Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lee Morgan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lee Morgan. Pokaż wszystkie posty

27 maja 2021

Yesterday – CoverToCover Vol. 143

Według uproszczonej historii najsłynniejszego zespołu świata, „Yesterday” to utwór napisany przez Johna Lennona i Paula McCartneya, zaprezentowany po raz pierwszy na singlu, ale tylko w Stanach Zjednoczonych i to w dodatku na stronie B. Zacznijmy jednak od początku.

Między Johnem Lennonem i Paulem McCartneyem istniało, respektowane przez obu w 1965 roku niepisane porozumienie o współautorstwie utworów. Cokolwiek któryś z nich napisał, było dla świata, księgowych i rozliczenia praw autorskich wspólne. „Yesterday” napisał wyłącznie Paul McCartney. Melodia podobno mu się przyśniła. W związku z tym doszedł do wniosku, że musi być plagiatem, czegoś, co słyszał wcześniej, bo nie mógł uwierzyć, że tak prosta melodia nie została wcześniej wymyślona. Stworzył prowizoryczny tekst, podobno zupełnie inny od docelowego i prezentował melodię znajomym pytając, czy gdzieś już tego nie słyszeli. Okazało się, że nie miał racji.

W czasie urlopu, który spędzał w 1964 roku w Portugalii McCartney był już pewien, że melodia jest jego oryginalnym pomysłem. Tekst napisał ponad rok po wymyśleniu melodii i oparł go na słowach yesterday i suddenly. Reszta przyszła sama. Przypuszczalnie rozumiejąc potencjał utworu, a był to czas, kiedy The Beatles nie byli już zgodnym i ustalającym wszystko demokratycznie zespołem, za nagrywanie piosenki McCartney zabrał się sam. Misję przekonania pozostałej trójki, że solowe nagranie McCartneya, z dołożoną przez producenta sekcją smyczków może znaleźć się na płycie zespołu wziął na siebie sam George Martin. McCartney zaśpiewał „Yesterday” na sesji tylko dwa razy. Dziś dostępne są obie wersje. Ta mniej udana trafiła po wielu latach na płytę „Antology 2”.

Nagranie firmowane przez The Beatles, które zna cały świat miało dość ciekawą drogę do uszu słuchaczy. Pozostali członkowie zespołu nie zgodzili się na publikację utworu na singlu w Wielkiej Brytanii, uznając, że jest w nim za mało ducha The Beatles (a może też zazdroszcząc McCarney’owi dobrego pomysłu). Utwór ukazał się w USA na stronie B – czyli tej mniej ważnej singla z utworem George’a Russella „Act Naturally” śpiewanym przez Ringo Starra, który był w tym czasie podobno najbardziej popularnym w USA członkiem zespołu i taki cover został przygotowany specjalnie z myślą o rynku amerykańskim.

W efekcie „Yesterday” znalazło się na listach przebojów w Wielkiej Brytanii w wykonaniu niejakiego Matta Monro w zastępstwie wersji McCartneya. Kto dziś pamięta o postaci Matta Monro? Za to „Yesterday” jest jednym z najczęściej wykonywanych utworów The Beatles od ponad pół wieku. Utwór ukazał się wkrótce po premierze singla „Act Naturally / Yesterday” na czwórce nazwanej już sensowniej „Yesterday” oraz na amerykańskiej płycie zespołu „Yesterday and Today”. W postaci singla „Yesterday” ukazał się w Wielkiej Brytanii dopiero w 1976 roku, ponad 10 lat po amerykańskiej premierze. Pewnie taki singiel nie ujrzałby światła dziennego nigdy, ale w 1976 roku wytwórni Parlophone, która w Wielkiej Brytanii miała prawa do wydawania nieistniejącego już wtedy zespołu wygasał kontrakt na wydawanie dawnych nagrań, więc postanowili rzucić na rynek wszystko co mieli po raz ostatni.

Warto również pamiętać, że „Yesterday” wraz z kilkoma innymi utworami pełnił rolę wypełniacza (czyli strony B) wydanej w 1965 roku płyty „Help!” ze ścieżką dźwiękową do filmu z udzielam członków zespołu. Tam jednak wszyscy słuchali strony A i przebojów z filmu – „Help!” i „Ticket To Ride”.

W jazzowym świecie wiele jest projektów w całości poświęconych kompozycjom członków zespołu The Beatles. „Yesterday” ma wśród tych melodii dość specjalny status. Często znajdziecie ten utwór na płytach, które zawierają jazzowe standardy i nie kuszą klientów repertuarem The Beatles. Tak jest w przypadku wielu gitarzystów – choćby Joe Passa, Stanleya Jordana czy Gabora Szabo. Tak jest również w przypadku innych wyśmienitych muzyków jazzowych.

Amerykańskie bazy danych rozliczające prawa autorskie wymieniają między 2.500 i 4.000 unikalnych nagrań „Yesterday”. Trudny wybór. W audycji omijam projekty poświęcone muzyce The Beatles, w tym najnowszy album Ala DiMeoli „Across The Universe”. Wybieram oprócz oryginału nagranie Lee Morgana, który raczej nie sięgał po takie popularne przeboje zbyt często. Gitarzystów reprezentuje postać wybitna i znana raczej wśród grających jazz na gitarze – Johnny Smith. Całość uzupełniają dwa wyśmienite polskie wykonania – solowe nagranie Mieczysława Kosza, dla którego „Yesterday” było ważne, nagrał tą melodię kilka razy i duet Jorgosa Skoliasa i Bogdana Hołowni. Album „…Tales” zawsze dostarcza świetnej muzyki do CoverToCover.

Utwór: Yesterday
Album: Help! (1)
Wykonawca: The Beatles
Wytwórnia: Parlophone / EMI
Rok: 1965
Numer: 724352932528
Skład: Paul McCartney – voc, g, Tony Gilbert – viol, Sidney Sax – viol, Kenneth Essex – viola, Peter Halling – cello, Francisco Gabarro – cello.

Utwór: Yesterday
Album: Delightfulee
Wykonawca: Lee Morgan
Wytwórnia: Blue Note
Rok: 1966
Numer: 094639277025
Skład: Lee Morgan – tp, Ernie Royal – tp, Jimmy Buffington – Fr horn, Tom McIntosh – tromb, Phil Woods – as, fl, Wayne Shorter – ts, Danny Bank – bs, fl, bcl, Don Butterfield – tuba, McCoy Tyner – p, Bob Cranshaw – b, Philly Joe Jones – dr.

Utwór: Yesterday
Album: Johnny Smith
Wykonawca: Johnny Smith
Wytwórnia: Verve / Polygram
Rok: 1967
Numer: 731453775220
Skład: Johnny Smith – g.

Utwór: Yesterday
Album: Piano Solo: Polish Radio Jazz Archives 10
Wykonawca: Mieczysław Kosz
Wytwórnia: Polskie Radio
Rok: 1967
Numer: 5907812246297
Skład: Mieczysław Kosz – p.

