Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Archie Shepp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Archie Shepp. Pokaż wszystkie posty

16 marca 2020

Archie Shepp - Kwanza


Archie Shepp, awangardowy saksofonista, który szczyt swojej kariery bez wątpienia miał w latach sześćdziesiątych, nagrywając dla wytwórni Impulse! pozostawał przez całe lata w cieniu Johna Coltrane’a i Alberta Aylera. Miał też trochę pecha. Kiedy nagrywał z Johnem Coltrane’em „A Love Supreme”, wszystkie ścieżki z jego udziałem wyleciały z wydanego w styczniu 1965 roku albumu. Nie znaczy to, że były słabe, prawdopodobnie nie pasowały samemu Coltrane’owi do koncepcji tego albumu. Po latach w przeróżnych zbiorczych wydaniach nagrań Johna Coltrane’a dla Impulse! i rozszerzonych dwudyskowych edycjach słynnego albumu możemy wreszcie usłyszeć Archie Sheppa.


Sam Shepp ma na swoim koncie kilkadziesiąt albumów solowych, od kilku lat chyba już nie gra na saksofonie, a ostatni album wydał mniej więcej w 2013 roku. W jego dyskografii znajdziecie też nagrania Coltrane’em, Cecilem Taylorem a nawet Frankiem Zappą. W 2013 roku ukazała się również płyta Joachima Kuhna z udziałem Archie Sheppa – „Voodoo Sense”.

„Kwanza” to album, który wybrałem, żeby przypomnieć Wam o postaci Archie Sheppa. W jego dyskografii trudno wyróżnić jakąś szczególną płytę. Pierwszych nagrań dokonał w 1962 roku, wkrótce nagrał album z kompozycjami Johna Coltrane’a z „Giant Steps” i „Coltrane Plays The Blues”. Być może to zwróciło na Sheppa uwagę Coltrane’a? Równie prawdopodobnym wydaje się być fakt, że obaj nagrywali wtedy dla jednej wytwórni. Shepp wyprzedzał też Johna Coltrane’a w swoich awangardowych pomysłach. Kiedy nagrywał muzykę Trane’a, miał już w swoim dorobku kilka albumów z Cecilem Taylorem i wspólne nagrania z Johnem Tchicai i Donem Cherry. Tchicai to też postać, która powinna mieć swój własny album w naszym radiowym Kanonie Jazzu.

Coltrane pominął Archie Sheppa wydając „A Love Supreme”, jednak wkrótce saksofon Sheppa można było usłyszeć na innem jego albumie – „Ascension” w 1965 roku. Cztery lata później powstała „Kwanza” – album pełen energii i stanowiący doskonały przykład równowagi pomiędzy awangardą, modnymi w tamtych latach wpływami muzyki afrykańskiej i istotnego dla jazzu prostego bluesa. Jeśli pominąć niekoniecznie istotny w dorobku Sheppa krótki wokalny żart w postaci utworu „Spoo Pee Doo”, płyta jest doskonałym przykładem jego pełnego bluesa i niezwykłej energii stylu gry na tenorze.

Eksperymentalna i zaangażowana politycznie muzyka Sheppa z lat siedemdziesiątych nie zapada tak głęboko w pamięć, jak jedna z ostatnich pozbawionych bezpośredniego politycznego kontekstu płyta – „Kwanza”. W późniejszym okresie grywał z Sun Ra, z Abdullahem Ibrahimem (wtedy jeszcze znanym jako Dollar Brand) i nagrywał sporo w Europie. Jakość jego płyt z lat osiemdziesiątych i późniejszych jest mocno zależna od towarzystwa, w jakim się znalazł. Bywa różnie, jednak wszystkie jego płyty z lat sześćdziesiątych godne są uwagi, nawet jeśli tak jak „Kwanza” nagrane są w nieustannie zmieniających się składach. W poczekalni Kanonu Jazzu mam jeszcze co najmniej jeden album Archie Sheppa – „Four For Trane”. Uznałem jednak, że „Kwanza” jest dla muzycznej prezentacji sylwetki Archie Sheppa ważniejsza, zawiera bowiem w dużej części autorski materiał.

