Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dariusz Oleszkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dariusz Oleszkiewicz. Pokaż wszystkie posty

03 listopada 2020

Dariusz Oleszkiewicz – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Dariusz Oleszkiewicz, dziś częściej w Stanach Zjednoczonych Darek Oleszkiewicz, albo Darek Oles. Swoją muzyczną edukację zaczynał we Wrocławiu, ucząc się gry na fortepianie. Później zajął się gitarą i gitarą basową. Kontrabas, instrument na którym gra dzisiaj i który pozwolił mu na zrobienie światowej kariery jest więc jego czwartym w kolejności instrumentem. Darek Oleszkiewicz po raz pierwszy pojawił się na poważnej jazzowej scenie w 1983 roku na festiwalu Jazz Juniors w Krakowie. Już rok później zdobył na tym festiwalu, w wieku 21 lat trzy nagrody – indywidualną, zespołową (Still Another Sextet) i za najlepszą kompozycję. Zespół złożony ze studentów Wydziału Jazzu z Katowic miał w składzie Piotra Biskupskiego, Jerzego Głoda, Bronisława Dużego, Karola Szymanowskiego, Mateusza Pospieszalskiego i Darka Oleszkiewicza. Całkiem nieźle dziś wygląda ten studencki skład.

Po studenckich sukcesach Darek Oleszkiewicz szybko zaczął grać ze starszymi kolegami. Występował w zespołach Henryka Majewskiego, Tomasza Szukalskiego, Jana Ptaszyna Wróblewskiego i Zbigniewa Namysłowskiego. Z tym ostatnim pojechał w 1986 roku na egzotyczne tourne do Meksyku. Tam poznał swoją przyszłą żonę i zamieszkał na krótko w Meksyku, a później w Kalifornii, gdzie studiował w California Institute Of Arts u Charlie Hadena, gdzie później jako wzorowy student został wykładowcą.

Darek Oleszkiewicz mieszka na stałe w Stanach Zjednoczonych od wielu lat, przyjeżdża jednak często do Europy z koncertami, a w Polsce nagrywa również z wieloma artystami. Po raz pierwszy wrócił do Polski po wyjeździe do Meksyku z Namysłowskim na dłużej w 1994 roku. Uczestniczył wtedy w nagraniach znakomitego składu Travelling Birds Quintet z Piotrem Wojtasikiem, Piotrem Baronem, Kubą Stankiewiczem i Cezarym Konradem. W tym samym czasie grał również z Januszem Muniakiem, co zostało udokumentowane na płycie „Not So Fast”.

W tym samym czasie powstał w Los Angeles dowodzony przez Oleszkiewicza Los Angeles Jazz Quartet, w którym znaleźli się gitarzysta Larry Koonse, saksofonista Chuck Manning i perkusista Kevin Tullius. Z tym zespołem i jego muzykami Darek Oleszkiewicz nagrał w Stanach Zjednoczonych kilka dobrze przyjętych albumów. Na koncertach, w Stanach Zjednoczonych i w Europie grał między innymi z Bradem Mehldauem, Lee Konitzem, Joe Lovano, Charlesem Lloydem, Alice Coltrane, Billy Higginsem i wieloma innymi uznanymi na świecie muzykami. Wielokrotnie słyszałem i czytałem, że Darek Oleszkiewicz jest niezwykle zajętym i docenianym przez jazzowe środowisko Zachodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych basistą sesyjnym i muzykiem, którego, jak tylko ma wolne terminy warto zabrać ze sobą w trasę. Ostatnio, zanim ustała działalność koncertowa, był członkiem tria Pata Metheny’ego. W 2020 roku miał pojawić się w Europie z Peterem Erskine’m. Czy te występy się kiedyś jeszcze odbędą, dziś nadal nie wiadomo.

W dorobku Darka Oleszkiewicza znajduje się z pewnością ponad 100 albumów nagranych po obu stronach Atlantyku. Fantastyczny warsztat i muzykalność połączona ze zdolnościami kompozytorskimi i zmysłem improwizacyjnym pozwała Oleszkiewiczowi łączyć pracę muzyka sesyjnego z własnymi nagraniami, zarówno z Los Angeles Jazz Quartet, jak i pod własnym nazwiskiem.

Oleszkiewicz debiutował w roli lidera płytą „Like a Dream” w 2004 roku. To istotnie marzenie. W składzie zespołu znaleźli się nie tylko członkowie jego Los Angeles Jazz Quartet, ale też Brad Mehldau i utytułowany Bennie Maupin, który nagrał kilkanaście płyt z Herbie Hancockiem i cztery z Milesem Davisem (w tym „Bitches Brew”). Kilkanaście miesięcy wcześniej Oleszkiewicz zagrał na płycie Brada Mehldaua „Largo”, w jednym z utworów na drugim kontrabasie zagrał na tej płycie Larry Grenadier.

