Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aga Zaryan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aga Zaryan. Pokaż wszystkie posty

26 stycznia 2021

Lilac Wine – CoverToCover Vol. 115

Utwór „Lilac Wine” nie jest kompozycją Niny Simone, ani nawet nie został napisany specjalnie dla niej, choć od zawsze jest związany z brzmieniem jej głosu. Utwór napisał w 1950 roku niejaki James Shelton, aktor z Broadwayu (choć raczej drugiego planu), aspirujący kompozytor i autor tekstów, który swoją karierę rozpoczął jeszcze przed drugą wojną światową. Napisał muzykę do kilku filmów i przedstawień teatralnych, jednak kariery nie zrobił, a jedynym znanym i przypominanym do dziś jego utworem jest „Lilac Wine”.

Pierwszym wykonawcą piosenki była członkini zespołu Pete’a Seegera, Hope Foye, która zaśpiewała piosenkę w pierwszym wystawionym w nowojorskim teatrze przedstawieniu reżyserowanym przez początkującego wtedy Boba Fosse’a. Sztuka, o której pamiętają dziś chyba tylko biografowie Fossa nosiła tytuł „Dance Me A Song”.

Piosenka dość szybko została zauważona przez wokalistki. Jako pierwsza na płycie zarejestrowała piosenkę „Lilac Wine” w 1953 roku Ertha Kitt, a trzy lata później na płycie „With Strings” utwór Sheltona zaśpiewała Helen Merrill. Jednak prawdziwie przebojową karierę piosenka zrobiła dopiero w wykonaniu Niny Simone, która nagrała kompozycję po raz pierwszy na płycie „Wild Is The Wind” w 1965 roku. Bolesna opowieść o utraconej miłości i pocieszeniu za pomocą domowej zapewne roboty wina z owoców bzu, podobno inspirowana jakimś trudnym dziś do odnalezienia wierszem z początków XX wieku pasowała do głosu Niny Simone. Przez wiele lat piosenka była kojarzona z jej wykonaniem i do dziś z kilkoma wyjątkami, kiedy pojawia się w nowych realizacjach, często są to projekty wspominające repertuar Niny Simone.

Do wykonawców, którzy nie poszukują inspiracji bezpośrednio w nagraniu Niny Simone, ale szukają swojego pomysłu na piosenkę należy z pewnością Jeff Beck, któremu w nagraniu z 2010 roku z albumu „Emotion & Commotion” towarzyszy wokalistka Imelda May. Piękna kompozycji poszukuje również Brad Mehldau w swojej solowej improwizacji na temat „Lilac Wine” zagranej na koncercie w 2006 roku i wydanej pięć lat później na płycie „Live In Marciac”. Mój zbiór najciekawszych nagrań tego utworu uzupełnia Aga Zaryan z wyśmienitego albumu wspominającego repertuar Niny Simone i Abbey Lincoln – „Remembering Nina And Abbey: A Tribute To Nina Simone And Abbey Lincoln”.

Utwór: Lilac Wine
Album: Wild Is The Wind
Wykonawca: Nina Simone
Wytwórnia: Mercury / Verve / Polygram
Rok: 1965
Numer: 042284689229
Skład: Nina Simone – voc, p, Rudy Stevenson – g, fl, Lisle Atkinson – b, Bobby Hamilton – dr.

Utwór: Lilac Wine
Album: Emotion & Commotion
Wykonawca: Jeff Beck feat. Imelda May
Wytwórnia: Deuce / Rhino / Atco
Rok: 2010
Numer: 081227981051
Skład: Jeff Beck – g, Imelda May – voc, Pete Murray – kbd, Chris Bruce – b, Earl Harvin – dr.

Utwór: Lilac Wine
Album: Remembering Nina And Abbey: A Tribute To Nina Simone And Abbey Lincoln
Wykonawca: Aga Zaryan
Wytwórnia: Parlophone / Warner
Rok: 2013
Numer: 5099940988122
Skład: Aga Zaryan – voc, Geri Allen – p, Larry Koonse – g, Dariusz Oleszkiewicz – b, Brian Blade – dr, Carol Robbins – harp. 

Utwór: Lilac Wine
Album: Live In Marciac
Wykonawca: Brad Mehldau
Wytwórnia: Nonesuch / Warner
Rok: 2006
Numer: 073597981391
Skład: Brad Mehldau – p.

21 grudnia 2020

Waltz For Debby – CoverToCover Vol. 98

Standard jazzowy, a właściwie standard Billa Evansa, jego najbardziej znana kompozycja. Tak znana z jego wykonań, że prawdopodobnie odstraszająca innych od zmierzenia się z geniuszem autora. Jeśli nie brać pod uwagę tych utworów, które często przypisywane są Milesowi Davisowi, a które prawdopodobnie napisał Bill Evans – jak „Blue in Green”, czy „Nardis”, to „Waltz For Debby” jest najbardziej znaną i rozpoznawalną kompozycją Billa Evansa.

Utwór po raz pierwszy pojawił się wtedy, kiedy po raz pierwszy liderem własnego zespołu został jego kompozytor. Najwcześniejsze jego nagranie pochodzi z 1956 roku z albumu „New Jazz Conception” nagranego w trio z Teddy Kotickiem i Paulem Motianem i wydanego przez Riverside. Tego znakomitego debiutu zresztą nikt nie zauważył, podobno w ciągu pierwszego roku sprzedało się nie więcej niż tysiąc egzemplarzy albumu. Premierowe „Waltz For Debby” Bill Evans gra na fortepianie solo, bez udziału pozostałych muzyków. Evansa cały jazzowy świat zauważył jednak dlatego, że wcześniej jego talent dostrzegł Miles Davis. Dla lata później, niemal w tym samym czasie powstał album „Everybody Digs Bill Evans” i równie dobry „On Green Dolphin Street”, a także „1958 Miles” i „Kind Of Blue”. To jazzowa magia przełomu 1958 i 1959 roku.

W trio, które wielu nazywa najlepszym jazzowym triem wszechczasów – Bill Evans, Scott LaFaro, Paul Motian – Evans nagrał jedynie 4 albumy. Wszystkie to arcydzieła gatunku – „Portrait In Jazz”, „Explorations”, „Sunday At Village Vanguard” i „Waltz For Debby”. Niespełna dwa tygodnie po zarejestrowaniu na żywo dwóch ostatnich albumów Scott LaFaro zginął w wypadku samochodowym. Wstrząśnięty Bill Evans zniknął z muzycznego życia na wiele miesięcy. Niektórzy twierdzą, że już nigdy nie wrócił do poziomu z tych czterech albumów. W zespole zastąpił Scotta LaFaro Chuck Israels. Uważam, że niektóre późniejsze solowe nagrania Billa Evansa dorównują tym ze Scottem LaFaro i Paulem Motianem, jednak żadne jego trio nigdy już nie było tak dobre.

Na koncercie w nowojorskim Village Vanguard, 25 czerwca 1961 roku trio Evansa zagrał „Waltz For Debby”. Ten koncert w całości znajdziecie na płycie o tym samym tytule i albumie „Sunday At Village Vanguard”. To moim zdaniem najdoskonalsze wykonanie firmowej kompozycji Evansa. Tytułowa Debby siostrzenica Evansa. Utwór w połowie lat sześćdziesiątych stał się piosenką, Angielski tekst napisał Gene Lees, Kanadyjczyk, którego specjalnością było przerabianie pięknych melodii na popularne piosenki. Napisał między innymi angielski tekst do „Corcovado”, „Desafinado”, przetłumaczył na angielski wiersze Jana Pawła II, które nagrała Sarah Vaughan. Napisał też dobrą biografię Oscara Petersona i kilka piosenek dla Charlesa Aznavoura.

Piosenka z muzyką Evansa zyskała spore grono fanów w krajach skandynawskich, głownie za sprawą nagranej w 1964 roku płyty Moniki Zettelund z udziałem Evansa zatytułowanej „Waltz For Debby”. W wersji szwedzkiej utwór nazywa się „Monicas Vals”, a fińskiej „Ankin Valssi”.