Utwór: Yesterday
Album: …Tales
Wykonawca: Jorgos Skolias & Bogdan Hołownia
Wytwórnia: Nautilus
Rok: 2004
Numer: NSA-V001
Skład: Jorgos Skolias – voc, Bogdan Hołownia – p.

03 stycznia 2021

Since I Fell For You – CoverToCover Vol. 102

Prosty blues jakich wiele. „Since I Fell For You” napisał w 1945 roku grający zwykle skocznego bluesa pianista Buddy Johnson. Być może dlatego, że wyszła mu ballada, która raczej nie pasowała do jego stylu, pierwszym wykonawcą została jego siostra Ella Johnson, której kompozytor towarzyszył wraz ze swoją orkiestrą. Do świata bliższego muzyce improwizowanej piosenkę wprowadziła już dwa lata później Dinah Washington. Jednak w końcówce lat czterdziestych piosenka nie zdobyła jakiejś szczególnej popularności, choć przez chwilę gościła na listach przebojów w wykonaniu Ann Laurie. W kolejnej dekadzie okazało się, że melodia sprawdza się również bez tekstu. Pierwszy był chyba Kenny Dorham za sprawą albumu „This Is A Moment” z 1958 roku, niemal w tym samym czasie wyśmienicie zagrał utwór Buddy Johnsona Lee Morgan (album „Candy” z 1958 roku). Tak więc okazało się, że utwór może być piosenką, jak i doskonałą melodią, która nie potrzebuje tekstu i utwór stał się jazzowym standardem.

Jednak z dobrej melodii przebój można zrobić zawsze, o czym przekonał amerykańskich słuchaczy niejaki Lenny Welch w 1963 roku. Sam piosenkarz, którego dziś nazwalibyśmy wykonawcą muzyki popularnej (pop wtedy jeszcze raczej nie istniał), wielkiej kariery nie zrobił i utwór Buddy Johnsona okazał się jego największym przebojem, choć nigdy nie dotarł do pierwszego miejsca listy Billboardu, zatrzymując się na miejscu czwartym. To jednak wystarczyło, żeby amerykańskim wokalistom i wokalistkom przypomnieć ten utwór. Wkrótce kompozycję Johnsona nagrali Nancy Wilson, The Young Rascals, The Righteous Brothers, Barbra Straisand, Bonnie Raitt, Mavis Staples i inni. Ja wybieram jako reprezentatywny zestaw rasowe bluesowe wykonanie Niny Simone z 1966 roku i modny w końcówce lat sześćdziesiątych zespół wokalny The Dells, który powrócił w końcówce dekady w swoim drugim wcieleniu z drobnymi zmianami w składzie. Zespół założony w 1953 roku w niemal niezmienionym składzie działał do 2009 roku, do momentu śmierci Johnny Cartera, jednego z wokalistów, który dołączył do grupy w 1960 roku.

Blues nigdy się nie starzeje i jeśli jest dobrze pomyślany, sprawdza się w każdym muzycznym kontekście. Utwór Johnsona pojawia się na scenach do dziś, nie tylko w kontekście przypominania starych czasów. Przed dekady stał się jazzowym standardem grywanym przez największych. Wśród nich znajdziecie takie sławy, jak między innymi Julian Cannonball Adderley, Count Basie, David Sanborn, Kenny Barron i George Benson. Ja wybieram jedno z najnowszych nagrań – fragment albumu „Blues And Ballads” znakomitego tria Brad Mehldau / Larry Grenadier / Jeff Ballard.

Utwór: Since I Fell For You
Album: Candy
Wykonawca: Lee Morgan
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Rok: 1958
Numer: 094639317622
Skład: Lee Morgan – tp, Sonny Clark – b, Doug Watkins – b, Arthur Taylor – dr.

Utwór: Since I Fell For You
Album: Nina Simone Sings The Blues
Wykonawca: Nina Simone
Wytwórnia: RCA / Columbia / Sony
Rok: 1966
Numer: 828767333427
Skład: Nina Simone – voc, p, Buddy Lucas – ts, harm, Eric Gale – g, Rudy Stevenson – g, Ernie Hayes – org, Bob Bushnell – b, Bernard Pretty Purdie – dr.

Utwór: Since I Fell For You
Album: Like It Is Like It Was (The Great Ballads)
Wykonawca: The Dells
Wytwórnia: Cadet / Chess / Universal
Rok: 1969
Numer: 076732939529
Skład: Chuck Barksdale, Johnny Carter, Marvin Junior, Mike McGill, Vern Allison (voc), unknown – various.

Utwór: Since I Fell For You
Album: Blues And Ballads
Wykonawca: Brad Mehldau Trio
Wytwórnia: Nonesuch / Warner
Rok: 2016
Numer: 075597946505
Skład: Brad Mehldau – p, Larry Grenadier – b, Jeff Ballard – dr.

26 sierpnia 2019

Lee Morgan – Candy

W przypadku Lee Morgana sprawa jest dość prosta. W zasadzie każdy jego album jest wart najwyższej uwagi, niezależnie od tego, czy został nagrany przez zespół przez niego kierowany, czy trębacz wystąpił u kogoś gościnnie. Wśród jego własnej dyskografii znajdziemy takie genialne albumy, jak umieszczone już w naszym redakcyjnym Kanonie Jazzu „The Sidewinder”, czy „Indeed” oraz takie, które musiały poczekać nieco dłużej na prezentację, jak „Candy”, czy czekające w kolejce „Delightfulee”, „Lee-Way”, czy „Tom Cat”. Chętnie umieściłbym w Kanonie również parę wydawnictw nieoficjalnych w rodzaju „One Of A Kind” nigdy nie wznowionego, wydanego w połowie lat siedemdziesiątych albumu nagranego w 1970 roku z Billy Harperem grającym w zastępstwie stałego wtedy członka zespołu – Bennie Maupina. Z tego samego okresu, ostatnich miesięcy życia zastrzelonego w czasie koncertu przez życiową partnerkę Lee Morgana, pochodzi również oficjalny album „Live At The Lighthouse”.  W oficjalnej dyskografii to przedostatni album trębacza, potem już udało się tylko nagrać „The Last Session”, wydany pośmiertnie, co niezbyt trudno zgadnąć, biorąc pod uwagę tytuł. Tak więc kandydatów do Kanonu Jazzu w dyskografii Lee Morgana jest całkiem sporo. Sam Morgan jest jednym z moich ulubionych muzyków.


W kolejce do Kanonu jest też kilka płyt z udziałem muzyka z dyskografii The Jazz Messengers Arta Blakey’a, albumy nagrane wspólnie z Hankiem Mobleyem i Jimmy Smithem i pewnie jeszcze parę innych. W Kanonie przedstawiałem już również ważną płytę z dyskografii Johna Coltrane’a – „Blue Train” z udziałem Lee Morgana.

