01 stycznia 2020

Hotel California – CoverToCover Vol. 22

Wiele przebojów muzyki rockowej i nawet tej nieco mniej rockowej, ale opartej na brzmieniu gitary ma legendę podobną do tej, jaka często jest powtarzana w związku z powstaniem największego przeboju grupy Eagles – „Hotel California”. Jak w przypadku każdej legendy, nikt nie zna jej źródła. Jednak podstawowe fakty powtarzają się w wielu źródłach i są czasem potwierdzane przez członków zespołu. Otóż podobno, gdzieś w okolicach połowy 1976 roku, być może gdzieś w Kaliforni, Don Felder, gitarzysta zespołu brzdąkając sobie na gitarze wynalazł przypadkiem riff znany dziś w każdym miejscu na świecie. Nagrał ten prototyp „Hotelu California” na kasecie magnetofonowej i przekazał pozostałym członkom zespołu. Riff spodobał się Donowi Henleyowi i Glenowi Freyowi na tyle, że postanowili dopisać tekst i uzupełnić kompozycję. Mając przekonanie, że być może właśnie wymyślili dobry przebój, nadali swojej kolejnej płycie tytuł „Hotel California”. Choć sam pomysł na zaaranżowanie chwytliwego tematu w postaci trwającego ponad 6 minut wykonania ograniczał szansę na obecność w wielu rozgłośniach radiowych, był jednak rok 1976, od premiery 8 minutowego „Stairway To Heaven” Led Zeppelin minęło ponad 5 lat.


Jak w przypadku wielu przebojów, wkrótce pojawiły się oskarżenia o plagiat, głównie ze strony fanów modnego wówczas Jethro Tull, którzy zauważyli podobieństwo do „We Used To Know”. Dodatkowym dowodem miał być fakt, że muzycy Eagles nie mogli udawać, że nie znali tej piosenki, bowiem zespół Iana Andersona miał za sobą wspólną trasę z Eagles, podczas której grywał ta piosenkę wielokrotnie.

Zespół stał się wkrótce ofiarą sukcesu „Hotel California”, dziś jest pamiętany głównie w związku z tą kompozycją. Do dziś kolejne zespoły występujące jako Eagles (jeden z liderów – Glen Frey – zmarł w 2016 roku, a z oryginalnego składu, który nagrał „Hotel California” pozostało tylko dwóch muzyków) nie mogą zagrać koncertu bez tej piosenki. Wielu turystów pojawia się w okolicach hotelu The Beverly Hills Hotel tylko po to, żeby zrobić sobie zdjęcie na tle budynku, który gościł wiele światowych gwiazd kina i muzyki i stał się bohaterem piosenki.

Spór z wytwórnią o długość utworu sprawił, że „Hotel California” nie był pierwszym singlem z albumu o tym samym tytule. Dziś mało kto pamięta „New Kid In Town”. Wciąż instniejący zespół nagrał kilka wersji koncertowych. Przez lata zebrało się całkiem sporo wykonań innych muzyków. Utwór wykorzystali między innymi Nancy Sinatra, Gypsy Kings, Tangerine Dream, Marylin Manson i wielu innych. Mnie zachwyciła ostatnio oryginalna interpretacja fińskiego gitarzysty Kalle Kalimy z albumu nagranego wspólnie z Knutem Reiersrudem – „Flying Like Eagles”. Kiedy Eagles nagrywali swój przebój, Kalle Kalima miał 3 lata, nie jest to więc muzyka jego młodości, jednak odnalazł w tej piosence coś wyjątkowego, umieszczając ją razem z równie oryginalnym wykonaniem „Hurt” Trenta Reznora (Nine Inch Nails). W tym przypadku przebił chyba nawet wyśmienitego Johnny Casha, ale o tym w innym odcinku CoverToCover.

Utwór: Hotel California
Album: Hotel California
Wykonawca: Eagles
Wytwórnia: Electra / Asylum / Nonesuch
Rok: 1976
Numer: 075596050920
Skład: Don Henley – voc, back voc, dr, perc, Glen Frey – g, back voc, Don Felder – g, back voc, Joe Walsh – g, back voc, Randy Meisner – b, back voc.

