Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jason Moran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jason Moran. Pokaż wszystkie posty

06 stycznia 2021

God Only Knows – CoverToCover Vol. 105

Kolejny przebój z repertuaru The Beach Boys z ich legendarnej płyty „Pet Sounds” to „God Only Knows”. O samej płycie, historii jej powstawania, szaleństwie Briana Wilsona związanym z realizacją tego albumu, genezie powstania okładki, w której wielu doszukiwało się ukrytych znaczeń, napisano całe książki. Jeśli chcecie poznać historię z pierwszej ręki, przeczytajcie koniecznie znakomitą autobiografię samego Briana Wilsona – „I Am Brian Wilson”. Zmieniane bez końca aranżacje, kolejni muzycy, rosnące koszty i opóźnienia w sytuacji, kiedy zespół zwyczajnie potrzebował kolejnych singlowych przebojów. Do tego decyzja samego Briana Wilsona o tym, że nie będzie jeździł z rodziną i zespołem w trasy, tylko skoncentruje się na pracy w studiu. W swoim perfekcjonizmie i paranoi wyprzedził go jedynie Phil Spector.


Nie da się jednak zaprzeczyć faktom. Jeśli nawet uznać, że „Pet Sound” była trochę dla nikogo – za trudna dla fanów surfującego popu The Beach Boys i za prosta dla tych, którzy spodziewali się dużo więcej, to jednak album i Brian Wilson dali światu wiele pięknych melodii. Właściwie każda z kompozycji z płyty znalazła swoje drugie życie, często nie w roli przeboju powtarzanego przez kolejne zespołu w nadziei na odniesienie sukcesu porównywalnego z oryginalnym nagraniem (co się zresztą często udawało), ale również przez jazzowych muzyków z najwyższej półki, którzy doceniali wyśmienicie napisane niebanalne kompozycje.

Podobnie jest z „God Only Knows”. Utwór nie załapał się nawet na singla. Znalazł się na stronie B singla „Wouldn’t Be Nice”. Przez wielu fanów i teoretyków, którzy rozkładają kompozycje Wilsona na czynniki pierwsze kompozycja „God Only Knows” uznawana bywa za harmonicznie najprostszą i w kontekście innych piosenek z albumu wręcz banalną. Zdaniem zwykle przekornego Briana Wilsona, to jedna z najlepszych jego kompozycji i co dla niego typowe, również w związku z tym jedna z najlepszych piosenek na świecie, bo przecież on pisze te najlepsze. Powiedział kiedyś, że z „God Only Knows” może konkurować jedynie „Stella By Starlight”. To odważne i ocenę takiej tezy pozostawiam każdemu z Was. Coś jednak w tym twierdzeniu musi się kryć, bowiem nie tylko Brian Wilson (jemu wolno), ale też Paul McCartney powiedział kiedyś, że to jego zdaniem najlepsza piosenka wszech czasów. Zresztą Wilson i McCartney inspirowali się wzajemnie. Czytając biografie obu dowiecie się, że Wilson chciał naśladować „Rubber Soul”, a McCartney zainspirowany „God Only Knows” napisał „Here, There And Everywhere” na „Revolver”.

Od 1966 roku uzbierało się wiele ciekawych wersji „God Only Knows”. Lista nieobecnych, którzy zaśpiewali piosenkę Brian Wilsona i Tony Ashera obejmuje Neila Diamonda, The Manhattan Transfer, Eltona Johna, Joss Stone, Elvisa Costello, The Swingle Singers, Briana Adamsa i setki innych wokalistów, wokalistek i zespołów. Wśród wykonań instrumentalnych, tych jest nieco mniej, też pewnie znajdziecie kilka ciekawych. Ja jednak wybieram dwa moim zdaniem najciekawsze nagrania bez tekstu – duet Charlesa Lloyda i Jasona Morana (tak, oni też doceniają „Pet Sound”) i solowe nagranie innego wybitnego mistrza kompozycji – Jimmy Webba – autora „Moon Is A Harsh Mistres” (CoverToCover Vol. 69), „By The Time I Got To Phoenix” i „Wichita Lineman”. Wśród wokalistów stawiam na Davida Bowie. Jeśli ktoś dalej uznaje, tak jak wielu krytyków w 1984 roku jego album „Tonight” za słaby i niezbyt kreatywny, to gratuluję. Moim zdaniem to mocna pozycja w dorobku Davida Bowie, choć faktycznie bezpośrednio po „Let’s Dance” niełatwo było zachwycić i zaskoczyć.