W 2010 roku Darek Oleszkiewicz razem z Peterem Erskinem, Bobem Mintzerem i Alanem Pasqua nagrali album "Standards 2: Movie Music”. W 2016 roku niezwykle osobistą płytę nagraną solo na kontrabasie poświęcił pamięci swojego nauczyciela – Charlie Hadena („Blues For Charlie”). Album powstał kilka miesięcy po śmierci Hadena. Zaledwie kilka tygodni temu ukazała się najnowsza solowa płyta Darka Oleszkiewicza – „The Promise”. Kolejny projekt na kontrabas solo to autorski wybór kompozycji Johna Coltrane’a, do którego muzyki Oleszkiewicz zbliżył się najbliżej jak dzisiaj jest to możliwe, nie tylko studiując jego nagrania, ale też występując na scenie z niemal każdym członkiem rodziny Coltrane’a, który zajmuje się muzyką (Alice Coltrane, Ravi Coltrane, Oran Coltrane i Michelle Coltrane). Grał też z muzykami, którzy byli istotnymi partnerami Coltrane’a w jego muzycznej drodze – między innymi z Billy Higginsem, Curtisem Fullerem, Horace Silverem i oczywiście Charlie Hadenem.

Darek Oleszkiewicz doskonale odnajduje się również w zespołach akompaniujących wokalistkom. Od lat współpracuje z Agą Zaryan. Nagrał też kilka świetnych płyt z wokalistką może mało znaną w Europie, ale niezwykle popularną w Azji – Jacinthą Abisheganaden, która swoje albumy poświęca często jazzowym mistrzom – „Autumn Leaves -- The Songs Of Johnny Mercer”, „Here's To Ben - A Vocal Tribute To Ben Webster”, „Jacintha Is Her Name - Dedicated To Julie London” i „Jacintha Goes to Hollywood” z zestawem hitów filmowych, które stały się jazzowymi standardami.

Oleszkiewicz pracował też przy kilku projektach z ostatnim pianistą, który grał z Milesem Davisem przed jego śmiercią, Japończykiem Kei Akagi. Razem z Akagi i wyśmienitym Joe LaBarberą, wieloletnim współpracownikiem Billa Evansa, nagrali w 1998 roku album „New Smiles and Traveled Miles” stanowiący jeden z najlepszych wyborów kompozycji granych przez Milesa w różnych okresach jego kariery. Co prawda Kei Akagi, to nie Bill Evans, ale sekcja Oleszkiewicz/LaBarbera jest moim zdaniem ciekawsza niż ta, która nagrała kilkanaście płyt z Evansem – Marc Johnson / Joe LaBarbera.

Darek Oleszkiewicz należy do tych Mistrzów Polskiego Jazzu, którzy z pewnością jeszcze nie raz nas zaskoczą. Mam nadzieję, że ograniczenie działalności koncertowej, Oleszkiewicz ostatnio grał trasy z Patem Metheny i Peterem Erskinem, a to potrafią być przecież wielomiesięczne eskapady po całym świecie, da czas potrzebny na nagranie kolejnych albumów równie ciekawych jak „The Promise”, nasza niedawna Płyta Tygodnia.

20 października 2020

Darek Oleszkiewicz – The Promise

Duch Johna Coltrane’a wiecznie żywy. Wielu muzyków próbuje zmierzyć się z kompozycjami napisanymi przez Coltrane’a. Wiele takich projektów pozostaje jedynie nieistotną próbą skopiowania dorobku jednego z najważniejszych muzyków jazzowych wszechczasów. Najnowszy album solowy Dariusza Oleszkiewicza jest jednym z tych, które uważam za niezwykle udane muzycznie i doskonale oddające ducha muzyki Johna Coltrane’a.


Album został nagrany solo na kontrabasie i składa się w całości z kompozycji wielkiego saksofonisty. Część z nich jest bardzo znanych i pochodzą z najczęściej przypominanych płyt Coltrane’a, jak „Cousin Mary” z „Giant Steps”, inne nigdy nie pojawiły się na płytach studyjnych jak utwór tytułowy, który w oficjalnej dyskografii pojawił się chyba tylko na płycie koncertowej „Live At Birdland” z 1964 roku. Inne kompozycje znajdziecie w wykonaniu ich kompozytora na płytach „Coltrane’s Sound”, „Sun Ship” i „Traneing In”.

Darek Oleszkiewicz, od lat mieszka i gra w Stanach Zjednoczonych, tworząc własne formacje i nagrywając z wieloma uznanymi muzykami. Kiedy przyjeżdża do Polski, gra również w polskich składach. Ostatnio, zanim ustała działalność koncertowa, był członkiem tria Pata Metheny. W 2020 roku miał pojawić się w Europie z Peterem Erskine’m. Czy te występy się kiedyś jeszcze odbędą, dziś nadal nie wiadomo. Faktem jednak jest, że Darek Oleszkiewicz to najwyższa światowa liga, nie tylko muzycznie, ale również uwzględniając rozpoznawalność wśród największych światowych gwiazd.

Album Oleszkiewicza nie należy do najdłuższych, jednak każde z siedmiu przedstawionych nagrań z pewnością spodobałoby się kompozytorowi. Jeśli nie liczyć nagrań saksofonistów, ci przecież mają zupełnie inne zadanie, od czasu Zbigniewa Seiferta nie słyszałem tak udanej interpretacji idei Coltrane’a. Kontrabas nie należy do instrumentów o szczególnie bogatym potencjale solowym w wymiarze całej płyty. Są oczywiście wyjątki potwierdzające regułę, że płyty basistów są co najwyżej puzzlami przeznaczonymi dla innych basistów, którzy starają się naśladować wirtuozerskie solówki. 

