15 grudnia 2014

Magnus Hjorth Trio - Blue Interval

Magnus Hjorth nie jest pianistą początkującym, jego najnowszy album jest jego czwartą autorską płytą. To z pewnością najbardziej dojrzały, pełen ciekawych pomysłów i własnego, indywidualnego stylu album nagrany w trio. Oprócz zespołu w którego składzie znajdziemy oprócz lidera, równie mało znanych muzyków – grającego na kontrabasie Lasse Morcka i bębniarza - Snorre Kirka. Oprócz tego składu, Magnus Hjorth udziela się również w innych zespołach, z których najbardziej znany jest chyba zespół People Are Machines. Magnus Hjorth gra też w większych jazzowych orkiestrach, które w Szwecji jakimś cudem istnieją i znajdują jakiś sposób na sfinansowanie wspólnego grania.

Magnus Hjorth nie jest typowym reprezentantem szwedzkiego, zimnego i oszczędnego grania. Gdyby nie nazwisko, pewnie nikt nie uznałby go za artystę z północnej Europy. Swoim stylem nawiązuje do najlepszych amerykańskich wzorców. W jego grze znajdziecie kawałki właściwie całej historii jazzowego fortepianu. To co chyba najtrudniejsze dla Europejczyków – swing, może nie w dawce serwowanej przez najlepszych w rodzaju Oscara Petersona, to coś co Magnus Hjorth potrafi całkiem nieźle. Jest błyskotliwym technikiem odwołującym się do stylu Arta Tatuma, traktującym z dość sporą energią klawiaturę instrumentu. W jego grze odnajdziecie przestrzeń znaną z najlepszych nagrań Billa Evansa i muzyczną wyobraźnię Ahmada Jamala.

Co szczególnie zadziwiające, nawet jeśli cytaty z wielkich mistrzów są niemal dosłowne, Magnus Hjorth potrafi znaleźć swoją własną drogę, indywidualną artystyczną osobowość. Odnajdowanie tych inspiracji jest ciekawą przygodą i odmiennym sposobem spojrzenia na album „Blue Interval”, nie należy jednak zapominać, że to autorski projekt – album wypełniony w niemal całości autorską muzyką lidera.

Wybór klasycznych kompozycji, które Magnus Hjorth umieścił na swoim najnowszym albumie świadczy z pewnością o jego muzycznych zainteresowaniach i niezwykle szerokim spojrzeniu na jazzową tradycję – „American Patrol” Glenna Millera i „Moonlight Serenade”, standardem również znanym z wykonań orkiestry króla tanecznego swingu, sąsiadują z „Barbados” Charlie Parkera – utworem lubianym przez pianistów, który był ważną melodią dla Phineasa Newborna Jr. – jednego z najbardziej niedocenianych i jednocześnie absolutnie genialnych pianistów sprzed lat. Przypomniałem sobie wykonanie Phineasa Newborna z płyty „Here Is Phineas: The Piano Artistry Of Phineas Newborn Jr.”, żeby być pewnym swojego przypuszczenia. Nie wiem jak jest w rzeczywistości, jednak możliwości są w zasadzie dwie – albo Magnus Hjorth zna nagrania Phineasa Newborna, albo myśli podobnie jak on, w obu przypadkach oznacza to, że jest muzykiem genialnym…

To jednak nie oryginalne, wypełnione bluesowym feelingiem wykonanie „Barbados” jest wyznacznikiem wysokiej jakości tej płyty, a kompozycje własne lidera, łączące amerykańską tradycję i energię właściwą bluesowym mistrzom z krystaliczne czystymi dźwiękami fortepianu, przypominającymi słuchaczom, że płyta powstała w Skandynawii.

„Blue Interval” to ciekawe połączenie skandynawskiego wyrachowania z amerykańską tradycją, świadectwo tego, że Magnus Hjorth jest nie tylko świetnym pianistą, ale równie utalentowanym kompozytorem.

