04 września 2019

Take Five - CoverToCover Vol. 1


Historia muzyki zna wiele przykładów na doskonałe nagrania dawno zapomnianych kompozycji. Często nie pamiętamy wersji pierwotnych, nagranych przez tych, co utwór napisali, lub wykonanych przez mało znanych artystów. Jazzowe interpretacje kompozycji stworzonych dla wykonawców muzyki popularnej zyskują zwykle zupełnie nowe życie. Proste melodie stają się platformami do wybitnych improwizacji, pretekstem do zagrania zupełnie czegoś innego, jednocześnie będąc chytrym sposobem na zainteresowanie klientów, którzy znają oryginał. Zmiany stylu, lub instrumentów pozwalają znaleźć nowy obraz kompozycji. Niektóre tematy przypisane są wręcz do konkretnego instrument, a jednak można je zagrać inaczej. Znane rockowe gitarowe przeboje brzmią często ciekawie zagrane przez fortepiano solo. Bywa też odwrotnie. Każda znana kompozycja ma swoją historię, a wiele było wykonywanych i nagrywanych tysiące razy. Warto te historie opowiedzieć. O wielu piosenkach napisano całe książki, czasem dotyczące jedynie jednej studyjnej rejestracji. CoverToCover to moje subiektywne spojrzenie na piękne melodie, z reguły pojawi się oryginał i jakaś zupełnie nieoczekiwana i zaskakująca wersja. Z pewnością będzie wiele jazzowych standardów, melodii znanych z pierwszych miejsc list popowych przebojów, które upiększyli kreatywni improwizatorzy. Nie zabraknie najbardziej znanych jazzowych przebojów i instrumentalnych wersji piosenek, których teksty wielu zna na pamięć. W kolejce czeka w tej chwili 178 pomysłów na kolejne odcinki. To nie będzie lista przebojów, więc kolejność jest przypadkowa.


Paul Desmond to człowiek, którego cały świat zna jako kompozytora jednego z największych jazzowych przebojów – „Take Five”, utworu, który po raz pierwszy pojawił się w 1959 roku na płycie kwartetu Dave Brubecka pod tym samym tytułem (to był oczywiście singiel). Album „Time Out” ukazał się w grudniu najdoskonalszego dla jazzu roku 1959. Na stronie B singla z „Take Five” umieszczono nagraną częściowo w równie nietypowym metrum 9/8 kompozycję „Blue Rondo a la Turk” autorstwa Dave Brubecka. Literatura pełna jest różnych wersji historii o tym, jak to Paul Desmond chciał zrobić dowcip fantastycznemu perkusiście zespołu Brubecka – Joe Morello, który ponoć miał mieć trudności z nietypowym metrum – „Take Five” napisał więc w 5/4. Joe Morello był perkusitą wybitnym i z takimi sprawami radził sobie fenomenalnie. Z Brubeckiem nagrał kilkadziesiąt albumów. Kiedy nie jeździł z nim po świecie, uczył młodszych perkusistów również tych nietypowych podziałów. Jego uczniami są między innymi jeden z najlepszych perkusistów rockowych wszechczasów – Max Weinberg (E-Street Band) i Danny Gotlieb. Wedle wielu statystyk singiel „Take Five / Blue Rondo a la Turk” jest największym jazzowych przebojem wszechczasów. Sporo w tym prawdy, nie tylko liczbowo.

„Take Five” było wielokrotnie nagrywane przez samego Brubecka. Ciekawą interpretację przygotował wiele lat temu George Bensona („Bad Benson”). Utwór wydawać się może związany na zawsze z fortepianem i saksofonem, już w 1974 roku Benson zagrał na gitarze. Ciekawą polska interpretację kilka lat temu przygotował Piotr Baron w towarzystwie między innymi Jorgosa Skoliasa i Wojciecha Mazolewskiego. Najciekawsze jednak moim zdaniem będzie zestawienie oryginału z rockową wersją tria Ceramic Dog (Marc Ribot / Shahzad Ismaily / Ches Smith) z albumu „Your Turn” z 2013 roku. Ten sam utwór, a jednak zupełnie inny. Tym razem z klasycznej jazzowej melodii powstaje rockowa awangarda.

Utwór: Take Five
Album: Time Out
Wykonawca: Dave Brubeck Quartet
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1959
Numer: 5099706512226
Skład: Dave Brubeck – p, Paul Desmond – as, Eugene Wright – b, Joe Morello – dr.