Z historycznej perspektywy „Candy” w zasadzie nie wyróżnia się na tle innych nagrań muzyka z końcówki lat pięćdziesiątych. Ot taka zwykła, kolejna sesja w studiu Rudy Van Geldera, a raczej dwie sesje, bowiem część nagrań zrealizowano 18 listopada 1957 roku, a pozostałe 2 lutego 1958. W takich przypadkach często powstawały wydawnictwa niekoniecznie spójne muzycznie, bowiem na wielu tego rodzaju albumach, które nie powstały jednego dnia, zmieniały się sekcje rytmiczne. Muzycy korzystali z pomocy tych kolegów, którzy byli akurat tego dnia dostępni, wcześniej skończyli swoje koncerty (wiele nagrań w tym okresie powstawało późną nocą, po zakończeniu klubowej działalności koncertowej, lub w takie dni, kiedy koncertów było mniej, bo widzowie odsypiali – na przykład w poniedziałki).

W przypadku „Candy” Lee Morgana udało się zachować na dwu sesjach identyczny skład zespołu, prawdopodobnie muzyków grających w tym składzie koncerty. W późniejszym okresie, po 1960 roku ton trąbki Lee Morgana stał się bardziej wyrazisty i agresywny, a na wielu nagraniach pojawiają się jego własne kompozycje, miał bowiem nieodkryty jeszcze w 1957 roku wyjątkowy talent kompozytorski.

Na „Candy” osią albumu są jazzowe standardy. Dla mnie jednak nagraniem wartym każdych pieniędzy wydanych na ten album jest genialne wykonanie kompozycji Jimmy Heatha, napisanej przez saksofonistę, prawdopodobnie z myślą o nagraniu z Milesem Davisem. Album „Volume 2” Milesa jest dziś klasykiem. „C.T.A.” grał również Donald Byrd na znakomitej płycie Artura Taylora „Taylor’s Wailers” z 1957 roku i kilka razy Chet Baker. To wyjątkowa przyjazna trębaczom kompozycja.

Zestawienie obok siebie swingowego nagrania tytułowego (spora tu zasługa Douga Watkinsa i nieco skrzywdzonego techniczną jakością rejestracji perkusisty Arthura Taylora) z balladą „Since I Fell For You” i niezwykle żywiołowym bopem w „C.T.A.” najlepiej pokazuje muzyczną uniwersalność Lee Morgana, który w kolejnych latach dokładał jeszcze fantastycznie jazzowe i niezwykle przebojowe kompozycje w rodzaju jednego z największych przebojów gatunku – „The Sidewinder”.

„Candy” to wybitna, choć całkiem zwyczajna płyta z katalogu geniusza trąbki, który w zasadzie nigdy nie nagrał płyty nie wartej uwagi.

Lee Morgan
Candy
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 094639317622

23 lutego 2017

Lee Morgan – Lee-Way

Już sam skład wraz z czasem powstania albumu i miejscem nagrania powinien gwarantować muzykę najwyższej próby. Tak jest w istocie. Lee Morgan i Jackie McLean oraz sekcja złożona z Bobby Timmonsa, Paula Chambersa i Arta Blakey’a, nagrali w studiu Rudy Van Geldera 28 kwietnia 1960 roku wyśmienity album. Album, jakich na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w Englewood Cliffs powstało wiele. Spora część to dziś klasyki jazzu tamtego okresu, a pozostałe są jedynie nieco mniej znane.

„Leeway” rozpoczyna drugą dziesiątkę autorskich albumów Lee Morgana i jednocześnie najlepszy okres w jego życiu, który miał doprowadzić już wkrótce do nagrania jego najważniejszych albumów i dać mu popularność porównywalną z gwiazdami muzyki popularnej za sprawą „The Sidewinder”. To właśnie Lee Morgan już na zawsze pozostanie w pamięci fanów jazzu za sprawą unikalnego połączenia jazzu i popularnego wówczas soulu, które to na krótką chwilę pozwoliło po raz kolejny gwiazdom małych jazzowych klubów zaistnieć w świadomości szerszego grona słuchaczy.

Nagrany niemal 3 lata przed „The Sidewinder” album „Lee-Way” z perspektywy lat jest bez wątpienia pierwszą poważną próbą połączenia obu gatunków, tym razem jeszcze ciągle ze znaczną przewagą ortodoksyjnego hard-bopu.

Album powstał w krótkim okresie współpracy zarówno Lee Morgana, jak i Arta Blakey’a z wytwórnią Vee-Jay, przypuszczalnie dlatego, że muzycy potrzebowali trochę sobie dorobić, a Alfred Lion i Francis Wolff płacili wtedy za sesje nagraniowe najwięcej, czasem nawet fundując muzykom możliwość odbycia dodatkowo opłaconych prób przed nagraniem. Stąd właśnie owe powtarzane często powiedzenie o różnicy między Blue Note a innymi wytwórniami (w tym Riverside, Pacific i Vee-Jay właśnie), która w wolnym tłumaczeniu sprowadzała się do możliwości odbycia choćby jednej płaconej wedle związkowych stawek minimalnych próby przed nagraniem. To właśnie dlatego na albumach Blue Note pojawia się więcej autorskich, trudniejszych kompozycji niż na wszystkich innych z tego okresu. To właśnie dlatego tacy ludzie jak odpowiedzialny za połowę materiału na „Lee-Way” kompozytor i trębacz Cal Massey mieli sporo pracy. Był czas, żeby kompozycje przed nagraniem przećwiczyć. Rodzajem hołdu dla dobrze płacących managerów Blue Note jest kompozycja Lee Morgana „The Lion And The Wolff”, jedna z kilku poświęconych przez wybitnych muzyków mecenasom Blue Note. Cal Massey nie był jednak tylko kompozytorem i trębaczem gdzieś w drugim rzędzie większych składów. To również człowiek odpowiedzialny za aranżacje na „Africa Brass” Johna Coltrane’a, albumie który powstał w kilka miesięcy po nagraniu „Lee-Way”, ale to temat na inną opowieść.

„Lee-Way” jest jednym z najlepszych albumów Lee Morgana, przynajmniej sprzed nagrania „The Sidewinder”. To na równi klasyk hard-bopu, co zapowiedź poszukiwania przez jazzmanów drogi dotarcia do większej ilości słuchaczy. Jedni sięgali do soulu, inni chcieli trafić do dużych sal koncertowych zapraszając do współpracy sekcje smyczkowe. Niektórzy eksperymentowali już wtedy z elektroniką, inni szukali inspiracji w zbliżającej się wielkimi krokami rewolucji rockowej i chcieli uznania młodych słuchaczy. Niemal wszyscy nie gardzili rolą muzyków sesyjnych udzielając się, często anonimowo w wielu produkcjach popularnych. Część dorabiała sobie w ten sposób w pogoni za sławą lub poszukując inspiracji, inni niestety potrzebowali coraz więcej pieniędzy na kolejne porcje narkotyków.

