27 sierpnia 2019

Zbigniew Seifert – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Pierwsze dźwięki muzyki Zbigniewa Seiferta usłyszałem daleko za granicą, całkiem przypadkowo. To był album Charliego Mariano „Helen 12 Trees” z 1976 roku. O historię związaną z jego powstaniem zapytał mnie sprzedawca w jednym z kultowych jazzowych sklepów w Londynie. Ów wybitny, jak później miałem okazję się dowiedzieć znawca europejskiego jazzu przyjął słuszne założenie, że skoro jestem z Polski, to powinienem wiedzieć o Seifercie wszystko. Tak wtedy nie było. To było w czasach zanim wynaleziono internet, więc dostęp do wiedzy był na zupełnie innym poziomie niż dziś. Później wielokrotnie przekonałem się, że często na drugim końcu świata Zbigniew Seifert jest muzykiem bardziej popularnym i znanym, niż w Polsce. Często jedynym muzykiem z Polski, jakiego potrafili wymienić i opisać fani jazzu w odległych krajach. Od kilku niezwykły dorobek artystyczny Zbigniewa Seiferta popularyzowany jest z olbrzymią energią przez fundację jego imienia prowadzoną przez Anetę Norek-Skrycką z udziałem muzyków grających kiedyś z Seifertem – Janusza Stefańskiego (który zmarł w 2016 roku) i Richie Beiracha a także rodziny – wdowy Agnieszki Seifert-Beck i siostry muzyka – Małgorzaty Seifert.

Biografia Zbigniewa Seiferta, genialnego muzyka, skrzypka, saksofonisty i kompozytora jest pełna wydarzeń niezwykłych, tragicznych i zdumiewających. Jego doskonale rozwijająca się światowa kariera została najpierw zakłócona przez ciężką chorobę, a później przerwana przez śmierć w wieku 33 lat. Przez wiele lat w Polsce dostępne w zasadzie były tylko jego nagrania z ostatniego koncertu, jaki odbył się Pod Jaszczurami w Krakowie na 3 miesiące przed śmiercią muzyka. Zebrany na szybko zespół, który zagrał z Seifertem chyba tylko ten jeden raz – Jarosław Śmietana, Janusz Grzywacz, Zbigniew Wegehaupt i Mieczysław Górka – spisał się doskonale. To doskonałe nagrania, jednak w tym czasie Seifert miał za sobą nagrania z najlepszymi amerykańskimi muzykami. Nie miał zbyt wielu planów, bo wiedział, że choroba znacznie ogranicza jego twórcze możliwości. Chciał jednak nagrywać i pisać muzykę tak długo, jak będzie to możliwe. Być może przyjeżdżając do Krakowa wiedział, że to jego ostatnia wizyta w Polsce.

Kraków był dla Seiferta miejscem gdzie urodziła się jego muzyka. Tu się urodził, uczył grać na skrzypcach, które po raz pierwszy wziął do ręki w wieku 6 lat. Tu skończył w klasie tego instrument Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną. Kiedy studiował, oczywiście nie było jeszcze edukacji jazzowej. Choć pierwsze dyskusje o jazzie prowadził ponoć ze szkolnym kolegą, Janem Jarczykiem, który później miał zostać doskonałym pianistą i nieco starszymi kolegami z liceum muzycznego – Romanem Kowalem i Wacławem Kisielewskim. Trudną do przecenienia rolę w muzycznej edukacji Seiferta miał profesor Stanisław Tawroszewicz, któremu wiele lat później Seifert zadedykował jedną ze swoich kompozycji – „Coral” napisaną na potrzeby nagrania albumu „Man Of The Light”. Dzięki legendarnej metodzie nauczania profesora, kładącego spory nacisk na umiejętności techniczne, Seifert osiągnął niemal magiczne zespolenie z instrumentem, którego obsługa w żaden sposób nie ograniczała jego twórczej inwencji i umożliwiła dalszy rozwój muzycznych idei Johna Coltrane’a za pomocą skrzypiec.