O tej płycie więcej dowiecie się tutaj: Dave Brubeck - Time Out

Utwór: Take Five
Album: Your Turn
Wykonawca: Ceramic Dog
Wytwórnia: Yellowbird
Numer: 767522773521
Skład: Marc Ribot – g, Shahzad Ismaily – b, Ches Smith – dr.

O tej płycie więcej dowiecie się tutaj: Ceramic Dog - Your Turn

03 września 2019

Wojciech Karolak – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Pan Wojciech jest absolutnym mistrzem sprzeczności. Oczywiście najpierw, co najważniejsze jest wielkim muzykiem, ale sprzeczności są wyznacznikiem jego historii, przynajmniej dla mnie. Mógł zrobić oszałamiającą światową karierę, ale chyba nie za bardzo mu się chciało. Mam własną koncepcje, dlaczego tak wyszło. To wcale nie trudności z podróżowaniem, paszportami, wizami, które dotykały wielu polskich muzyków w czasach młodości Karolaka. To raczej troska o wygodę życia i chęć spędzania większości czasu w towarzystwie Marii Czubaszek. Takie wnioski można wysnuć z biografii i rzadkich wywiadów udzielanych przez samego zainteresowanego.

Przy okazji opisywania historii amerykańskiej kariery Michała Urbaniaka pisałem o tym, że jego zespół rozpadł się po nagraniu „Atmy”, głównie dlatego, że Wojciech Karolak, który zastąpił w składzie Adama Makowicza, chciał jak najszybciej wrócić do Polski, bowiem właśnie zakochał się w Marii Czubaszek.

Wojciech Karolak mógł być światowej sławy pianistą, zaczynał jednak od saksofonu. Zmiana instrumentu to rzeczy typowa w życiorysach polskich muzyków jazzowych. Urodzony w Warszawie, dorastał i zdobywał pierwsze muzyczne doświadczenia w Krakowie, gdzie debiutował w końcówce lat pięćdziesiątych w zespole Jazz Believers, w którego składzie było już wtedy dwu doskonałych pianistów – Krzysztof Komeda i Andrzej Trzaskowski. Chwilę później, ciągle grając na saksofonie znalazł się w formacji The Wreckers Trzaskowskiego, gdzie również miejsce pianisty było zajęte przez lidera. Tutaj zmienił alt na tenor. Nie po raz pierwszy, ale z pewnością na dobre Karolak zasiadł za klawiaturą fortepianu w kwartecie Andrzeja Kurylewicza, również znakomitego pianisty, który akurat wtedy grał na trąbce.

W 1962 roku powstało trio Karolaka z Andrzejem Dąbrowskim i Romanem Guciem Dylągiem. W tym składzie zespół nagrał pierwszą z tych stosunkowo łatwych do kupienia płyt z udziałem Karolaka – w 1962 roku muzycy zagrali jako zespół towarzyszący Donowi Ellisowi na Jazz Jamboree. To pierwsze z nagrań, które przeczy często słyszanej w jazzowym towarzystwie tezie, że Karolak nagrał tylko jedną płytę pod własnym nazwiskiem (doskonałe „Easy!” z 1975 roku). Od niedawna ta zupełnie pozbawiona nawet odrobiny prawdy historia jest już zupełnie nieprawdziwa za sprawą fantastycznego albumu „Moontag”. Na pewno Pan Wojciech nie przepada za rolą lidera organizacyjnego, choć od zawsze sporo komponuje i aranżuje, często występując w roli lidera, na okładkach jego płyt tego nie widać.

Dla początkujących kolekcjonerów zebranie istotnych elementów solowej dyskografii Wojciecha Karolaka będzie nie lada wyzwaniem. „A Softly Touch, And Go” firmowane przez Wojciecha Karolaka i Zbigniewa Kalembę, płyty nazywane dydaktycznymi wydawane dawno temu na warsztaty w Chodzieży przez Poljazz, „Piątek Wieczorem” Karolaka i Sławomira Wierzcholskiego, zagadkowy dla mnie i nieosiągalny singiel „Discopus Nr 1” z 1980 roku o kosmicznym brzmieniu elektronicznym (takie były czasy), czy limitowana edycja nagranej niedawno płyty „In A Sentimental Mood” Wojciecha Karolaka i Adama Czerwińskiego. Jest jeszcze równie trudne do zdobycia „Spotkanie” Karolaka, Muniaka i Jonkisza. To tylko niektóre z przykładów albumów z Wojciechem Karolakiem w roli głównej.