Lee Morgan z pewnością po części za sprawą Bobby Timmonsa i Cala Masseya wyznaczył jedną z tych ścieżek, właśnie za pomocą „Lee-Way”. Część źródeł podaje, że na pomysł takiego składu wpadł Alfred Lion, inne, że to sam Lee Morgan. To dziś nieważne, ważne jest to co z tego połączenia powstało.

Lee Morgan
Lee-Way
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724354003127

23 listopada 2011

Lee Morgan – Indeed!

„Indeed!” jest oficjalnym debiutem nagraniowym Lee Morgana. Materiał został zarejestrowany 4 listopada 1956 roku w studiu Rudy Van Geldera w Hackensack. Dzień później zarejestrowano materiał wydany nieco wcześniej jako „Introducing Lee Morgan”. Nagranie jest również typową sesją, jakich wiele zarejestrowano w studiu Rudy Van Geldera w połowie lat pięćdziesiątych. Gdyby sprawdzić w kalendarzu, być może w tym samym tygodni znaleźlibyśmy jeszcze ze dwie równie wyśmienite sesje w tym studiu. Ta płyta brzmi dokładnie tak, jak opisuje ją okładka.

Lee Morgan gra wyśmienicie, choć momentami nieco niepewnie. W końcu to jego debiut w roli lidera. Jeśli wierzyć skrupulatnym biografon jazzu lat pięćdziesiątych, to była naprawdę pierwsza wizyta Lee Morgana w profesjonalnym studiu nagraniowym. Kilka miesięcy później miał swój znaczący wkład w nagranie jazzowego klasyka – albumu „Blue Train” Johna Coltrane’a.

Całość realizacji sugeruje, że trąbka i saksofon tenorowy walczyły o jeden mikrofon. W wielu momentach solówka rozpoczyna się gdzieś daleko od mikrofonu, aby po paru taktach się do niego zbliżyć. Na tej płycie nie znajdziemy też kompozycji autorstwa lidera. W momencie nagrania tej płyty miał jedynie 18 lat, komponować zaczął dopiero kilka lat później. Na płycie zarejestrowano utwory autorstwa Horace Silvera, Benny Golsona, Owena Marshalla i Donalda Byrda. To typowe utwory ery hard-bopu. Nie znajdziemy tu chwytliwych przebojów, ani tandetnych melodii z Broadwayu, które były typowymi wypełniaczami ówczesnych jazzoych sesji. To akurat należy zaliczyć zdecydowanie na plus liderowi, który zapewne samodzielnie wybierał repertuar. Do gry Lee Morgana na trąbce zastrzerzeń mieć nie można, choć z wiekiem, co typowe dla trębaczy, jego ton zyskał wiele pewności.

Clarence Sharpe – mnie znany saksofonista, którego oprócz tej płyty pamiętam chyba tylko z nagrań z Archie Sheppem gra tyle ile potrzeba i nie usiłuje walczyć z liderem parafrazując jego solówki, co często zdarza się saksofonistom na płytach trębaczy, bowiem zwykle w typowym schemacie utworów grają solówki zaraz po liderze…  Nie ma w jego grze nic rewelacyjnego, ale też nie można jej nic zarzucić. Zatem znowu plus.

Horace Silver – jest uczestnikiem sesji, tylko tyle i aż tyle. Raczej nie wtrąca się, pozostając liderem sekcji rytmicznej.. Czyli znowu plus.

Wilbur Ware – kontrabasista, który nagrał setki sesji w bardzo różnych stylach i składach personalnych – jak to kontrabasista. Ale kiedy dostaje swoją przestrzeń – jak w kompozycji „Little T” Donalda Byrda, gra wyśmienite solo. W dodatku w wydaniu remasterowanym z serii Rudy Van Gelder Edition w alternatywnej wersji tej kompozycji gra zupełnie inną, ale równie wyśmienitą solówkę.

I wreszcie Philly Joe Jones – perkusista. Bez komentarza. Jest i jakby go nie było, czyli spełnia swoją funkcję i daje nam dokładnie to, za co wziął swoją dzienną stawkę. Czyli piąty plus.

Tak więc to wyśmienita płyta, choć z pewnością Lee Morgan ma na swoim koncie ciekawsze pozycje solowe, jak choćby przebojowe „The Sidewinder”, oraz „Tomcat”, „Candy” czy „Delightfulee”. Wszystkim tym albumom należy się zaszczytne miejsce w historii muzyki jazzowej i każdej dobrze przemyślanej kolekcji jazzowych nagrań. Stali czytelnicy wiedzą, że Lee Morgan walczy u mnie o tytuł ulubionego trębacza z Cliffordem Brownem, więc przeczytacie na blogu również o jego innych płytach:

Lee Morgan
Indeed!
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 094639278121

26 października 2011

Lee Morgan - One Of A Kind


Lee Morgan, to oprócz Clifforda Browna mój ulubiony trębacz. Dzisiejsza płyta nie pochodzi z jego oficjalnej dyskografii. Z tego co wiem, album „One Of A Kind” nigdy nie został wznowiony, więc pierwotnie wytłoczona, prawdopodobnie w połowie lat siedemdziesiątych płyta analogowa pozostaje jedynym źródłem tej muzyki.

Oprócz wyśmienitej muzyki płyta ta stanowi również pewien rodzaj wyzwania dla znawcy nagrań Lee Morgana. Z okładki nie dowiemy się bowiem, kiedy dokładnie i gdzie powstało to nagranie. Muzyczna zawartość sugeruje lato 1970 roku. W tym czasie w zespole Lee Morgana na saksofonie grał przede wszystkim Bennie Maupin. Chwilowe zastępstwo jest jednak możliwe i o istnieniu nagrań z Billy Harperem już kiedyś słyszałem. Przy okazji ciekawostka. Ostatnią swoją płytę, wciąż aktywny Harper nagrał w Szczecinie i zatytułował „Live From Poland”, to całkiem udana pozycja warta zainteresowania.

Z koncertowego lata 1970 roku istnieje kilka nagrań, w tym wyśmienity koncertowy album wydany oficjalnie przez wytwórnię, z którą Lee Morgan miał wtedy kontrakt – Blue Note, „Live At The Lighthouse”.  W oficjalnej dyskografii to przedostatni album trębacza, potem już udało się tylko nagrać „The Last Session”, wydany pośmiertnie, co niezbyt trudno zgadnąć, biorąc pod uwagę tytuł.

Wracając do dzisiejszej płyty… Biorąc pod uwagę czas nagrania i jego najprawdopodobniej zupełnie nieautoryzowany tryb rejestracji, jakość dźwięku jest całkiem znośna, choć oczywiście „Live At The Lighthouse” brzmi dużo lepiej.

Publiczność reagowała w owym czasie na występy zespołu Lee Morgana niezwykle żywiołowo, choć należy pamiętać, że był to już okres eksplozji nowej, jazz-rockowej stylistyki. Owa publiczność skłoniła zapewne Lee Morgana i Billa Harpera do jeszcze bardziej energetycznego grania i żywiołowych improwizacji.