Jazz Zbigniew Seifert zaczął grać na saksofonie. W 1962 roku grający na klarnecie Alojzy Thomys stworzył pierwszą w Polsce jazzową klasę w Liceum Muzycznym w Krakowie. Tam powstał zespół w składzie – Zbigniew Seifert na saksofonie, Jan Jarczyk na fortepianie, Jan Gonciarczyk na basie i Janusz Stefański na bębnach. Wiele źródeł podaje, że wtedy dalej chciał zostać muzykiem klasycznym, a jazzem zainteresował się, bo to dawało dobry start do najpiękniejszych dziewczyn w Krakowie i okazję do zarobienia pieniędzy jeszcze w czasie nauki. Z wycieczką szkolną w towarzystwie kolegów pojechał na Jazz Jamboree w 1964 roku. Tam usłyszał Komedę, Trzaskowskiego, Namysłowskiego i Wróblewskiego. Wielkich światowych gwiazd akurat wtedy nie było. Być może wtedy zorientował się, że na saksofonie, na którym nauczył się grać zupełnie sam nie dogoni nawet krajowych mistrzów gatunku, a co dopiero Johna Coltrane’a, który już wtedy był jego muzycznym wzorem.

Dostępne dziś nagrania zespołu Seiferta z 1969 i 1970 roku pokazują, że choć opanował techniki gry na alcie w stopniu równie wirtuozerskim, co na skrzypcach, to mógł zostać również całkiem niezłym saksofonistą. Z tego czasu pochodzą nagrania zebrane po raz pierwszy w 2010 roku na płycie „Nora” wydanej przez GAD Records.

W 1967 roku na Jazz Jamboree przyjechał będący wówczas u szczytu sławy Charles Lloyd. Przywiózł ze sobą mało wówczas znany młody skład. Na fortepianie grał Keith Jarrett, a na bębnach Jack DeJohnette. Jedną z miejskich legend Warszawy jest opis jamu, który odbył się ponoć w kawiarni Stolica, w czasie którego Jarrett grał na bębnach, DeJohnette na fortepianie, Jan Gonciarczyk na basie, a Jan Jarczyk przysiadł się do Jarretta, żeby zagrać z nim na fortepianie na 4 ręce. Temu wszystkiemu miał przyglądać się Zbigniew Seifert.

Krótko później grający ciągle na alcie Seifert został członkiem słynnego kwintetu Tomasza Stańko, który grał wtedy mocno eksperymentalne free. Z zespołem Stańki Seifert nagrał „Music For K”, „Jazzmessage From Poland”, „Purple Sun” i „We’ll Remember Komeda”.

W 1970 roku Seifert ukończył studia w klasie profesora Tawroszewicza. Jego koncert dyplomowy był prawdopodobnie ostatnim momentem, kiedy zagrał na skrzypcach muzykę klasyczną. Na egzaminie grał między innymi Mozarta i Szymanowskiego. Później w zespole Stańki grał równolegle na saksofonie i skrzypcach. Miał tam konkurencję w postaci Michała Urbaniaka, który również coraz częściej zamieniał saksofon na skrzypce.

W tym samym czasie Seifert rozwiązał swój kwartet, dając ostatni koncert na Jazz Jamboree w 1970 roku. Grał w kwintecie Stańki, nagrywał muzykę filmową, bywał na sesjach Studia Jazzowego Polskiego Radia. To właśnie tam grając kompozycję „Pyskówka” Jana Ptaszyna Wróblewskiego po raz pierwszy w studiu zagrał jazz na skrzypcach.

Kwintet Stańki sporo koncertował na europejskich festiwalach. Seifert poznawał ludzi, słuchał nowej muzyki i pod koniec 1971 roku ostatecznie porzucił grę na saksofonie. W 1972 roku nagrał wznowioną niedawno chyba po raz pierwszy w formacie cyfrowym płytę „Five Hits In The Row” z zespołem czechosłowackiego wirtuoza fletu Jiri Stivina. Ten album był przez lata poszukiwanym przez fanów białym krukiem w dyskografii Seiferta. Niedawno wznowił go GAD Records. W tym samym czasie uczestniczył w nagraniach opery rockowej „Naga” Niebiesko-Czarnych i eksperymentował z krakowskim Laboratorium.

W 1972 roku kwintet Stańki dużo grał w Niemczech. Tam talentem Seiferta zainteresował się sam Joachim Ernst Berendt, który miał później pomóc Seifertowi w nagraniu „Man Of The Light” posuwając się nawet do sfałszowania daty nagrania, żeby nieco oszukać prawników z Capitolu, z którym Seifert miał wtedy kontrakt.