Do tego możecie dopisać pozycje oczywiste w jazzowym kanonie – „Time Killers” firmowany nazwiskami wszystkich uczestniczących w nagraniu muzyków – Szukalskiego, Karolaka i Bartkowskiego, moim zdaniem niedoceniany „Easy!” z 1975 i całą serię wyśmienitych nagrań z Jarosławem Śmietaną. Jak na 60 lat kariery może to niewiele, ale narzekać wypada tylko tym, którzy cały ten materiał poznają. Ja jeszcze nie mogę narzekać, kilka nieosiągalnych wydawnictw ciągle jest wysoko na mojej liście poszukiwań, choć wiem, że raczej nie zostaną wznowione.

Podsumowując bogaty i mocno nieosiągalny dorobek nagraniowy Wojciecha Karolaka warto również przypomnieć, że skomponował muzykę do wielu filmów, sztuk teatralnych, a także piosenek do tekstów Marii Czubaszek i Agnieszki Osieckiej. Ilości występów gościnnych nie da się policzyć. Nazwisko Wojciecha Karolaka pojawia się na wielu doskonałych, niekoniecznie jazzowych albumach w rodzaju „Tak! Tak!” Grzegorza Ciechowskiego, „Tribute To Eric Clapton” wielu polskich gwiazd, „W Moich Ramionach” – polskim projekcie zrealizowanym z Nickiem Cave’em czy „Szeptem” Anny Marii Jopek.

Poszukiwanie trudnych do znalezienia nagrań jest ciekawym elementem muzycznych zainteresowań tych, co zajmują się podobnie jak ja muzyką w sposób pasywny, czyli nie tworzą jej samodzielnie. Warto jednak wiedzieć czego szukać i skąd akurat taka muzyka wzięła się na płytach określonych wykonawców.

U Wojciecha Karolaka nie będzie to łatwe, bowiem grał właściwie każdy możliwy rodzaj sensownej muzyki, może poza taką, której najczęściej słucha się w filharmonii albo operze. Mistrz doskonale swinguje i czuje bluesa, co udowadniał niezliczoną ilość razy grając koncerty z Jarosławem Śmietaną. Sam wiele razy mówił o tym, że przez pomyłkę urodził się w Warszawie, a nie gdzieś w Stanach, najlepiej na południu, co dałoby więcej szans muzycznych i dostęp do dobrych Hammondów, jakich wiele dostępnych jest tam na rynku wtórnym. Jest jednym z absolutnych światowych mistrzów gry na Hammondzie, choć może są kraje, gdzie nikt o tym nie wie. Ja jednak zawsze czekam na te w sumie nieliczne momenty, kiedy siada do fortepianu, bowiem wtedy dzieją się rzeczy zdecydowanie magiczne, tak jak na najnowszej płycie „Moontag”. Czekałem na taki album wiele lat i wreszcie jest.

Po drodze do owej pianistycznej doskonałości Wojciech Karolak grał na saksofonie w Jazz Believers i The Wreckers i współtworzył Polish Jazz Quartet Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Na pierwsze organy Hammonda zarobił w Szwecji w początkach lat siedemdziesiątych. Był członkiem Mainstreamu Ptaszyna i współtwórcą „Time Killers”. Jego prawdopodobnie ulubioną formacją jest trio, to pierwsze z Romanem Dylągiem i Andrzejem Dąbrowskim i to najnowsze z Pawłem Pańtą i Arkiem Skolikiem. Na przestrzeni lat tych składów było wiele, razem z tym nietypowym instrumentalnie, ale chyba najsłynniejszym z Tomaszem Szukalskim i Czesławem Małym Bartkowskim zwane Time Killers. Idealny skład z gitarą, jakich wiele w jazzowej historii mistrzów Hammonda znalazł we współpracy z Jarosławem Śmietaną, tworząc duety równie udane jat te Jimmy Smitha z Wesem Montgomery, czy Kenny Burrellem, albo Brother Jacka McDuffa z Georgem Bensonem, czy Grantem Greenem, albo Pata Martino kiedy w jego zespole grali organiści.

02 września 2019

Jonathan Zwartz – Animarum


Australia jest dla mnie ciągle muzyczną zagadką. Mimo sporego już bagażu doświadczeń, ciągle trafiam na koncerty wykonawców, o których nigdy nie słyszałem i ofertę wydawnictw, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Kupując lokalne płyty często kieruję się ulepszaną od wielu lat intuicja. Wygląd okładki, jakość zdjęć, tytuły utworów, czy inne płyty tego samego wykonawcy leżące na półce obok. W przypadku „Animarum” intuicja, która nie zawodzi mnie często nie zadziałała. Tego albumu kierując się jego wyglądem nigdy bym nie kupił. Wszystkie nazwiska brzmiały obco. Okładka do tych, które przemawiają do mnie i skłaniają do zakupu nie należy. Nieopisany wydawca i niski numer katalogowy sugeruje self-publishing. Obecność kodu kreskowego sugeruje jednak szerszą dystrybucję, nie taką ograniczoną do koncertów i kilku zaprzyjaźnionych sklepów. Umieszczenie kodu na okładce kosztuje parę groszy i wiele amatorskich wydawnictw w Australii i wielu innych krajach go nie zawiera.