Darek Oleszkiewicz na basie potrafi zagrać wszystko, ale tego na „The Promise” nie usłyszycie. Swingujące „Cousin Mary” i oszczędna dekonstrukcja „Bass Blues” (w oryginale na basie gra Paul Chambers) są moim zdaniem najciekawsze i najbardziej przystępne. Coltrane w wykonaniu Oleszkiewicza nie jest zbiorem wirtuozerskich solówek. To udana próba zgłębienia istoty muzyki Johna Coltrane’a, która według mnie jest zupełnie odrębnym gatunkiem muzycznym. W którejś z licznych biografii Coltrane’a przeczytał, że John był z innej planety. Jeśli to prawda, to Darek Oleszkiewicz właśnie wysłał tam sondę i po raz pierwszy od lat przywiózł próbki skał odmiennych od czegokolwiek, co można znaleźć na ziemi.

„The Promise” to album, którego trzeba słuchać z największą uwagą. Nie sądzę, że muzykę Coltrane’a zrozumiem, ale z „The Promise” warto próbować, to album, od którego nie sposób się oderwać. Będzie mi towarzyszył wielokrotnie w czasie kolejnych długich wieczorów, w czasie których będę próbował zrozumieć albo porównać nagrania Oleszkiewicza z oryginałami. Jak dla mnie nawet gdyby nagrał tylko tą jedną płytę byłby jednym z najważniejszych basistów ostatnich 20 lat. Nagrał jednak znacznie więcej. Za kilka tygodni jego sylwetkę przedstawię w cyklu Mistrzowie Polskiego Jazzu, spodziewajcie się kolejnych jego sensacyjnych nagrań, które w Polsce pozostają niestety dla wielu zupełnie nieznane.

Darek Oleszkiewicz
The Promise
Format: CD
Wytwórnia: L.A. Jazz Quartet Music
Data pierwszego wydania: 2020
Numer: 195269010935

16 grudnia 2013

Aga Zaryan – Remembering Nina & Abbey: A Tribute To Nina Simone And Abbey Lincoln

Ten album jest zwyczajnie fenomenalny. Musiał kiedyś powstać. Obie postaci – Nina Simone i Abbey Lincoln są dla Agi Zaryan bardzo ważne. Oczywiście godzinami można debatować na temat wyboru kompozycji. Faktem jest, że wszystkie kojarzone są z jedną z tych wielkich wokalistek. Oczywiście każdy z nas być może dorzuciłby jakąś melodię. Te rozważania nie mają sensu. Z repertuaru obu wielkich wokalistek można zestawić jeszcze co najmniej dwa podobne albumy.

Kiedy w zapowiedzi prasowej zobaczyłem zestaw kompozycji, nie oczekiwałem płyty genialnej, raczej obawiałem się, szczególnie o „Strange Fruit” i „My Baby Just Cares For Me”. Zawsze byłem zdania, że „Strange Fruit” nie powinien już w zasadzie nikt śpiewać, bo dziś żyje się nam wszystkim za łatwo, żebyśmy mogli ten tekst zrozumieć. Z kolei „My Baby Just Cares For Me” jest melodią wyeksploatowaną w reklamie i raczej nielubianą w końcówce kariery przez samą Ninę Simone. Wydawało mi się, że to wybór zbyt oczywisty. Przekonałem się jednak, że można zaśpiewać „Strange Fruit” niemal tak fantastycznie, jak Billie Holiday, czy Nina Simone. A może nawet ciekawiej.

Zespół zebrany do nagrania tego albumu to zupełnie osobna historia. Geri Allen akompaniująca Agnieszce na fortepianie, jej wymarzony perkusista – Brian Blade, idealnie pasujący do całości Larry Koonse i Darek Oleszkiewicz, który jest od lat jednym z najlepszych kontrabasistów grających dla wokalistek na świecie i grająca na harfie Carol Robbins. Ta ostatnia jest jednocześnie rodzajem metafizycznego połączenia Agi Zaryan z Niną Simone, grała bowiem przed laty z Niną.

Niezależnie od repertuaru i towarzyszącego artystce zespołu, gwiazdą tej płyty jest Aga Zaryan. W magiczny, trudny do opisania słowami sposób z mojego egzemplarza płyty Aga śpiewa właśnie dla mnie. To rodzaj niezwykle osobistego, absolutnie szczerego przekazu. Jestem przekonany, że każdy z Was uzna, że to nieprawda, że Aga nie śpiewa dla mnie, tylko dla Was. Dla każdego słuchacza osobno. Może każdy egzemplarz płyty jest inny? To oczywiście tylko wyobraźnia. Jednak taka właśnie iluzja jest sztuką najwyższą. Znam tylko kilka płyt, które mają to coś. Daruję sobie ich tytuły, żeby nie rozpętać burzy, że przesadzam. Jednak porównania do największych dzieł światowego jazzu nie są tu pozbawione sensu.

Przejrzałem listę tegorocznych nowości i nie mam wątpliwości. To jest najlepszy album tego roku wśród ponad 400 nowych płyt jakich w tym roku miałem okazję wysłuchać. Żaden z 50 albumów, które trafiły do mojej stałej radiowej rubryki płyty tygodnia nie jest nawet w połowie tak doskonały. Zresztą w muzyce porównania nie mają większego sensu.