Na razie jednak zachęcany licznymi pozytywnymi recenzjami, przyjęciem publiczności i posiadając wsparcie Berendta Seifert wraz ze świeżo poślubioną Agnieszką zamieszkali w Darmstadt, a Seifert nagrał swoją pierwszą zachodnioeuropejską płytę z niemieckim gitarzystą Volkerem Kriegelem. Ten album jednego z założycieli słynnej grupy Spectrum również jest dziś trudnym do zdobycia elementem dyskografii Seiferta.

Ostatnie (jeśli nie liczyć „Kilimanjaro”) polskie sesje Seiferta, to udział w nagraniu albumu „Rien Ne Va Plus” Novi Singers i okraszony kilkoma dobrymi solówkami na skrzypcach i saksofonie w wykonaniu Seiferta album Jana Ptaszyna Wróblewskiego „Sprzedawcy Glonów”. W 1973 roku ostatecznie zakończył działalność kwintet Stańki. Po ostatnim wspólnym koncercie (znowu Jazz Jamboree), Seifert zagrał na płycie Wolfganga Daunera „Kunstkopfindianer”, a w ciągu kolejnych miesięcy nagrywał z zespołami Jaspera van’t Hofa, Joachima Kuhna i Hansa Kollera. To cenne muzyczne doświadczenia, jednak na tych płytach Seifert raczej nie występuje w roli solisty (może za wyjątkiem opakowanej w jedną z najbrzydszych jazzowych okładek wszechczasów płyty „Springfever” Kuhna z udziałem Philipa Catherine).

W 1976 roku po raz pierwszy u Zbigniewa Seiferta niemieccy lekarze zdiagnozowali nowotwór. Pierwsza udana operacja dała nadzieję na całkowite wyleczenie. Później Seifert zaczął nagrywać swoje najważniejsze płyty w oszałamiającym tempie, jakby zdawał sobie sprawę, że nie zostało mu wiele czasu. W okresie od kwietnia 1976 roku do śmierci w lutym 1979 roku nagrał kolejno „Helen 12 Trees” z Charlie Mariano i „Solo Violin” w maju 1976, „Zbigniew Seifert” pomiędzy listopadem 1976 i styczniem 1977, w tym samym czasie „Violin” zespołu Oregon.  Na wiosnę 1977 roku powstała płyta „Man Of The Light”. Niemal cały 1977 rok Seifert spędził w szpitalu. Później nagrał jeszcze „Kilimanjaro” i „Passion”, której wydania już nie dożył. W nagraniu tej ostatniej płyty wzięli udział między innymi John Scofield i Jack DeJohnette, którego Seifert poznał w 1967 roku w Warszawie. Na płycie „Zbigniew Seifert” – jego pierwszym amerykańskim albumie usłyszycie między innymi Michaela i Randy Breckerów, Philipa Catherine i Mtume. „Passion” i „Zbigniew Seifert” do dziś dostępne są tylko w archiwalnych wydaniach analogowych.

To oczywiście tylko fragment niezwykłej historii prawdopodobnie najbardziej rozpoznawanego poza Polską naszego jazzowego Mistrza, który nagrał niewiele, tworzył krótko, ale do dziś pozostaje niedoścignionym wzorem dla wszystkich jazzowych skrzypków. Jest dla nich kimś takim, jak Coltrane dla saksofonistów, Hendrix dla gitarzystów, czy Davis dla trębaczy.

26 sierpnia 2019

Lee Morgan – Candy

W przypadku Lee Morgana sprawa jest dość prosta. W zasadzie każdy jego album jest wart najwyższej uwagi, niezależnie od tego, czy został nagrany przez zespół przez niego kierowany, czy trębacz wystąpił u kogoś gościnnie. Wśród jego własnej dyskografii znajdziemy takie genialne albumy, jak umieszczone już w naszym redakcyjnym Kanonie Jazzu „The Sidewinder”, czy „Indeed” oraz takie, które musiały poczekać nieco dłużej na prezentację, jak „Candy”, czy czekające w kolejce „Delightfulee”, „Lee-Way”, czy „Tom Cat”. Chętnie umieściłbym w Kanonie również parę wydawnictw nieoficjalnych w rodzaju „One Of A Kind” nigdy nie wznowionego, wydanego w połowie lat siedemdziesiątych albumu nagranego w 1970 roku z Billy Harperem grającym w zastępstwie stałego wtedy członka zespołu – Bennie Maupina. Z tego samego okresu, ostatnich miesięcy życia zastrzelonego w czasie koncertu przez życiową partnerkę Lee Morgana, pochodzi również oficjalny album „Live At The Lighthouse”.  W oficjalnej dyskografii to przedostatni album trębacza, potem już udało się tylko nagrać „The Last Session”, wydany pośmiertnie, co niezbyt trudno zgadnąć, biorąc pod uwagę tytuł. Tak więc kandydatów do Kanonu Jazzu w dyskografii Lee Morgana jest całkiem sporo. Sam Morgan jest jednym z moich ulubionych muzyków.