„Animarum” kupiłem w ciemno kierując się rekomendacją właściciela jednego z lepszych sklepów płytowych w Sydney – Birdland Records. Za nieco pretensjonalną i korzystającą z amerykańskiego dziedzictwa nazwą nie przepadam, ale już sama oferta sklepu jest doskonała, zarówno w zakresie jazzu światowego, jak i tego lokalnego. Przy okazji wskazówka – w wielu miejscach w Sydney i Melbourne sklepy znajdują się w budynkach biurowych na wyższych piętrach – trzeba wsiąść do windy i pojechać na piętro (w przypadku Birdland czwarte). To rzecz nietypowa i charakterystyczna dla lokalnego handlu. Przy dobrych ulicach witryny kosztują fortunę, a dostępność tanich piwnic jest ograniczona. Specjalistyczne sklepy – nie tylko z płytami nie mogą sobie pozwolić na wejście od ulicy. Szukajcie a znajdziecie. Birdland Records znaleźć warto. Kiedy byłem tam kilka tygodni temu, znalazłem nawet kilka płyt z Polski, akurat takich, których raczej nie polecam, ale przecież nie będziecie w Australii szukać płyt, które macie w zasięgu ręki. W sumie to dzięki ofercie internetowej „Animarum” też możecie kupić bez problemu, a może nawet przesyłka przyjdzie szybciej, niż z niektórych polskich sklepów, bowiem w Australii zwyczaj jest taki, że jak towar jest dostępny, to w magazynie sprzedawcy, a nie cenniku dystrybutora sprzed pół roku.

Wracając jednak do „Animarum” – wszystko co byłbym w stanie opowiedzieć Wam o muzykach odpowiedzialnych za to nagranie, pochodziłoby z internetu. Te informacje możecie odnaleźć sobie sami. Jak już wspomniałem, żadnego z muzyków wcześniej najprawdopodobniej nie słyszałem, a z pewnością nie zapamiętałem. Jednak „Animarum” zapamiętam i będę do tego albumu często wracał. Tak niewiarygodnego talentu do pisania pięknych i niebanalnych melodii, jakim dysponuje Jonathan Zwartz mogą mu pozazdrościć wielkie światowe sławy. Przy okazji Zwartz jest całkiem sprawnym kontrabasistą i liderem zespołu, ale gdyby był tylko kompozytorem, dla mnie i tak byłby wielką gwiazdą. Jak każdy basista, lubi się trochę popisać swoją techniką, ale nie zapomina ani na chwilę o tym, że muzyka jest najważniejsza. Jego bas, czasem rzeczywiście całkiem skomplikowany właściwie tylko raz występuje w dominującej roli instrumentu solowego (utwór tytułowy).

„Animarum” to album magiczny, otaczający słuchacza pięknymi melodiami, z pewnością nie rewolucyjny i odkrywczy, ale piękny i hipnotyzujący. Tu znowu zawiodła mnie intuicja, czteroosobowa, doskonale zaaranżowana przez lidera sekcja dęta mogłaby sugerować, mocne, big-bandowe brzmienie. Jest jednak zupełnie inaczej, to raczej rozbudowana paleta kolorów, których sprawnie używa lider.

„Animarum” to dzieło zespołowe, oprócz lidera, zapamiętam z pewnością i postaram się odnaleźć inne nagrania z udziałem saksofonisty Juliena Wilsona. Jeśli ktoś popisuje się indywidualnie na tej płycie, to właśnie Wilson. Nie jest również łatwo zapomnieć wybitnych momentów Phila Slatera (trąbka) w „Emily” i „Milton” oraz doskonałego puzonisty – to gatunek raczej wymierający – Jamesa Greeninga.

Wcześniejsze płyty Jonathana Zwartza uzupełniają moją rosnącą od lat listę albumów, o które w ramach możliwości rodzinnego budżetu muszę koniecznie uzupełnić swoje zbiory. Uwielbiam odkrywać, a odkrycie Jonathana Zwartza jest jednym z najciekawszych dla mnie w ostatnich miesiącach. Nie mogę się już doczekać przygody z jego starszymi nagraniami.

