10 sierpnia 2019

Jiri Stivin – 5 Ran Do Cepice (Five Hits In The Row)

Album „Five Hits In The Row” został niedawno prawdopodobnie po raz pierwszy oficjalnie wydany w formie cyfrowej. Od czasu nagrania materiału w 1972 roku płyta była kilkukrotnie wydawana przez Supraphon w formacie analogowym, jednak nakłady nie były wielkie, a dostępność tych wydań w Polsce właściwie zerowa. Doskonały dokument twórczych poszukiwań niezwykłego muzyka, jakim do dziś pozostaje Jiri Stivin ma unikalne znaczenie dla polskich kolekcjonerów. W odróżnieniu od kilku innych doskonałych płyt, które w latach siedemdziesiątych nagrał Stivin wraz ze swoim Co. Jazz System, album „Five Hits In The Row” powstał bowiem ze sporym udziałem Zbigniewa Seiferta.


Materiał ten, dostępny do dziś jedynie dla tych, którym udało się zdobyć wiekowe już i często w zachowane w stanie niekoniecznie idealnym oryginalne wydania analogowe, można kupić w wersji cyfrowej, uzupełniony o dodatkowe nagrania z innego albumu, którego powierzchnię Jiri Stivin dzielił z zespołem czechosłowackiego (wtedy tak się mówiło) gitarzysty Vladimira Tomka. Czasy były dla fonografii socjalistycznej trudne, a materiał do produkcji płyt miał tak zwany wsad dewizowy. W Polsce również ukazywały się płyty wydawane w formie składanek dwu różnych zespołów na dwu stronach winylowego krążka. Co ciekawe, już wtedy Jiri Stivin musiał mieć dobre nazwisko, bowiem okładka oryginalnego albumu nie wspomina nazwiska Vladimira Tomka.

Jiri Stivin to artysta fenomenalnie wręcz wielowymiarowy, jeden z najlepszych jazzowych flecistów wszechczasów dokonał przełomowych w Europie nagrań free-jazzowych, nie unikał też muzyki dawnej i klasycznej, a w młodości zaczynał od rock and rolla. Zebranie jego podstawowej dyskografii nawet w Czechach jest dziś trudne. O wielu doskonałych płytach słuch zaginął, jednak dzięki wysiłkom GAD Records, polskiej wytwórni sięgającej po czechosłowackie archiwalia, „Five Hits In The Row” zyskuje drugą młodość. Jednocześnie wydanie tego albumu ułatwia fanom Zbigniewa Seiferta uzupełnienie kolekcji o wcześniej niezwykle trudno dostępny materiał.

Unikalne połączenie brzmień baskijskiego fletu, ludowych inspiracji, wiedzy o muzyce klasycznej (niemal dosłowne cytaty z Bartoka) z free-jazzową wolnością tworzy klimat zupełnie niezwykły. Gościnny udział Zbigniewa Seiferta doskonale uzupełnia brzmienie zespołu. Piąta część tytułowej suity zawiera jedną z najlepszych partii solowych zagranych przez Seiferta w całej jego karierze.

Dla polskich fanów „Five Hits In The Row” to ważny album Zbigniewa Seiferta. Warto jednak pamiętać, że udział w nagraniu za żelazną kurtyną Barre Phillipsa, basisty grającego wcześniej z Eric’kiem Doplhy, Archie Sheppem i Atillą Zollerem, a także słynną australijską grupą Gong był sporą sensacją, potwierdzającą doskonałą eksportową markę Jiri Stivina. Wypełniony niezwykle energetyczną muzyką album jest jednym z najciekawszych nagrań Stivina w jego obszernej i ciągle powiększanej o nowe pozycje dyskografii.

Wydanie po latach „Five Hits In The Row” przez GAD Records jest spełnieniem marzeń wielu tych, którzy od lat poszukiwali na aukcjach analogowych wydań tego albumu. Kilka lat temu pewien japoński kolekcjoner proponował mi sporą ilość pieniędzy za mój zachowany w doskonałym stanie egzemplarz, który przypadkowo znalazłem w pudle z nagraniami Karela Gota na czeskim bazarze. Na miejscu wytwórni przygotowałbym japońską wersję poligrafii i poszukał w okolicach Tokio dystrybutora, sukces właściwie jest zagwarantowany przez wybitną jakość muzyki zapisanej na tym krążku.

