczych utworach Dominic Miller, Caecilie Norby i Zohar Fresco.

Lars Danielsson komponuje piękne ballady. Pierwsza część albumu, w dużej mierze za sprawą trąbki Mathiasa Eicka brzmi trochę jak nagrania Pat Metheny Group sprzed wielu lat. Jedynie inspiracje pozostają dużo bardziej europejskie, sięgające osiemnastowiecznej wiedeńskiej muzyki rozrywkowej – taka była wtedy rola utworów pisanych przez Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Jak już wspomniałem, pianista zespołu – Tigran Hamasyan nie przekonał mnie swoim własnym albumem, jednak w zespole Larsa Danielssona sprawdza się wyśmienicie, osiągając szczyt swoich możliwości w wybornie napisanej kompozycji „Passacaglia”.

Cały album to pięknie napisane melodie, a lider skutecznie omija rafę wirtuozerskich popisów solowych, jest raczej szefem zespołu, kompozytorem i kreatorem muzyki, nie stara się być najszybszym kontrabasistą wszechczasów. Maluje dźwiękowe obrazy, koi zmysły, uspokaja i inspiruje. Czaruje aranżacjami, skutecznie usypia nie nudząc. Przetwarza muzyczną tradycję tworząc nową jakość. Czasem wydaje mi się, że kogoś naśladuje, ale nigdy nie jestem pewien do końca kogo. Nawet jeśli to robi, nie kopiuje, a ulepsza.

Gra nie tylko na kontrabasie, całkiem nieźle używa wiolonczeli – w „Miniature”. Wraca do kompozycji napisanych dla innych – „Africa” po raz pierwszy pojawiła się na płycie Leszka Możdżera – „Polska”.

Z pewnością muszę nadrobić zaległości i zamówić przy najbliższej okazji pierwszą część tego wyśmienitego albumu.

Lars Danielsson
Liberetto II
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9571-2

18 listopada 2013

Leszek Możdżer / Lars Danielsson / Zohar Fresco - Polska

Podobno sam Leszek Możdżer sam opowiada w telewizji, że o tym albumie trudno jest recenzentom coś napisać i dlatego nie piszą, albo jakoś tak. Nie wiem ile w tym prawdy, ale jeśli to prawda, to ja jednak spróbuję, bo naprawdę warto. „Polska” to świetny album, choć od razu muszę dodać, że do moich ulubionych płyt z udziałem Leszka Możdżera trochę mu brakuje. Ten album zajmuje jednak miejsce na podium, czyli w pierwszej trójce. Uprzedzając pytania, które mogą się pojawić – pozostałe dwa albumy to „Komeda” i niemal już archiwalna pozycja – „Live In Sofia” – nagrany w duecie z Adamem Pierończykiem.

Istotnie, „Polska” nie jest albumem, o którym łatwo się pisze, jest jednak albumem którego wyśmienicie się słucha i w sumie to chyba sporo ważniejsze. O nowych albumach w zasadzie można pisać na cztery sposoby. Albo o personaliach – czyli kto z kim i dlaczego. Ta metoda sprawdza się jednak lepiej w warunkach historycznych – czyli jeśli opowiada się o nagraniach archiwalnych, albo jeśli potrzeba, lub jest okazja wskazać towarzyskie okoliczności powstania albumu. Drugi, często niezawodny i pozwalający tworzyć całkiem szybko zamówione teksty, to wariant, który na własny użytek nazywam klasyfikacyjno – stylistycznym. To nie jest pójście na łatwiznę, ale rozwiązanie pozwalające recenzentowi wykonać jedną ze swoich podstawowych funkcji społecznych – czyli wskazać uważnym czytelnikom drogę wyboru – coś w rodzaju: Jeśli podoba Wam się album o którym czytacie, to spodoba się Wam wszystko co stoi na półce dajmy na to „hard-bop”, albo „swing”, a jak w żadnym ze stylów się nie zmieści, to zawsze może zostać – jeśli łatwiejsze – mainstreamem, a jeśli trudniejsze – free jazzem. To pierwsze jednak będzie odstraszało młodszą część czytelników,  a to drugie większość tych co jeszcze nie uciekli. W sumie to zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale tak już jest i koniec…

Jest jeszcze opcja numer trzy – można próbować zostać poetą i w jakiś wymyślny sposób opisywać własne emocje związane z kontaktem z recenzowanym albumem. To opcja najbardziej komfortowa, bowiem zupełnie subiektywna i nigdy nikt nie będzie mógł odpisać w komentarzu, że nie ma się racji, bo z emocjami polemizować raczej trudno.