Archie Shepp
Kwanza
Format: CD
Wytwórnia: Impulse / Verve / Universal
Numer: 602517050396

14 września 2013

Joachim Kuhn Trio Inviting Archie Shepp, feat. Majid Bekkas & Ramon Lopez – Voodoo Sense

Archie Shepp i Joachim Kuhn to wystarczające rekomendacje, żeby kupić w ciemno ten album. Obaj w zasadzie nie mają na swoim koncie słabego nagrania, a przynajmniej ja takiego nie słyszałem. W dodatku każdy album Joachima Kuhn ma u mnie zawsze zapewnione miejsce na półce. Wszyscy, którzy grali ze Zbigniewem Seifertem mają, a Joachim Kuhn grał nie tylko na słynnej „Man Of The Light”, ale też w niedawno odkrytym nagraniu koncertu jazzowego na skrzypce z Hannoveru z 1974 roku.

Jeśli do tego dołożyć jeszcze fakt, że obaj grają wspólnie „Kulu Se Mama” z repertuaru Johna Coltrane’a, to otrzymujemy prawdziwy superalbum. „Voodoo Sense” nie jest pierwszą współpracą Joachima Kuhna i Archie Sheppa. Tym razem do Coltrane’owskiego klasyka dodano nieco nuty afrykańskiej za sprawą mistrza instrumentów perkusyjnych i wokalisty Majida Bekkasa i grupy afrykańskich perkusjonistów.

Silna afrykańska reprezentacja nie zdominowała rasowego brzmienia fortepianu Joachima Kuhna, który co w kontekście repertuaru Johna Coltrane’a nie jest zaskakujące przypomina nieco McCoy Tynera. Płyta jest pełna muzycznej energii, żywa i spontaniczna. Dobrze jest usłyszeć wiekowego już przecież Archie Sheppa w wyśmienitej formie.

Wielu młodych muzyków mogłoby pozazdrościć ilości pomysłów, a przede wszystkim radości i muzycznej energii dwójce weteranów. Szkoda tylko, że Archie Shepp nie gra we wszystkich utworach. To wyśmienita, trudna do opisania, spontaniczna muzyka. Gdyby kiedykolwiek, co raczej nie jest możliwe, doszło do koncertów w takim składzie, za bilet warto by było zapłacić każde pieniądze. Jestem też pewien, że działyby się rzeczy nieprzewidywalne. Dziś mało jest takiej żywej muzyki, zbyt wiele w jazzie nut, wcześniej zaprogramowanych w laptopach i rozbudowanych klawiaturach brzmień i efektów. W takiej muzyce brakuje poczucia uczestniczenia w czymś wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju i niepowtarzalnych. Przecież właśnie to powinno być esencją grania na żywo. Dla tych, którzy na koncert nie dotarli, namiastką tego powinny być płyty. „Voodoo Sense”, choć nagrana w studiu, jest wiarygodna, prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju.

Joachim Kuhn Trio Inviting Archie Shepp, feat. Majid Bekkas & Ramon Lopez
Voodoo Sense
Format: CD
Wytwórnia: ACT!

Numer: ACT 9555-2

23 lutego 2012

Bielska Zadymka Jazzowa 2012: Adam Bałdych, Archie Shepp & Joachim Kuhn - Bielsko Biała, Galeria Sfera, 22.02.2012


Pewnie niektórzy z Was zauważyli, że wczoraj na antenie RadioJAZZ.FM zabrakło „Simple Songs”. To wydarzenie w historii audycji bez precedensu, bowiem zdarzyło się pierwszy raz od dnia, w którym pierwszy raz przekroczyłem progi rozgłośni… Musi być jakiś ważny powód… Otóż jest. Jeśli nie ma mnie w Warszawie, to w tym tygodniu mogę być właściwie tylko w Bielsku-Białej, bowiem to tutaj w tym tygodniu usytuowane jest centrum polskiego życia jazzowego.