Jiri Stivin
5 Ran Do Cepice (Five Hits In The Row)
Format: CD
Wytwórnia: Supraphon / GAD
Numer: 5903068120060

09 sierpnia 2019

Jaskułke Sextet – Komeda Recomposed

Komedowy projekt Sławomira Jaskułke dojrzewał na scenie i z pewnością również na wielu próbach niemal dwa lata. W efekcie powstałe równie rewelacyjny, co spodziewany i oczekiwany przez tych, co słyszeli zespół na żywo album „Komeda Recomposed”. Z pewnością wielu okazjonalnych fanów jazzu kupi ten album kierując się nazwiskiem Komedy. Oczekujący znanych melodii mogą poczuć się rozczarowani, bowiem dla Sławomira Jaskułke kompozycje Krzysztofa Komedy są jedynie punktem wyjścia do stworzenia własnej wizji muzycznego świata.


Dla mnie istotą tego albumu, ale również fantastycznym zaskoczeniem jest niezwykle spójne, mistrzowskie wręcz brzmienie sekcji dętej zespołu, którego skład wzorowany jest na słynnym zespole Komedy z Namysłowskim i Stańką, co czujnie zauważył Jurek Szczerbakow w trafnym tekście umieszczonym w książeczce dołączonej do pięknie wydanego albumu. W zespole Sławomira Jaskułke pojawia się dwu saksofonistów, co dodatkowo utrudniło zadanie liderowi.

„Komeda Recomposed” nie jest kolejnym albumem poświęconym kompozycjom Krzysztofa Komedy. Gdyby nie miał nazwiska Komedy na okładce, być może trudniej byłoby zwrócić na te nagrania uwagę okazjonalnie słuchającej jazzu publiczności. Jednak bez Komedy na okładce muzyka brzmi równie znakomicie.

Sławomir Jaskułke z pewnością potrafiłby dobrze, a może nawet lepiej zagrać nuty napisane przez Komedę. W ten sposób powstałaby kolejna bardzo dobra kopia doskonałych kompozycji. Jaskułke jest może nawet lepszym pianistą niż Komeda, jest jednak przede wszystkim równie sprawnym, choć działającym w nieco innej muzycznej przestrzeni kompozytorem i liderem zespołu. Obdarzony niezwykłym talentem wybrał drogę trudniejszą, dokładając dużo więcej niż wirtuozerskie wykonanie od siebie. Album „Komeda Recomposed” jest nagraniem wybitnego kompozytora i lidera zespołu, a przy okazji doskonałego pianisty.

To również projekt odważny, bowiem nie pierwszy raz twórczość Komedy jest inspiracją i pojawia się w postaci przetworzonej, jednak to właśnie w wykonaniu zespołu prowadzonego przez Sławomira Jaskułke zyskuje zupełnie nowe życie. Znawcy teorii muzyki pewnie odnajdą dużo Komedy w muzyce zespołu. Ja odnajduję tu przede wszystkim wspaniałą, autorską wizję nowoczesnego jazzowego sekstetu złożonego z młodych muzyków prowadzonego przez lidera i odrobinę starszego mentora i niewątpliwą gwiazdę projektu – Sławomira Jaskułke.

Historia powstania nagrania, zrealizowane w trybie niemal koncertowym bez późniejszych poprawek, podobnie jak najsłynniejsza płyta Komedy – „Astigmatic”, doskonałe studio, a także użycie słynnych już technik modyfikowania dźwięku charakterystycznych dla nagrań Sławomira Jaskułke składa się na doskonałą ocenę brzmienia i spójną wizję wymyśloną przez lidera i zrealizowaną z pomocą współczesnej techniki i doskonałego zespołu. Jednak nawet bez tych wszystkich współczesnych możliwości technologicznych powstał album doskonały. Ten materiał nawet nagrany w czasie koncertu w małym klubie dużo prostszymi środkami zabrzmiałby wyśmienicie. Z niecierpliwością czekam na kolejne pomysły Sławomira Jaskułke, mam nadzieję, że zrealizowane z udziałem doskonale brzmiącej sekcji dętej, jakiej nie słyszałem na polskiej scenie od lat.

Jaskułke Sextet
Komeda Recomposed
Format: CD
Wytwórnia: Sea Label / Warner
Numer: 5900378715009

08 sierpnia 2019

Joe Lovano & Dave Douglas Sound Prints – Scandal

Album jest z pewnością inspirowany twórczym dorobkiem Wayne Shortera, czego zresztą sami artyści wcale nie ukrywają. Gdyby ktoś miał wątpliwości, to wśród oryginalnego materiału znaleźć można dwie kompozycje Shortera – jeden z klasyków „Juju” i nieco mniej znany utwór „Fee Fi Fo Fum” umieszczony pierwotnie przez Shortera na płycie „Speak No Evil”. Obecność tych utworów nie jest przypadkowa.