W kolejce do Kanonu jest też kilka płyt z udziałem muzyka z dyskografii The Jazz Messengers Arta Blakey’a, albumy nagrane wspólnie z Hankiem Mobleyem i Jimmy Smithem i pewnie jeszcze parę innych. W Kanonie przedstawiałem już również ważną płytę z dyskografii Johna Coltrane’a – „Blue Train” z udziałem Lee Morgana.

Z historycznej perspektywy „Candy” w zasadzie nie wyróżnia się na tle innych nagrań muzyka z końcówki lat pięćdziesiątych. Ot taka zwykła, kolejna sesja w studiu Rudy Van Geldera, a raczej dwie sesje, bowiem część nagrań zrealizowano 18 listopada 1957 roku, a pozostałe 2 lutego 1958. W takich przypadkach często powstawały wydawnictwa niekoniecznie spójne muzycznie, bowiem na wielu tego rodzaju albumach, które nie powstały jednego dnia, zmieniały się sekcje rytmiczne. Muzycy korzystali z pomocy tych kolegów, którzy byli akurat tego dnia dostępni, wcześniej skończyli swoje koncerty (wiele nagrań w tym okresie powstawało późną nocą, po zakończeniu klubowej działalności koncertowej, lub w takie dni, kiedy koncertów było mniej, bo widzowie odsypiali – na przykład w poniedziałki).

W przypadku „Candy” Lee Morgana udało się zachować na dwu sesjach identyczny skład zespołu, prawdopodobnie muzyków grających w tym składzie koncerty. W późniejszym okresie, po 1960 roku ton trąbki Lee Morgana stał się bardziej wyrazisty i agresywny, a na wielu nagraniach pojawiają się jego własne kompozycje, miał bowiem nieodkryty jeszcze w 1957 roku wyjątkowy talent kompozytorski.

Na „Candy” osią albumu są jazzowe standardy. Dla mnie jednak nagraniem wartym każdych pieniędzy wydanych na ten album jest genialne wykonanie kompozycji Jimmy Heatha, napisanej przez saksofonistę, prawdopodobnie z myślą o nagraniu z Milesem Davisem. Album „Volume 2” Milesa jest dziś klasykiem. „C.T.A.” grał również Donald Byrd na znakomitej płycie Artura Taylora „Taylor’s Wailers” z 1957 roku i kilka razy Chet Baker. To wyjątkowa przyjazna trębaczom kompozycja.

Zestawienie obok siebie swingowego nagrania tytułowego (spora tu zasługa Douga Watkinsa i nieco skrzywdzonego techniczną jakością rejestracji perkusisty Arthura Taylora) z balladą „Since I Fell For You” i niezwykle żywiołowym bopem w „C.T.A.” najlepiej pokazuje muzyczną uniwersalność Lee Morgana, który w kolejnych latach dokładał jeszcze fantastycznie jazzowe i niezwykle przebojowe kompozycje w rodzaju jednego z największych przebojów gatunku – „The Sidewinder”.

„Candy” to wybitna, choć całkiem zwyczajna płyta z katalogu geniusza trąbki, który w zasadzie nigdy nie nagrał płyty nie wartej uwagi.

Lee Morgan
Candy
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 094639317622

25 sierpnia 2019

Various Artists - Joni 75: A Birthday Celebration


Joni Mitchell to artystka jedyna w swoim rodzaju. Jej twórczość w zasadzie nie daje się zakwalifikować do żadnego gatunku muzycznego. Jednak jej związki z jazzem są niepodważalne. W jej jazzowych zespołach w latach siedemdziesiątych grali między innymi Jaco Pastorius, Don Alias, Wayne Shorter, Airto Moreira, Larry Carlton, Phil Woods, John McLaughlin, Gerry Mulligan, Tony Williams, Jan Hammer, Stanley Clarke, Pat Metheny, Lyle Mays, Michael Brecker, Mark Isham, Manolo Badrena i Alex Acuna. Lista równie długa, co znakomita.