Pierwszy koncert Bielskiej Zadymki z pewnością zasługiwał na zainteresowanie, choć miał momenty zarówno wyśienite, jak i nieco słabsze. W kategorii Zadymki słabsze oznacza bardzo dobre, ale nie doskonałe. Wszystko jest kwestią poziomu odniesienia.

W programie pierwszego wieczoru atrakcje były dwie – nieobecny od kilku miesięcy na krajowych scenach Adam Bałdych i Archie Shepp z Joachimem Kuhnem. Zgodnie z regułą starszeństwa koncert otworzył Adam Bałdych z zespołem w składzie którego był między innymi współpracujący z Adamem na stałe w USA perkusista Dana Hawkins.

Występ Adama Bałdycha miał momenty wyśmienite, jak i nieco słabsze. Te pierwsze, to głównie wypróbowane na wielu koncertach tematy z ostatnich płyt lidera. Tak więc solówki na skrzypcach nie zawiodły właściwie w żadnym momencie. Dla mnie pozytywnym zaskoczeniem była gra saksofonisty Macieja Kocińskiego, często unisono ze skrzypcami, ale również sięgającego do nieco rzadziej używanych możliwości brzmieniowych i skrajnych rejestrów swojego instrumentu. Kilka partii solowych zagranych przez Danę Hawkinsa też było najwyższej próby. Sporej długości set rozkręcał się powoli, w czasie koncertu pomyślałem, że prawdopodobnie zespół nie maił za sobą wiele prób w tym składzie i z tym repertuarem. Późniejsza rozmowa z Adamem Bałdychem potwierdziła to przypuszczenie.

Zespoł zagrał zarówno kompozycje znane już z nagrań i tras koncertowych w różnych składach, ale także fragmenty kompozycji przygotowywanych na nową płytę, która już za kilka tygodni zostanie zarejestrowana dla wytwórni Act! w jednym z berlińskich studiów koncertowych przez zebrany specjalnie na tą okazję przez lidera skandynawski skład. Ta muzyka z pewnością zaskoczy fanów Damage Control. Będzie w niej wiele skandynawskiej przestrzeni i ascetycznego porządku, a także odniesień do muzyki klasycznej. Repertuar z pewnością sprawdzi się bardziej w salach filharmonicznych, niż jazzowych klubach.

Adam Bałdych

Nowe kompozycje Adama Bałdycha mają potencjał, jednak połączenie tego świeżego repertuaru z koncertowymi wulkanami energii w rodzaju „Diabła Boruty” nie sprawdza się najlepiej. Rozwój talentu Adama jest wręcz niewiarygodny. Przejście od młodzieńczej energii i ściągania się z własnymi kaskadami dźwięków, co w jego grze poparte jest wyśmienitą techniką do grania nie tylko nut, ale również wyrażania siebie między nutami wielu muzykom zajmuje dziesięciolecia… Adam Bałdych już wie, że muzyka to nie tylko dźwięki, ale też ich rozłożenie w czasie i to co dzieje się między nimi. Nagranie takiej płyty z pewnością przyzporzy mu wielu nowych fanów, choć może paru obecnych nie będzie z tego powodu szczęśliwych. Ja z pewnością będę w tej pierwszej grupie.

Adam Bałdych

Adam Bałdych

Drugi występ tego wieczoru należał do duetu absolutnie legendarnych muzyków. Archie Shepp i Joachim Kuhn to wielkie nazwiska. Nie zawsze jednak nazwiska tworzą udane zespoły. Biorąc pod uwagę muzyczne życiorysy obu muzyków, to ich zestawienie na scenie wydawało się właściwie nieco bez sensu… Jednak dla tych, którzy znają materiał z płyty „Wo!Man” koncert był oczekiwanym wydarzeniem i z pewnością spełnym wszystkie oczekiwania…

Archie Shepp

Archie Shepp

Fortepian i saksofon, proste melodie, nieco ascetyczne brzmienie, pełna kontrola przestrzeni, nienaganna elegancja, blues, frazy przypominające najlepsze lata Johna Coltrane’a – to w wykonaniuArchie Sheppa i McCoy Tynera, a momentami wczesnego Keitha Jarretta – to Joachim Kuhn.