Jeśli jednak szukać nagrania Evansa z tekstem, to ja wybieram nagranie duetu Bill Evans – Tony Bennett z 1975 roku. Do kompletu dokładam jeszcze wyśmienitą Agę Zaryan z fantastycznym Darkiem Oleszkiewiczem i nagranie na pięć gitar i bas zespołu dowodzonego przez Johna McLaughlina z płyty poświęconej w całości muzyce Billa Evansa, żeby pokazać, że „Waltz For Debby” brzmi równie pięknie na każdym instrumencie, choć najchętniej złożyłbym tą audycję z samych nagrań Billa Evansa, w szczególności tych bez wokalistów czy wokalistek. 

Utwór: Waltz For Debby
Album: Waltz For Debby
Wykonawca: Bill Evans Trio
Wytwórnia: Riverside
Rok: 1962
Numer: 5050457150723
Skład: Bill Evans – p, Scott LaFaro – b, Paul Motian – dr.

Utwór: Waltz For Debby
Album: The Tony Bennett Bill Evans Album (Tony Bennett & Bill Evans: The Legendary Sessions)
Wykonawca: Tony Bennett & Bill Evans
Wytwórnia: Fantasy / Jazz Collectors
Rok: 1975
Numer: 8436019584262
Skład: Bill Evans – p, Tony Bennett – voc.

Utwór: Waltz For Debby
Album: My Lullaby
Wykonawca: Aga Zaryan
Wytwórnia: CantralA / Blue Note / EMI
Rok: 2001
Numer: 5099909494220
Skład: Aga Zaryan – voc, Michał Tokaj – p, Tomasz Szukalski – ts, Dariusz Oleszkiewicz – b, Łukasz Żyta – dr.

Utwór: Waltz For Debby
Album: Time Remembered - John McLaughlin Plays The Music Of Bill Evans (Giganci Jazzu: John McLaughlin)
Wykonawca: John McLaughlin
Wytwórnia: Verve
Rok: 1993
Numer: 9788375528824
Skład: John McLaughlin – g, Francois Szony – g, Pascal Rabatti – g, Alexandre Del Fa – g, Philippe Loli – g, Yann Maresz – bg.

12 października 2020

Strange Fruit – CoverToCover Vol. 81

Napisana przez Abela Meeropola w 1937 roku, Amerykanina urodzonego w Nowym Jorku, którego rodzina miała korzenie w żydowskiej emigracji z carskiej Rosji pod pseudonimem Lewis Allan piosenka była w wielu miejscach w USA zakazana przez lokalne prawo. Pierwszą sławną wokalistką śpiewającą „Strange Fruit” była Bille Holiday. Bez jednej z jej rejestracji i nagrania Niny Simone nie powinna odbywać się żadna prezentacja tego utworu. Pierwsze artystką, która śpiewała publicznie, również dla białej publiczności kompozycję Meeropola była jego żona – mało znana wokalistka Laura Duncan.



Tekst opowiadający o w zasadzie legalnych jeszcze wtedy linczach, okrutnych egzekucjach obywatelskich, których ofiarami bez procesów padali czarnoskórzy obywatele USA, a których wykonawcami byli biali jest jednym z najbardziej przejmujących tekstów piosenek w dziejach tego kraju. Ostatnie udokumentowane akty linczu miały miejsce w połowie lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku, więc temat był na czasie nie tylko kiedy pisał swój tekst, a później muzykę Abel Meeropol i kiedy śpiewała Billie Holiday, ale też, kiedy utwór przejęła od Billie Nina Simone.

Tytułowe dziwne owoce to ofiary wiszące na drzewach, często przez wiele dni i powieszone po okrutnych torturach przeprowadzanych na oczach wielu sąsiadów i rodziny. Mordercy najczęściej nie ponosili żadnej kary lub była ona symboliczna i nieadekwatna do zbrodni.

Większość publikacji opowiada historię przekazania tekstu piosenki Billie Holiday przez właścicieli słynnego w Greenwich Village kabaretu Cafe Society. Ta wersja wydaje się prawdopodobna, bowiem Cafe Society było jednym z pierwszych muzycznych miejsc w Nowym Jorku, w którym w zasadzie nie było żadnych rasowych ograniczeń. Możliwe jest też, że Holiday usłyszała piosenkę wykonywaną na żywo przez Laurę Duncan w czasie jednego z jej występów. Kiedy włączyła ją do swojego repertuaru, długo szukała wytwórni, która podjęłaby polityczne ryzyko nagrania i wydania tak mocnego tekstu. Kiedy znalazła dla piosenki miejsce w Commodore Records, pierwszą wersję zarejestrowała z pomocą dziś trudnej do zidentyfikowania grupy muzyków współpracujących z Cafe Society. Utwór szybko stał się przebojem, co zrozumiałe, raczej w północnych stanach USA niż na południu i stał się znakiem rozpoznawczym Billie Holiday do końca jej dni.

Kiedy w trudnych dla Ameryki czasach drugiej wojny światowej Billie Holiday występowała w Cafe Society, zawsze kończyła swój występ tym utworem, a Barney Josephson, właściciel klubu zakazywał w tym czasie podawania czegokolwiek gościom do stolików i gasił wszystkie światła pozostawiając jedynie jeden reflektor oświetlający wokalistkę.

Historia „Strange Fruit” pewnie skończyłaby się na kilku nieudanych wykonaniach imitujących, gdyby po śmierci Bille Holiday nie zabrała się za ten utwór Nina Simone. Opowieść o tym utworze jest więc oczywistą podróżą od Bille do Niny i kończyła się do niedawna w 1965 roku. Od tego czasu wszelkie próby zmierzenia się z tym utworem, niektóre w wykonaniu bardzo znanych wokalistek w rodzaju Carmen McRae, Dee Dee Bridgewater, czy Cassandry Wilson uważam za mało udane. Do istoty piosenki zbliżył się Jimmy Scott na płycie „Over The Rainbow” w 2001 roku. Jednak moim zdaniem przeszkodziła mu trochę zbyt teatralna i patetyczna aranżacja. Za to nagranie Agi Zaryan z 2013 roku moim zdaniem zasługuje na miejsce na światowym podium w temacie tego utworu. Mam nadzieję, że Aga nie obrazi się za 3 miejsce, za Billie i Niną.

Utwór: Strange Fruit
Album: The Complete Billie Holiday on Verve 1945-1959 (Disc 1)
Wykonawca: Billie Holiday
Wytwórnia: Verve / Polygram
Rok: 1945
Numer: 731451765827
Skład: Billie Holiday – voc, Howard McGhee – tp, tromb, Willie Smith – as, Illinois Jacquet – ts, Charlie Ventura – ts, Wardell Gray – ts, Dave Barbour – g, Milton Raskin – p, Charles Mingus – b, Dave Coleman – dr.

Utwór: Strange Fruit
Album: Pastel Blues (Four Women: The Nina Simone Philips Recordings)
Wykonawca: Nina Simone
Wytwórnia: Philips / Verve / Universal
Rok: 1965
Numer: 044006502120
Skład: Nina Simone – voc, p.

Utwór: Strange Fruit
Album: Remembering Nina And Abbey: A Tribute To Nina Simone And Abbey Lincoln
Wykonawca: Aga Zaryan
Wytwórnia: CentralA / Parlophone / Warner
Rok: 2013
Numer: 5099940988122
Skład: Aga Zaryan – voc, Geri Allen – p, Larry Koonse – g, Carol Robbins – harp, Dariusz Oleszkiewicz – b, Brian Blade – dr.