Lee Morgan jest niekwestionowanym liderem i gwiazdą zespołu, ale jak każdy wyśmienity lider korzysta w pełniz potencjału pozostałych muzyków pozwalając im na wiele twórczej swobody. Otwarta struktura kompozycji pozwala zaliczyć na każdej stronie płyty solówki wszystkim członkom jego grupy.

Na pierwszej stronie płyty LP znajdziemy kompozycję nazwaną mylnie „Meo Felia”, która na oficjalnych wydawnictwach ma zwykle tytuł „Neophillia” i została napisana dla zespołu przez wspomnianego już Bennie Maupina. Drugą stronę wypełnia prawie w całości jam-session zatytułowane „C.R.” uzupełnione o krótki fragment innej kompozycji lidera – „Speedball”.

Fragmenty grane wspólnie przez trąbkę i saksofon pokazują zdumiewające zgranie obu solistów, szczególnie, jeśli weźnmiemy pod uwagę fakt, że Billy Harper był w zespole chwilowym zastępcą Bennie Maupina. Mimo wspomnianych wcześniej dość otwartych form obu utworów, to w równiej mierze doskonałe granie zespołowe, co wyśmienite solówki wszystkich członków zespołu.

Płyta powstała na kilkanaście miesięcy przed tragiczną śmiercią Lee Morgana. To był jeden z niezwykle twórczych okresów jego kariery, która miewała swoje wzloty i upadki. Te drugie wynikały zwykle z niepoukładanego życia prywatnego artysty. Przypuszczalnie, gdyby nie śmiertelne strzały jego towarzyszki życia, oddnane w jednym z nowojorskich klubów w czasie występu Lee Morgana, wkrótce nagrałby kolejne arcydzieła na miarę „Taru”, czy „The Sidewinder”.

Gdyby nie techniczne niedoskonałości nagrania, ta płyta mogłaby być ozdobą kolekcji nagrań Lee Morgana. W tej postaci pozostanie ważnym dokumentem przede wszystkim dla fanów trębacza. Dla mnie, jednego z jego licznych fanów ten album jest wyśmienity. Dla wszystkim innych słuchaczy będzie tylko dobry…

Z pewnością jednak wart jest odnalezienia, remasteringu i wznowienia, jeśli tylko wytwórnia Trip Jazz lub jej archiwa gdzieś jeszcze istnieją.

Mnie od lat intryguje pytanie, na które nigdy z oczywistych względów nie uzyskam odpowiedzi… Jaką muzykę grałby Lee Morgan w okresie, kiedy w latach osiemdziesiątych powrócił na scenę Miles Davis? Czy pozostałby przy swoim, czy próbowałby swoją techniką i wyśmienitym talentem kompozytorskim wesprzeć fusion, a później elektryczny jazz lat osiemdziesiątych?

Lee Morgan
One Of A Kind
Format: LP
Wytwórnia: Trip Jazz
Numer: TLP-5029

26 maja 2011

Simple Songs Vol. 14

Płytą tygodnia w RadioJAZZ.FM jest najnowszy album Nguyena Le wydany na początku 2011 roku przez Act! To wyśmienita płyta, urzekła mnie tak bardzo, że postanowiłem przynieść do studia również parę innych jego wcześniejszych nagrań. Być może są wśród słuchaczy również tacy, którzy słuchają naszego radia jedynie wieczorami, więc nie mieli jeszcze okazji posłuchać najnowszej produkcji tego wyśmienitego gitarzysty. Więc paru utworów z „Songs Of Freedom” z pewnością też posłuchamy.

Zacznijmy jednak od jednego z nagrań z płyty „Purple: Celebrating Jimi Hendrix”. To nagrany w 2002 roku album poświęcony autorskiej wizji kompozycji znanych z repertuaru Jimi Hendrixa. To z pozoru niemożliwe. Takie pomysły kończą się albo nieudolnym kopiowaniem mistrza, albo wydziwionymi na siłę eksperymentami, które do niczego odkrywczego nie prowadzą. Album Nguyena Le jest jednym z nielicznych wyjątków od tej reguły. Posłuchajmy zatem Nguyena Le, Me’shell Ndegeocello na gitarze basowej i Terri Lyne Carrington na perkusji. Zaśpiewa Aida Khann.

* Nguyen Le – Voodoo Child (Slight Return) – Purple: Celebrating Jimi Hendrix

Nguyen Le urodził się 14 stycznia 1959 roku w Paryżu. Jego rodzice pochodzą z Wietnamu. Z francuskim środowiskiem jazzowym oraz wietnamską mniejszością, która jest w Paryżu całkiem liczna związane są muzyczne korzenie tego gitarzysty. Pierwszą płytę solową wydał w 1990 roku – „Miracles” z udziałem Marca Johnsona (gitara basowa) i Petera Erskine’a (perkusja). Muzyczne inspiracje wietnamskim folklorem słychać w jego muzyce na każdym kroku. Posłuchajmy jego własnej kompozycji z płyty „Bakida”. Gościnnie na saksofonie tenorowym zagra Chris Potter.

* Nguyen Le Trio feat. Chris Potter – Chinoir – Bakida

Nowym zwyczajem audycji jest od tego wydania kilka słów o płycie, która w dniu audycji podróżuje ze mną w samochodzie. Wczoraj to był album Lee Morgana – „Candy”. Przypomniałem sobie o nim, kiedy zobaczyłem go na półce w sklepie w edycji Rudy Van Geldera w zupełnie niezpodziewanej cenie 24,99 zł. Za taką cenę powinni kupić go wszyscy, którzy lubią dobry jazz z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Czasy niekończących się sesji nagraniowych w studiu Rudy Van Geldera. Powstawało wtedy wiele pozycji wybitnych i jeszcze więcej bardzo dobrych. „Candy” to z pewnością nie jest najlepszy album Lee Morgana, jest jednak z pewnością wart zainteresowania, szczególnie za taką cenę. Oprócz lidera grają: Sonny Clark na fortepianie, Doug Watkins na kontrabasie i Art. Taylor na perkusji.

Nasza płyta tygodnia, to najnowszy album gitarzysty – „Songs Of Freedom”. To wyśmienita płyta. Wyprodukowana z dużym rozmachem, z udziałem wielu gości specjalnych. Wśród nich znajdziemy między innymi Chrisa Speeda, czy nagrywającą dla tej samej wytwórni, co Nguyen Le wokalistkę Youn Sun Nah. To produkt wielokulturowy, wymykający się jakimkolwiek klasyfikacjom gatunkowym. Sam Nguyen Le jest artystą nietuzinkowym, sprawnym technicznie gitarzystą potrafiącym bez zbytniego kombinowania i elektroniki osiągnąć unikalne i rozpoznawalne brzmienie. A to sztuka niełatwa. Lider jest nie tylko gitarzystą, ale również niezwykle innowacyjnym liderem zespołu, wizjonerem potrafiącym zobaczyć i utrwalić muzyczne obrazy, jakich inni nie dostrzegają. Posłuchajmy bluesa Janis Joplin w której rolę wcieli się Himiko Paganotti.