Chcecie coś o płycie wiedzieć, zanim pobiegniecie do sklepu po swój egzemplarz? Aga śpiewa bardzo oszczędnie, często czekając do ostatniego momentu z kolejnym akcentem, na całej płycie nie znajdziecie ani jednej zbędnej nuty. Aga niczego nie udaje, nie naśladuje swoich idolek. Stać ją na wiele więcej. Ma na temat każdego z utworów własne zdanie, nie usiłując jednocześnie tworzyć na siłę nowatorskich interpretacji. Robi to, co robiły Nina Simone i Abbey Lincoln, za pomocą głosu, w towarzystwie skromnego akompaniamentu opowiada w przejmujący sposób niezwykłe historie. Trafiając prosto do serca, głowy, rozumu, czy duszy każdego słuchacza, w zależności od jego światopoglądu.

Mam już dwa egzemplarze tego albumu – jeden nie opuszcza podręcznego zbioru najczęściej używanych płyt, drugi trzymam w samochodzie. Kupię sobie jeszcze jeden, tak na zapas i jeszcze kolejny, oprawię w ramki i powieszę na ścianie, obok zdjęcia Abbey Lincoln, albo obok którejś z fotografii Niny Simone.

Do Agi Zaryan przekonywałem się długo i nie było to łatwe. Wszystko zaczęło się od dość nieudanego koncertu, później było już tylko lepiej. Jedno ze zdań umieszczone w skromnej książeczce dołączonej do płyty sprawia, że zaczynam już czekać na nowy rok, który zacznie się za chwilę. „Hoping For More In The Near Future”. Pewnie na koncerty w składzie z płyty nie ma szans, a nawet jeśli się wydarzy, to będzie to jakiś ekskluzywny koncert w luksusowym hotelu. A ja chciałbym usiąść w pierwszym rzędzie małego klubu i posłuchać… Agnieszka, uwielbiam to co robisz… Jesteś geniuszem. Właśnie nagrałaś najlepszą płytę roku na świecie, a może nawet nie tylko tego roku.

Aga Zaryan
Remembering Nina & Abbey: A Tribute To Nina  Simone And Abbey Lincoln
Format: CD
Wytwórnia: Parlophone
Numer: 5099940988122

19 października 2012

Aga Zaryan – Live At The Palladium


Coś magicznego jest w tej płycie. To połączenie talentu Agi Zaryan, atmosfery, wyśmienitego zespołu, który na tej płycie nie ogranicza się do akompaniamentu i repertuaru, który złożony jest w sporej części z ulubionych utworów wokalistki.

Zapis koncertu, który odbył się w 2008 roku w klubie Palladium w Warszawie to dokument, dzięki któremu na zawsze uwieczniono magiczny wieczór, który zapewne pamiętają wszyscy, którzy byli wtedy na widowni. To jeden z tych albumów, kiedy udało się stworzyć muzykę będącą nie tylko sumą talentów wszystkich muzyków, ale czymś znacznie więcej.

Nietypowy zestaw instrumentów w połączeniu z niezwykle zmysłowym i pełnym tego dnia emocji głosem wokalistki pozwolił pokazać na nowo znane od wielu lat kompozycje. Na scenie pojawił się zespół w składzie, w którym Aga Zaryan nagrała świetną studyjną płytę „Picking Up The Pieces” co zapewne nie było łatwe organizacyjnie. Koncert był częścią trasy, na której z Agą Zaryan grali: Darek Oleszkiewicz na kontrabasie, Larry Koonse na gitarze i otoczony sporym zestawem instrumentów perkusyjnych Munyungo Jackson. Brak fortepianu i perkusji pozwolił skupić się na brzmieniach i dał fanom okazję do posłuchania wybitnego i niezbyt często grającego w Polsce Darka Oleszkiewicza. Od jego kompozycji całe wydarzenie się zaczęło (tak przynajmniej wynika z płytowej rejestracji).

Wiele z utworów, które Aga Zaryan zaśpiewała tego wieczoru były w jej repertuarze wcześniej i pozostały w nim do dziś. „Throw It Away” Abbey Lincoln, czy „Suzanne” Leonarda Cohena pojawiały się na koncertach już wcześniej. Jednak w tej unikalnej obsadzie muzyków towarzyszących znane standardy nabrały nowego blasku. Wyśmienite solówki kontrabasu i rozbudowane introdukcje instrumentów perkusyjnych same w sobie mogłyby złożyć się na świetny koncert. Larry Koonse okazał się idealnym gitarzystą wspierającym swoją miękką i czujną grą głos wokalistki.