I jeszcze jedno - Jonathan Zwartz nie jest debiutantem, to jedna z legendarnych postaci australijskiego jazzu, człowiek z fantastycznym dorobkiem nagraniowym i niewiarygodnym talentem. Fajnie jest odkrywać takie nowości na drugim końcu świata.

Jonathan Zwartz
Animarum
Format: CD
Wytwórnia: Jonathan Zwartz
Numer: JZ003

01 września 2019

Sławomir Kulpowicz - Mistrzowie Polskiego Jazzu

Mój Sławomir Kulpowicz to zawsze na pierwszym miejscu wspomnienie niezwykłych występów z Shujaatem Khanem z połowy lat osiemdziesiątych. Album dokumentujący te występy i współpracę muzyków ukazał się w 1984 roku pod tytułem „Live On Tour In Poland”. Ten wydany wtedy w dużym nakładzie album stał się dla mnie na długie lata muzyczną wizytówką Sławomira Kulpowicza. Kilka lat później, jako jeden z nielicznych artystów Sławomir Kulpowicz namówił do gościnnego występu Czesława Niemena. Tak powstała równie niezwykła, ponadczasowa i ciągle egzotyczna płyta „Samarpan”. Już dzięki tym dwu albumom Sławomir Kulpowicz na zawsze pozostanie dla mnie niezwykłym, łamiącym wiele konwencji, podążającym zawsze swoją drogą artystą.

Jednak Sławomir Kulpowicz był przede wszystkim wyśmienitym pianistą jazzowym, co niestety jest równie trudno usłyszeć, jak odnaleźć jedną z wymienionych powyżej płyt w stanie pozwalającym na komfortowe słuchanie. Ostatnie wznowienie cyfrowe „Samarpan” ukazało się w 2005 roku nakładem Polskich Nagrań, a legalnego wydania cyfrowego „Live On Tour In Poland” nigdy nie widziałem. Zanim jednak opowiem o dorobku nagraniowym i trudnościach z jego skompletowaniem, w szczególności młodszym fanom należy się parę faktów.

Sławomir Kulpowicz urodził się w roku 1952 w Warszawie. Talenty muzyczne odziedziczył po ojcu – Witoldzie, którego zna każdy grający na akordeonie uczeń szkoły muzycznej w Polsce. Witold Kulpowicz był bowiem autorem doskonałych podręczników do tego instrumentu. Mój Sławomir Kulpowicz to ten, który wyśmienicie łączył jazz z muzyką indyjską, jednak w większości biogramów za jego największe osiągnięcie muzyczne uważa się istniejący zaledwie parę lat zespół The Quartet, który nagrał równie niewiele, co inne składy dowodzone przez Kulpowicza, a jednak zdołał na trwałe zapisać się w historii polskiego jazzu. Z pewnością z racji na doskonałą muzykę, ale również dlatego, że można o zespole opowiadać wiele razy, prezentując muzyczne biografie wszystkich jego członków, wybitnych postaci naszego muzycznego środowiska – Tomasza Szukalskiego, Pawła Jarzębskiego, Janusza Stefańskiego i dzisiejszego bohatera – Sławomira Kulpowicza. Nie bez znaczenia dla muzycznego dorobku Sławomira Kulpowicza pozostają jego nagrania z okresu poprzedzającego utworzenie The Quartet – czyli nagrania z kwartetem Zbigniewa Namysłowskiego. Ten istniejący równie krótko zespół wydał kilka doskonałych płyt. Niestety żadna z nich nie została chyba do dziś wznowiona. Wykorzystam więc okazję, żeby zaapelować o ich wznowienie, choć w sumie nie wiem do kogo można konkretnie taki apel skierować, bowiem namierzenie posiadaczy archiwów niemieckich wytwórni Vinyl Records (później znanej jako View i Teldec) i JG-Records, włoskiej Dire (Direarte), czy amerykańskiej Inner City Records jest niemal niemożliwe. W takich wytwórniach ukazywały się doskonałe nagrania zespołu Zbigniewa Namysłowskiego w połowie lat siedemdziesiątych, który później po zmianie saksofonisty na Tomasza Szukalskiego stał się znany jako The Quartet.

Odnalezienie albumów „1. 2. 3. 4...”, „Namyslovski”, „Live In Der Balver Hohle”, czy „Jasmin Lady” wśród używanych płyt nawet na największych europejskich giełdach jest jak wygranie losu na loterii, a to nie tylko doskonałe albumy, ale również ważne element dyskografii Sławomira Kulpowicza, pochodzące z czasów, zanim pojechał z Namysłowskim do Indii, gdzie poznał Shujaata Khana. Podobny los spotkał zresztą jeden z najlepszych albumów The Quartet płytę „Loaded” nagraną w Helsinkach i wydaną przez Leo Records Edvarda Vesali – wytwórnie w której archiwach spoczęły również prawdopodobnie na wieki ważne nagrania Tomasza Stańko.