* Nguyen Le – Uncle Ho’s Benz / Mercedes Benz – Songs Of Freedom

Oczywiście można uznać, że to skomplikowana produkcja studyjna, efekty elektroniczne i wcześniej nagrane odgłosy wmontowane w czasie pracy w studio. Oczywiście dużo w tym prawdy. Posłuchajmy zatem jak trio Nguyena Le brzmi na koncercie. To będzie fragment nagrania występu zespołu z festiwalu w Montreux w 2000 roku, dostępny na promocyjnej płycie wytwórni Act!

* Nguyen Le Bakida Trio– Dding Dek – Magic Moments: Live In Montreux

Wróćmy na chwilę do naszej płyty tygodnia – „Songs Of Freedom”. Posłuchajmy otwierającej płytę kompozycji spółki John Lennon i Paul McCartney – „Eleanor Rigby”. Z tej płyty nie jest łatwo wybrać najciekawsze nagrania, bowiem wszystkie brzmią zdumiewająco świeżo i pokazują jednocześnie jak szerokie są zainteresowania i wiedza muzyczna naszego bohatera.

* Nguyen Le feat. Youn Sun Nah – Eleanor Rigby – Songs Of Freedom

Posłuchajmy jak Nguyen Le gra gościnnie w jednym z lepszych ostatnio projektów Uri Caine’a –„The Othello Syndrome”. Na trąbce zagra Ralph Messi, a kompozycja jest dość luźno związana z twórczością Giuseppe Verdiego, tak jak cały dość egzotyczny i niespodziewany, ale brzmiący całkiem świeżo projekt tego awangardowego pianisty. Nagrań dokonano pomiędzy 2005 i 2008 rokiem.

* Uri Caine feat. Nguyen Le – Drinking Song – The Othello Syndrome

Jeszcze jedna arabska wizja kompozycji Jimi Hendrixa – „Are You Experienced” z płyty „Purple: Celebrating Jimi Hendrix”. Partia wokalna to Corin Curschellas, a oprócz lidera zagrają Me’Shell Ndegeocello i Terri Lyne Carrington.

* Nguyen Le – Are You Experienced – Purple: Celebrating Jimi Hendrix

Suplement, czyli to, czego nie udało się zmieścić w godzinnej audycji:

„Black Dog” z repertuaru Led Zeppelin to miejsce, w którym Nguyen Le nie mógł sobie darować gitarowego szaleństwa. Do tego zupełnie abstrakcyjna afrykańska wokaliza Dhafera Youssefa. Choć może to jest tekst w jakimś języku, którego nie rozpoznaję… Na początku jest wstęp, który przypomina tybetańską mantrę. Taki już jest Nguyen Le. W roli Roberta Planta wystąpi Dhafer Youssef, w roli Jimi Page’a oczywiście Ngyuen Le.

* Nguyen Le – Ben Zeppelin / Black Dog – Songs Of Freedom

A już za tydzień zajmiemy się ciekawostkami nagraniowymi Cassandry Wilson. To będzie kolejny element umilający oczekiwanie na najważniejsze wydarzenia tegorocznego Warsaw Summer Jazz Days. W audycji znajdzie się miejsce na ciekawostki z jej bogatej dyskografii. Będziemy jednak starali się omijać jej katalogowe płyty, poszukując innych, mniej oczywistych składów i muzycznych śladów współpracy Cassandry z tymi największymi i tymi nieco mniej znanymi muzykami. Będzie przebojowo i nieco niespodziewanie, a bilety na jej koncert 22 czerwca, na którym wystąpi też Avishai Cohen możecie kupić już teraz. Ja będę tam na pewno.

06 maja 2011

Lee Morgan - Delightfulee

Dzisiejsza płyta z pewnością nie należy do najważniejszych w dorobku Lee Morgana. Ja jednak z pewnością zaliczam się do fanów tego wybitnego trębacza, dlatego czasem sięgam również do tych mniej znanych i pewnie nieco słabszych, co nie znaczy, że słabych pozycji. Te najważniejsze, czyli The Sidewinder i Taru opisywałem już wcześniej tutaj:



Całkiem niedawno odświeżyłem sobie też nieco już przez moją muzyczną pamięć zapomnianą płytę Tom Cat:


Lee Morgan to niewątpliwie obok Freddie Hubbarda najważniejsza postać jazzowej trąbki lat sześćdziesiątych. Dzisiejsza płyt jest dowodem na to, że nawet zmagając się z przeciwnościami nie najlepiej zorganizowanej sesji udało się nagrać całkiem ciekawy materiał. Mój egzemplarz płyty, to edycja Rudy Van Gelder Edition wzbogacona o cztery istotne z punktu widzenia całości utwory. Pierwotnie na program płyty złożyły się cztery utwory zagrane w składzie z Joe Hendersonem na saksofonie tenorowym i sekcją, którą tworzyli McCoy Tyner, Bob Cranshaw i Billy Higgins. Do tego płyta zawierała dwa utwory nagrane w większym składzie – ośmiu instrumentów dętych i zaaranżowane przez Oliviera Nelsona. Repertuar płyty to tradycyjnie dla wydawnictw Blue Note z tamtego okresu mieszanina materiału napisanego specjalnie na ta sesję przez lidera (całkiem zgrabne 4 kompozycje) i dwa tak zwane przeboje, które miały z pewnością pomóc w sprzedaży albumu. Te komercyjne wehikuły to w tym wypadku Yesterday Johna Lennona i Paula McCartneya oraz Sunrise, Sunset – temat przewodni z musicalu Skrzypek na dachu (Fiddler On The Roof). Te właśnie dwa utwory zagrane są w większym składzie.

W takiej postaci wyglądało na to, że owe dwa utwory dołożono z jakiegoś magazynu odrzutów, chcąc dopełnić album do wymaganej długości i zwiększyć jego sprzedaż. Jednak dopiero edycja Rudy Van Gelder Edition ujawnia, że kompozycje oryginalnie zagrane na płycie w kwintecie też zostały zaaranżowane i zagrane przez orkiestrę pod wodzą Oliviera Nelsona. W tej edycji dostajemy dodatkowo prawie pół godziny wartościowej i jakże odmiennej muzyki. Przedziwny doprawdy pomysł miał Alfred Lion produkując tę płytę i tworząc tak przedziwną mieszankę.

Muzyka też jest dość zadziwiająca. Już otwierająca płytę kompozycja lidera Ca-Lee-So to introdukcja o jaką podejrzewałbym wielu pianistów, ale na pewno nie McCoy Tynera. Niezwykle zwiewnie i lekko zagrany temat, zgodnie z sugerującym to tytułem, nawiązujący rytmicznie do calypso. W kolejnym utworze z kolei Joe Henderson momentami gra gdzieś zupełnie poza melodią, posługując się jedynie akordowym schematem kompozycji i wydobywając ze swojego saksofonu brudne dźwięki przypominające bardziej wczesnego Johna Coltrane’a, niż gładkie, nienaganne technicznie frazy z których go wszyscy znamy.