Joachim Kuhn

Nietypowe zestawienie instrumentów pozbawione sekcji rytmicznej pomogło skupić uwagę publiczności na każdym zagranym dźwięku, dozować emocje i nastroje, pobudzać wyobraźnię zachwyconej publiczności.

Pomyśleć, że to dopiero początek festiwalu… Z drugiej strony zdaniem wielu bywalców to najlepszy festiwal w Polsce, a to zobowiązuje…


Archie Shepp

Archie Shepp

08 grudnia 2011

Simple Songs Vol. 41


Wczoraj bohaterem dwugodzinnej audycji miał być Charlie Haden. Niestety z dwugodzinnej audycji w ostatniej chwili zrobiła się godzinna. Nie umawialiśmy się z Michałem Foggiem, jakie płyty przyniesiemy do studia. Mój pomysł polegał na wyszukaniu nagrań nietypowych, mało znanych, a być może również nie figurujących w oficjalnych dyskografiach Charlie Hadena.

Większość dobrych kontrabasistów, a Charlie Haden od początku lat siedemdziesiątych należy do ścisłej światowej czołówki, nagrywa wiele, uczestnicząc w setkach sesji. To sprawia fanom kłopot, często zebranie całej dyskografii jest zwyczajnie niemożliwe, nie tylko ze względu na zasobność portfela, ale też dostępność informacji o sesjach w których muzyk brał udział, szczególnie tych starszych, umownie licząc, sprzed ery internetu…

Tak więc z prezentacji płyt najważniejszych w karierze artysty, tych nagrywanych w składzie nazywanym Quartet West, płyt z Patem Metheny, Keithem Jarrettem, czy cyklu Montreal Tapes przetykanej od czasu do czasu ciekawostkami zrobił się wczoraj zbiór samych ciekawostek. Mam nadzieję, że ciekawych…

Zacznijmy więc od dość wczesnego nagrania, o którym mało kto dziś pamięta. To płyta Johna Coltrane’a wydana po jego śmierci, a właściwie płyta Alice Coltrane (tak jest do dziś wznawiana), która użyła do jej wytworzenia wcześniej nagranej sesji swojego męża, dograło co nieco, pozmieniała i po odrobinie studyjnej obróbki wydała jako „Infinity”. Jednak skoro mają być ciekawostki, to sięgniemy po dłuższą o kilka minut wersję utworu „Joy” z tej płyty, umieszczoną w wyśmienicie przygotowanym 8 płytowym zestawie nagrań Johna Cotrane’a „The Classic Quartet - Complete Impulse! Studio Recordings”. Na płycie numer 7 znajdziemy tzw. drugą wersję kompozycji „Joy”. Zagrają oprócz lidera, McCoy Tyner na fortepianie, Elvin Jones na perkusji, Alice Coltrane na wibrafonie (trudno to w tym nagraniu usłyszeć) i instrumentach smyczkowych, a także dwu kontrabasistów – nasz dzisiejszych bohater – Charlie Haden i Jimmy Garrison. Nagranie pochodzi z 1965 roku, a jego treścią jest w zasadzie po krótkim przedstawieniu tematu skomponowanego przez Johna Coltrane’a muzyczny dialog dwu kontrabasów…

* John Coltrane – Joy - The Classic Quartet - Complete Impulse! Studio Recordings

Przenieśmy się teraz w czasy nieco nam bliższe, choć w przypadku muzyki jazzowej to niekoniecznie oznacza zmianę na lepsze… Jest rok 1994. Płyta, której fragmentu za chwilę posłuchamy brzmi dokładnie tak, jak wynika to z jej okładki, składu muzyków i wybranych kompozycji. Płytę firmuje trio Gingera Bakera, którego cały świat już chyba zawsze będzie pamiętał przede wszystkim z zespołu Cream, choć to dla niego mało sprawiedliwe… Oprócz lidera grającego na bębnach usłyszymy oczywiście Charlie Hadena i grającego na gitarze Billa Frisella. Ta muzyka brzmi właśnie tak. Dla kompozycji Theloniousa Monka „Straight, No Chaser” rockowy styl gry Gingera Bakera jest nieco zbyt ciężki. Charlie Haden jest świetny, a Bill Frisell jak zwykle pozostają gdzieś z boku komentuje całość w niezwykle charakterystyczny dla siebie oszczędny sposób…