Utwór: Hotel California
Album: Flying Like Eagles
Wykonawca: Kalle Kalima / Knut Reiersrud
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2019
Numer: ACT 9888-2
Skład: Kalle Kalima – g, Knut Reiersrud – steel g, harm, Phil Donkin – b, Jim Black – dr.

31 grudnia 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 11 – 17.12.2019


„Jingle Bells” to jeden z nieśmiertelnych świątecznych standardów przypominany w nagraniach sprzed lat każdego roku w końcówce grudnia. Bez tej melodii nie może w zasadzie obejść się żadna świąteczna płyta, niezależnie od stylu muzycznego w jakim powstaje. Utwór napisał w połowie XIX wieku amerykański organista i kompozytor James Lord Pierpont. Nie był lordem, a tytuł dodał sobie w związku z nazwiskiem panieńskim matki – Mary Sheldon Lord. Gdyby nie „Jingle Bells”, znane pierwotnie pod tytułem „The One Horse Open Sleigh” z pewnością nikt by dziś o nim nie pamiętał. Ciekawostką jest fakt, że pierwotny, później modyfikowany tekst powstał z myślą o amerykańskim Święcie Dziękczynienia, które ma charakter czysto świecki i jest obchodzone jako pamiątka pierwszych zbiorów i dożynek w kolonizowanej Ameryce. Co do dnia tej rocznicy nie ma zgody pomiędzy USA i Kanadą, choć trudno rozbieżność dat nazwać sporem.

Pierwsze zachowane do dziś nagrania „Jingle Bells” pochodzą z 1898 roku. Jednym z najsłynniejszych i do dziś przypominanych jest nagranie Binga Crosby’ego i zespołu wokalnego Andrews Sisters z 1943 roku. Sporą popularnością kilka lat później cieszyło się nowatorskie wykonanie Les Paula. Piosenkę nagrywali wszyscy wykonawcy tworzący albumy świąteczne, od Franka Sinatry, Louisa Armstronga i Nat King Cole’a, po Placido Domingo, Elvisa Presleya i Barbarę Straisand. Przez lata powstało też wiele dowodów, że „Jingle Bells”, jak mało która melodia może służyć do stworzenia znakomitej aranżacji w przeróżnych muzycznych stylach. Zacząć wypada od fragmentu jednego z moich ulubionych albumów świątecznych łamiących wszystkie świąteczne konwencje i świętości – „Jingle All The Way” Beli Flecka i jego Flecktones. Jeśli istnieje świąteczne world music, to jest właśnie to:

* Jingle Bells – Jingle All The Way – Bela Fleck And The Flecktones

W zeszłym roku zupełnie niespodziewaną wersję wiekowej przecież kompozycji zaprezentował niezwykle jak na siebie nowoczesny Eric Clapton. Swoje „Jingle Bells” poświęcił pamięci DJ’a Avicii, który zmarł kilka miesięcy wcześniej popełniając samobójstwo.

* Jingle Bells – Happy Xmas – Eric Clapton

Wersję w swoim niepowtarzalnym stylu z pewnością mocno odległą od intencji kompozytora i kanonów Binga Crosby i Franka Sinatry nagrał Bootsy Collins.

* Jingle Belz (Jingle Bells) – Christmas Is 4 Ever – Bootsy Collins

„Jingle Bells” nie mogło zabraknąć na świątecznej płycie Jimmy Smitha „Christmas Cookin’”, która nie spotkała się z najlepszym przyjęciem w chwili premiery w 1966 roku, uważam jednak, że doskonale wytrzymała próbę czasu i dziś stanowi świąteczny klasyk.

* Jingle Bells – Christmas Cookin’ – Jimmy Smith

W klasyczny sposób do kompozycji James Lorda Pierponta podeszli Carla Bley i Steve Swallow. Jeśli jest okazja przypomnieć ich wyśmienity świąteczny album „Carla’s Christmas Carols”, zdecydowanie warto to zrobić.

* Jingle Bells – Carla’s Christmas Carols – Carla Bley & Steve Swallow with The Partyka Brass Quintet

Neoswingową wersję przygotował najsłynniejszy gitarzysta nagrywający w tym stylu – Brian Setzer.

* Jingle Bells – The Ultimate Christmas Collection – The Brian Setzer Orchestra

W moim zestawieniu najbardziej klasyczną i nieco staromodną (to nie musi być krytyka i w tym przypadku nie jest) wersję „Jingle Bells” w duecie z Freddy Cole’m nagrała Aga Zaryan.