No i wreszcie jest opcja numer cztery – można stworzyć referat muzykologiczny opisujący formalne aspekty kompozycji, aranżacji itp. W ten sposób stosunkowo łatwo stworzyć uczenie brzmiący tekst zrozumiały jedynie dla tych co płytę nagrali i garstki innych fachowców, którzy i tak bez trudu usłyszą z płyty to o czym się napisze.

W przypadku albumu „Polska” istotnie zadanie nie jest łatwe, bowiem muzyka wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Ne oznacza to oczywiście, że muzycy zapomnieli o swoich korzeniach. Leszek Możdżer na zawsze pozostanie słowiańskim pianistą, Lars Danielsson skandynawskim, powściągliwym kontrabasistą, a Zohar Fresco izraelskim specjalistą od dźwięków perkusyjnych. Muzycy po raz kolejny udowadniają, że ich kreatywne osobowości tworzą niezwykłe muzyczne zjawisko.

Płyta pewnie znowu sprzeda się w nieosiągalnych dla innych większości jazzowych artystów nakładach, bo Leszek Możdżer to nie tylko wybitny muzyk, ale też geniusz autopromocji, który od wielu lat potrafi w zupełnie fenomenalny sposób być muzykiem jazzowym słuchanym i kupowanym przez tych, którzy innego jazzu, niż Możdżera nie słuchają. Z tego też powodu fani jazzu zwykle uważają, że Możdżer gwiazdorzy. To prawda, ale przy okazji robi wspaniałą muzykę, a że potrafi nią zainteresować nie tylko tych, co z jazzem spędzają całe życie, to chyba nie wada…

I tak już na koniec - o albumie „Komeda" przeczytacie tutaj: Leszek Możdżer - Komeda. O „Live In Sofie" też pewnie kiedyś tu napiszę.

Leszek Możdżer / Lars Danielsson / Zohar Fresco
Polska
Format: CD
Wytwórnia: Outside Music

Numer: 5907632690119

19 czerwca 2013

Lars Danielsson & Leszek Możdżer – Pasodoble

Taka płyta musiała się wydarzyć. Nagranie powstało w 2007 roku, po tym, jak obaj muzycy w składzie uzupełnionym o perkusistę Zohara Fresco nagrali dwa, dobrze przyjęte przez rynek albumy – „The Time” i „Between Us And The Light”. Moim zdaniem duet jest lepszą formą współpracy obu muzyków, choć z tych dwu albumów mam w swoich zbiorach jedynie ten drugi. Lars Danielsson i Leszek Możdżer potrzebują w swojej muzyce dużo wolnej przestrzeni. Nie mam nic przeciwko grze Zohara Fresco, no ale to właśnie on zajmował trochę tego wolnego miejsca. Jak się okazało po nagraniu „Pasodoble” – przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu niepotrzebnie. Mnie bowiem ten album podoba się znacznie bardziej, niż „Between Us And The Light”.

Subtelne i delikatne, choć nie pozbawione ekspresji kompozycje obu muzyków potrzebują też dobrego studia i realizatora. Ekspresyjny i głośny z natury fortepian ustawiony obok kontrabasu potrafi zdominować brzmienie. Tym razem udało się tego uniknąć, na równi za sprawą świetnych kompozycji, jak również doskonałej reżyserii dźwięku w wykonaniu Larsa Nilssona. Album nagrano w często wykorzystywanym przez ACT Music studiu Nilento w Goeteborgu w Szwecji.

Dla mnie płytą życia Leszka Możdżera dalej pozostaje „Komeda”, choć często wracam też do bardzo starego nagrania z Adamem Pierończykiem – „Live In Sofia”. Od nagrania tej płyty minęło już ponad 15 lat, a ja ciągle do niej wracam. Leszek Możdżer to wybitny improwizator, jeśli ma dobry dzień powstają nagrania wybitne, tak powstał koncert w Sofii, tak też, powstała płyta z muzyką Krzysztofa Komedy.

Płyta „Pasodoble” też jest w większości improwizowana. Lars Danielsson gra również na wiolonczeli, której brzmienie równoważy nieco bardziej ekspresyjne akordy fortepianu. Z takiego duetu wiolonczela – fortepian mogłaby powstać całkiem ciekawa płyta, czego dowodem choćby kompozycja Leszka Możdżera „It’s Easy With You”. W każdym razie, jeśli Lars Danielsson zagra kiedyś cały album na wiolonczeli, to ja kupuję w ciemno, podobnie, jak od lat większość jego płyt zagranych na kontrabasie. Basista studiował grę na wiolonczeli właśnie w Konserwatorium, zanim rozpoczął grę na kontrabasie, jest więc wśród jazzowych kontrabasistów ekspertem od tego instrumentu.