Jeden z jej najlepszych albumów poświęcony jest w całości muzyce Charlesa Mingusa – „Mingus” wydany w 1979 roku – powstał w składzie najlepszym z możliwych w owym czasie. Zespół towarzyszący wokalistce, która napisała teksty do utworów Mingusa stworzyli Phil Woods, Gerry Mulligan, John McLaughlin, Jan Hammer, Stanley Clarke i Tony Williams. W sumie żaden z nich nie był specjalnie związany z muzyką Mingusa, podobnie jak sama Joni Mitchell, jednak powstał album wybitny.

Joni Mitchell to przede wszystkim poetka i całkiem uzdolniona malarka, na scenie zawsze jednak była niezwykle sprawną wokalistką, czasem sięgała po gitarę. Niestety w związku z przewlekłą chorobą nie była w stanie uczestniczyć w muzycznej celebracji swoich 75 urodzin, pewnie też nie doczekamy się już jej nowego materiału, jednak kolejny album z nagraniami jej utworów – tym razem w wersji z urodzinowego koncertu przypomina, jak wiele ważnych i ciekawych kompozycji stworzyła.

Jak zwykle w takim przypadku spotkało się wiele muzycznych indywidualności, część nagrań wypadło wręcz rewelacyjnie, inne są co najmniej poprawne. Doskonale sprawdził się zespół towarzyszący wokalistkom i wokalistom, w składzie którego znaleźli się również muzycy o wieloletniej historii współpracy z samą Joni Mitchell – rewelacyjny jak zwykle Brian Blade, pianista Jon Cowherd i pełniąca również w kilku utworach funkcję solistki Chaka Khan.

Dziś prezentuję płytę CD, choć wiem, że na szykowanym do wydania w Europie krążku z nagraniem video jest więcej materiału, w tym również dodatkowe nagrania tych, którzy wypadki najlepiej. Wzruszające wspomnienie zafundował sobie i pewnie słuchającej w domowym zaciszu jubilatce Graham Nash, dawny kochanek Joni Mitchell, który swoją własną kompozycją „Our House” przypomniał czas, kiedy mieszkali razem w Laurel Canyon w okolicach Los Angeles. Cała reszta zawartości muzycznej krążka audio, i przypuszczam również, że filmu, który w niektórych krajach (niestety chyba w Polsce nie doczekamy się seansów kinowych) pojawia się na dużym ekranie to kompozycje jubilatki, te najbardziej znane i inne, nieco już zapomniane.

Wśród tych, których wykonania zapamiętam na dłużej i będę przypominał w moich audycjach będzie z pewnością niezwykłe wykonanie „Amelii” przed Dianę Krall. Już jedynie dla tej piosenki warto kupić całą płytę. W wersji filmowej Diana Krall śpiewa jeszcze podobno „For The Roses” – nie mogę się doczekać tego wydania. Zapamiętam też przejmujący wokal Krisa Kristoffersona, który jest niemal 10 lat starszy od bohaterki wydarzenia, a jego głos przypomina mi niezwykle męski i pewny, choć obiektywnie słaby sposób śpiewania Johnny Casha z jego ostatnich płyt (seria „American Recordings”). Całkiem nieźle wypadła również Norah Jones, o której kolejny już raz muszę napisać, że to artystka genialnie przygotowująca kilka piosenek, ale ciągle nie potrafiąca udźwignąć zadania nagrania dobrej płyty solowej. Rewelacyjnie jak zwykle zaprezentowała swoje wykonania Chaka Khan, a całość ubarwił charakterystycznym tonem trąbki Ambrose Akinmusire.

Album, co oczywiste, ma lepsze i nieco słabsze momenty, ale w takich sytuacjach nie może być inaczej. Warto jednak po niego sięgnąć, bowiem zawiera muzykę niezwykłej artystki i jeśli fani Seala, Diany Krall czy Nory Jones po wysłuchaniu tego albumu zainteresują się nagraniami Joni Mitchell, to można będzie uznać, że robota została należycie wykonana.