„Scandal” to klasyczny w be-bopowym okresie kwintet – trąbka i tenor uzupełniony o sekcję rytmiczną. To również format ćwiczony pół wieku temu przez Wayne Shortera, który chętnie korzystał z usług Freddie Hubbarda, choć część swoich klasycznych płyt sprzed wielu lat nagrał w kwartecie zostawiając sobie całą możliwą przestrzeń do improwizacji. Oczywiście trudno nie wspomnieć przy okazji o sporej ilości duetów Shortera z jednym z najwybitniejszych trębaczy wszechczasów – Milesem Davisem. Choć z pewnością Joe Lovano bliżej muzycznie do Shortera, niż Douglasowi do Milesa Davisa.

Studyjny „Scandal” jest kontynuacją projektu Sound Prints, który doskonale rozpoczął album koncertowy „Live At Monterey Jazz Festival” wydany kilka lat temu przez Blue Note. Tym razem promocją wydawnictwa zajmuje się wytwórnia należąca do Dave’a Douglasa – Greenleaf. Nie przypuszczam, żeby Blue Note świadomie zrezygnowało z wydania tego albumu, to raczej artyści orientując się, że projekt dobrze się sprzedaje, zrezygnowali z usług historycznej wytwórni, której polityka wydawnicza od wielu lat jest niezwykle chaotyczna.

Do mocnych stron albumu należy nie tylko wyśmienita sekcja i doskonali soliści. Tu ważne są również wyśmienite kompozycje, które z pewnością sprawdzą się na scenie, jeśli zespół w takim składzie wyruszy po raz kolejny w trasę. Utwory napisane przez Joe Lovano brzmią jak najlepsze bopowe przeboje sprzed pół wieku, a te napisane przez Douglasa wydają się jednocześnie nieco ciekawsze i bardziej skomplikowane od strony formalnej, jak i w niezwykły sposób przebojowe. Doskonałym połączeniem nietypowego metrum 5/4 z chwytliwą melodią jest nieprzypadkowo otwierający album utwór „Dream State”.

Otwierająca album kompozycja definiuje pomysł Joe Lovano i Dave Douglasa na nowoczesny duet saksofonu i trąbki, instrumentów, które od lat, jeśli obsługiwane przez wprawnych muzyków z wizją potrafią stworzyć muzyczny slalom oddalając się i zbliżając do siebie w niezwykły sposób. To jednak wymaga talentu na miarę Douglasa i Lovano, albo Shortera i Hubbarda w czasie, kiedy dzisiejszych mistrzów rodzice odprowadzali do szkoły podstawowej.

Warto obserwować młodych eksperymentatorów, oni zwykle sprawdzają, gdzie muzyka dojść nie powinna, a gdzie może się rozwijać. Jednak dla wielbicieli jazzowej klasyki projekt Sound Prints jest jednym z najciekawszych nowoczesnych, a jednocześnie klasycznych i ponadczasowych zespołów ostatniej dekady. Album „Scandal”, gdyby był odrobinę słabiej zrealizowany, mógłby stać na półce obok niezliczonej ilości genialnych klasyków Blue Note z dawnych lat. Myślę, że komuś w Blue Note dostało się nieźle po głowie za wypuszczenie takiego zespołu do niezależnej dystrybucji. Dla nas, słuchaczy nie ma to większego znaczenia – liczy się genialna muzyka i możliwość prostego zdobycia własnego krążka. Życzę zespołowi kolejnych lat owocnej działalności, trzymania się z daleka od eksperymentów i długich tras koncertowych w Europie, a najchętniej jeszcze bliżej. Ciekawe co na ich temat sądzi sam Wayne Shorter? Może kiedyś uda się zespołowi, który powstał jako formacja dedykowana twórczości Shortera (analogia słowna Sound Prints do Footprints nie jest przypadkiem) zaprosić mistrza choćby na chwilę na scenę?