07 września 2020

Aga Zaryan – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Muzyczna historia Agi Zaryan, a raczej wtedy jeszcze Agnieszki Skrzypek, zaczyna się całkiem niedawno, przynajmniej z perspektywy karier innych Mistrzów Polskiego Jazzu, bo w roku 2002. Wtedy ukazał się album „My Lullaby” nagrany w fantastycznym, nie tylko jak na debiut, składzie, z Tomaszem Szukalskim, Michałem Tokajem, Darkiem Oleszkiewiczem i Łukaszem Żytą. Śmiało można więc uznać, że Aga Zaryan jest jednym z naszych najmłodszych Mistrzów Polskiego Jazzu i że te najciekawsze i najważniejsze swoje nagrania, ma dopiero w planach. Już dziś jednak jej dorobek pozwala na umieszczenie Agi Zaryan wśród naszych Mistrzów, a konkurencję w dziedzinie wokalnej mamy w tym gronie niezbyt liczną, ale za to na absolutnie światowym poziomie. W pierwszym sezonie Mistrzów tytuł odebrały Urszula Dudziak i Ewa Bem, a w drugim oprócz Agi Zaryan znajdzie się też już za kilka tygodni Grażyna Auguścik.

Muzyka było obecna w życiu Agi Zaryan od najmłodszych lat za sprawą ojca – koncertującego pianisty, a perfekcyjny angielski, który przydaje się w przygotowaniu fantastycznych interpretacji amerykańskich piosenek za sprawą mamy Agi Zaryan, autorki podręczników do nauki angielskiego również nie sprawia artystce żadnych problemów. Aga Zaryan po ukończeniu szkoły muzycznej i Policealnego Studium Jazzu spędziła trochę czasu w USA, biorąc udział w warsztatach i obserwując amerykański jazz w warunkach domowych.

Po powrocie powstała wspomniana już pierwsza płyta – „My Lullaby” (w 2001 roku) z Tomaszem Szukalskim, która przyniosła wokalistce sporo propozycji koncertowych w Europie i USA, co sprawiło, że zniknęła z Polski na kilka lat. Wróciła, występując chyba po raz pierwszy po wielu miesiącach nieobecności na Torwarze na koncercie, gdzie jej zespół był suportem grupy Branforda Marsalisa. Pamiętam ten koncert, jakby to było wczoraj. To był jeden jedyny koncert Agi Zaryan, który mi się nie spodobał. Nawet bardzo. Oczywiście to była głównie wina Torwaru, w którym można zrobić wszystko, ale nie wolno robić kameralnych koncertów jazowych i Branforda Marsalisa, na którego czekałem, denerwując się, że owo czekanie wydłuża się przez koncert Agnieszki Skrzypek.

Wiele z tego wniosków, nie warto z gwiazdy robić supportu i nie wolno na siłę śpiewać w sali, w której gra się w hokeja, albo organizuje targi. To bez sensu. I jeszcze ta zupełnie niepotrzebnie za wysoka scena odgradzająca publiczność od potrzebującej bezpośredniego z nią kontaktu wokalistki. To był moment, kiedy chyba po raz pierwszy usłyszałem na żywo Agnieszkę Skrzypek i ostatni moment, kiedy mi się nie podobało.

Płyta „Picking Up The Pieces”, która ukazała się w tym samym 2006 roku była już w pełni kontrolowanym dziełem Agi Zaryan, doskonały zespół złożony z amerykańskich muzyków uzupełnionych o bardzo już wtedy amerykańskiego Dariusza Oleszkiewicza pokazał, że można nowocześnie zagrać i stylowo zaśpiewać ograne na wszelkie możliwe sposoby standardy i co 7zdumiewające, obronić taki album nie tylko muzycznie, ale też odnieść rynkowy sukces. Moda na Agę Zaryan, od tego czasu trwa do dziś i zdecydowanie przekracza zamknięty światek fanów jazzu, sprawiając, że w zalewie muzycznej tandety widząc kolejne nagrody i złote płyty przyznawane kolejnym płytom Agi Zaryan, zawsze mam chwilę radości i myśli, że nie wszystko jeszcze stracone.

Dla Agi Zaryan zespół był i jest równie ważny jak teksty piosenek i ich wokalna interpretacja. Tak jest w przypadku albumu „Picking Up the Pieces” i każdej następnej jej płyty.

Po sukcesie „Picking Up The Pieces” na rynku pojawiła się pierwsza płyta w dorobku Agi Zaryan zaśpiewana po polsku, która nieco zaskoczyła fanów spodziewających się kolejnego zestawu jazzowych standardów – „Umiera Piękno” z wierszami poetów z Powstania Warszawskiego i muzyką Michała Tokaja. To również ostatni album wydany przez polską wytwórnię. Wszystkie kolejne miały już światową dystrybucję. Aga Zaryan jest jedną z pierwszych polskich artystek, która wydała albumy dla zasłużonej dla jazzowe świata, choć ostatnio raczej szukającej swojej nowej muzycznej tożsamości Blue Note Records.

Aga Zaryan uwielbia zaskakiwać i ma od zawsze fantastyczne pomysły na kolejne albumy. Prawdopodobnie mogłaby nagrywać kolejne zestawy jazzowych standardów i robić to wyśmienicie. Albo wziąć się za albumy komponowane na zasadzie amerykańskich Songbooków wykorzystujące setki fantastycznych piosenek napisanych przez amerykańskich kompozytorów muzyki filmowej i teatralnej. Jestem przekonany, że obroniłaby swoje pomysły muzyczne na wykonanie jazzowych standardów w konkurencji z największymi amerykańskimi wokalistkami. Jednak Aga Zaryan podąża własną drogą.

„My Lullaby” z 2001 roku to doskonały debiut artystki, która jak sama często podkreśla, wiele zawdzięcza lekcjom, których udzielała jej Ewa Bem, a w których uczestniczył również Andrzej Jagodziński.

„Picking Up The Pieces” z 2006 roku to zbiór jazzowych w większości standardów uzupełniony o pierwszą próbę stworzenia własnego repertuaru w postaci piosenki tytułowej napisanej do muzyki Larry’ego Koonse. Kolejny album – „Umiera Piękno” to projekt z tekstami poetów z Powstania Warszawskiego, rzecz dla Agi Zaryan i twórcy muzyki – Michała Tokaja bardzo osobista, bowiem najbliżsi obojga muzyków zginęli w Powstaniu.

R7ok 2008 to moment nagrania albumu koncertowego – „Live At Palladium”, albumu, do którego mam wielki sentyment, jak do każdego nagranego i wydanego później koncertu, którego miałem przyjemność wysłuchać osobiście. Doskonały zespół – Darek Oleszkiewicz, Larry Koonse na gitarze i Munyungo Jackson na instrumentach perkusyjnych. Pamiętam ten koncert i zaskoczenie brakiem pianisty w składzie. Pomysł sprawdził się znakomicie, choć na szczęście nie oznaczał zakończenia współpracy z Agi Zaryan z Michałem Tokajem.

W 2010 roku kolejna płyta Agi Zaryan „Looking Walking Being” przyniosła fanom Agi Zaryan 12 nowych piosenek z tekstami amerykańskiej poetki Denise Levertov i samej wokalistki, oraz muzyką członków zespołu. Występującego w poprzedniej edycji zespołu amerykańskiego gitarzystę Larry’ego Koonse zastąpił znakomity czeski fachowiec – David Doruzka.

Kolejny rok przyniósł przygotowaną z dużym rozmachem produkcję z tekstami znanych poetów, w tym Czesława Miłosza, przygotowany w dwóch wersjach językowych – po angielsku jako „A Book Of Luminous Things” i po polsku jako „Księga Olśnień”. Obie wersje albumu w Polsce sprzedawały się doskonale, choć ja byłem wtedy zaskoczony faktem, że więcej sprzedało się wersji z angielskimi tekstami.