Wstęp do „Suzanne” i solówka w „I Hear Music” to najważniejsze momenty dla Munyungo Jacksona. „Suzanne” to w sumie dość prosta muzycznie kompozycja, w dodatku w głowach większości słuchaczy mocno związana z oryginalnym wykonaniem jej autora. Muzycy zespołu Agi Zaryan pokazali, że można z niej zrobić wyśmienity kawałek jazzowego grania. Otwierająca koncert kompozycja Darka Oleszkiewicz „Seventh Heaven” jest świetnym wprowadzeniem w instrumentalny klimat koncertu i jednocześnie popisem kompozytorskich i wykonawczych umiejętności naszego w tej chwili najlepszego kontrabasisty.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, tak na siłę, to zabrakło na płycie – być może koncert był dłuższy, fragmentów bardziej dynamicznych, choć może taki był właśnie pomysł, żeby skupić się na barwach instrumentów i głosu wokalistki. To akurat udało się znakomicie. Można również pochwalić techniczną stronę rejestracji koncertu, bowiem Palladium nie jest miejscem łatwym akustycznie… Ewidentnie niedopracowane w wersji audio są przejścia między utworami, a właściwie ich brak…

„Live At The Palladium” to płyta wybitna. Utrwalająca niesłychanie emocjonalne, a jednocześnie dopracowane w każdym szczególe podejście Agi Zaryan do jej ulubionych piosenek i równie wyśmienitych kompozycji napisanych specjalnie dla niej. To album, na którym zespół towarzyszący wokalistce tworzy własny spektakl, który sprawdziłby się na scenie nawet bez jej udziału. To nie są jednak wyścigi o to, kto na scenie ważniejszy. To spotkanie wybitnych muzyków ze świetnym pomysłem na to, jak te niezwykłe talenty wykorzystać.

Aga Zaryan
Live At The Palladium
Format: 2CD
Wytwórnia: Warner
Numer: 5907476693567

26 stycznia 2012

Artur Dutkiewicz – Hendrix Piano

Ta płyta będzie dla mnie od dziś dyżurnym przykładem na to, jak mimo woli tworzymy sobie w głowie szufladki, do których wkładamy, często zupełnie podświadomie różne produkty. Kategoryzujemy. Porządkujemy sobie rzeczywistość w natłoku bodźców galopującego do przodu świata. Potrzebujemy metek, marek, uproszczeń, owych właśnie kategorii.

Codziennie na świecie ukazuje się więcej płyt, niż jestem w stanie wysłuchać w ciągu roku. A jeszcze przecież często wracam do pozycji ulubionych, czy tych, na które akurat jest dobry dzień, a które musiały na ten dzień długo na półce poczekać. Wiele z tych nowości jest zapewne zupełnie nieciekawych, ale nigdy nie będę miał czasu, ani możliwości upewnić się, że tak jest. Wiele jest obiektywnie muzycznie słabych, co wcale nie oznacza, że komuś się nie spodobają.. Po inne nigdy nie sięgnę z racji stylu, gatunku, doboru repertuaru. Choć to znowu sztucznie tworzone kategorie. Czy jeśli ktoś nie lubi wariacji Goldbergowskich Bacha, to nie lubi Glenna Goulda, Keitha Jarretta, czy Murraya Perahii ? To przecież skrajnie różne emocjonalnie interpretacje tego samego repertuaru.

O jeszcze innych albumach zwyczajnie nigdy się nie dowiem. O wielu świat zapomni w miesiąc po ich premierze. O innych dowiem się po latach, kiedy staną się klasykami. Nawet świadomy słuchacz jest chcąc tego, czy nie chcąc pod wpływem marketingowej machiny przemysłu muzycznego. Od tego uciec się nie da. Nawet jeśli zamieszkamy gdzieś daleko od cywilizacji, to po nowe płyty trzeba będzie gdzieś pojechać…

W ten oto sposób często kupujemy nazwiska i tytuły, a nie muzykę. To w oczywisty sposób jednym pomaga trafić do naszych głów ze swoją muzyką, innym nie ułatwia tego zadania.

To co zrobił Artur Dutkiewicz z kompozycjami Czesława Niemena na płycie „Niemen Improwizacje” bardzo mi się podobało. Jakoś nigdy o tym nie napisałem, do tego albumu wracam jednak dość często, co już samo w sobie jest świetną rekomendacją. To także świadectwo tego, że emocje jakie przekazuje słuchaczom Artur Dutkiewicz w związku ze swoją wizją tych utworów są bliskie moim. To angażuje pamięć i ośrodki przyjemności, które później sprawiają, że do ulubionych nagrań wracamy i pamiętamy o nich bardziej, niż o wielu płytach, o których istnieniu na półce przypominamy sobie tylko w czasie ich odkurzania.

Co innego dzisiejszy album – „Hendrix Piano”. Miałem go parę razy w ręku w sklepie, pewnie gdzieś też przeczytałem, że się ukazał. Widziałem też jakąś recenzję, ale jej nie czytałem. Nigdy nie czytam recenzji płyt, których jeszcze nie słuchałem. Trzymam się tego postanowienia w zasadzie od zawsze, chcąc mieć własne zdanie, a nie ulegać sugestii innych. Mój mózg i tak jest bombardowany wystarczającą dawką różnego rodzaju przekazów reklamowych... Tak więc zanim płyty posłuchałem, byłem na „nie”. Pomyślałem sobie, że to nie może się udać. Hendrix bez gitary? Kontrabas i perkusja? Pamiętam też, jak pomyślałem, że to może być marketingwy wybieg pomagający sprzedać płytę. Jimi Hendrixa znają przecież wszyscy. Również wielu potencjalnych klientów darzy szczególną sympatią covery znanych melodii.

Jakże się myliłem. Po raz kolejny dałem się wyprowadzić w pole własnej intuicji analizującej w niepotrzebnie racjonalny sposób reklamowy przekaz płynący z okładki.

Trzeba było prezentu, żebym miał okazję płyty posłuchać. I polubić tak od razu. Uprzedzając bowiem to co przeczytacie za chwilę, to jest wyśmienita muzyka.