Joe Lovano & Dave Douglas Sound Prints
Scandal
Format: CD
Wytwórnia: Greenleaf
Numer: 186980000633

07 sierpnia 2019

Jackie McLean – ‘Bout Soul

Kariera Jackie McLeana najlepiej rozwijała się w latach świetności ambitnego jazzu, od pierwszego solowego albumu w 1956, do schyłku lat sześćdziesiątych. Urodzony w Nowym Jorku w muzycznej rodzinie McLean mieszkał w dzieciństwie w sąsiedztwie Theloniousa Monka, Charlie Parkera i Buda Powella. Pobierając nauki od najlepszych, zanim jeszcze mógł oficjalnie otrzymać kartę kabaretową uprawniającą do występów w nowojorskich klubach, grywał z Sonny Rollinsem i Kennym Drew.


Prawdopodobnie dzięki rekomendacji Sonny Rollinsa trafił w wieku 20 lat do zespołu, który grał z Milesem Davisem. Pierwsze nagrania takiego składu pochodzą z roku 1951 („Dig”). Później z taką rekomendacją było już nieco łatwiej, zanim Jackie McLean skończył 25 lat był już uznanym w nowojorskim światku alcistą, a na koncie najważniejszych osiągnięć artystycznych oprócz pracy z Milsem Davisem mógł zapisać współpracę z Charlesem Mingusem („Pithecanthropus Erectus”) i staż w Jazz Messengers Arta Blakey’a.

Grał ze wszystkimi, których można było spotkać w tamtych czasach w Nowym Jorku, a było to centrum jazzowego świata. Stąd też bogaty katalog występów w przeróżnych zespołach i doborowe składy na autorskich albumach Jackie McLeana, których wiele powstało w latach pięćdziesiątych dla Prestige i później od 1959 roku dla Blue Note. Spora ilość nagrań, którymi mogą się dzisiaj cieszyć fani artysty, powstała w związku z tym, że uzależniony od narkotyków McLean pozbawiony został wspomnianej już karty kabaretowej i nie mógł występować na żywo. W związku z tym mógł więcej czasu poświęcić na sesje nagraniowe, co jednak w tamtych czasach nie było zbyt intratnym zajęciem, stąd sporo życiowych kłopotów będącego w wybornej formie artystycznej muzyka.

W końcówce lat sześćdziesiątych jazzowy świat przechodził rewolucję free, z której postanowił również zmieniając styl swoich kompozycji skorzystać Jackie McLean. W 1963 roku ukazała się jego pierwsza w pełni free-jazzowa płyta – „Let Freedom Ring”. Wtedy w studiu razem z McLeanem zaczęli bywać Tina Brooks, Tony Williams i Jack DeJohnette. Na puzonie grywał Graham Moncur III, a na bębnach wypożyczany od Johna Coltrane’a Rashied Ali. Pojawiał się też Ornette Coleman, który na trąbce zagrał na płycie „New And Old Gospel”.

W skrócie – kiedy świat jazzu eksperymentował, Jackie McLean być może nie był w pierwszym szeregu tych eksperymentów, jednak swoimi pomysłami potrafił zainteresować najlepszych. Z tego właśnie okresu pochodzi album „’Bout Soul”.

Jeśli pominąć nieco niepotrzebny poemat recytowany przez Barbarę Simmons, której pojawienie się na płycie wynika wedle wielu źródeł raczej z fascynacji lidera jej urodą, a nie zdolnościami literackimi, „’Bout Soul” to doskonały, intensywny i niezwykle ekspresyjny free-jazzowy album końcówki lat sześćdziesiątych. Muzyka, choć w większości starannie wymyślona i zapisana przed jej nagraniem w studiu, sprawia wrażenie spontanicznej improwizacji. W okresie jazzowych eksperymentów wiele pomysłów okazywało się raczej próbą zrobienia czegoś po raz pierwszy niż zrobienia czegoś z sensem. „’Bout Soul” nie jest tylko eksperymentem dla eksperymentu. W 1967 roku album musiał być sporym zaskoczeniem nawet dla tych fanów Jackie McLeane’a, którzy już przywykli do tego, że ich idol podąża w stronę nowych brzmień. Dziś jednak z pewnością nie jest jedną z zapomnianych pozycji eksperymentalnych, a doskonałym przykładem jazzowej eksploracji swojego czasu.

W 1967 roku ukazały się w Blue Note 4 albumy Jackie McLeana, co zakończyło jego współpracę z wytwórnią. Wydanie 4 albumów prawdopodobnie było wypełnieniem obowiązków kontraktowych. W kolejnych dekadach Jackie McLean nagrywał i pojawiał się na scenie niezbyt często, a część jego nagrań trudno uznać za udane. W ten sposób „’Bout Soul” stał się jednym z ostatnich wybornych nagrań tego znakomitego saksofonisty.