Wiele razy wspominałem, że The Quartet, to przede wszystkim Tomasz Szukalski, jednak podobnie jak muzyki Johna Coltrane’a nie byłoby bez McCoy Tynera, tak muzyki Szukalskiego w The Quartet nie byłoby bez Sławomira Kulpowicza. Zresztą w gronie polskich muzyków można wskazać dwóch takich, którzy zbliżyli się bardzo do idei wielkiego Coltrane’a – to Zbigniew Seifert i Sławomir Kulpowicz. Ten pierwszy jest często nazywany Johnem Coltrane’em skrzypiec, a nasz dzisiejszy bohater co najmniej 3 razy był gościem na festiwalu Johna Coltrane’a w Los Angeles, i nagrał album wspólnie z Alice Coltrane i Radhą Botifasiną.

Po rozpadzie The Quartet w 1981 roku Sławomir Kulpowicz założył formację InFormation, której skład wielokrotnie się zmieniał. InFormation powstało jako trio, choć zespół bywał kwartetem, a nawet sekstetem. W ciągu kilku lat przez zespół, którego liderem był Kulpowicz przewinęło się wielu znakomitych muzyków, w tym Tomasz Stańko, Andrzej Olejniczak i Czesław Bartkowski. To kolejny zespół, którego dokonania koncertowe z pewnością nie zostały wystarczająco dobrze udokumentowane na płytach. W zasadzie przez całą swoją karierę Kulpowicz koncertował również solo. Był niezwykle zajętym muzykiem. Mimo faktu, że prowadził przez wiele lat w zasadzie dwa odrębne muzyczne projekty – ten stricte jazzowy i całkiem odrębny związany z hinduską tradycją muzyczną, jeśli starczało czasu, pojawiał się gościnnie na płytach innych artystów. Grał na fortepianie lub czasem na instrumentach elektrycznych z Johnem Porterem, Anną Marią Jopek i Stanisławem Sojką. Dodatkowo komponował muzykę do baletów i przedstawień teatralnych.

Sławomir Kulpowicz zmarł w 2008 roku. Już po jego śmierci Polskie Radio wydało kilka albumów z jego niepublikowanymi wcześniej nagraniami, prezentując solowe nagranie kompozycji baletowych, nieznane wcześniej rejestracje The Quartet, koncert Shujaata Khana z 2006 roku i nagrania InFormation w najmniejszym składzie z Witoldem Szczurkiem i Czesławem Bartkowskim.

Sławomir Kulpowicz był jednym z tych nielicznych geniuszy, którzy nie tylko Coltrane’a słuchali i usiłowali naśladować, ale rozumieli i potrafili jego pomysły rozwinąć. Miał w życiu szczęście do wyboru muzyków. Z Tomaszem Szukalskim stworzył najbliższy ideom Coltrane’a kwartet. Z Witoldem Szczurkiem i Czesławem Bartkowskim fortepianowe trio idealne. Kto słyszał na żywo, raczej nie przepadał za rozszerzaniem składu zespołu, nawet jeśli na scenie pojawiał się sam mistrz Stańko. W towarzystwie muzyków z bliskich jego sercu Indii po raz pierwszy pokazał tamtejszą muzykę polskiej publiczności. Niektórzy twierdzą, że od czasu, kiedy z Namysłowskim pojechał do Indii w 1978 roku w zasadzie nigdy już całkiem do Polski nie wrócił. Z The Quartet grał w Village Vanguard. Był nie tylko wyśmienitym pianistą, ale też kompozytorem. W ostatnim okresie swojej działalności koncentrował się na muzycznych eksperymentach, w których trudno było odnaleźć elementy klasycznie jazzowe. Próbował też na kilka lat przed śmiercią reaktywować The Quartet, ale nie wyszło z tego nic na tyle ciekawego, żeby warto o tym przypominać.