W grze Leszka Możdżera słychać wiele inspiracji klasycznych, z kolei Lars Danielsson wnosi odrobinę folkloru skandynawskiego. W programie albumu znajdziecie nawet aranżację tradycyjnej szwedzkiej melodii ludowej. W niektórych nagraniach – jak choćby w „Follow My Backlights” ma wrażenie zdublowania głosu kontrabasu poprzez użycie techniki wielośladowej i improwizowanie na tle wcześniej zagranych partii. Jeśli tak jest rzeczywiście, użyto tej techniki z wyczuciem, nie burząc poczucia uczestnictwa w żywym koncercie zagranym w studio.

Pamiętam, że w okolicach roku 2007, kiedy ukazał się album, artyści grali w Polsce w duecie kompozycje z tej płyty. Niestety na żaden z tych koncertów nie udało mi się wybrać, czego bardzo żałuję. Dziś zostaje tylko wyśmienite nagranie studyjne, do którego warto czasem powracać. To jedna z tych płyt, która chyba nigdy nie pokryje się kurzem na moich półkach.

Lars Danielsson & Leszek Możdżer
Pasodoble
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9458-2

09 kwietnia 2013

Caecilie Norby – Silent Ways


To nie jest zła płyta, jednak spodziewałem się po niej dużo więcej. Dlatego czuję się zawiedziony. Na papierze – czyli okładce wszystko wyglądało wyśmienicie. Gwiazdorski skład złożony z najlepszych muzyków wytwórni ACT! – na kontrabasie Lars Danielsson, na fortepianie Leszek Możdżer, a na gitarze Nguyen Le. W repertuarze bardzo znane kompozycje, w zasadzie same przeboje. Skład sugerujący możliwość twórczych interpretacji odbiegających bardzo daleko od oryginałów, choć z pewnością muzycznie najwyższej próby.

Wyszło trochę inaczej. Trochę zbyt grzecznie i klasycznie, jak dla mnie za blisko oryginałów. Pierwsze trzy utwory – dwa klasyki Leonarda Cohena – „Winter Lady” i „In My Secret Life” oraz stosunkowo w tym zestawie najmłodsza kompozycja Duffy „Stepping Stone” można od razu pominąć, to poprawnie zaśpiewane piosenki. Niczym się nie wyróżniają i po napisaniu tego tekstu natychmiast o nich zapomnę.

Album zaczyna się od „Papa Was A Rolling Stone”. Później jest już tylko lepiej, szczególnie we fragmentach gitarowych improwizacji Nguyena Le. Ten niezwykle oryginalny gitarzysta jest na tej płycie największą gwiazdą. Posłuchajcie choćby „Like A Rolling Stone”. Występ Leszka Możdżera nie jest już tak udany. Być może jego zadaniem nie było błyszczeć, a jedynie akompaniować, ale nawet do tego pozostawiono mu za mało przestrzeni. Od lat siłą muzyki Leszka Możdżera jest przestrzeń, to co dzieje się pomiędzy dźwiękami. Nawet wtedy, kiedy nasz eksportowy pianista aranżuje – jak w „Hurt” z repertuaru Nine Inch Nails, czy „Hears And Bones” Paula Simona, jest raczej niezwykle sprawnym akompaniatorem, niż solistą. Kompozycję Trenta Reznora pamiętam ze szczególnie emocjonalnego wykonania Johnny Casha. Zaśpiewana przez Caecilie Norby staje się jedynie sprawnie zaaranżowaną balladą.

To właśnie brak emocji jest problemem tego albumu. Pozbawione bluesa, bez ekspresji przedstawione teksty mnie nie przekonują, tym bardziej, że jak w przypadku każdego albumu z coverami oczekiwania są większe, bo każdy ze słuchaczy mimowolnie słuchając przypomina sobie te najlepsze wykonania. Ja takiej myśli pozbyć się nie potrafię, więc album „Silent Ways” jest dla mnie rozczarowaniem, mimo, że jest muzycznie poprawny i zawiera teoretycznie same wielkie przeboje. Każdy z nich większość słuchaczy zna z innych wykonań, wiele z nich jest ciekawszych. Niektóre są przebojowe, inne kuszą oryginalnością i zostają w pamięci na dłużej.

Album Caecilie Norby oferuje interpretacje poprawne, momentami nawet wyśmienite, jednak nie będę do niego często wracał, bo w zasadzie każdy z utworów (oczywiście oprócz dwu kompozycji autorskich napisanych na ta płytę) ma dużo lepsze wersje, a kilka wyśmienitych solówek Nguyena Le, to za mało.