W 2013 roku ukazał się album „Remembering Nina And Abbey”, moim zdaniem obok koncertowego „Live At The Palladium” do dziś najdoskonalsza produkcja w dorobku Agi Zaryan, poświęcona piosenkom znanym z repertuaru dwu wielkich amerykańskich wokalistek – Niny Simone i Abbey Lincoln. Na tej płycie znajdziecie wiele sensacyjnych wręcz muzycznych wydarzeń. Po pierwsze – w nagraniu wzięli udział (istotny muzycznie, a nie tylko dekorujący okładkę) Geri Allen i Brian Blade. Po drugie, Aga Zaryan stała się pierwszą wokalistką, która nie mając własnych doświadczeń z rasistowskim światem Ameryki poradziła sobie wyśmienicie ze „Strange Fruit”. I co najważniejsze, to zwyczajnie absolutnie fantastyczna płyta.

Kolejne 5 lat w karierze Agi Zaryan to sporo świetnych koncertów i brak nowych nagrań. Za to w 2018 roku fani dostali w prezencie dwie nowe płyty – wypełniony autorskim repertuarem album „High And Low” i świąteczną niespodziankę - „What Xmas Means to Me” z gościnnym udziałem samego Freddy’ego Cole’a, nieco mniej znanego brata Nat King Cole’a, jednak równie utalentowanego, fantastycznego wokalisty.

W oczekiwaniu na kolejne nagrania i wznowienie w pełnym zakresie działalności koncertowej Agi Zaryan, oprócz jej albumów, możecie też uzupełnić swoje kolekcje o rekomendowane przez samą wokalistkę jej ulubione albumy. Z okazji całkiem niedawnego Dnia z Agą Zaryan, artystka rekomendowała wszystkim swoim fanom następujące albumy:
Joni Mitchell – Both Sides Now
Shirley Horn with Strings – Here’s To Life
Wayne Shorter – Native Dancer
Bill Evans Trio – Sunday At The Village Vanguard
Sonny Rollins – Saxophone Colossus.

05 marca 2020

I Put A Spell On You – CoverToCover Vol. 27

Historia piosenki „I Put A Spell On You” wpisuje się w jeden ze scenariuszy powstania przebojowych utworów. Otóż wszyscy znają wykonanie Niny Simone i pewnie wielu słuchaczy gotowych jest uznać tą melodię za napisaną przez Ninę Simone, a może choćby napisaną przez jakiegoś zawodowego twórcę amerykańskich przebojów z okolic Brill Building dla Niny Simone. Rzeczywistość wygląda jednak całkiem inaczej. Autorem jest niejaki Screamin’ Jay Hawkins, jeden z pierwszych prawdziwych skandalistów amerykańskiej sceny, który właściwie był piosenkarzem, którego przypadkiem ktoś (ważny dla wczesnego rock and rolla Alan Freed) kiedyś przed występem wsadził do trumny i tak mu już zostało.


Urodził się w 1929 roku i w młodości chciał zostać śpiewakiem operowym, co w tamtych czasach właściwie nie było możliwe. Poza wszystkim w świecie opery nie było wystarczającej ilości czarnoskórych postaci, a nikt nie odważyłby się przecież obsadzić Hawkinsa w roli kogoś z jaśniejszą karnacją. Hawkins został więc wojskowym pilotem i później bokserem. Wedle powtarzanej wielokrotnie legendy, utwór powstał jako ballada, ale na sesji wszyscy byli w stanie raczej niekoniecznie świadomym i wyszło jak wyszło. Rock and roll jest nieprzewidywalny i tak nagrana piosenka została w 1956 roku wielkim przebojem. Wedle historii opowiedzianej zgrabnie w jedynej, choć całkiem niezłej biografii Hawkinsa autorstwa Marka Binellego („Screamin’ Jay Hawkins – All-Time Greatest Hits”), której lekturę mogę Wam polecić, za pierwszy występ z trumną Hawkins dostał od Freeda 300 dolarów, co było w 1956 roku pokaźną sumą dla mało znanego bluesowego pianisty.

Być może całą resztę dokonań artystycznych i pozamuzycznych Hawkinsa można sobie dziś darować i pozostawić historykom gatunku, ale „I Put A Spell On You” udało mu się znakomicie. Nie traktujcie go jak artystę jednego przeboju. Jego dokonania warte są posiadania choćby jednej płyty typu „The Best Of…”. Niestety większość z takich wydawnictw, przypuszczalnie z powodów licencyjnych nie zawiera jego największego przeboju. Szukajcie płyty, która przynajmniej uwzględnia inne jego hity – „Orange Coloured Sky”, „Feast Of The Mau Mau”, „Little Deamon”, czy „Constipation Blues”. Był niezwykłą postacią. Miał niemal na pewno co najmniej 6 żon i jak sam przyznawał prawdopodobnie około 50 dzieci, a może więcej. Być może to wyjaśnia, dlaczego od 1956 roku do swojej śmierci na przełomie wieków nie miał już czasu napisać podobnie wielkiego przeboju, choć przez cały ten czas występował nie tylko solo, ale też w towarzystwie między innymi Toma Waitsa, The Clash, Nicka Cave’a, Rolling Stonesów, Black Sabath i wielu innych.

„I Put A Spell On You” nagrali tak różni artyści, jak Carlos Santana, Leon Russell, David Gilmour, Jeff Beck, Joe Cocker, Nick Cave i wielu innych. Autorką najczęściej dziś przypominanego wykonania (a raczej kilku nagrań tej piosenki, zarówno studyjnych i koncertowych) jest Nina Simone.

Amerykanie pewnie wymienią też jako ważne wykonanie Creedence Clearwater Revival, a ja poszukując wątków polskich sięgam też po Agę Zaryan, które nagrała „I Put A Spell On You” na płycie „My Lullaby” w doskonałym towarzystwie Tomasza Szukalskiego, Darka Oleszkiewicza, Michała Tokaja i Łukasza Żyty.

Utwór: I Put A Spell On You
Album: At Home with Screamin' Jay Hawkins
Wykonawca: Screamin' Jay Hawkins
Wytwórnia: Okeh / EPIC
Rok: 1956
Numer: LN 3448
Skład: Screamin' Jay Hawkins – voc, Mickey Baker – g, Ernie Hayes – p, Sam The Man Taylor – ts, Bud Johnson – bs, Al Lucas – b, David Panama Francis – dr.

Utwór: I Put A Spell On You
Album: I Put A Spell On You
Wykonawca: Nina Simone
Wytwórnia: Philips
Rok: 1965
Numer: PHM (S) 2 (6) 00-172
Skład: Nina Simone – voc, p, Rudy Stevenson – g, orchestra

Utwór: I Put A Spell On You
Album: Creedence Clearwater Revival
Wykonawca: Creedence Clearwater Revival
Wytwórnia: Fantasy
Rok: 1968
Numer: 8382
Skład: John Fogerty – voc, g, Tom Fogerty – g, Stu Cook – b, Doug Clifford – dr.

Utwór: I Put A Spell On You
Album: My Lullaby
Wykonawca: Aga Zaryan
Wytwórnia: Blue Note
Rok: 2001
Numer: 5099909494220
Skład: Aga Zaryan – voc, Tomasz Szukalski – ts, Michał Tokaj – p, Dariusz Oleszkiewicz – b, Łukasz Żyta – dr.

31 grudnia 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 11 – 17.12.2019


„Jingle Bells” to jeden z nieśmiertelnych świątecznych standardów przypominany w nagraniach sprzed lat każdego roku w końcówce grudnia. Bez tej melodii nie może w zasadzie obejść się żadna świąteczna płyta, niezależnie od stylu muzycznego w jakim powstaje. Utwór napisał w połowie XIX wieku amerykański organista i kompozytor James Lord Pierpont. Nie był lordem, a tytuł dodał sobie w związku z nazwiskiem panieńskim matki – Mary Sheldon Lord. Gdyby nie „Jingle Bells”, znane pierwotnie pod tytułem „The One Horse Open Sleigh” z pewnością nikt by dziś o nim nie pamiętał. Ciekawostką jest fakt, że pierwotny, później modyfikowany tekst powstał z myślą o amerykańskim Święcie Dziękczynienia, które ma charakter czysto świecki i jest obchodzone jako pamiątka pierwszych zbiorów i dożynek w kolonizowanej Ameryce. Co do dnia tej rocznicy nie ma zgody pomiędzy USA i Kanadą, choć trudno rozbieżność dat nazwać sporem.