Lider zawsze pozostaje sobą, grając wyśmienite solówki, niezwykle kompetentne i przemyślane, tradycyjnie raczej komentujące temat przewodni niż ścigające się na ilość dźwięków z innymi mistrzami trąbki. Nawet z Yesterday i Sunrise, Sunset potrafi zrobić jazzowe perełki, niezależnie od tego, że za plecami ma cały tłum instrumentów dętych, wśród których jest między innymi druga trąbka (Ernie Royal), saksofon altowy (Phil Woods) i saksofon tenorowy (Wayne Shorter). W wariancie orkiestrowym Billy Higginsa zastępuje Philly Joe Jones, który najwyraźniej nie odnajduje się w tym klimacie, pozostając w jakiś przedziwny dla siebie sposób bez porozumienia z pozostałymi muzykami sekcji rytmicznej i jednocześnie wprowadzając odrobinę bałaganu poprzez nadużycie czyneli.

Tak więc dostajemy w sumie wyśmienite solówki Lee Morgana, które są podstawową wartością tej płyty i poprawną, ale nie wybitną resztę. To właśnie dlatego The Sidewinder i Taru to dzieła wybitne, a ta płyta jest tylko dobra. A Yesterday całkiem fajne…

Lee Morgan
Delightfulee
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 094639277025

29 kwietnia 2011

Lee Morgan - Tom Cat

Lee Morgan, to obok Clifforda Browna mój ulubiony trębacz. Stąd też nawet te mniej znane jego płyty, jak ta dzisiejsza są przedmiotem mojego muzycznego zainteresowania. Umieszczony na Tom Cat materiał zarejestrowany został w sierpniu 1964 roku. To był szczególny czas dla Lee Morgana. Właśnie wracał do pełni sił po kilkunastu miesiącach przerwy spowodowanej narkotykowym odwykiem. To był również czas, kiedy ukazała się jego przebojowa płyta – The Sidewinder, która trochę przez przypadek, w zupełnie nieprzewidywany przez wydawców i muzyków uczestniczących w tej sesji sposób stała się jednym z nielicznych w owym czasie prawdziwych jazzowych przebojów. Sukces komercyjny kompozycji tytułowej przerósł najśmiejsze oczekiwania i spowodował, że takie „zwyczajne” sesje, jak umieszczona na dzisiejszej płycie wylądowały na wiele lat na półkach wytwórni.

Tom Cat czekał na wydanie aż do 1981 roku. To niewiarygodne, jak relatywnie i w odniesieniu do chwilowego kontekstu związanego z The Sidewinder wydawcy potraktowali Tom Cat. To nie jest oczywiście najlepszy materiał, który zagrał Lee Morgan w życiu. Ta płyta cierpi na tym, co jest wadą wielu sesji z tego okresu ze studia Rudy Van Geldera. Nieco przypadkowy skład, słabo przygotowany materiał i powstające zapewne przynajmniej w części bezpośrednio w studiu aranżacje. Tak więc muzyka nie wychodzi poza schemat tego okresu – temat, często zagrany przez dwa lub trzy instrumenty dętę, a potem po kilka chorusów dla każdego.

Cały materiał, za wyjątkiem jednej kompozycji McCoy Tynera został przygotowany przez lidera. Kompozycje są poprawne, ale bez jakiejś sensacyjnej niespodzianki. Dość stwierdzić, że żadna z nich raczej nie stała się standardem, nie tylko nagrywanym na płytach, ale nawet grywanym na koncertach.

Przypadkowość składu nie oznacza, że muzycy spotkali się wtedy pierwszy raz w studio. Lee Morgan i Curtis Fuller (puzon) znali się z Jazz Messengers Arta Blakeya. Grali też razem na kilku dobrych płytach Jimmy Smitha i w swoich własnych solowych projektach. No i spotkali się u Johna Coltrane’a na jednej z jego najważniejszych płyt – Blue Train. Jackie McLean (saksofon altowy) grał już wcześniej z liderem na jego płycie Leeway, grał też koncerty z Jazz Messengers. Grający na dzisiejszej płycie na kontrabasie Bob Cranshaw był filarem wspomnianej The Sidewinder. McCoy Tyner (fortepian) debiutował właśnie u Curtisa Fullera. Przed sesją Tom Cat spotkał się z liderem w studiu nagrywając Night Dreamer Wayne Shortera. Udział w tej sesji perkusisty Arta Blakeya jest dość nietypowy, bowiem w czasie jej powstania nie brał udziału w zasadzie w żadnych sesjach poza swoim zespołem. Tu stawił się na wezwanie chcąc pomóc wrócić do normalnego muzycznego życia Lee Morganowi.

Mimo tej przypadkowości składu, płyta pokazuje lidera w najwyższej muzycznej formie, tak jakby chciał pokazać, że potrafi wszystko. W balladzie McCoy Tynera Twilight Mist znajdziemy wysmakowane liryczne solo trąbki. W opartej na akordach tematu Henry Manciniego Pink Panter kompozycji tytułowej znajdziemy lidera rzucającego do boju cały arsenał sztuczek technicznych i wirtuozerii. Z kolei w Twice Around – kompozycji będącej przeróbką Work Song Bobby Timmonsa Lee Morgan jest wybitnym hard bopowym stylistą pokazującym  istotę stylu, na którym opierał wiele swoich wcześniejszych nagrań.

Pozostali muzycy nie ścigają się z liderem. Grają swoje, starając się znaleźć miejsce do pokazania własnego stylu. McCoy Tyner gra w ten sposób introdukcję do Tom Cat i jest ważnym członkiem zespołu w swojej własnej kompozycji Twilight Mist. Art Blakey jest sobą, pozostaje w tle, ale w każdym momencie rozpoznawalny i tworzący solidny fundament rytmiczny dla solistów.

To ważna i niedoceniana płyta w dorobku Lee Morgana. Gdyby nie The Sidewinder, z pewnością ukazałaby się niezwłocznie po nagraniu i zebrała niezłe recenzje. W 1964 roku takie płyty powstawały od niechcenia, w przerwie między rozlicznymi koncertami. Gdyby została nagrna dziś – byłaby okrzyknięta przez krytyków objawieniem hard bopu, który dziś nazywamy już jazzowym mainstreamem.

Lee Morgan
Tom Cat
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 094635551525

23 grudnia 2010

Lee Morgan - Taru

Wracając trochę do dawno nieobecnych klimatów jazzu dziś wybór padł na dość nietypową pozycję. Sesja do albumu Taru została zarejestrowana w 1968 roku, a na wydanie czekała aż do 1980 roku. Z pewnością przyczyną nie była jakość zarejestrowanego materiału. Muzyka jest bowiem wyśmienita.