* Jingle Bells – What Xmas Means To Me – Aga Zaryan feat. Freddy Cole

Na zakończenie wersja już zupełnie klasyczna – niezrówana Ella Fitzgerald. Ciekawostką jest, że „Jingle Bells” zabrakło na uważanym przez większość krytyków za najważniejszy świąteczny album wszechczasów nagraniu Phila Spectora, fenomenalnym „A Christmas Gift For You From Phil Spector”.

* Jingle Bells – Ella Wishes You A Swinging Christmas – Ella Fitzgerald

30 grudnia 2019

Both Sides Now – CoverToCover Vol. 21


Utwór Both Sides Now” Joni Mitchell napisała w bardzo wczesnym okresie swojej kariery. Piosenka po raz pierwszy ukazała się na drugiej płycie artystki, wydanym w 1969 roku albumie „Clouds”. Nie było to jednak pierwsze nagranie i moment, w którym fani poznali, jak się później miało okazać, jedną z najbardziej znanych kompozycji Joni Mitchell. Kilka miesięcy wcześniej piosenkę nagrała Judy Collins, o czym pamięta dziś niewielu fanów obu pań, może z wyjątkiem tych, którzy przeczytali którąś z licznych biografii Joni Mitchell, w których historia przekazania świeżo napisanej piosenki do nagrania przez Collins zawsze znajduje miejsce.


Album „Clouds” znalazł uznanie wśród krytyków i słuchaczy, czego nie można powiedzieć o debiutanckim „Song To A Seagull”. Dziś oczywiście obie płyty są klasykami w obszernym katalogu nagrań Joni Mitchell. „Both Sides Now” stanowiła żelazny element repertuaru koncertowego artystki przez wszystkie lata jej estradowej kariery. W roku 2000 ukazał się album „Both Sides Now”. Jego muzyczną zawartość stanowią jazzowe standardy w orkiestrowych aranżacjach uzupełnione o jedną jedyną tytułową piosenkę autorstwa samej Joni Mitchell umieszczoną nieco wstydliwie na końcu całego materiału.

Od debiutu piosenki w końcówce lat sześćdziesiątych do dzisiaj powstało wiele wyśmienitych wykonań tej doskonałej kompozycji, w tym kilka zarejestrowanych przez samą autorkę. Pierwsze pochodzą z początków lat siedemdziesiątych. Wtedy swoją wersję instrumentalną zarejestrował Pat Martino (album „Consciousness”). Swoje wersje nagrali między innymi Willie Nelson, Frank Sinatra, Bing Crosby, Pete Seeger i Gabor Szabo. Ciekawostką jest, że jeśli dokładnie prześledzić daty nagrania, to wcale pierwszym wykonaniem „Both Sides Now” nie jest wersja Judy Collins, tylko Dave Van Ronka (album „Dave Van Ronk And The Hudson Dusters”), choć wtedy piosenka z bardzo podobnym tekstem i niemal identyczną melodią nazywała się jeszcze „Clouds”, tak jak późniejszy tytuł albumu Joni Mitchell z jej pierwszą autorską rejestracją.

Pat Martino nagrał Both Sides Now” co najmniej dwa razy. Wykonanie instrumentalne pochodzi z 1974 roku, a zawierające partię wokalną doskonale przygotowaną przez Cassandrę Wilson z 1997 roku (album „All Sides Now”). Kompozycja wskazuje, że Joni Mitchell to nie tylko niezwykła poetka, ale także autorka wyśmienitych melodii często przypominanych przez gitarzystów będących pod wrażeniem jej kompozycji. Wystarczy popatrzeć na znane fanom artystki zdjęcie Eric’ka Claptona obserwującego z uwagą Joni Mitchell grającą na prostej akustycznej gitarze wykonane w 1968 roku w domu Davida Crosby’ego, jeśli tajniki gry na gitarze, nietypowego sposobu jej strojenia i niekoniecznie zgodnej z kanonami sztuki gry Mitchell są dla Was czarną magią.