Pierwsze zachowane do dziś nagrania „Jingle Bells” pochodzą z 1898 roku. Jednym z najsłynniejszych i do dziś przypominanych jest nagranie Binga Crosby’ego i zespołu wokalnego Andrews Sisters z 1943 roku. Sporą popularnością kilka lat później cieszyło się nowatorskie wykonanie Les Paula. Piosenkę nagrywali wszyscy wykonawcy tworzący albumy świąteczne, od Franka Sinatry, Louisa Armstronga i Nat King Cole’a, po Placido Domingo, Elvisa Presleya i Barbarę Straisand. Przez lata powstało też wiele dowodów, że „Jingle Bells”, jak mało która melodia może służyć do stworzenia znakomitej aranżacji w przeróżnych muzycznych stylach. Zacząć wypada od fragmentu jednego z moich ulubionych albumów świątecznych łamiących wszystkie świąteczne konwencje i świętości – „Jingle All The Way” Beli Flecka i jego Flecktones. Jeśli istnieje świąteczne world music, to jest właśnie to:

* Jingle Bells – Jingle All The Way – Bela Fleck And The Flecktones

W zeszłym roku zupełnie niespodziewaną wersję wiekowej przecież kompozycji zaprezentował niezwykle jak na siebie nowoczesny Eric Clapton. Swoje „Jingle Bells” poświęcił pamięci DJ’a Avicii, który zmarł kilka miesięcy wcześniej popełniając samobójstwo.

* Jingle Bells – Happy Xmas – Eric Clapton

Wersję w swoim niepowtarzalnym stylu z pewnością mocno odległą od intencji kompozytora i kanonów Binga Crosby i Franka Sinatry nagrał Bootsy Collins.

* Jingle Belz (Jingle Bells) – Christmas Is 4 Ever – Bootsy Collins

„Jingle Bells” nie mogło zabraknąć na świątecznej płycie Jimmy Smitha „Christmas Cookin’”, która nie spotkała się z najlepszym przyjęciem w chwili premiery w 1966 roku, uważam jednak, że doskonale wytrzymała próbę czasu i dziś stanowi świąteczny klasyk.

* Jingle Bells – Christmas Cookin’ – Jimmy Smith

W klasyczny sposób do kompozycji James Lorda Pierponta podeszli Carla Bley i Steve Swallow. Jeśli jest okazja przypomnieć ich wyśmienity świąteczny album „Carla’s Christmas Carols”, zdecydowanie warto to zrobić.

* Jingle Bells – Carla’s Christmas Carols – Carla Bley & Steve Swallow with The Partyka Brass Quintet

Neoswingową wersję przygotował najsłynniejszy gitarzysta nagrywający w tym stylu – Brian Setzer.

* Jingle Bells – The Ultimate Christmas Collection – The Brian Setzer Orchestra

W moim zestawieniu najbardziej klasyczną i nieco staromodną (to nie musi być krytyka i w tym przypadku nie jest) wersję „Jingle Bells” w duecie z Freddy Cole’m nagrała Aga Zaryan.

* Jingle Bells – What Xmas Means To Me – Aga Zaryan feat. Freddy Cole

Na zakończenie wersja już zupełnie klasyczna – niezrówana Ella Fitzgerald. Ciekawostką jest, że „Jingle Bells” zabrakło na uważanym przez większość krytyków za najważniejszy świąteczny album wszechczasów nagraniu Phila Spectora, fenomenalnym „A Christmas Gift For You From Phil Spector”.

* Jingle Bells – Ella Wishes You A Swinging Christmas – Ella Fitzgerald

05 stycznia 2014

Podsumowanie 2013

Nowy rok jest data zupełnie umowną. Równie dobrze każdy inny dzień w cyklu ruchu Ziemi dookoła Słońca mógłby być początkiem, a poprzedni dzień końcem roku. To jednak również okazja do zaklinania rzeczywistości, podsumowań, planów, dla wielu również noworocznych postanowień, które przecież można zrobić w każdym innym dniu i będą równie ważne.

Jeśli jest jednak okazja, warto spojrzeć nieco w przeszłość i podsumować pewien okres, tym bardziej, że owo zaklinanie rzeczywistości w mojej ocenie przyda się i to bardzo w 2014 roku, bowiem rok 2013 był muzycznie jednym ze słabszych jakie pamiętam. W związku z tym warto zapamiętać najważniejsze wydawnictwa, o których za chwilę, stawiając jednocześnie grubą kreskę licząc zupełnie irracjonalnie na to, że akurat od 1 stycznia wszystko się odmieni. To oczywiście nie ma żadnego uzasadnienia. Można jednak puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie sklepy płytowe pełne wyśmienitej nowej muzyki (tej starej i wybitnej jest przecież tyle, że wypełniłaby każdej możliwej wielkości sklep). Można po raz kolejny uwierzyć, że promotorzy koncertów będą wybierać oferty ciekawe artystycznie, a nie nośne medialnie i zapewniające tłumną obecność na widowni osób, które chodzą na nazwiska, a nie na muzykę. Można wreszcie pomarzyć, że w jakiś cudowny sposób gwiazdy omijające Polskę od lat do nas przyjeżdżają i wypełniają adekwatne do swojej popularności w innych krajach widownie – od małych klubów po wielkie stadiony, które wreszcie mamy.

W tej ostatniej sprawie to już nawet dyplomacja wzięła się do roboty. Przykładem może być osobiste zaangażowanie obecnie urzędującego ambasadora amerykańskiego w sprowadzenie do Polski na pierwszy koncerty Bruce’a Springsteena i jego The E-Street Band. Wiem, wiem, że Bruce był w 1997 roku, byłem na obu koncertach, ale to były kameralne akustyczne koncerty solowe. The E-Street Band jeszcze u nas nie grał, a to w opinii tych, co widzieli (ja już prawie 30 razy miałem tą przyjemność) najlepszy muzycznie rockowy spektakl na świecie nieprzerwanie od połowy lat siedemdziesiątych. To zwyczajnie prawda i trochę wstyd dla naszego kraju, że znowu nie u nas… Fanom nie przeszkadza to oczywiście polować na bilety i jeździć po świecie. Są takie miejsca, do których pewnie nigdy bym nie pojechał, gdyby nie Bruce…

Wróćmy jednak do 2013 roku. Oczywiście był on fantastyczny, bo Bruce był w trasie. Ja widziałem koncert w Lipsku. Świat jednak nie składa się jedynie z jednego artysty, nawet tego najlepszego. Poza tym, oprócz wybornego filmu „Springsteen And I” wyprodukowanego przez Riddleya Scotta i zawierającego całkiem spory fragment koncertu z londyńskiego Hyde Parku z roku ubiegłego… O przepraszam, z 2012, trzeba się przyzwyczaić… Boss nie wydał nic nowego, cały rok był przecież w trasie. Nowa płyta już za tydzień. Oficjalna premiera, także w Polsce 14 stycznia, jednak edycja rozszerzona o koncertowe DVD dostępna będzie tylko w Amazonie, więc pewnie dotrze do mojego odtwarzacza jakiś tydzień później.