Gdyby Lee Morgan dysponował w 1968 roku nazwiskiem choćby w połowie tak wszechmocnym, jak Miles Davis, to być może to właśnie Taru byłaby okrzyknięta kolejną jazzową rewolucją. Otwierający płytę utwór Avotcja One wyprzedza o kilka miesięcy pierwsze płyty Davisa z udziałem gitarzystów.

Unikalność tych nagrań to nie tylko doskonałe partie trąbki w połączeniu z nowocześnie brzmiącą gitarą George’a Bensona, ale także obecność Bennie Maupina, który już wtedy miał w głowie nuty, które grał później na jazz – rockowych albumach Milesa Davisa.

Część utworów brzmi jednak bardziej konwencjonalnie. Może właśnie brak stylistycznej spójności kompozycji wysłał te nagrania na ponad 10 lat do przepastnych archiwów Blue Note. Ta płyta miała szansę zaistnieć na rynku w 1968 roku, w latach siedemdziesiątych, kiedy sprzedać można było właściwie tylko przeróżne mieszanki rocka z jazzem nie miała właściwie żadnych szans.

Na co warto zwrócić uwagę na tej płycie? Przede wszystkim na doskonałe kompozycje lidera, łączące niebanalne harmonie z chwytliwymi melodiami. Inwencja w konstruowaniu melodii Lee Morgana dorównuje mistrzostwu Herbie Hancocka i Paula Desmonda. To właśnie na bazie harmonicznych eksperymentów kompozytora muzycy konstruują swoje partie solowe.

Taru to również świetny, jazzowy George Benson. A co chyba najważniejsze, partie grane przez trąbkę i saksofon to wyborne porozumienie Morgana i Maupina, muzyków współpracujących ze sobą jedynie sporadycznie.

Taru to wybitny i na pewno niedoceniany album w dorobku tego wybitnego, przedwcześnie zmarłego muzyka. Często pewnie ginie na półce z nagraniami Lee Morgana obok takich albumów jak Sidewinder, Standards, Serach For The New Land. Zupełnie niepotrzebnie, bo to niezwykle ciekawa, wypełniona świetnymi kompozycjami zagranymi przez wybitnych muzyków płyta.

Lee Morgan zmarł w 1972 roku, wtedy jeszcze nie potrafiłem utrzymać w ręce aparatu fotograficznego. Jako ilustrację niech więc posłuży wyciągnięte z archiwum zdjęcie Bennie Maupina, postaci numer dwa z dzisiejszej płyty, wykonane w czasie jednego plenerowych koncertów w Sulęczynie:



Lee Morgan
Taru
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 72435226702

28 września 2010

Lee Morgan - The Sidewinder

Po nieudanym doświadczeniu koncertowym (Ivan Lins i Concha Buika) trzeba było sięgnąć po jakiegoś pewniaka. Dziś o pozycji klasycznej, jednej z tych płyt, które należą do absolutnego kanonu nagrań jazzowych. Ta genialna płyta ma w zasadzie tylko jedną wadę. Jest nią, co paradoksalne, tytułowa kompozycja otwierająca płytę. Bez tego utworu, płyta byłaby wypełniona świetną muzyką, a tak jest tłem dla tytułowej kompozycji. A ta może bez wątpienia zostać porównana do najlepszych, przebojowych kompozycji Herbie Hancocka, Milesa Davisa, czy Dave Brubecka.

Tak więc jeśli ktoś tej płyty jeszcze nie zna, co wydaje się w sumie dość nieprawdopodobne, proponuję przy pierwszym słuchaniu pominąć utwór tytułowy i posłuchać go na koniec. Taka strategia powinna pomóc docenić pozostałe napisane przez młodego Lee Morgana kompozycje.

Tej płyty nie powinno zabraknąć na półce kogokolwiek, kto lubi dobrą muzykę. To pozycja absolutnie obowiązkowa.

Jeśli pominąć fakt, że autorem wszystkich kompozycji jest Lee Morgan, to z muzycznego punktu widzenia gra na płycie równie dużo, co Joe Henderson. I choć zwykle to trąbka gra pierwsze solo, które definiuje kształt utworu, to te w wykonaniu Hendersona wcale nie są gorsze, czy mniej ważne dla brzmienia całości. Właściwie jedyną słabszą stroną tej płyty jest moim zdaniem gra Billy Higginsa na perkusji. Jest zbyt twarda. Nie pomaga temu realizacja nagrania, jednak oparcie rytmu chwilami prawie wyłącznie na na metalicznym brzmieniu talerzy jest zbyt męczące dla słuchacza. Dodatkowo gra Barry Harrisa na fortepianie nawiązującego mocno do stylu McCoy Tynera, często w okresie nagrania The Sidewinder grającego z Joe Hendersonem, potęguje efekt ostrości rytmu pozostający w dysonansie do miękkiej gry, choć rytmicznej i na pewno nie rozlazłej gry lidera.

Na wydanej w 1989 roku cyfrowej reedycji, oprócz niczym niewyróżniającego się remasteringu pierwotnych nagrań dodano alternatywną wersje utworu Totem Pole. To wcześniej nie publikowane nigdzie oficjalnie nagranie jest ciekawsze od wersji pierwotnej umieszczonej na płycie analogowej. To nie jest częstym zjawiskiem. Zwykle w procesie selekcji producent do spółki z muzykami wybiera najlepszą wersję. Ta dodatkowa, dodana po latach, zawiera ciekawe otwarcie fortepianu Barry Harrisa, a solówki Lee Morgana i Joe Hendersona są jakby żywsze i bardziej spontaniczne. To tylko spekulacja, ale być może zwyczajnie nie pasowały do bardziej wyważonego charakteru pozostałych utworów na płycie. W każdym razie te dodatkowe 10 minut muzyki warte jest akurat w tym przypadku uwagi i uzasadnia zakup tego wydania. Choć, jak zwykle, dobrze zachowany analog z pierwszej edycji płyty chętnie widziałbym w swoich zbiorach..

Warty osobnego wspomnienia jest utwór Gary’s Notebook – to idealny przykład wspólnej gry trąbki i saksofonu. Tu każda nuta pasuje do poprzedniej i następnej, może jest neico zbyt przewidywalna, jednak kompetentna, świetnie zagrana i umieszczona dokładnie tam, gdzie trzeba. Znając historie wielu sesji w studiu Rudy Van Geldera organizowanych zwykle bez większych przygotowań, często późną nocą po klubowych występach, zwykle w składach dyktowanych dostępnością muzyków, a nie preferencjami stylistycznymi lidera, to wzajemne porozumienie Morgana i Hendersona, którzy oprócz The Sidewinder nagrali jedną płytę firmowaną nazwiskiem saksofonisty jest doprawdy niewiarygodne.

Tak więc podsumowując – to pozycja wybitna i obowiązkowa dla każdego.

Lee Morgan
The Sidewinder
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 077778415725