Magnus Hjorth Trio
Blue Interval
Format: CD
Wytwórnia: Stunt Records
Numer: 663993140124

08 grudnia 2014

Chuck Mangione – Children Of Sanchez

Ścieżka dźwiękowa do „Children Of Sanchez” zapewniła Chuckowi Mangione nieśmiertelność. Niewielu dziś już pamięta film, za to muzyke znają chyba wszyscy. Mnie nigdy nie udało się filmu obejrzeć, choć kiedyś poszukiwałem wszystkich dzieł z wielką jazzową muzyka. Sporo udało się odnaleźć, choć większość z nich nie dorównuje muzyce. Nie próbujcie poszukiwać „Windy na Szafot” z myślą, że skoro Miles Davis napisał genialną muzykę, to obraz będzie jej dorównywał. Nie szukajcie „Siesty” ani „Dingo”. Może „’Round Midnight” wart jest obejrzenia, ale to raczej w związku z tym, że na ekranie w zasadzie samych siebie grają Dexter Gordon i Herbie Hancock.

Generalnie muzycy jazzowi nie mieli szczęścia do wybitnych filmów, choć często pisywali do nich wyśmienitą muzykę. Na polskiej scenie jazzowej również znajdziemy potwierdzenia tego trendu – choćby „Reich” z wybitną muzyką Tomasza Stańko.

Oczywiście wielu może uznać, że „Children Of Sanchez” to niekoniecznie jazzowy album, n ale wtedy również „Siesta” nie będzie muzyką jazzową. Nie znam właściwie żadnego fana Marcusa Millera, który jakoś specjalnie odrzuca ten album, znam za to wielu dla których w końcówce lat siedemdziesiątych „Children Of Sanchez” był pierwszym jazzowym albumem. To dość klasyczna ścieżka – później Pat Metheny Group, trochę fusion, a później sięganie do korzeni gatunku.

W sumie to żadna różnica. To zgrabnie napisane i zagrane przez zespół mało znanych muzyków pod wodzą Chucka Mangione tematy. Czy mają coś wspólnego z filmem – nieważne, to jeden z tych filmowych albumów, który żyje własnym zżyciem poza filmem do którego powstał, a to zwykle oznacza najwyższą możliwą jakość.

W swoich czasach, na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych album był wielkim przebojem nie tylko w świecie muzyki filmowej i jazzu. Temat przewodni dostał nagrodę Grammy i to wcale nie w kategorii jazzowej, a instrumentalnej muzyki pop, mimo, że w wersji albumowej jest utworem zdecydowanie wokalnym, choć i wersja skrócona – zawierająca jedynie wokalizy ukazała się w na paru rynkach na singlu.

W Polsce album również był bardzo popularny, a na platynową płytę (na przełomie wieków oznaczało to dziś absolutnie nieosiągalne sto tysięcy egzemplarzy podwójnego – czyli droższego, albumu) czekał ponad 20 lat, choć od kiedy sprzedaż zaczęto liczyć – nie wiem, bo z pewnością w 1978 roku w Empiku, który nazywał się trochę inaczej na półkach go nie było…

Chuck Mangione nagrał dotąd około 30 albumów, jednak większość pamięta o nim jako o twórcy „Children Of Sanchez”. Nieco wcześniej miał jeszcze spory przebój w Stanach Zjednoczonych – „Feels So Good”. Właściwie przez całą swoją karierę Chuck Mangione pozostaje wierny sporym składom instrumentalnym, zaglądając często na komercyjną stronę muzyki – skomponował między innymi tematy przewodnie do kilku Olimpiad, sztuk teatralnych i programów telewizyjnych. Zanim znalazł sobie taką drogę – na jego talencie w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych poznał się Art Blakey dając mu miejsce trębacza w Jazz Messengers, a to miejsce zajmowane wcześniej przez największych – Lee Morgana, Clifforda Browna i kilku innych wielkich muzyków.

Chcecie, czy nie, „Children Of Sanchez” to ważny element jazzowej historii, tak jak każdy w zasadzie album ma swoich zwolenników i przeciwników. Ja stoję trochę z boku, choć warstwa kurzu na tej płycie wcale nie była dziś jakoś szczególnie gruba.