* Ginger Baker Trio – Straight, No Chaser – Going Back Home

Kiedy patrzę na przedstawioną przez Wikipedię biografię artysty, którą otworzyłem sobie słuchając poprzedniego utworu, zdumiewa mnie nieco mocne stwierdzenie autora, że Charlie Haden kojarzony jest przede wszystkim z długoletnią współpracą z Ornette Colemanem. W sumie takiego stwierdzenia nie można wywieść ilości płyt, które Charlie Haden nagrał z Ornette Colemanem w stosunku choćby do swojej solowej dyskografii, ani z poziomu sprzedaży tych płyt (albumy w rodzaju „The Shape Of Jazz To Come”, czy „Free Jazz: A Collective Improvisation” raczej na sukces komercyjny szans nie miały nigdy, choć są dla rozwoju free kamieniami milowymi). Dla mnie Charlie Haden jest jednym z nielicznych kontrabasistów, który kojarzony jest przez fanów jazzu głównie ze swoich solowych projektów. To być może jedyny taki kontrabasista. A to znaczy bardzo wiele. Tego nie da się powiedzieć nawet o Rayu Brownie… Przyniosłem dziś do studia „Free Jazz”, ale to zbyt oczywisty album, jak na kolekcję muzycznych ciekawostek z obszernej dyskografii Charlie Hadena. Posłuchajmy fragmentu nieco mniej znanej, a równie ciekawej płyty w podobnej konwencji. To będzie tytułowe nagranie z albumu „Mama Too Tight” Archie Sheppa. Zagrają oprócz lidera (saksofon tenorowy) i Charlie Hadena (kontrabas) również Graham Moncur III i Roswell Rudd na puzonach, nieco mnie znany Perry Robinson na klarnecie, Tommy Turrentine na trąbce, wszędobylski Howard Johnson na tubie (jak to dobrze grać na mało popularnym instrumencie) i Beaver Harris na perkusji.

* Archie Shepp – Mama Too Tight – Mama Too Tight

Cykl albumów Montreal Tapes nagranych na żywo w czasie festiwalu w Montrealu, gdzie Charlie Haden był w 1989 roku rezydentem jest absolutnie fenomenalny. Taka ilość tak różnej muzyki zagrana w okresie zaledwie kilku festiwalowych dni… Moim ulubionym albumem  z tego festiwalu jest nagrania Charlie Hadena z Gonzalo Rubalcabą i Paulem Motianem. Gonzalo Rubalcaba i Charlie Haden rozumieją się jak mało który pianista z kontrabasistą. Ta płyta jest w związku z tym wyśmienita. Z pewnością kiedyś znajdziemy na nią czas. Jednak dziś miały być ciekawostki, więc posłuchajmy innego wspólnego nagrania na żywo tych muzyków. To będzie rejestracja pochodząca z 1993 roku utworu Charlie Hadena „First Song” umieszczona na płycie Gonzalo Rubalcaby „”Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA”. Solowe wykonanie „Imagine” Johna Lennona z tej płyty jest jedną z najlepszych interpretacji tej wyśmienitej kompozycji, jaką znam. Dziś jednak ma być Charlie Haden, więc posłuchamy równie pięknego duetu.

* Gonzalo Rubalcaba & Charlie Haden – First Song - Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA

Kolejne nagranie będzie pochodziło z płyty, która sama w sobie z pewnością nie jest nieznaną ciekawostką. Jednak jej pojawienie się w kontekście prezentacji nagrań Charlie Hadena z pewnością nie jest oczywiste. W związku z tym wykorzystam okazję, żeby po raz kolejny zaprezentować jedną z moich absolutnie ukochanych płyt, bez których nie wyobrażam sobie żadnej dobrej kolekcji nagrań. Wszyscy powinniście mieć tą płytę. To „A Turtle’s Dream” Abbey Lincoln. Album absolutnie przepiękny, zarejestrowany w 1995 roku. Na tej płycie zagrali razem Charlie Haden i Pat Metheny. Być może właśnie na tej sesji wpadli na pomysł nagrania kilkanaście miesięcy później „Beyond The Missouri Sky”. Album Abbey Lincoln otwiera „Throw It Away” z udziałem Charlie Hadena i Pata Metheny.