Sprawny technicznie pianista zagra każdą melodię. Niektóre bardzo dobrze, jednak doskonale tylko te, z którymi wiążą go jakieś osobiste emocje, życiowe doświadczenie. Tak jest z Jimi Hendrixem i Arturem Dutkiewiczem. To słuchać od pierwszych taktów otwierającego album „Voodoo Chile”. Muzyka Jimi Hendrixa w oryginale ma gęstą fakturę zbudowaną na wirtuozerskiej gitarze i dynamicznej perkusji, szczególnie wtedy, kiedy gra Mitch Mitchell. Albumy The Jimi Hendrix Experience są dla mnie ciemne, dość posępne, co zresztą w wypadku muzyki o silnych bluesowych korzeniach nikogo nie dziwi.

„Hendrix Piano” to taki hendrixowski elementarz, rodzaj „The Best Of…”. Znajdziemy tu chyba wszystkie najważniejsze kompozycje Jimi Hendrixa. Wszystkie melodie są od razu rozpoznawalne, a mimo to brzmią zupełnie inaczej niż oryginały. Wielu gitarzystów grywa te kompozycje. Właściwie wszyscy, których słyszałem (może za wyjątkiem Nguyena Lee) usiłują naśladować niedościgniony wzorzec… Kopia zawsze jest gorsza od oryginału.

Artur Dutkiewicz nie chce zgadywać, co siedziało w głowie Jimi Hendrixa, kiedy komponował „Little Wing”. Tego przecież nie da się zrobić. On opowiada nam o swoich osobistych emocjach i wspomnieniach związanych z tym utworem. I każdym kolejnym na płycie. W związku z tym jest prawdziwy i osobisty, a nie jest naśladowcą.

Realizacja nie jest może idealna. Chętnie usłyszałbym nieco więcej kontrabasu. Jego dźwięk jest nieco zbyt płaski, wycofany, przez co brakuje mu silnych i jasno zdefiniowanych w przestrzeni muzycznej akcentów rytmicznych. To z pewnością jest kwestia realizacji nagrania, bowiem w partiach solo kontrabas Darka Oleszkiewicza brzmi dużo lepiej. Wiem też z wielu koncertów, które widziałem, że z pewnością Darek Oleszkiewicz należy do grona kontrabnasistów, którzy z rytmem nie mają żadnego problemu… Dla odmiany fortepian nagrany jest dobrze, choć w nieco zbyt kliniczny sposób, brzmiąc momentami jak jakaś elektroniczna klawiatura imitująca akustyczny instrument, ale pozbawiona wszystkich poza podstawowym dźwięków instrumentu, odgłosów pracy mechanizmów, pogłosu. Brakuje nieco akustyki studia… Ale to już audiofilskie dywagacje nie mające wiele wspólnego z tym, co jest najważniejsze, czyli z emocjonalnym przekazem i pięknem zarejestrowanej muzyki.

Moje ulubione nagrania z tej płyty to radośnie swingujący „Crosstown Traffic” i udekorowany wyśmienitą solówką kontrabasu „The Wind Cries Mary”.

Dawno nie słyszałem w bluesie takiej przestrzeni, tyle pozytywnej energii. Ta płyta jest prawdziwa. A to jest najlepsza z możliwych rekomendacji. Fakt, że jeśli się chce za pośrednictwem instrumentu opowiedzieć historie tak, żeby były sugestywne i rzeczywiste trzeba mieć doskonały warsztat jest oczywisty. „Hendrix Piano” to muzyka inteligentna, a jednocześnie szalenie emocjonalna. Kupcie tą płytę natychmiast. Nie czekajcie, za kilka lat może nie być dostępna, taki los spotyka wiele wyśmienitych produkcji wydawanych w niewielkich wytwórniach w niewielkim pewnie nakładzie…

Artur Dutkiewicz
Hendrix Piano
Format: CD
Wytwórnia: Pianoart / Fonografika
Numer: 5907760035028

18 maja 2011

Adam Czerwiński & Darek Oleszkiewicz - Raindance

Dzisiejsza płyta dotarła do mnie z pewnym opóźnieniem. Słyszałem ją parę lat temu i jakoś o niej zapomniałem. Nie znaczy to, że nie warto o niej  pamiętać. Z pewnością to pozycja warta uwagi. Skąd to opóźnienie? To niezależna produkcja, na okładce brak nawet kodu kreskowego i oznaczenia wytwórni, więc w najbliższym sklepie płytowym raczej jej nie znajdziecie. To kolejny z setek przykładów na to, jak bardzo wewnętrzne mechanizmy rynku muzycznego usiłują wpływać na to, czego słuchamy. Do niektórych nagrań dotrzeć łatwiej niż do innych. O niektórych dobrych płytach dowiemy się z mediów, o innych znajdziemy wzmianki jedynie na stronach artystów. To czy o jakiejś płycie jest głośno jest jedynie luźno powiązane z artystyczną wartością zarejestrowanej na niej muzyki.