W Polsce koncertowo działo się niewiele. Przynajmniej w temacie wielkich koncertów i wielkich gwiazd. Imprez mniejszych było oczywiście więcej i z pewnością wielu z Was znalazło się nie raz w muzycznych sytuacjach, które zapamiętacie na dłużej niż kilka dni. Ja byłem pewnie na jakiś 40, może 50 koncertach, ale kiedy dziś próbuję przypomnieć sobie coś z tych wieczorów, pamiętam raczej sytuacje towarzyskie, a nie muzykę. Dla mnie to najlepszy dowód na to, że nie usłyszałem w 2013 roku ze sceny nic, co zapamiętam na dłużej. W poprzednich latach było inaczej. Oczywiście to ocena niezwykle subiektywna, będąca podsumowaniem jedynie części wydarzeń, na wybór których wypływ miało wiele czynników – miejsce akcji, możliwości czasowe, wyjazdy i inne zobowiązania. Jednak jeśli z 40 koncertów nie potrafię uczciwie wyróżnić żadnego, to rok był raczej słaby…

Przez moje ręce przeszło około 400 nowych albumów, wszystkie wysłuchałem z wielką uwagą. Najlepsza 50 zostało płytami tygodnia w RadioJAZZ.FM. Wiele innych opisałem na blogu. Wiele jednak nie jest wartych opisania, bowiem nie mam zwyczaju pisać, że coś mi się nie podoba, nie widzę w tym wielkiego sensu i trochę szkoda mi na krytykę czasu. Wśród tych wszystkich nowych wydawnictw na szczególną uwagę zasługują trzy, do których na pewno będę wracał nie raz. Jako, cała trójka to płyty wokalistek, spokojnie można rok 2013 zgłosić do podręczników historii muzyki jako rok wokalistek właśnie.

Na poszukiwaniu tych trzech albumów warto było poświęcić długie wieczory słuchając tych nowości, o których już dziś nawet nie pamiętam. Nie trzymając Was dłużej w niepewności, moim wyborem do podręczników historii muzyki z 2013 roku są:

Na miejscu pierwszym wybitny, wręcz genialny album Agi Zaryan – „Remembering Nina & Abbey: A Tribute To Nina  Simone And Abbey Lincoln”. To absolutna światowa ekstraklasa. O płycie przeczytacie więcej tutaj:


Kiedy pojawia się w Polsce taka płyta, zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem równie genialne wydawnictwo nie ukazało się właśnie w Portugalii, albo Meksyku, albo Maroku, albo w dowolnym innym kraju na świecie… Nigdy się tego nie dowiemy, bowiem codziennie na świecie ukazuje się kilkaset płyt i nie ma szansy na racjonalny wybór. Nie zmienia to oczywiście w żaden sposób genialności albumu Agi Zaryan. To dla mnie bez cienia wątpliwości najlepsza płyta 2013 roku na świecie. Choć cień wątpliwości, że może jeszcze gdzieś w innym kraju, równie mało znaczącym co Polska na światowym rynku muzycznym nagrano coś podobnie wybitnego nie daje mi spokoju…

Pozostałe dwie płyty ważne dla 2013 roku to nowy zaskakująca stylistycznie płyta Patricii Barber – „Smash”, o której pisałem tutaj:


oraz najnowsza płyta – znowu „Ku pamięci” – tym razem nawet żyjącej jeszcze artystki -  Joni Mitchell w wykonaniu Martyny Jakubowicz wydana pod tytułem „Burzliwy błękit Joanny”, o której przeczytacie tutaj:


Nie było więc tak źle. Garść innych płyt z 2013 roku z pewnością też od czasu do czasu powróci do moich głośników. Liczę jednak na to, że 2014 rok będzie lepszy.

16 grudnia 2013

Aga Zaryan – Remembering Nina & Abbey: A Tribute To Nina Simone And Abbey Lincoln

Ten album jest zwyczajnie fenomenalny. Musiał kiedyś powstać. Obie postaci – Nina Simone i Abbey Lincoln są dla Agi Zaryan bardzo ważne. Oczywiście godzinami można debatować na temat wyboru kompozycji. Faktem jest, że wszystkie kojarzone są z jedną z tych wielkich wokalistek. Oczywiście każdy z nas być może dorzuciłby jakąś melodię. Te rozważania nie mają sensu. Z repertuaru obu wielkich wokalistek można zestawić jeszcze co najmniej dwa podobne albumy.

Kiedy w zapowiedzi prasowej zobaczyłem zestaw kompozycji, nie oczekiwałem płyty genialnej, raczej obawiałem się, szczególnie o „Strange Fruit” i „My Baby Just Cares For Me”. Zawsze byłem zdania, że „Strange Fruit” nie powinien już w zasadzie nikt śpiewać, bo dziś żyje się nam wszystkim za łatwo, żebyśmy mogli ten tekst zrozumieć. Z kolei „My Baby Just Cares For Me” jest melodią wyeksploatowaną w reklamie i raczej nielubianą w końcówce kariery przez samą Ninę Simone. Wydawało mi się, że to wybór zbyt oczywisty. Przekonałem się jednak, że można zaśpiewać „Strange Fruit” niemal tak fantastycznie, jak Billie Holiday, czy Nina Simone. A może nawet ciekawiej.

Zespół zebrany do nagrania tego albumu to zupełnie osobna historia. Geri Allen akompaniująca Agnieszce na fortepianie, jej wymarzony perkusista – Brian Blade, idealnie pasujący do całości Larry Koonse i Darek Oleszkiewicz, który jest od lat jednym z najlepszych kontrabasistów grających dla wokalistek na świecie i grająca na harfie Carol Robbins. Ta ostatnia jest jednocześnie rodzajem metafizycznego połączenia Agi Zaryan z Niną Simone, grała bowiem przed laty z Niną.

Niezależnie od repertuaru i towarzyszącego artystce zespołu, gwiazdą tej płyty jest Aga Zaryan. W magiczny, trudny do opisania słowami sposób z mojego egzemplarza płyty Aga śpiewa właśnie dla mnie. To rodzaj niezwykle osobistego, absolutnie szczerego przekazu. Jestem przekonany, że każdy z Was uzna, że to nieprawda, że Aga nie śpiewa dla mnie, tylko dla Was. Dla każdego słuchacza osobno. Może każdy egzemplarz płyty jest inny? To oczywiście tylko wyobraźnia. Jednak taka właśnie iluzja jest sztuką najwyższą. Znam tylko kilka płyt, które mają to coś. Daruję sobie ich tytuły, żeby nie rozpętać burzy, że przesadzam. Jednak porównania do największych dzieł światowego jazzu nie są tu pozbawione sensu.

Przejrzałem listę tegorocznych nowości i nie mam wątpliwości. To jest najlepszy album tego roku wśród ponad 400 nowych płyt jakich w tym roku miałem okazję wysłuchać. Żaden z 50 albumów, które trafiły do mojej stałej radiowej rubryki płyty tygodnia nie jest nawet w połowie tak doskonały. Zresztą w muzyce porównania nie mają większego sensu.

Chcecie coś o płycie wiedzieć, zanim pobiegniecie do sklepu po swój egzemplarz? Aga śpiewa bardzo oszczędnie, często czekając do ostatniego momentu z kolejnym akcentem, na całej płycie nie znajdziecie ani jednej zbędnej nuty. Aga niczego nie udaje, nie naśladuje swoich idolek. Stać ją na wiele więcej. Ma na temat każdego z utworów własne zdanie, nie usiłując jednocześnie tworzyć na siłę nowatorskich interpretacji. Robi to, co robiły Nina Simone i Abbey Lincoln, za pomocą głosu, w towarzystwie skromnego akompaniamentu opowiada w przejmujący sposób niezwykłe historie. Trafiając prosto do serca, głowy, rozumu, czy duszy każdego słuchacza, w zależności od jego światopoglądu.

Mam już dwa egzemplarze tego albumu – jeden nie opuszcza podręcznego zbioru najczęściej używanych płyt, drugi trzymam w samochodzie. Kupię sobie jeszcze jeden, tak na zapas i jeszcze kolejny, oprawię w ramki i powieszę na ścianie, obok zdjęcia Abbey Lincoln, albo obok którejś z fotografii Niny Simone.

Do Agi Zaryan przekonywałem się długo i nie było to łatwe. Wszystko zaczęło się od dość nieudanego koncertu, później było już tylko lepiej. Jedno ze zdań umieszczone w skromnej książeczce dołączonej do płyty sprawia, że zaczynam już czekać na nowy rok, który zacznie się za chwilę. „Hoping For More In The Near Future”. Pewnie na koncerty w składzie z płyty nie ma szans, a nawet jeśli się wydarzy, to będzie to jakiś ekskluzywny koncert w luksusowym hotelu. A ja chciałbym usiąść w pierwszym rzędzie małego klubu i posłuchać… Agnieszka, uwielbiam to co robisz… Jesteś geniuszem. Właśnie nagrałaś najlepszą płytę roku na świecie, a może nawet nie tylko tego roku.