Chuck Mangione
Children Of Sanchez
Format: 2CD
Wytwórnia: A&M
Numer: 082839670029

07 grudnia 2014

Grażyna Auguścik Orchestar – Inspired By Lutosławski

Grażyna Auguścik to światowy fenomen. W zasadzie nie ma drugiej takiej wokalistki. To znaczy może jest, gdzieś w Tajlandii, Maroku, Chile, lub Islandii, ja jednak jeszcze o tym nie wiem. Oprócz niemierzalnej żadnymi jednostkami, zwyczajnie nieskończonej muzykalności jej cechą unikalną jest absolutnie fenomenalna wszechstronność. Zadziwiająca umiejętność absorbowania muzycznych doświadczeń i inspiracji, przetwarzania ich w odkrywczy sposób i pozostawania sobą w skrajnie różnych muzycznych wcieleniach.

W ciągu ostatnich kilku lat potrafiła zagrać w unikalny, swój własny, pogodny, egzotyczny z punktu widzenia kompozycji w rodzaju „A Hard Day’s Night”, „Hey Jude”, czy „Norwegian Wood”, brazylijski sposób repertuar The Beatles – to album „The Beatlen Nova”. Zmierzyła się też w niezwykle udany, twórczy sposób z niezwykle emocjonalną twórczością zupełnie nieznanego w Polsce Nicka Drake’a – to z kolei album nagrany z jej amerykańskim zespołem – „Man Behind The Sun”. W Chicago gra w najważniejszych klubach, kiedy przyjeżdża do Polski, nie boi się muzycznych eksperymentów – jak choćby absolutnie spontaniczne improwizacje z zespołem The Intuition Orchestra i legendarnym Zdzisławem Piernikiem. Gra w duetach – śpiewając jazzowe ballady z najlepszymi polskimi pianistami, pracując nad nowym materiałem z Jarkiem Besterem, pięknie śpiewa kolędy. Pewnie o wielu rzeczach zapomniałem…

Tym razem wspólnie z Janem Smoczyńskim postanowiła przybliżyć jazzowej publiczności – na początek w Polsce, ale plany amerykańskie są również realne, muzykę Witolda Lutosławskiego. Kiedy usłyszałem o tym projekcie po raz pierwszy – osoba z otoczenia Grażyny od razu stwierdziła, że mnie pewnie ten projekt nie zainteresuje, bo ja przecież innej muzyki słucham. Z takimi kategorycznymi stwierdzeniami nie polemizuję. Ja wiem swoje. Słucham Grażyny Auguścik od zawsze, i wiem, że dla niej materia muzyczna może być w zasadzie dowolna, choć oczywiście im ciekawsza i muzycznie trudniejsza tym lepiej…

Tak jest i w tym wypadku, bowiem większości słuchaczy – nawet jeśli nazwisko Witolda Lutosławskiego z czymś się kojarzy – to z socrealistyczną wersją Warszawskiej Jesieni i chałturami, które uprawiał wstydliwie kryjąc się za pseudonimem Dervid. Sam kompozytor – jeden z naszych największych, zanim został twórcą awangardowych utworów symfonicznych pisywał piosenki dla dzieci i inne błahe utwory, dziś w dużej części zapomniane, w których inspirował się polską muzyką ludową.

To właśnie ten repertuar stał się podstawowym tworzywem do stworzenia niezwykłego, nowoczesnego, a jednocześnie na wskroś ludowego albumu Grażyny Auguścik. Artystce towarzyszą aż trzy zespoły – Trio Jana Smoczyńskiego, zespół Jana Prusinowskiego, niestrudzonego badacza i popularyzatora polskiego folkloru, dzięki któremu można dowiedzieć się, że polska muzyka ludowa powstawała nie tylko w okolicach Zakopanego, oraz Atom String Quartet.