Raindance to właśnie przykład takiej płyty nagranej przez kompetentnych i wyśmienitych warsztatowo muzyków na przekór muzycznemu przemysłowi i mechanizmom promującym sprzedaż. To także kolejny dowód na to, że od wielu lat czołówka naszych muzyków jazzowych nie aspiruje już do światowej czołówki, ale zwyczajnie jest jej częścią. Formalnie płycie liderują Adam Czerwiński (perkusja) i Dariusz Oleszkiewicz (kontrabas). Pozostali muzycy to Larry Koonse (gitara) i Larry Goldings (organy Hammonda). Gdyby policzyć starannie ilość solówek, lub nut zagranych przez członków zespołu, spokojnie mogłaby to być płyta Larry Goldingsa i Larry Koonse’go.

Larry Goldings to uczestnik niezliczonej ilości sesji z największymi muzykami, a także autor kilkunastu płyt solowych. Moje pierwsze skojarzenia, czyli muzyka, którą mam w pamięci bez sięgania po naukowe opracowania dyskograficzne, to Michael Brecker, John Scofield (That’s What I Say: John Scofield Plays The Music Of Ray Charles), czy opisywana ostatnio i prezentowana w Simple Songs na antenie RadioJAZZ.FM płyta Tima Riesa – The Rolling Stones Project.


Nagrania z dzisiejszej płyty też możecie na antenie usłyszeć i z pewnością będą się pojawiać w najbliższym czasie.

Larry Koonse w Polsce znany jest zapewne najbardziej ze sprzedanej w dużej jak na jazzową produkcję ilości egzemplarzy płycie Agi Zaryan – Picking Up The Pieces. Dla mnie to muzyk, którego pamiętam z wybornej płyty Charlie Hadena i Gonzalo Rubalcaby – Land Of The Sun. To także muzyczny towarzysz Tootsa Thelemansa i Lee Konitza.

No i tak po porcji narzekania na to jak świat jest zorganizowany docieramy do muzyki z dzisiejszej płyty. A ta jest wyśmienita. Formuła nieco przypomina klasyczne składy Hammond + gitara + perkusja + bas, jakie znamy z wielu płyt Granta Greena, wczesnego George’a Bensona, czy Wesa Montgomery. Punkt ciężkości przesunięty jest nieco z gitary w stronę perkusji, w końcu liderem jest Adam Czerwiński. Kompozycje są wyśmienite, tytułowa Raindance jakby nieco wstydliwie schowana na drugim miejscu za otwierającym płytę standardem Irvinga Berlina – How Deep Is The Ocean nie ma powodu do obaw. To kompozycja Adama Czerwińskiego, która niczym nie ustępuje renomowanemu standardowi. Podobnie jest z pozostałymi kompozycjami autorstwa Dariusza Oleszkiewicza i Larry’ego Koonse.

Może trochę na tej płycie za mało Dariusza Oleszkiewicza, choć to już szukanie dziury w całym. To znakomita, nastrojowa, wysmakowana i przemyślana płyta. Klimat sprzyja raczej kontemplacji i smakowaniu brzmień i pomysłów aranżacyjnych niż wystukiwaniu nogą rytmu. Chwała za to Adamowi Czerwińskiemu, który rozumie, że czasem mniej znaczy lepiej. Szkoda tylko, że mało kto o tym się dowie…

Adam Czerwiński & Darek Oleszkiewicz
Raindance
Format: CD
Wytwórnia: ACR
Numer: ACR 001

21 sierpnia 2010

Jacintha - Here's To Ben

Tą płytę znam chyba we wszystkich możliwych wydaniach i formatach. Swoją przygodę z tą niezwykłą sesją zacząłem od zwykłej płyty CD. Później była wersja CD tzw. Złota, 180 g tłoczenie Groove Note i audiofilski singiel 45 obrotowy w formacie pełnej płyty LP z 2 utworami. Od niedawna na swój wieczór czekała wersja XRCD2 przygotowana, jak zwykle w tej technologii przez FIM i JVC. Ta płyta miała mnie ostatecznie przekonać do technologii XRCD2. I jakoś nie do końca przekonała.

O muzyce za chwilę, jednak ponieważ dźwięk na tej płycie jest wybitnie nagrany, od niego zacznijmy.

Wersja XRCD2 jest niezaprzeczalnie lepsza od zwykłej płyty CD wydanej oryginalnie przez Groove Note. Jest bardziej klarowna, zawiera więcej szczegółów, co teoretycznie, według twórców tej technologii powinno być słyszalne niezależnie od odtwarzacza, który nie musi być jakiś specjalny. Oczywiście mam na myśli dość subtelne różnice, więc aby je usłyszeć potrzeba dość zaawansowanego systemu audio. Ta płyta jak niewiele innych już w zwykłej wersji zawiera wiele z akustyki studia, specyfiki starych mikrofonów użytych do jej rejestracji, odgłosów mechanizmów działania instrumentów itp. Tak więc owa szczegółowość XRCD2 powinna tą technologię faworyzować. Już zwykłe CD wydaje się dźwiękowym mistrzostwem świata, XRCD2 jest lepsze, ale to wszystko zachwyca tak długo jak nie posłucha się wersji analogowej. To więc kolejny dowód na wyższość czarnej płyty, jednak to przypuszczalnie również sposób realizacji polegający na rejestracji dwukanałowej przy pomocy wiekowych mikrofonów bez jakiegokolwiek montażu faworyzuje analogowy nośnik.