31 sierpnia 2019

Jerzy Milian - Mistrzowie Polskiego Jazzu

Jerzy Milian – kompozytor, aranżer, lider, dyrygent, wibrafonista, pianista, Muzyk. Człowiek renesansu. Wybitna postać polskiego ruchu muzycznego, człowiek, który potrafił zorganizować duże orkiestry i realizować muzykę użytkową w sposób wybitny, nie zapominając o swojej fascynacji jazzem, często wbrew systemowi, który nie wspomagał tego rodzaju działalności. Jakoś się udawało, często dokumentacja tych starań nie ukazywała się na płytach, znajdowała jedynie ulotne miejsce w radiu, telewizji i na deskach teatrów. Dziś dzięki staraniom fanów i niezwykłej w zakresie spuścizny artystycznej Jerzego Miliana dociekliwości wydawnictwa GAD Records kolejne fragmenty jego muzyki udostępniane są na płytach z serii „Jerzy Milian Tapes”. Nowej, aktualnej muzyki Miliana niestety już nie usłyszymy, muzyk zmarł w 2018 roku w wieku 83 lat.

Milian zaczynał swoją muzyczną edukację w klasie fortepianu, choć stosunkowo szybko zainteresował się kompozycją, której uczył się po wojnie w Berlinie i pobierając prywatne lekcje podobno nawet u samego Bogusława Schaeffera. Swoją pierwszą orkiestrę, dla której już wtedy komponował, zorganizował zanim zdał maturę. Kiedy miał 19 lat spotkał w Poznaniu Krzysztofa Komedę. Chcąc znaleźć dla siebie muzyczną przestrzeń w zespole porzucił fortepian na rzecz wibrafonu, instrument w 1954 roku egzotycznego i dostępnego w zasadzie jedynie w składzikach państwowych filharmonii. O tym ile kosztowało wypożyczanie tego instrumentu do prób i występów sekstetu Komedy w Poznaniu krążą legendy.

Na wibrafonie Milian zagrał z Komedą na pierwszym festiwalu w Sopocie w 1956 roku. Kiedy zespół został rozwiązany, Milian w odróżnieniu od innych muzyków nie przeniósł się do Krakowa ani do Warszawy. Pozostał w Poznaniu. Do grania z Komedą wrócił w 1961 roku. Grywał z Janem Ptaszynem Wróblewskim, Wojciechem Karolakiem i Andrzejem Kurylewiczem.

W 1963 roku na Jazz Jamboree zagrał z dużą orkiestrą symfoniczną muzykę swojego nauczyciela – Bogusława Schaeffera. Był niezwykle warsztatowo sprawnym aranżerem. Pracował szybko i efektywnie. W 1965 roku nawiązał mającą trwać ponad 20 lat współpracę z belgijską orkiestrą radiową BRT. Aranżował, komponował i nagrywał ze znaną wtedy nie tylko w Czechosłowacji orkiestrą Gustava Broma. Bywał też na nagraniach warszawskiego Studia Jazzowego Polskiego Radia. Nieco później nagrywał z orkiestrą radia w Bratysławie i Berlinie. Był współtwórcą Orkiestry Rozrywkowej Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach i jej wieloletnim dyrektorem.

Oprócz projektów stricte jazzowych jest autorem niezliczonej ilości kompozycji ilustrujących przedstawienia baletowe, filmy i program telewizyjne. Pisał muzykę ilustracyjną i rozrywkową dla orkiestr symfonicznych. Stworzył również nieco dziś zapomnianą operę „Łowy w Operlandii”. Ważnym elementem twórczości kompozytorskiej Jerzego Miliana była również współpraca z twórcą przedstawień baletowych i choreografem Konradem Drzewieckim.

Wiele lat temu przeczytałem w jednej z angielskich gazet historię związaną z muzyką Jerzego Miliana. Autor utrzymywał, że w latach siedemdziesiątych, kiedy telewizje nie nadawały program 24 godziny na dobę, po zakończeniu emisji wyświetlany był tak zwany obraz kontrolny. W tle pojawiała się muzyka, która miała upewniać tych, co przespali koniec program, że głośniki w ich telewizorach ciągle działają. Według autora artykułu, telewizja BBC z jakiś zupełnie nieznanych przyczyn przez wiele miesięcy emitowała w nocy razem z obrazem kontrolnym fragment muzyki Jerzego Miliana, przypuszczalnie były to nagrania z orkiestrą Gustava Broma. Ludzie w Wielkiej Brytanii pisali listy do BBC z prośbą o podanie tytułu płyty i wykonawcy. BBC tego ponoć nie ujawniło, a efektem było powstanie fanklubu nieznanej muzyki i jakieś petycje do władz. Po latach okazało się, że była to muzyka Miliana, co podwyższyło jeszcze i tak już wysokie ceny jego albumów z lat siedemdziesiątych, które upodobali sobie współcześni muzycy jako źródło doskonałych sampli.

Nigdy więcej tej historii nie słyszałem i nie udało mi się jej nigdzie potwierdzić, ale utkwiła mi w pamięci na długo, tym bardziej, że zanim GAD Records zaczął wydawać serię Jerzy Milian Tapes, w zasadzie oprócz albumu „Bazaar” o inne sensowne nagrania Jerzego Miliana nie było łatwo.