Autorem jednego z powrotów Joni Mitchell na muzyczny szczyt popularności był w 2007 roku Herbie Hancock, muzyk, który jak mało kto ma niezwykły talent do projektów gromadzących niezwykłe ilości gości specjalnych i potrafiący pogodzić ich wszystkich razem i stworzyć spójny album. Tak stało się w przypadku płyty „River, The Joni Letters”. Na tyl albumie sama Joni Mitchell pojawiła się co prawda symbolicznie w jednym utworze, jednak po raz kolejny jazzowy świat mógł docenić jej kompozycje. „Both Sides Now” w wersji instrumentalnej zagrała jazzowa supergrupa - Herbie Hancock, Wayne Shorter, Lionel Loueke, Dave Holland i Vinnie Colaiuta. W nagraniu albumu, co w momencie jego premiery było olbrzymią sensacją, wzięli udział Tina Turner i Leonard Cohen.

W 2019 roku ukazał się album nagrany z okazji 75 urodzin Joni Mitchell. Sama artystka niestety nie mogła zaśpiewać ze względu na zły stan zdrowia, jednak z pewnością była dumna ze swojego dorobku zaprezentowanego przez światowe gwiazdy z niezwykłym szacunkiem i uwielbieniem dla autorki wszystkich kompozycji, które pojawiły się w programie koncertu. „Both Sides Now” zaśpiewał Seal w towarzystwie muzyków, którzy przez lata towarzyszyli na scenie Joni Mitchell.

Utwór: Both Sides Now
Album: Clouds
Wykonawca: Joni Mitchell
Wytwórnia: Reprise / Warner Bros.
Rok: 1969
Numer: 075992744621
Skład: Joni Mitchell – voc, g.

Utwór: Both Sides Now
Album: All Sides Now
Wykonawca: Pat Martino & Cassandra Wilson
Wytwórnia: Blue Note
Rok: 1997
Numer: 724383762729
Skład: Pat Martino – g, Cassandra Wilson – voc.

Utwór: Both Sides Now
Album: River, The Joni Letters
Wykonawca: Herbie Hancock
Wytwórnia: Verve
Rok: 2007
Numer: 602517448261
Skład: Herbie Hancock – p, Wayne Shorter – ss, ts, Lionel Loueke – g, Dave Holland – b, Vinnie Colaiuta – dr.

Utwór: Both Sides Now
Album: Joni 75: A Birthday Celebration
Wykonawca: Seal (Various Artists)
Wytwórnia: Decca
Rok: 2019
Numer: 602577427473
Skład: Seal – voc, Jon Cowherd – p, Greg Leisz – g, Marvin Sewell – g, Bob Shepard – sax, Christopher Thomas – b, Brian Blade – dr, Jeff Haynes – perc.

20 grudnia 2019

Gonzalo Rubalcaba - Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA

Gonzalo Rubalcaba był znany amerykańskim słuchaczom już od 1990 roku, kiedy ukazał się jego pierwszy album dla Blue Note - „Discovery: Live at Montreux”. Amerykańscy bywalcy jazzowych imprez nie mogli jednak posłuchać kubańskiego pianisty na żywo w związku z sankcjami nałożonymi na artystów kubańskich przez rząd amerykański. Sytuacja zmieniła się nieco w 1994 roku i kiedy Gonzalo Rubalcaba zagrał po raz pierwszy w USA, jego występy wytwórnia zarejestrowała i natychmiast udostępniła wszystkim w postaci albumu „Imagine”. Do dziś pamiętam moment, kiedy przypadkiem trafiłem na ten album. Oby więcej takich przypadków. Oto wcześniej mi nieznany pianista z Kuby występuje w towarzystwie między innymi Charlie Hadena i Jacka DeJohnette. Podobno Gonzalo Rubalcaba był pierwszym artystą z Kuby, dla którego amerykańska administracja zrobiła wyjątek pozwalając mu na koncerty na terenie USA. Wyjątek nie dotyczył chyba kontraktów nagraniowych, bo oficjalnym wydawcą albumu była mało znana marka Somethin’ Else Records należąca do japońskiego oddziału EMI (wtedy jeszcze noszącego chyba nazwę Toshiba/EMI).