* Abbey Lincoln – Throw It Away – A Turtle’s Dream

Na koniec będzie fragment jednego z tych nagrań, które z pewnością przyniósłby do studia również Michał Fogg. Repertuar tej płyty to w większości kompozycje Django Reinhardta. Płytę otwiera kompozycja „Django” Johna Lewisa napisana dla Modern Jazz Quartet. Album nosi tytuł jedynej kompozycji Charlie Hadena umieszczonej na tej płycie – „Gitane”. Album nagrali wspólnie Charlie Haden i francuski gitarzysta Christian Escoude. Z tej płyty posłuchamy nieco mniej znanej kompozycji Django Reinhardta – „Bolero”.

* Charlie Haden & Christian Escoude – Bolero - Gitane

Ciekawostek w dyskografii Charlie Hadena jest dużo więcej. Do pomysłu wspólnej audycji z Michałem Foggiem z pewnością jeszcze wrócimy…

04 grudnia 2011

John Coltrane – A Love Supreme


Wpadła mi ostatnio w ręce książka. Może nawet ją przeczytam, kiedy przyjdzie na nią kolej, bowiem z czytaniem ostatnio nie nadążam.  Mam jednak zwyczaj przeglądania książek zanim odstawię je na półkę, ciągle rosnącą niestety z powodu nieustającego braku czasu z pozycjami przeznaczonymi do przeczytania. Z płytami tak nie robię, bo lubię pierwszy raz posłuchać w skupieniu od początku do końca. Niektóre płyty w ten sposób czekają już rok, albo i dłużej na swoją kolej. Jaka jest cała książka nie wiem, poprzednie dwie o matematyce i fizyce pióra tego samego autora – Christopha Drossera były całkiem sensowne. Kolejna traktuje o muzyce (tak przynajmniej myślę, bo książki jeszcze nie czytałem). Przynajmniej tytuł – „Muzyka: Daj się uwieść” na to by wskazywał. Książkę otworzyłem na losowej stronie i natrafiłem na taką oto definicję jazzu:

„Utwór jazzowy – wszystko jedno jakiego stylu, ma raczej stałą formę. Zespół najpierw gra temat, najczęściej zapożyczony z tak zwanego standardu, potem poszczególni muzycy grają solówki oparte na formie podstawowej tematu, najczęściej zaczynają instrumenty dęte, potem kolej na gitarę, albo fortepian, ewentualnie jeszcze gitara basowa, albo perkusja, aby na koniec znowu wspólnie zagrać temat”

Cytat z: Christoph Drosser – „Muzyka: Daj się uwieść”

Zatem według autora płyta uznawana za jedną z najważniejszych w historii muzyki improwizowanej nie spełnia definicji jazzu, więc w jego Kanonie nie powinna się znaleźć. Gdybym był więc autorem owej książki, powinienem już niniejszy tekst zakończyć i dać sobie spokój z muzyką Johna Coltrane’a, bowiem ona jazzem nie jest, więc w tym miejscu nie powinna się znaleźć.

A jednak dla wszystkich fanów jazzu oczywistym jest, że powyższa definicja jest zbytnio uproszczona. „A Love Supreme” jazzem jest i to najwyższej próby. W dodatku mimo tego, że nie należy do pozycji łatwych, jeśli poświęci jej chwilę nawet mało doświadczony słuchacz, z pewnością znajdzie w niej wiele prawdziwych emocji i zapamięta ją na zawsze.