Various Artists
Joni 75: A Birthday Celebration
Format: CD
Wytwórnia: Decca / Verve / Universal
Numer: 602577427473

24 sierpnia 2019

Tomasz Szukalski – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Gdyby Tomasz Szukalski urodził się w Nowym Jorku, jak Sonny Rollins, albo w Filadelfii jak Stan Getz, albo gdzieś w środku niczego w Karolinie Północnej jak John Coltrane. Gdyby chociaż nie było żelaznego muru oddzielającego zupełnie niepotrzebnie polskie środowisko jazzowe od reszty świata, płyt, koncertów i nocnych klubowych spotkań. Znalazłby miejsce w Berklee a nie w warszawskim liceum muzycznym. Nic oczywiście nie mam do tej uczelni, ale to jednak trochę coś innego, a owo trochę robi znaczną różnicę.

Oczywiście takie narzekanie jest uprawnione w przypadku wielu jazzowych karier naszych polskich wielkich mistrzów i oczywiście nigdy nie dowiemy się, co grałby Tomasz Szukalski, gdyby wychował się w Nowym Jorku. Z naszego polskiego punktu widzenia, to może nawet lepiej, bo wielu sław lat sześćdziesiątych ci, którzy nie jeździli wtedy do Ameryki, a tych była większość, nie mieli okazji zobaczyć na żywo nigdy, albo tylko raz czy dwa w czasie Jazz Jamboree. A tak Tomasza Szukalskiego i wielu innych mistrzów naszego rodzimego jazzu, często dorównujących opanowaniem instrumentu, muzykalnością i ilością oryginalnych pomysłów mieliśmy przez wiele lat w zasadzie na wyłączność.

Muzyka nie jest jednak dyscypliną sportową i w zasadzie nie ma tu znaczenia, że ktoś na drugim końcu świata gra równie dobrze, albo nawet ciekawiej. Trzeba cieszyć się tym, co dla nas dostępne i osiągalne. Dlatego też w cyklu prezentującym 20 wielkich postaci polskiego jazzu przypomnimy tych, których już nie ma wśród żywych i których możemy wspominać tylko sięgając po ich doskonałe nagrania, jak i tych, którzy mimo fenomenalnego dorobku mają jeszcze swoje najciekawsze płyty przed sobą, według powiedzenia popularnego w środowisku, że moja najlepsza płyta to ta następna. Muzycy jazzowi często dodają, że ta następna, na której nagranie jakimś cudem niezwykłym znajdę pieniądze, ale to już zupełnie inny, nieco pozaartystyczny temat.

Z dokonanego wyboru akurat tych muzyków, a nie innych tłumaczyć się nie zamierzam, bo wiem, że w ciągu najbliższych tygodni przypomnę tym starszym i być może zaprezentuję po raz pierwszy tym młodszym postaci wybitne i jeśli ktoś nawet poczuje się obrażony przez moment, że w tym gronie się nie znalazł, to niech spróbuje zakwestionować wielkość któregokolwiek z tych muzyków, o których wkrótce opowiem. Poza tym zawsze jest miejsce na kontynuację cyklu, a przecież te najlepsze płyty przed nami.

Po raz kolejny muszę również podzielić się obserwacją, że niestety wiele genialnych płyt sprzed lat dostępnych jest jedynie garstce nieustających w poszukiwaniach kolekcjonerów, albo tym, którzy mieli okazję żyć dorosłym życiem w czasach, kiedy ukazywały się płyty naszych wielkich mistrzów, które uznajemy dziś za najlepsze. Oczywiście pojawiają się wznowienia, jak choćby rosnący katalog wydawanej na nowo serii Polish Jazz, czy wydawnictwa opracowywane niezwykle starannie przez GAD Records, czy Fundację Zbigniewa Seiferta. Pochwalić też należy za reedycje i wydania archiwalne Polskie Radio. Jednak w dyskografii w zasadzie każdego z naszych mistrzów są niezwykle istotne pozycje niedostępne od lat.

Tomasz Szukalski, jak wielu znakomitych muzyków, uczył się w młodości grać na zupełnie innym instrumencie, niż ten, który stał się jego podstawowym. W przypadku Szakala tym pierwszym był podobno klarnet, który studiował w PWSM w Warszawie. W zakresie gry na tenorze i sopranie był samoukiem. Jeśli tak było rzeczywiście, to można uznać nawet, że szkoły muzyczne nie są potrzebne, bo talent wystarczy, choć nauka gry na klarnecie z pewnością nie przeszkadzała.