Z tym pierwszym Rubalcaba znał się już wtedy kilka lat, bowiem w 1989 roku Charlie Haden zaprosił Rubalcabę do Montrealu, gdzie będąc rezydentem jazzowego festiwalu nagrał serię doskonałych albumów „The Montreal Tapes”. Na jednym z nich gra z Rubalcabą i Paulem Motianem. Jednak w 1994 roku nie znałem tego albumu. To był jedyny z cyklu „Montreal Tapes” z którego zrezygnowałem, bo nie wiedziałem kim jest Gonzalo Rubalcaba, a wtedy płyty były relatywnie droższe niż dzisiaj, więc nie sposób było zaopatrywać się we wszystkie obiecujące premiery. Po latach tą lukę w dyskografii Hadena i Rubalcaby oczywiście uzupełniłem. Dziś mogę Wam cały cykl „Montreal Tapes” polecić. Nagrania z Paulem Bley’em i Paulem Motianem są już zresztą w naszym Kanonie Jazzu od dawna.

Teoretycznie ten album nie powinien się udać. Zawiera nagrania koncertowe solo, z sekcją na stale współpracującą wtedy z Rubalcabą i jeden utwór („First Song”) wykonany z Hadenem i DeJohnettem. Album koncertowy raczej powinien być rejestracją jednego koncertu – takie udają się najlepiej. „Imagine” jest składanką, w dodatku nagraną nie tylko w różnych miejscach i w różnym czasie, ale też w różnych składach. Specjaliści od dźwięku zrobili sporo, żeby skrócić dystans pomiędzy fortepianem i słuchaczami, jednak jeśli wsłuchacie się uważnie, usłyszycie różnicę między dużą Alice Tully Hall w Lincoln Center, studiem nagraniowym Capitolu w Hollywood i aulą uniwersytetu UCLA. Mnie to jednak nie przeszkadza. Znam albumy z większymi oszustwami, jak choćby „Mercy, Mercy, Mercy! - Live At The Club” – koncertowa płyta Juliana Cannonballa Adderleya jest fantastyczna, mimo że wcale nie jest koncertowa i nie została nagrana w The Club w Chicago, tylko w studiu (znowu Capitol) w Los Angeles. Może mogło być lepiej, ale wyszło i tak fantastycznie.

Otwierająca album „Imagine” Johna Lennona jest jedną z moich ulubionych interpretacji tego utworu, który Rubalcaba zagrał (całkiem zresztą inaczej) wcześniej na płycie „Images” z Johnem Patitucci i Jackiem DeJohnette. Przez wiele lat muzycznym mentorem Rubalcaby w świecie zachodniej muzyki był Charlie Haden. To on zaprosił Rubalcabę na koncerty do Montrealu. Obecność jego kompozycji i gościnny występ na pierwszym albumie nagranym na terytorium wtedy wrogiego Kubańczykom państwa nie jest więc zaskoczeniem.

Połączenie błyskotliwej techniki z oryginalnymi kompozycjami własnymi i śmiałymi cytatami z przeróżnych, często mocno odległych od jazzowego świata kompozycji stało się na zawsze znakiem rozpoznawczym Gonzalo Rubalcaby. Kiedy po latach usłyszałem go po raz pierwszy na żywo zrozumiałem również, dlaczego po bilety na jego koncerty zawsze ustawiają się kolejki. Jego sceniczna charyzma pozwala natychmiast skupić się jedynie na muzyce, na chwilę znaleźć się w jego świecie bezwarunkowo i zapomnieć o wszystkim co nas otacza.

Być może Rubalcaba czasem czerpie zbyt wiele z Keitha Jarretta (wyśmienite „Imagine”), a kiedy indziej przeszkadza mi zbyt agresywna i moim zdaniem niepotrzebna trąbka Reynaldo Meliana. Dizzy Gillespiemu z pewnością za to trąbka w przebojowym wykonaniu „Woody ‘N’ You” wcale by nie przeszkadzała. Będącą w pradawnych czasach całkiem poważnym przebojem kompozycję Alberto Domingueza „Perfidia” w wykonaniu Rubalcaby zestawiłem sobie kiedyś z wykonaniem Ahmada Jamala. Zróbcie to sami, ale moim zdaniem Rubalcaba zbliżył się do poziomu wielkiego mistrza.

Przez lata w katalogu nagrań Rubalcaby pojawiło się wiele ciekawych albumów. Najnowszą płytę nagrał razem z Anną Marią Jopek („Minione”). Bardzo dobrze wypadają wszystkie jego wspólne rejestracje z Charlie Hadenem i te w trio, będącym chyba jego ulubionym formatem, niezależnie od tego, czy w studiu towarzyszą mu muzycy kubańscy, czy amerykańscy. Jednak to właśnie „Imagine” uważam za najciekawszy album w jego obszernej dyskografii.