Czasem jest mi przykro, że nie pamiętam chwili, kiedy po raz pierwszy usłyszałem takie płyty, jak „A Love Supreme”, „Kind Of Blue”, „Jaco”, „Time Out!” i jakieś 100 innych. Kiedy otwieraliśmy nasz radiowy dział Kanonu, w którym co tydzień przedstawiamy Wam ważna dla jazzu i wybitną płytę, zrobiłem na szybko listę (z konieczności ograniczoną) około 200 kandydatów, albumów, których z tej listy usunąć nie potrafię. Potem spędziłem nieco więcej czasu ograniczając tą listę do jakiś 100 tytułów, co i tak zajmie nam 2 lata. Potem próbowałem przypomnieć sobie, lub odszukać w notatkach, kiedy każdej z nich słuchałem po raz pierwszy. W większości przypadków nie mam niestety tak długiej pamięci. Większość z nich została też wydana po raz pierwszy zdecydowani więcej niż 30 lat temu, więc brak pamięci można jakoś wytłumaczyć… Z „A Love Supreme” jest tak samo.

Jeśli jeszcze tej płyty nie macie, będziecie mieli dylemat. Dostępnych jest pewnie z tuzin różnych edycji oraz boxów, w których znajduje się pełen materiał z sesji do tego albumu. Edycje rozszerzone obejmują alternatywne wersje, nagrania koncertowe, skrawki komentarzy z sesji… Proponuję, jednak, jak zwykle, zacząć od przyzwoitego tłoczenia analogowego, które da najlepszy dźwięk i najładniejszą okładkę. A potem można przestudiować różne wydania, z których na pewno warto poszukać wersji „Deluxe Edition” – dwupłytowej CD. Potem możecie jeszcze kupić sobie pięknie wydany box „The Classic Quartet - Complete Impulse! Studio Recordings” zawierający wszystkie studyjne sesje Johna Coltrane’a dla Impulse! – w sumie 8 płyt CD. Potem pozostanie polowanie na pierwsze wydanie analogowe, które zawsze daje namiastkę obcowania z tą samą okładką, którą oglądał przed wydaniem John Coltrane…

Kiedy we wrześniu wprowadziliśmy antenową prezentację cotygodniowej płyty z Kanonu Jazzu, John Coltrane był jednym z pierwszych wyborów. We wrześniu graliśmy „Giant Step”. Ta płyta nie jest ani lepsza, ani ważniejsza od „A Love Supreme”. Jest inna, zdecydowanie lepiej też pasuje do kilkunastominutowych prezentacji w paśmie przedpołudniowym. „A Love Supreme” zawiera 4 długie utwory, niekonieczne do słuchania przed południem… Raczej późnym wieczorem w spokoju i skupieniu.

Album nagrano w kwartecie – oprócz Johna Coltrane’a gra McCoy Tyner na fortepianie, Jimmy Garrison na kontrabasie i Elvin Jones na perkusji. W później opublikowanych dodatkowych nagraniach z sesji (dwupłytowe wydanie Deluxe z okazji 75 rocznicy urodzin lidera) grają też Art Davis na kontrabasie i Archie Shepp na saksofonach. Są różne wersje historii na temat tego, czy cała płyta miała być nagrana w sekstecie, ale nie wyszło, czy to były jedynie towarzyskie wizyty w studio. To dziś nieważne, pewnie płyta z drugim saksofonem byłaby nieco inna, czy równie genialna – nigdy się nie dowiemy.

Album ma charakter 4 częściowej suity, w pierwszej – „Acknowledgement” John Coltrane śpiewa jak mantrę „A Love Supreme”. Melodię buduje Jimmy Garrison. Improwizacje lidera –tego nie podejmuję się opisać. Są zwyczajnie niepowtarzalne, natchnione i jedyne w swoim rodzaju. Dźwiękowo ciężkie, jednak jeśli się z nimi oswoimy stają się lżejsze… „Resolution” to przede wszystkim genialny na tej płycie McCoy Tyner. W „Pursuence” ważny jest z kolei Elvin Jones.  Całość kończy „Psalm”. Całość suity jest mistyczną modlitwą, jedyną w swoim rodzaju, w zasadzie wolną od konkretnego systemu religijnego. W dyskografii Johna Coltrane’a, to jest pierwsza modlitwa. Później było ich jeszcze kilka, patrząc chronologicznie, w ten nurt wpisują się „Kulu Su Mama”, „Om”, „Meditations” i w pewnym sensie również „Interstellar Space” i „Expression”. Tym zestawem John Coltrane zasłużył sobie na swoją własną religię, nie tylko wśród fanów jazzu, ale i tych, którzy uwierzyli że jest rzeczywistym Mesjaszem. Do dziś istnieje i działa prężnie w San Francisco kościół należący do jednego z odłamów Koptyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego, zwany Saint John Coltrane African Orthodox Church, w którym wierni modlą się do muzyki z „A Love Supreme”.