Aga Zaryan
Remembering Nina & Abbey: A Tribute To Nina  Simone And Abbey Lincoln
Format: CD
Wytwórnia: Parlophone
Numer: 5099940988122

19 października 2012

Aga Zaryan – Live At The Palladium


Coś magicznego jest w tej płycie. To połączenie talentu Agi Zaryan, atmosfery, wyśmienitego zespołu, który na tej płycie nie ogranicza się do akompaniamentu i repertuaru, który złożony jest w sporej części z ulubionych utworów wokalistki.

Zapis koncertu, który odbył się w 2008 roku w klubie Palladium w Warszawie to dokument, dzięki któremu na zawsze uwieczniono magiczny wieczór, który zapewne pamiętają wszyscy, którzy byli wtedy na widowni. To jeden z tych albumów, kiedy udało się stworzyć muzykę będącą nie tylko sumą talentów wszystkich muzyków, ale czymś znacznie więcej.

Nietypowy zestaw instrumentów w połączeniu z niezwykle zmysłowym i pełnym tego dnia emocji głosem wokalistki pozwolił pokazać na nowo znane od wielu lat kompozycje. Na scenie pojawił się zespół w składzie, w którym Aga Zaryan nagrała świetną studyjną płytę „Picking Up The Pieces” co zapewne nie było łatwe organizacyjnie. Koncert był częścią trasy, na której z Agą Zaryan grali: Darek Oleszkiewicz na kontrabasie, Larry Koonse na gitarze i otoczony sporym zestawem instrumentów perkusyjnych Munyungo Jackson. Brak fortepianu i perkusji pozwolił skupić się na brzmieniach i dał fanom okazję do posłuchania wybitnego i niezbyt często grającego w Polsce Darka Oleszkiewicza. Od jego kompozycji całe wydarzenie się zaczęło (tak przynajmniej wynika z płytowej rejestracji).

Wiele z utworów, które Aga Zaryan zaśpiewała tego wieczoru były w jej repertuarze wcześniej i pozostały w nim do dziś. „Throw It Away” Abbey Lincoln, czy „Suzanne” Leonarda Cohena pojawiały się na koncertach już wcześniej. Jednak w tej unikalnej obsadzie muzyków towarzyszących znane standardy nabrały nowego blasku. Wyśmienite solówki kontrabasu i rozbudowane introdukcje instrumentów perkusyjnych same w sobie mogłyby złożyć się na świetny koncert. Larry Koonse okazał się idealnym gitarzystą wspierającym swoją miękką i czujną grą głos wokalistki.

Wstęp do „Suzanne” i solówka w „I Hear Music” to najważniejsze momenty dla Munyungo Jacksona. „Suzanne” to w sumie dość prosta muzycznie kompozycja, w dodatku w głowach większości słuchaczy mocno związana z oryginalnym wykonaniem jej autora. Muzycy zespołu Agi Zaryan pokazali, że można z niej zrobić wyśmienity kawałek jazzowego grania. Otwierająca koncert kompozycja Darka Oleszkiewicz „Seventh Heaven” jest świetnym wprowadzeniem w instrumentalny klimat koncertu i jednocześnie popisem kompozytorskich i wykonawczych umiejętności naszego w tej chwili najlepszego kontrabasisty.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, tak na siłę, to zabrakło na płycie – być może koncert był dłuższy, fragmentów bardziej dynamicznych, choć może taki był właśnie pomysł, żeby skupić się na barwach instrumentów i głosu wokalistki. To akurat udało się znakomicie. Można również pochwalić techniczną stronę rejestracji koncertu, bowiem Palladium nie jest miejscem łatwym akustycznie… Ewidentnie niedopracowane w wersji audio są przejścia między utworami, a właściwie ich brak…

„Live At The Palladium” to płyta wybitna. Utrwalająca niesłychanie emocjonalne, a jednocześnie dopracowane w każdym szczególe podejście Agi Zaryan do jej ulubionych piosenek i równie wyśmienitych kompozycji napisanych specjalnie dla niej. To album, na którym zespół towarzyszący wokalistce tworzy własny spektakl, który sprawdziłby się na scenie nawet bez jej udziału. To nie są jednak wyścigi o to, kto na scenie ważniejszy. To spotkanie wybitnych muzyków ze świetnym pomysłem na to, jak te niezwykłe talenty wykorzystać.

Aga Zaryan
Live At The Palladium
Format: 2CD
Wytwórnia: Warner
Numer: 5907476693567

28 czerwca 2012

Aga Zaryan - A Book Of Luminous Things / Księga Olśnień

Może zacznę dość nietypowo, czyli od podsumowania… Głosuję za wersją angielską, co nie znaczy, że wersja polska nie jest ciekawa… Ale o tym za chwilę, bowiem w podsumowaniu powinno znaleźć się jeszcze jedno zdanie… Tym razem będące pokazaniem słabego punktu obu produkcji, który w sumie słabym punktem nie jest, ale jakby go nie było, mnie podobałoby się bardziej… Otóż owym niezbyt według mnie potrzebnym na obu albumach elementem jest smyczkowa orkiestracja Krzysztofa Herdzina.

UWAGA: Patrz komentarz pod postem...

Od tego wypada więc zacząć, żeby później było tylko coraz lepiej. Niewątpliwie aranżacje smyczków wykonane na oba albumy przez Krzysztofa Herdzina są na światowym poziomie. Nie tylko sprawne technicznie, ale również zachowujące sygnaturę dźwiękową pozwalającą dość łatwo bez czytania małych literek na okładce usłyszeć, że to gra Krzysztof Herdzin… No, może tym razem nie gra, tylko aranżuje, ale własne brzmienie dla aranżera jest czymś równie istotnym, a może nawet istotniejszym niż dla muzyka. Tak więc Krzysztof Herdzin aranżuje świetnie, ale mnie na obu płytach podobają się najbardziej te fragmenty, w których miejsce smyczków zajmuje gitara Larry’ego Koonse i kontrabas Dariusza Oleszkiewicza. Nie zapomniałem oczywiście o fortepianie obsługiwanym przez Michała Tokaja, ten jednak obecny jest prawie zawsze, więc nie jest wyróżnikiem tych bardziej kameralnych utworów.

Dlatego też dla mnie przebojem tych albumów jest kompozycja „A Parable Of The Poppy” / „Przypowieść o maku” i kolejne dwa utwory. Może dlatego, że najbardziej przypominają dobre jazzowe śpiewanie w klasycznym kwartecie akompaniującym wokalistce? Może dlatego, że pozwalają słuchaczowi nieco bardziej skupić się na wokalu? Jeśli bazą do repertuaru są ważne dla Agi Zaryan teksty, to ich prezentacja nie powinna konkurować z instrumentacją…

Nie zrozumcie mnie źle, to są wyśmienite płyty.. Może trzeba więc chwalić, a nie tylko opowiadać o tym, co mogło być lepsze…. Nie szukajmy więc dziury w całym… Z dwu wyśmienitych płyt częściej jednak sięgam po wersję angielską. Wcale nie dlatego, że to światowa produkcja. Również nie dlatego, że pragnę zagłębić się w zakamarki łamigłówki tłumaczeń niełatwych tekstów… Niektóre były tłumaczone z polskiego na angielski, inne odwrotnie… Do jazzowej frazy język angielski pasuje zwyczajnie lepiej, a barwa głosu i bogactwo mikrodetali, które zawdzięczamy nie tylko wyśmienitej formie wokalnej Agi Zaryan, ale również dobrej realizacji akustycznej rejestrującej wiele mikrodetali i atmosfery nagrania też bardziej podoba mi się w wersji angielskiej…