Tak więc realizacyjne mistrzostwo świata, niestety za wyjątkiem kontrabasu Darka Oleszkiewicza, który w tych nagraniach brzmi płasko, brak mu głębi szlachetnego drewnianego instrumentu, został potraktowany jako składnik rytmu, a nie brzmienia zespołu. Jego dźwięk jest dobrze kontrolowany, bogaty w niskich rejestrach, jednak pozbawiony życia, dźwięków palców przesuwających się po strunach i akustyki pudła rezonansowego. Można odnieść wrażenie, że to któryś z instrumentów elektronicznych naśladujących prawdziwy.

A teraz muzyka – Jacintha to prawdziwy szwajcarski scyzoryk muzyczny typu wszystko w jednym, solidne, czasem wręcz wybitne narzędzie do produkowania muzyki. W jej żyłach płynie krew z Indii. W Azji – Singapurze i Chinach nagrywa z dużym powodzeniem chińskie techno-disco, co gwarantuje nakłady płyt, o których nie śniło się amerykańskim i europejskim rekordzistom wszechczasów. Mam taką płytę na półce w ramach ciekawostki. Nagrywała z Zubinem Mechtą i nowojorskimi filharmonikami. No i kilka płyt jazzowych dla amerykańskiej Groove Note. Nagrywa też amerykańskie standardy jazzowe z tekstami po chińsku i to świetnie brzmi – przy okazji polecam –na przykład płytę Love Like A River wydaną przez Harmony / Gourmet Music, jeśli da się ją gdzieś kupić…

Here’s To Ben, to płyta, której nie powstydziłaby się żadna z największych wokalistek jazzowych. To świetny, dopracowany w każdej nucie, a jednocześnie spontaniczny wokal, doskonała emisja i kontrola oddechu, dużo przestrzeni, wyczucie frazy, nienaganna dykcja, swing. To jednak przede wszystkim jazzowe ballady w najczystszej postaci.

Trudno nie wyróżnić śpiewanego w połowie a capella Danny Boy. To zresztą jeden z utworów nagranych na wspomnianym singlu. Z Danny Boy śmiało może konkurować Somewhere Over The Rainbow. Tutaj koncepcja muzyczna polega na pozostawaniu przez Jacinthę jakby odrobinę poza pulsem. To tworzy przestrzeń i atmosferę oczekiwania na każde kolejne słowo tekstu.

In The Wee Small Hours Of Morning znowu zaczyna się a capella, do głosu Jacinthy po chwili dołącza kontrabas według schematu znanego z Danny Boy. To chyba najwolniejsze z możliwych tempo tej melodii. Została ona zaaranżowana tak, aby wykorzystać wszystko, co najlepsze w głosie Jacinthy i saksofonie Edwardsa. W Tenderly z kolei swój czas ma Kei Akagi.

Mimo tego, że Groove Note nie jest jakąś szczególnie uznaną wytwórnią, potrafi skupić wokół siebie znanych muzyków. Zespół towarzyszący wokalistce na płycie to wielcy rutyniarze. Jego liderem jest Kei Akagi. Ten wieloletni członek zespołu Milesa Davisa znany jest raczej z gry na klawiaturach elektronicznych, jednak tutaj pokazuje, że klasyczny fortepian nie jest mu obcy. Teddy Edwards to jedna z drugoplanowych, jednak ważnych dla jazzu postaci. To właściwie chodząca historia muzyki, nagrywał ze wszystkimi, z Johnny Hartmanem i z Billie Holiday. Perkusista Larance Marable, to filar Quartet West Hadena i muzyczny partner Stana Getza, Cheta Bakera, Wesa Montgomery i wielu innych. No i nasz polski wkład w tą płytą – Darek Oleszkiewicz na kontrabasie – muzyk może z najmniejszym w tej grupie dorobkiem, ale też chyba najmłodszy i wszystko jeszcze przed nim. Na razie jest w Los Angeles rozchwytywanym muzykiem sesyjnym.

Teddy Edwards miał tu chyba najtrudniej, choć z pułapki porównania z Benem Websterem uciekł ani przez chwilę nie próbując naśladować wielkiego mistrza. Znane z płyt Webstera utwory gra po swojemu. Ciepłym tonem, jednak bez przesadnego wibrata – znaku firmowego Webstera.

W sumie powstała niesłychanie wyrównana, stylistycznie jednorodna płyta. Z pewnością każdy ze standardów któraś z wielkich wokalistek zaśpiewała kiedyś ciekawiej. Odważę się jednak na stwierdzenie, że żadna z nich nigdy nie nagrała równie dobrej całej płyty. A mam tu na myśli dyskografię, którą znam właściwie w całości największych – Elli Fitzgerald, Sary Vaughan, Billie Holiday i innych. Reasumując – gdybym miał pozostawić sobie jedną płytę z balladami jazzowymi w wykonaniu wokalistki – być może wielu płyt byłoby naprawdę żal (chyba najbardziej Abbey Lincoln – A Turtle’s Dream), jednak prawdopodobnie wybrałbym Here’s To Ben Jacinthy. Ma wszystko – perfekcyjny wokal, świetnych muzyków, doskonały wybór repertuaru i wybitną jakość nagrania.

Jacintha
Here’s To Ben
Format: CD
Wytwórnia: Groove Note / JVC / FIM
Numer: FIM XRCD2 020