Płyta powstała w 1964 roku. Prawie w całości 9 grudnia. Tak się wtedy nagrywało. Posłuchajcie jej tego dnia. W tym roku to będzie piątek… Naprawdę warto. To jedna z najlepszych płyt na świecie, nie tylko jazzowych, najlepszych w ogóle.

John Coltane
A Love Supreme
Format: 2CD
Wytwórnia: Impulse / Verve
Numer: 731458994527

10 maja 2011

Archie Shepp - Kwanza

To nie jest łatwa płyta. To znaczy to jest łatwa płyta jak na Archie Sheppa. Materiał zarejestrowano podczas kilku sesji w 1968 i 1969 roku. Jeden z ważnhych uczestników jazzowej awangardy w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych w końcówce dekady i pierwszej połowie kolejnej tworzył bardziej przystępną dka wielu słuchaczy, choć niekoniecznie mniej ciekawą muzykę. Kwanza to kres przejściowy w jego twórczości pomiędzy skrają awangardą a czymś w rodzaju mieszanki swingu, funku i nieco awangardowo strojonych sekcji dętych.

W nagraniu Kwanzy wzięło udział wielu muzyków, wśród tych bardziej znanych znajdziemy Grahama Moncura III (puzon), Woody Shawa (trąbka), Cecila Payne’a (saksofon barytonowy), Jamesa Spauldinga (saksofon altowy), czy Cedara Waldona (fortepian). Nazwiska pozostałych kilkunastu muzyków znane są jedynie ekspertom i autorom jazzowych dyskografii. W części utorów znajdziemy też fragmenty wokalne, także te wykonywane przez lidera.

Znakiem rozpoznawczym tej płyty są jednak specyficznie zaaranżowane partie grane przez grupę kilku instrumentów dętych (prawie w każdym utworze w nieco innym składzie). Na płycie znajdziemy zarówno kompozycję Cala Masseya – Bakai grywaną często przez Johna Coltrane’a, jak i coś w rodzaju piosenki – Spoo Pee Doo skomponowanej przez lidera. Oczywiście to prosta kompozycja w kontekście poprzednich muzycznych propozycji lidera.

Ta płyta zbliża Archie Sheppa do wystawnego stylu zespołu Jamesa Browna, gdyby ten zechciał zagrać nieco free jazzowych nut. To pomost pomiędzy jazzową awangardą a rasowymi przebojami R&B. Nie warto interesować się pseudoafrykańską filozofią skojarzoną z płytą. W czasie jej powstania wielu muzyków jazzowej awangardy dorabiało do swoich produkcji nieco na siłe afrykańskie, lub muzułmańskie korzenie.

Zaskakujące są zarówno pomysły aranżacyjne i zbiorowe improwizacje sekcji instrumentów dętych, jak i z pozoru zupełnie do muzycznej konwencji nie pasująca mainstreamowa gra na fortepianie Cedara Waldona w kompozycji Slow Drag.

Najbardziej jednak zdumiewające jest to, że mimo gęstej struktury sekcji dętej płyty słucha się lekko i przyjemnie jakby to nie był ambitny projekt, ale przebojowa produkcja smooth jazzowa. No może trochę przesadziłem, ale to bardzo przyjemna płyta, która nie jest prostacka jak wiele dzisiejszych produkcji. Ona jest po mistrzowsku prosta, a to duża różnica. Ona nie obraża słuchacza, tylko sprawia mu przyjemność.

Archie Shepp
Kwanza
Format: CD
Wytwórnia: Impulse!
Numer: 602517050396