Ten rozbudowany aparat wykonawczy stworzył dzieło niezwykłe. Część utworów – jak choćby „Taneczne 3”  to rzeczy, które należy wydać na winylach i rozdać DJom w najlepszych klubach na całym świecie – za rytmem nikt nie nadąży, ale zabawa będzie przednia. Tak fantastycznie zrealizowanego materiału dawno nie słyszałem z polskiego albumu. Inne utwory są bardziej tradycyjne – brzmią jak próba uchwycenia klimatu w którym powstawały. Mimo tak wielkiej rozmaitości, połączenia klasycznego Atom String Quartet z jazzowym zespołem Jana Smoczyńskiego i wiernym tradycji ludowej muzykom Jana Prusinowskiego, album brzmi niezwykle spójnie – to zasługa niezwykłego głosu Grażyny Auguścik.

Trochę obawiałem się o ten repertuar, mógł przecież powstać album strawny jedynie dla polskiego słuchacza. Powstała jedna z najlepszych w tym roku na świecie płyt wokalnych i z pewnością najlepsza płyta w obszernej dyskografii Grażyny Auguścik.

Grażyna Auguścik Orchestar
Inspired By Lutosławski
Format: CD
Wytwórnia: For Tune
Numer: For Tune 0044

04 grudnia 2014

Matt Brewer – Mythology

Matt Brewer to dla mnie trochę człowiek znikąd – muzyk, którego nagrania dotąd, jeśli nie liczyć dość bezbarwnej roli w równie bezbarwnych nagraniach nieznanej szerzej wokalistki – Jacinty, której nie należy mylić ze zjawiskową Jacinthą, jakoś mnie omijały. Również jego współpraca z Gonzalo Rubalcabą nie jest czymś, co pamiętam w jakiś szczególny sposób.

„Mythology” według wszelakich znaków na niebie i ziemi oraz na jego własnej stronie internetowej jest jego solowym debiutem. Zanim płyta trafiła do mojego odtwarzacza nie miałem już wątpliwości, że Matt Brewer musi być ważnym nazwiskiem za Wielką Wodą. Zebranie zespołu, którego skład dumnie wypisany jest na okładce z pewnością oznacza, że Matt Brewer ma coś ciekawego w swoim autorskim projekcie do powiedzenia.

„Mythology” to wyśmienity album, który powstał dzięki współpracy szóstki wspaniałych muzyków. Właściwie jedyną jego wadą jest fakt, że pojawia się na nim aż tylu fantastycznych instrumentalistów. Czasami mam wątpliwości, że bez dwu saksofonów płyta nie byłaby ciekawsza.

Nie oznacza to, że duety saksofonowe w wykonaniu Marka Turnera i Steve’a Lehmana nie są ciekawe – są jak najbardziej, to jednak materiał na osobną płytę. David Virelles i Marcus Gilmore to muzycy, których niezwykle cenię i obserwuję od jakiegoś czasu. W szczególności ten ostatni – niezwykle oszczędny w środkach wyrazu bębniarz swingujący jak najwięksi mistrzowie sprzed ponad pół wieku potrafi dać każdej muzycznej materii ogrom przestrzeni pozwalający wyszaleć się solistom.

„Mythology” to nie jest jednak projekt epatujący jakąś szczególną instrumentalną wirtuozerią. Jego bohaterem jest Matt Brewer – kompozytor, a dopiero później poszczególne instrumenty. Dołączona do płyty książeczka opisuje inspiracje i proces powstania poszczególnych kompozycji. Umieszczenie pośród autorskich melodii utworu Ornette Colemana – „Free” nie tylko pokazuje szacunek do muzycznej tradycji, ale też przy okazji daje obu saksofonistom możliwość zagrania – może nawet lepiej i ciekawiej dźwięków, które w oryginale kompozytor gra wspólnie z Donem Cherry.