Na obu albumach niepodzielnie rządzi głos Agi Zaryan i dlatego też… Im mniej instrumentów tym lepiej… Może nawet cały album z odrobiną gitary, albo fortepianu byłby najlepszą edycją…

Muzyka skupia uwagę, mimo że nie obfituje w nagłe zwroty akcji, łatwo skłania słuchacza do pozostania przy głośnikach na dłużej. To w stosunkowo prostej i ogranej na wiele sposobów formule fortepian / gitara plus sekcja i jazzowa wokalistka nie jest łatwe… Aga Zaryan to potrafi, a do tego ma głos, którego nie sposób pomylić z nikim innym… Czego więcej trzeba do światowego sukcesu? Trochę szczęścia w doborze repertuaru, ciężkiej pracy, determinacji, pogody ducha i wiary w sukces… To wszystko akurat brzmi jak opis artystycznej sylwetki i charakteru Agi Zaryan. Niestety trzeba też wielkiej promocji i machiny dużej wytwórni, która nie tylko weźmie do katalogu, ale jeszcze priorytetowo potraktuje… Tego na razie brak, ale z punktu widzenia słuchacza to nawet się cieszę, bowiem można Agę usłyszeć w kameralnych okolicznościach, a żeby zrobić wywiad nie trzeba przedostawać się przez tabun managerów a potem ochroniarzy… Wywiad przeczytacie w czerwcowym wydaniu Jazzpressu.. Dziś to ciągle jest wydanie najnowsze…

Aga Zaryan
A Book Of Luminous Things
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / EMI
Numer: 5099908449825

Aga Zaryan
Księga Olśnień
Format: CD
Wytwórnia: EMI
Numer: 5099908449627

20 maja 2011

Noc Miliona Żurawi vol. 2 - Palladium, Warszawa, 18 maja 2011

To był całkiem przyjemny wieczór, choć tego rodzaju koncerty nie są zwykle wydarzeniem artystycznym, a raczej towarzyskim. Tak też było tym razem, choć udało się zebrać pełną salę słuchaczy pragnących oprócz zobaczenia tych zapowiadanych i jak to zwykle w takich okolicznościach bywa, również tych mniej zaplanowanych muzycznych prezentacji. Pochwalić należy sprawność techniczną organizacji i krótkie przerwy między występami. W przerwach przeznaczonych dla technicznej obsługi sceny słuchaczom czas umilał, czytając w większości wcześniej przygotowane przez samych wykonawców teksty, Zbigniew Zamachowski. Czasem była to konferansjerka całkiem zgrabna, kiedy indziej zdradzając niezbyt dogłębną wiedzę muzyczną zapowiadającego pozostawała wypełniaczem czasu, na tyle jednak udanym, że widzowie widowni nie opuszczali przez prawie 4 godziny.
Przyjęta formuła kilkunastominutowych prezentacji nie pozwoliła na rozwinięcie skrzydeł większości wykonawcom. Po tych lepszych prezentacjach pozostał zatem niedosyt, a te nieco gorsze były na tyle krótkie, że nie irytowały ponad miarę.
Koncert rozpoczęła Maria Pomianowska z zespołem łączącym odrobinę japońskiej egzotyki muzycznej z polskim folklorem. Ta z pozoru skazana na niepowodzenie mieszanka sprawdziła się na tyle, że z pewnością poszukam nagrań jej zespołu.


Maria Pomianowska z zespołem

Kolejny występ, to krótki set zaprezentowany przez Annę Kostrzewską, wokalistkę ciągle poszukującą swojej muzycznej tożsamości, z pewnością jednak zasługującą na szersze zainteresowanie jazzowej publicznośći, która nie traktuje jazzu zbyt ortodoksyjnie ograniczając się do sprawdzonych wielkich sław wokalnych. Anna Kostrzewska jest również odpowiedzialna za artystyczną część całej akcji pomocy dla Japonii organizowaną przez Polską Akcję Humanitarną. Zarówno za walory muzyczne jej występu, jak i wysiłek organizacyjny i zaangażowanie w całą sprawę należą się jej słowa najwyższego uznania. Jeśli będzie gdzieś w pobliżu jej koncert, z pewnością mnie tam nie zabraknie.

Anna Kostrzewska

Projekt Agnieszki Szczepaniak – Ale Szopka! z gościnnym udziałem Justyny Steczkowskiej został zaprezentowany w krótkim secie, który zdominowała swoimi niezwykłymi możliwościami głosowymi Justyna Steczkowska. To również temat wart większego zainteresowania, bowim mam wrażenie, że cały pomysł, to nie tylko wykorzystanie głosu gwiazdy, ale również ciekawa muzyka, której niestety z racji ograniczeń czasowych nie udało się tego wieczora pokazać.


Agnieszka Szczepaniak

Justyna Steczkowska

Na bis zespół Agnieszki Szczepaniak zagrał popowy przebój Justyny Steczkowskiej – Dziewczyna Szamana. Duet wokalny Justyny Steczkowskiej i Anny Kostrzewskiej należy uznać za całkiem udany, a z pewnością również widowiskowy i mający ten oczekiwany przez publiczność tego rodzaju koncertów smaczek jednorazowego, niepowtarzalnego wydarzenia.

Anna Kostrzewska i Justyna Steczkowska

Mieczysław Szcześniak i w towarzystwie Wendy Waldman – to był poprawny i tylko poprawny występ, oboje artystów potrafi więcej, jednak to taki rodzaj muzyki, który potrzebuje nieco więcej czasu na wciągnięcie słuchaczy w nastrój. Tego wieczora w Palladium było za krótko i za mało, a to w sumie oznacza, że nie było najgorzej.

Mieczysław Szcześniak i Wendy Waldman

Zespół Raz Dwa Trzy – za taką muzyka nie przepadam. Mam jednak wrażenie, że zespół zagrał swoje najważniejsze piosenki nieco bez zaangażowania, tak jakby to był kolejny koncert, jakich zapewne wiele zagrali w ostatnich latach w tych większych salach wielkomiejskich i mniejszych domach kultury i strażackich remizach oraz ludowych festynach jakich wiele każdego lata odbywa się w całej Polsce.

Adam Nowak (Raz Dwa Trzy)

Występ Agi Zaryan był nieco nie dla mnie. Nie przepadam za wyciąganiem ambitnych wierszy i dorabianiem do nich na siłę muzyki, tak, żeby płytę sprzedać jako ambitny projekt artystyczny doczepianąc jej etykietkę znanego poety. Wolę Agę Zaryan śpiewającą jazzowe standardy, jednak do tego potrzeba większego rozmachu instrumentalnego, czego na estradzie Nocy Żurawi vol. 2 zabrakło. Było więc muzycznie poprawnie w stylu, za którym nie przepadam. To też muzyka, która potrzebuje nieco bliższego kontaktu z publicznością, chwili oddechu i refleksji, osobistej relacji, przynajmniej z pierwszym rzędem publiczności. Po dynamicznym występie Adama Nowaka nie było to łatwe... Do tego, że nie jest to projekt jedynie czysto komercyjny i wiersze Miłosza są dla Agi Zaryan ważne, muszę przekonać się na osobnym koncercie dedykowanym temu projektowi...


Aga Zaryan

Gwiazdą zamykającą całość był Tomasz Stańko w towarzystkie swojego dawnego zespołu – dziś już nagrywającego samodzielnie – tria Marcina Wasilewskiego. To był niewątpliwie najlepszy set wieczoru. Tomasz Stańko urzeka każdym dźwiękiem, szczególnie w czasie koncertów. Ma w sobie coś z Milesa Davisa. Gra oszczędnie, całkowicie kontroluje muzyczną akcję i jakby od niechcenia zupełnie niespodziewanie wydaje ze swojej trąbki dźwięki, których się nie spodziewamy, a które są tak bardzo na miejscu.

Tomasz Stańko

Tomasz Stańko