W końcówce lat sześćdziesiątych Tomasz Szukalski, wtedy jeszcze student wspomnianej PWSM występował z zapomnianym dziś zespołem Partita, który pojawił się nawet w programie Jazz Jamboree w 1967 roku. Jednak dla prawdziwego jazzu odkrył Szukalskiego Zbigniew Namysłowski. To z nim nagrał pierwszą moim zdaniem istotną pozycję w swojej dyskografii – album „Winobranie”. Okazjonalne występy z Niebiesko-Czarnymi, Marianną Wróblewską i orkiestrą radiową Namysłowskiego są istotne historycznie, choć muzycznie nie stanowią jakiejś reprezentatywnej dokumentacji rozwoju talent Szakala, który miał niewątpliwe szczęście do istotnego uczestnictwa w ważnych i absolutnie genialnych sesjach, które w ciągu kilkunastu miesięcy otworzyły jego bogatą, choć ubogą we własne produkcje dyskografię. „Easy!” Wojciecha Karolaka, „TWET” Tomasza Stańko, „Sprzedawcy Glonów” Ptaszyna i „Kujawiak Goes Funky” Namysłowskiego to tylko część nagrań Szakala z lat 1973-1975. To pozycje zupełnie oczywiste i często wymieniane jako jedne z najważniejszych płyt tego okresu nie tylko dla Szakala.

Całkiem niedawno wznowiona została w serii Polish Jazz znakomita płyta Czesława Bartkowskiego „Drums Dream” z 1976 roku nagrana w składzie Bartkowski, Karolak, Makowicz, Stańko, Szukalski, której być może jedynym problemem był fakt, że liderem był perkusista, czyli człowiek siedzący z tyłu sceny, a nie solista z trąbką, czy saksofonem. Co prawda Szukalski jest na tym albumie obecny jedynie w jednym utworze, ale krążek ten jest do niedawna zupełnie niedostępną istotną częścią dyskografii wszystkich grających na nim muzyków, w tym Stańki i Makowicza.

W tym czasie Szakal był stałym członkiem zespołu Tomasza Stańki, co można dziś usłyszeć na genialnej płycie „Balladyna” a garść szczęśliwców może wprawiać w zazdrość innych fanów prezentując im materiał z takich albumów, jak „Live At Remont” czy „Almost Green”. Przy okazji muszę pogratulować temu, kto usłyszał Szakala na „Jasmin Lady” Namysłowskiego, bo to błąd powielany w wielu źródłach, a gdzieś musi mieć swój początek. To zresztą kolejny genialnie piękny i równie niedostępny album. Jak pewnie się domyślacie, o Namysłowskim też wkrótce będzie i obiecuję, że nagrania z tej płyty pojawią się w audycjach.

Dorobek nagraniowy Tomasza Szukalskiego w roli lidera jest niezwykle istotny i niestety niezwykle niedostępny. W zasadzie bez problem znajdziecie któreś ze wznowień albumu „Tina Kamila” i „Time Killers” 3 liderów – Karolaka, Szukalskiego i Bartkowskiego. Dalej już zaczynają się schody i wyzwanie. „Tina Blues” z 1986 roku w zasadzie niedostępny i tylko raz, niekoniecznie legalnie wznowiony. „Borżomski Wąwóz / Body And Soul” wznowiony raz i dziś raczej trudny do kupienia, a „Sz – Sz” Szukalskiego i Szprota dostępny łatwo w formie zużytych i niechlujnie wytłoczonych w dużej ilości dawno temu analogów i niewielkiego, dawno wyczerpanego wznowienia cyfrowego. Z występami gościnnymi jest nieco lepiej – płyty Tomasza Stańko, Anny Marii Jopek, czy Agi Zaryan kupić łatwo, ale spróbujcie znaleźć choćby doskonały album Artura Dutkiewicza, postaci ważnej w artystycznym i prywatnym, niełatwym życiu Szakala „Lady Walking”, mnie się ostatnio udało, albo „Sunrise Sunset” Grażyny Auguścik.

Szakal był zresztą mistrzem ubarwiania swoimi genialnymi solówkami nagrań wokalistek (Aga Zaryan, Marianna Wróblewska, Grażyna Auguścik, Karin Krog, Anna Maria Jopek) i wokalistów (Stanisław Sojka, Grzegorz Karnas). Odnajdował się równie doskonale w nieco mniej konserwatywnych klimatach, eksperymentując z SBB, czy w The Quartet z Kuplowiczem, Jarzębskim i Stefańskim.