Jackie McLean
‘Bout Soul
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Numer: 724385938320

06 sierpnia 2019

Branford Marsalis Quartet feat. Terence Blanchard – Mo' Better Blues, Music From A Spike Lee Joint Mo' Better Blues

Ścieżki dźwiękowe do filmów nie mają lekkiego życia. Oczywiście jeśli film jest sukcesem, to sprzedaż płyty z muzyką zwykle jest wyższa niż gdyby twórczości dźwiękowej nie reklamował obraz obejrzany w kinach. W epoce przed powszechną możliwością zabrania filmu do domu w postaci materialnej – kasety video, czy kolejnych wersji cyfrowych nośników obrazu, album z muzyką był jedną z nielicznych pamiątek po obejrzeniu filmu w kinach, na pewno zawsze lepszą niż filmowy plakat.


Historia jazzu zna zarówno genialne ścieżki dźwiękowe do zapomnianych filmów, jak i doskonałe filmy jazzowe z niekoniecznie pamiętaną po latach muzyką. Są też filmy, gdzie muzyki w zasadzie nie ma, albo pełni skromną rolę użytkową, za to albumy są doskonałymi składankami muzycznych przebojów. Niektóre kompozycje napisane specjalnie do filmu stawały się jazzowymi standardami. Czasem z okazji nagrania muzyki filmowej powstawały niezwykłe zespoły lub działy się cuda technologiczne.

Jeśli chcecie przykładów – bardzo proszę:
1.      Zapomniany film z doskonałą muzyką – „Ascenseur pour l'Échafaud” Louisa Malle’a z muzyką Milesa Davisa, albo jeśli ktoś uważa, że to ważne dla kinematografii dzieło – to może z dyskografii mistrza trąbki coś innego – „Siesta”.
2.      Doskonały film jazzowy z niekoniecznie ważną i funkcjonująca bez obrazu muzyką – „Whiplash”.
3.      Przebojowa jazzowa ścieżka dźwiękowa bez większego związku z fabułą filmu i w dodatku słabo w filmie wykorzystana – „Finding Forrester”.
4.      Kompozycje filmowe, które stały się jazzowymi standardami – tu przykładów można znaleźć setki – choćby „Laura” Davida Raskina napisana do filmu o tym samym tytule.
5.      Najbardziej niespodziewane zestawienie muzyków, którzy zagrali razem do filmu – Miles Davis i John Lee Hooker grający razem muzykę do zupełnie zapomnianego filmu „The Hot Spot”.
6.      Technologiczne arcydzieło – bardzo proszę – użycie solówek Charlie Parkera w filmie „Bird”.

W przypadku filmu „Mo’ Better Blues” obraz jest całkiem ciekawy, choć ścieżka dźwiękowa z pewnością przewyższa go o co najmniej dwie klasy. Jeśli ktoś jest jakimś wyjątkowym fanem osobliwej twórczości Spike’a Lee, to pewnie uzna, że obraz jest równie fantastyczny, jak muzyka, ja jednak pozostanę przy swoim zdaniu. Branford Marsalis z jednym ze swoich najlepszych składów oraz Terence Blanchard – jeden ze współczesnych specjalistów w tworzeniu jazzowej muzyki filmowej stworzyli muzykę genialną. Nawet nieudane próby rapowania, czy raczej recytowania tekstu przez grających w filmie Denzela Washingtona i Wesley Snipesa wrażenia nie są w stanie zepsuć. A jeśli ktoś uzna, że duety Branforda Marsalisa i Terence Blancharda w doskonałym towarzystwie Jeffa Taina Wattsa i Kenny Kirklanda to za mało, album z muzyką z filmu oferuje jedną z najgenialniejszych melodii jazzowych dekady lat dziewięćdziesiątych – tytułowe „Mo’ Better Blues”. To nie jest jednak album jednej melodii, choć nawet dla tego utworu warto kupić tą płytę. Gdyby wyrzucić to, co ma przypominać film, czyli wokal Cyndy Williams i wspomnianych już późniejszych gwiazdorów popularnych filmów rozrywkowych, to dostaniemy doskonały klasyczny jazzowy album.

Branford Marsalis Quartet feat. Terence Blanchard
Mo' Better Blues, Music From A Spike Lee Joint Mo' Better Blues
Format: CD
Wytwórnia: CBS
Numer: 5099746716028