Caecilie Norby
Silent Ways
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9725-2

03 marca 2013

Iiro Rantala feat. Lars Danielsson, Morten Lund & Adam Bałdych - „My History Of Jazz”


„My History Of Jazz” faktycznie jest historią subiektywną, z podręcznikową wizją rozwoju gatunku nie mająca wiele wspólnego. To jednak wiadomość pozytywna, bowiem oznacza, że Iiro Rantala ma swoje zdanie. Rozpoczęcie historii jazzu od wariacji goldbergowskich Jana Sebastiana Bacha uważam za niezwykle trafne i sensowne. Co prawda od 1955 roku raczej nie warto próbować grać wariacji na fortepianie, ale dla Iiro Rantali krótkie fragmenty wariacji są jedynie elementem całości, a nie tematem albumu. Aha, byłbym zapomniał…rok 1955 to oczywiście czas nagrania debiutanckiej płyty Glenna Goulda z wariacjami właśnie. I nie próbujcie mnie przekonać, że Glenn Gould nie był jazzowym pianistą, mimo, że sam się za takiego nie uważał. Dla mnie jest mistrzem gatunku i tyle.

Wróćmy jednak do Iiro Rantali, bo to przecież ma być o jego historii jazzu. „My History Of Jazz” jest pierwszą płytą tego pianisty, która trafiła do mojego odtwarzacza. Przynajmniej pierwszą jaką pamiętam. Może grał gdzieś u kogoś, ale nie na tyle wyróżniając się w zespole, żebym zapamiętał jego nazwisko. Ta płyta trafiła do mnie z rekomendacji Adama Bałdycha i właściwie zanim jej posłuchałem, była to dla mnie tylko i jednocześnie aż płyta z jego udziałem. Tu jest gościem specjalnym, choć opis na okładce wskazuje, że tak samo istotnym dla zawartości, jak pozostali muzycy. Gra jednak tylko we fragmentach, co nie oznacza, że czuję się rozczarowany. Potrafię jednak wyobrazić sobie, kogoś, kto będzie czekał na pierwsze dźwięki skrzypiec do czwartego utworu i poczuje się nieco rozczarowany tym, że Adam nie zagrał we wszystkich utworach.

To jednak płyta Iiro Rantali. Po raz kolejny już ostatnio deklaracja artysty z okładki pokrywa się z tym, co słyszę. Dalej jednak utrzymuję, że na większości płyt, wstępniaki mają charakter propagandowy. Tu wstępniak jest prawdziwy. W grze lidera nie znajdziecie bowiem zbyt wiele bluesa. Jest za to ragtime – całkiem sporo, be-bop – trochę mniej, swing, skandynawska melancholia, francuska ballada, fusion (pewnie chodzi o jeden utwór, w którym dźwięk fortepianu jest preparowany), ballada i smooth jazz (na szczęście mało i raczej żartobliwie – „Smoothie” ze świetnym intro Adama Bałdycha). Oprócz oceny udziału ilościowego poszczególnych stylów, to niemal dokładny cytat z okładki.

Historia jazzu, ta akademicka, to z pewnością nie jest ciąg nazwisk: Bach – Gershwin – Tizol / Ellington – Monk – Weill. Jednak wszystkie te nazwiska są dla jazzu ważne. I wszystkie utwory zagrane w nieszablonowy, ciekawy sposób udowadniający, że lider ma swoje zdanie nie tylko w momencie wyboru repertuaru, ale również, a może nawet przede wszystkim w momencie ich nagrania. Trzeba też zauważyć, że absolutne jazzowe przeboje uzupełnione są o kompozycje lidera, które w tym kontekście wypadają całkiem dobrze, nie stanowiąc jedynie muzycznego wypełniacza.

Tak więc nie myślcie o „My History Of Jazz” jak o podręczniku historii. To świeże, pełne ciekawych pomysłów, subiektywne podejście do tematu. Trio Iiro Rantali nie jest klasycznym jazzowym trio z fortepianem. To raczej fortepian plus kontrabas i perkusja. Lars Danielsson i Morten Lund nie tworzą klasycznej sekcji rytmicznej. Raczej ubarwiają i uzupełniają grę lidera. Jako bonus dostajemy po raz kolejny świetnego Adama Bałdycha, choć w dawce sporo mniejszej, niż na jego solowych płytach. To pierwszy album Iiro Rantali, który trafił do moich zbiorów, ale z pewnością nie ostatni.

Niewątpliwie przebojem tej płyty jest „Caravan” – potraktowany w sposób daleki od zgrabnego odegrania pięknej melodii. Zarówno Iiro Rantala, jak i Adam Bałdych traktują tę melodię jedynie jako wstęp do dynamicznych partii solowych.

Iiro Rantala feat. Lars Danielsson, Morten Lund & Adam Bałdych
„My History Of Jazz”
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9531-2