Dla wielu fanów jazzu Jerzy Milian jest więc członkiem zespołu Komedy, który krótko później rozstał się z jazzem i zajął się muzyką orkiestrową. Jednak w swoich działaniach zawsze był eksperymentatorem a eksperymentowanie to przecież nieodłączny element jazzowego grania.

Jedyny uznawany przez wszystkich jako w pełni jazzowy album Jerzego Miliana, który zarejestrował jako lider własnej formacji to „Bazaar”, którym w 1969 roku podsumował pierwsze 15 lat działalności artystycznej. Podobnie jak „Music For K” Tomasza Stańko, „Bazaar” powstał zaledwie kilka miesięcy po śmierci Krzysztofa Komedy, z którym związane były początki muzycznej kariery lidera. Nieprzypadkowo płytę otwiera wspólna kompozycja Jerzego Miliana i Krzysztofa Komedy. Do dzięki Komedzie Milian porzucił fortepian i zajął się wibrafonem, który już na zawsze miał pozostać jego podstawowym instrumentem, choć później raczej był nim zestaw – długopis, papier w pięciolinie i batuta dyrygenta.

Muzyka zespołu Komedy w 1956 roku była w Polsce jazzową awangardą. Od tego czasu, do nagrania albumu „Bazaar” minęło sporo czasu, doświadczenie muzyczne, podróże zagraniczne, szerszy dostęp do zagranicznych nagrań, współpraca z Bogusławem Schaefferem, orkiestrą Gustawa Broma, jazzowe i symfoniczne nagrania w Belgii i opracowania muzyki baletowej zmieniły Jerzego Miliana z początkującego wibrafonisty w wirtuoza uznawanego w Europie, wielokrotnie nagradzanego kompozytora muzyki awangardowej i klasycznej, a także lidera własnego zespołu.

Trio Jerzego Miliana, działające od 1966 roku uzupełnione zostało o muzyków zespołu Novi Singers – Ewę Wanat i Janusza Mycha, stworzyło z kompozycji lidera tytułowy muzyczny bazar. W efekcie powstała wielobarwna, zaskakująca i intrygująca materia muzyczna, będąca jedynym znanym nagraniem tria Miliana. Jego powstanie, jak sam lider przyznawał, inspirowane było nagraniami zespołu Victora Feldmana („The Arrival Of Victor Feldman”), który jako jeden z pierwszych zaproponował jazzowe trio z wibrafonem bez fortepianu w roli instrumentu harmonicznego.

Większość kompozycji, które zostały zarejestrowane na płycie „Bazaar” to rodzaj kompozytorskiego recyclingu, przerobienia, skrócenia, przearanżowania i wymyślenia na nowo tematów, które wcześniej pojawiały się w kompozytorskim katalogu Jerzego Miliana. „Memory Of Bach” Milian napisał wspólnie z Komeda krótko przed występem w Sopocie w 1956 roku. „My Favourite Band” został napisany dla belgijskiej orkiestry radiowej. Pierwotna rozbudowana, choć krótka aranżacja powstała z myślą o wielu instrumentach. „Tempus Jazz ‘67” jest fragmentem zaczerpniętym z kompozycji napisanej do baletu Konrada Drzewieckiego, a „Szkice Ludowe”, oparte na motywach opracowanych przez Oskara Kolberga – badacza polskiej muzyki ludowej – to fragment większej formy, również stworzonej przez Miliana dla belgijskiego radia.

Na „Bazaar”, jak na każdym dobrym bazarze, znajdziecie wszystko – błyskotliwie dynamiczne solówki lidera w „Serial Rag”, fantastyczne popisy dziś nieco zapomnianego, choć w latach sześćdziesiątych uznanego za jednego z najlepszych polskich kontrabasistów Jacka Bednarka, fantastyczną wokalną improwizację Ewy Wanat w „Tempus Jazz ‘67”, nutę orientalną w „Bazarze w Aszchabadzie” i wspomnienie niedawno zmarłego Komedy w postaci niemal dosłownego cytatu z jego wspólnych nagrań z liderem w postaci otwarcia „Memory Of Bach”.

W XXI wieku Milian powrócił na jazzowe salony za sprawą albumów „Ashkhabad Girl” i „Milianalia”, jednak to „Bazaar” i wznawiane ostatnio nagrania orkiestrowe, a także muzyka, którą zagrał z Komeda stanowią najważniejsze elementy jego jazzowej twórczości.