Matt Brewer to muzyk kompletny, kreatywny i otwarty na nowe inspiracje, poszukujący własnego spojrzenia na muzyczny świat, nie uciekający jednak od tradycji, z której czerpie nie ukrywając swoich muzycznych fascynacji gigantami kontrabasu w rodzaju Charlie Hadena, czy Raya Browna. Jego muzyczne korzenie z pewnością sięgają jeszcze głębiej – do lirycznej strony jazzowego grania na kontrabasie Jimmy Blantona. Wyposażony we wszystkie potrzebne do wielkiej światowej kariery atuty - talent kompozytorski, wyśmienitą technikę gry i zdolność do skupiania wokół siebie najwybitniejszych muzyków swojego pokolenia, ma wielką szansę dołączyć za kolejne 50 lat do grona największych sław swojego instrumentu, a w ciągu tych lat dać nam dziesiątki wyśmienitych nagrań.

„Mythology” to niezwykle błyskotliwy debiut człowieka, o którym z pewnością usłyszymy jeszcze niejeden raz.

Matt Brewer
Mythology
Format: CD
Wytwórnia: Criss Cross Jazz
Numer: 8712474137329

30 listopada 2014

Lars Danielsson – Liberetto II

Najnowszy album Larsa Danielssona to druga część, kontynuacja albumu nagranego niemal dwa lata temu, który mnie jakoś ominął, więc „Liberetto II” nie jest dla mnie sequelem, co zwykle udaje się nieco gorzej niż oryginał.

„Liberetto II” to idealna propozycja na długi jesienny wieczór. To idealny album do zasypiania, co w żadnym wypadku nie oznacza nudy i monotonii. Ta płyta zwalnia, wycisza się wraz z kolejnymi nagraniami w cudowny sposób zwalniając bieg wydarzeń. Nie oznacza to, że zaczyna się jakoś szczególnie dynamicznie, startuje raczej z poziomu adekwatnego do momentu, kiedy w domu wszyscy już pójdą spać, a odgłosy cywilizacji dobiegające zza okien zastępowane są przez dźwięki przyrody.

Płytę nagrał ten sam zespół, który odpowiada za jej pierwszą część – grający na fortepianie Tigran Hamasyan, którego własny album „Shadow Theater” sprzed zaledwie paru miesięcy jakoś specjalnie mnie nie uwiódł, gitarzysta John Paricelli, stały współpracownik lidera, który grał z nim choćby na znakomitej „Tarantelli” z 2009 roku oraz Magnus Ostrom – członek legendarnego E.S.T. Są też goście specjalni – trębacz Mathias Eick oraz w pojedynczych utworach Dominic Miller, Caecilie Norby i Zohar Fresco.

Lars Danielsson komponuje piękne ballady. Pierwsza część albumu, w dużej mierze za sprawą trąbki Mathiasa Eicka brzmi trochę jak nagrania Pat Metheny Group sprzed wielu lat. Jedynie inspiracje pozostają dużo bardziej europejskie, sięgające osiemnastowiecznej wiedeńskiej muzyki rozrywkowej – taka była wtedy rola utworów pisanych przez Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Jak już wspomniałem, pianista zespołu – Tigran Hamasyan nie przekonał mnie swoim własnym albumem, jednak w zespole Larsa Danielssona sprawdza się wyśmienicie, osiągając szczyt swoich możliwości w wybornie napisanej kompozycji „Passacaglia”.

Cały album to pięknie napisane melodie, a lider skutecznie omija rafę wirtuozerskich popisów solowych, jest raczej szefem zespołu, kompozytorem i kreatorem muzyki, nie stara się być najszybszym kontrabasistą wszechczasów. Maluje dźwiękowe obrazy, koi zmysły, uspokaja i inspiruje. Czaruje aranżacjami, skutecznie usypia nie nudząc. Przetwarza muzyczną tradycję tworząc nową jakość. Czasem wydaje mi się, że kogoś naśladuje, ale nigdy nie jestem pewien do końca kogo. Nawet jeśli to robi, nie kopiuje, a ulepsza.

Gra nie tylko na kontrabasie, całkiem nieźle używa wiolonczeli – w „Miniature”. Wraca do kompozycji napisanych dla innych – „Africa” po raz pierwszy pojawiła się na płycie Leszka Możdżera – „Polska”.

Z pewnością muszę nadrobić zaległości i zamówić przy najbliższej okazji pierwszą część tego wyśmienitego albumu.

Lars Danielsson
Liberetto II
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9571-2