W 2010 roku RadioJAZZ.FM było organizatorem niezwykłego koncertu, z którego dochód przeznaczyliśmy na pomoc Tomaszowi Szukalskiemu, który wtedy już nie mógł ze względu na stan zdrowia koncertować. Trudno znaleźć w historii polskiego jazzu wydarzenie równie spontaniczne, które zebrało tyle sław gotowych pomóc choremu przyjacielowi.

Każdy kto słyszał Szakala choć raz na żywo, nie zapomni tego do końca życia. Ja poznałem dotąd tylko kilku muzyków o podobnej osobowości, tak niezwykle zaangażowanych w każdy dźwięk zagrany na scenie i w studio, tak prawdziwych, bezpośrednich i jednocześnie muzycznie genialnych. Tomasz Szukalski był jednym z nich. Dlatego z żalem odkrywam fakt niedostępności niemal połowy jego dyskografii.

23 sierpnia 2019

BartolomeyBittmann - Dynamo

Niezwykle kreatywny i momentami stylistycznie zaskakujący duet wiedeńskich muzyków nagrywając trzecią już wspólną płytę, po raz pierwszy w wytwórni ACT Music doskonale wykorzystał szansę na światową promocję swojej niezwykłej twórczości. Ich poprzednie albumy – „Meridian” z 2013 roku i „Neubau” z 2015, które ukazały się w zupełnie nieznanych wytwórniach, dla wielu fanów ciekawej muzyki poza Austrią pozostały zupełnie niezauważone.


Kilka lat temu zespół dał nawet koncert w Polsce, jednak ich występ w Jaworznie nie przyniósł jakiegoś szczególnego wzrostu popularności zespołu. Grający na wiolonczeli Matthias Bartolomey i skrzypek Klemens Bittmann mają klasyczne wykształcenie muzyczne. Bittman oprócz studiów klasycznych uczył się gry na skrzypcach u Didiera Lockwooda. Chętnie sięga również po zelektryfikowane wersje mandoli, dawnego podobnego do mandoliny instrument wyposażonego w 4 pary strun. Użycie tego instrumentu pozwala osiągnąć nietypowe, pełne ekspresji, niezwykłe brzmienie zespołu.

Obaj muzycy pozostają niezwykle aktywni zarówno w świecie muzyki klasycznej, jak i eksperymentalnej, często współpracując ze znanymi muzykami jazzowymi. Klemens Bittmann współpracował między innymi z Wolfgangiem Muthspielem i Klausem Paierem. Dla radio.string.quartet aranżował muzykę Mahavishnu Orchestra. Matthias Bartolomey skupia się na poszukiwaniu nowych technik gry na wiolonczeli, pozostając niezwykle aktywnym uczestnikiem austriackiego życia muzycznego.

Ich wspólny projekt BartolomeyBittmann jest niezwykłym muzycznym eksperymentem. Pełna nagłych zmian, dynamiczna i zaskakująca autorska muzyka sięga głęboko do klasycznej tradycji muzycznej zespołów smyczkowych wykorzystując jednocześnie środki ekspresji znane jedynie ze scen rockowych. W ich wykonaniu w jednej chwili pięknie napisana ballada potrafi zamienić się w rockowy riff zagrany na mandoli. Taka różnorodność jest w zdumiewający sposób spójna i nie ma na celu jedynie szokowania słuchacza nietypowym brzmieniem kameralnego w założeniu zespołu. Wymykająca się wszelkim stylistycznym klasyfikacjom muzyka z pewnością budzi entuzjazm tych, którzy mają okazję wysłuchać zespołu w czasie jego licznych koncertów. Ja niestety nie miałem jeszcze okazji posłuchać zespołu na żywo, jednak po kilkukrotnym wysłuchaniu „Dynamo” wpisuję zespół na listę tych, których trasy koncertowe obserwuję.

Podejrzewam, że koncertowa odsłona muzyki duetu BartolomeyBittmann uzupełnia kolorowe, zaskakujące kompozycje o spory element spontanicznej improwizacji. Muszę to sprawdzić w najbliższym możliwym terminie, a na razie nie pozostaje mi nic innego, jak cieszyć się ich najnowszym wydawnictwem, poszukując możliwości uzupełnienia domowej płytoteki o trudno dostępne poprzednie albumy.

„Dynamo” polecam tym słuchaczom, którzy nie boją się wyzwań, uwielbiają muzyczne układanki i detektywistyczne poszukiwania źródeł inspiracji w prezentowanym materiale.

BartolomeyBittmann
Dynamo
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9043-2