Gonzalo Rubalcaba
Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA
Format: CD
Wytwórnia: Somethin' Else / Blue Note
Numer: 724383049127

19 grudnia 2019

Klaus Paier & Asja Valcic – Vision For Two: 10 Years

Albumy duetu Paier / Valcic w zasadzie biorę w ciemno. Kiedy usłyszałem ich po raz pierwszy, chyba na którejś z płyt radio.string.quartet.vienna, wiedziałem, że jeśli znajdą czas na wspólne granie, wyjdzie z tego wiele dobrego. Dziś mają na koncie 4 albumy nagrane w duecie, jeden w kwartecie, albumy zespołu radio.string.quartet.vienna i kilka koncertowych rejestracji na przeróżnych składankach ACT Music. Ich muzyka oparta jest w większości na spontanicznej improwizacji i mimo faktu, że koncertują sporo i robią to już 10 lat, czego dowodem ich najnowszy album, ciągle mają nowe pomysły.


Ostatni ich występ w Poznaniu podobno był niezwykle udany, niestety znam go jedynie z opowieści z pierwszej ręki, bowiem konflikt terminów nie pozwolił mi tego dnia dotrzeć do Blue Note. Wiem jednak od lat, że Klaus Paier i Asja Valcic potrafią stworzyć na scenie nastrój niezwykły. W dodatku, co trudne i dla wielu nieosiągalne, całkiem spora część tej niezwykłej magii i absolutnie fenomenalnego zespolenia w jedną całość dwojga artystów operujących niezwykłymi dla jazzu instrumentami, znajduje się również na ich studyjnych płytach.

Wiolonczela i akordeon to same w sobie instrumenty dla jazzu egzotycznej a ich duetu w zasadzie żadnego innego sobie nie przypominam. Stąd po części wynika świeżość i oryginalność muzyki chorwacko-austriackiego duetu. Choćby chcieli nie mają swojego Coltrane’a, Davisa czy Tatuma. Muszą kombinować sami. Nie oznacza to jednak, że wystarczy zestawić dwa nietypowe instrumenty i już mamy zespół na światowym poziomie. To zdecydowanie za mało. Potrzeba jeszcze dwójki geniuszy improwizacji a także wymyślenia, zapisania lub przynajmniej naszkicowania kompozycji. Czyli potrzeba Asji Valcic i Klausa Paiera, duetu, który czuje się równie dobrze w repertuarze własnym (jak na najnowszej płycie wydanej z okazji 10 lat wspólnej pracy artystycznej), jak i grając kompozycje jazzowe, klasyczne czy związane z filmem. Na ich koncertach i w dorobku nagraniowym dominują jednak własne kompozycje, stanowiące platformę do wspólnego improwizowania.

Asja Valcic i Klaus Paier mają za sobą nie tylko wykształcenie, ale i praktykę w muzyce klasycznej. Poszukiwanie cytatów i inspiracji wśród melodii napisanych przed wiekami w ich własnych kompozycjach jest ciekawym pomysłem na kolejny wieczór z ich nagraniami. Niektóre inspiracje podpowiadają tytuły utworów („Dans L'Esprit De Debussy”, czy „Mozart Incognito”). Na jednej z poprzednich płyt duetu odnajdziecie kompozycje Bacha i Strawińskiego. Melodia może być dowolna. W wykonaniu Klausa Paiera i Asji Valcic staje się kolejnym muzycznym światem, wymyślonym przy pomocy prostych środków, czasem kilku zaledwie umieszczonych starannie w przestrzeni i czasie dźwięków. Ich muzyka wymaga skupienia i uwagi, nie nadaje się do słuchania w biegu i przy okazji. Takich rzeczy powstaje coraz mniej, a Klaus Paier i Asja Valcic przygotowują kolejne wyśmienite nagrania już od 10 lat i mam nadzieję, że pomysłów i energii wystarczy im co najmniej na kolejną dekadę. Ja mogę na ich nagrania wykupić abonament. Tak długo, jak będę tu, gdzie jestem, mają zapewniony tytuł Płyty Tygodnia.

Klaus Paier & Asja Valcic
Vision For Two: 10 Years
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9887-2