Utwór: God Only Knows
Album: Pet Sounds
Wykonawca: The Beach Boys
Wytwórnia: Capitol / EMI
Rok: 1966
Numer: 724352731923
Skład: Brian Wilson – voc, Carl Wilson – voc, Dennis Wilson – voc, Bruce Johnston – voc, Lenny Hartman – sax, Jay Migliori – bs, Bill Green – fl, Jim Horn – fl, Alan Robinson – horns, Don Randi – p, Al DeLory – p, harpsichord, org, Larry Knechtel – org, Carl L. Fortina – acc, Frank Marocco – acc, Sidney Sharp – viol, Leonard Malarsky – viol, Daryl Terwilliger – viola, Jesse Ehrlich – cello, Carol Kaye – bg, Lyle Ritz – b, Ray Pohlman – bg, Hal Blaine – dr, Jim Gordon – dr, Richie Frost – dr, perc, Gary Coleman – bongos, Gary Coleman – tympani, Terry Melcher – tamb.

Utwór: God Only Knows
Album: Tonight
Wykonawca: David Bowie
Wytwórnia: Parlophone
Rok: 1984
Numer: 0190295511173
Skład: David Bowie – voc, perc, Carlos Alomar – g, Derek Bramble – g, Mark Pender – tp, Stan Harrison – as, ts, Lenny Pickett – ts, cl, Steve Elson – bs, Carmine Rojas – bg, Derek Bramble – bg, synth, b voc, Omar Hakim – dr, Sammy Figueroa – perc, Guy St. Onge – marimba, Robin Clark – b voc, Curtis King – b voc, George Simms – b voc.

Utwór: God Only Knows
Album: Hagar’s Song
Wykonawca: Charles Lloyd & Jason Moran
Wytwórnia: ECM
Rok: 2013
Numer: 602537245505
Skład: Charles Lloyd – ts, as, bs, alto fl, Jason Moran – p, tamb.

Utwór: God Only Knows
Album: SlipCover: Piano Arrangements
Wykonawca: Jimmy Webb
Wytwórnia: S-Curve / BMG
Rok: 2019
Numer: 4050538475821
Skład: Jimmy Webb – p.

08 grudnia 2013

Ralph Alessi - Baida

Do wspólnych nagrań Ralpha Elessi i Jasona Morana musiało dojść. Obaj zajmują się nauczaniem młodych talentów w New England Conservatory i z pewnością tam powstał pomysł na płytę, której powstanie wymagało przypuszczalnie niełatwych ustaleń kontraktowych, bowiem Jason Moran należy do czołówki artystów Blue Note, a Ralph Alessi to wschodząca gwiazda ECM. Ostatecznie, jako że formalnym liderem jest tutaj Ralph Alessi, płytę wydał ECM. Brzmieniowo też album lepiej pasuje do tej wytwórni.

Moja pierwsza przygoda z tą płytą nie była łatwa, bowiem nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to nieudolna imitacja nagrań zespołu Tomasza Stańko. To jednak tylko potwierdzenie, że ECM ma swój styl i skupia wokół siebie artystów, dla których każdy, najdrobniejszy i z pozoru nieistotny dźwięk jest ważny. ECM to bowiem muzyka elegancka i wymagająca skupienia. Taki jest też najnowszy album Ralpha Alessi.

W swoich kompozycjach lider bawi się rytmem, wybierając niestandardowe rozwiązania, czym nie ułatwia zadania swoim kolegom z zespołu, pozostawiając im jednocześnie sporo twórczej swobody, prowadząc zespół w luźny sposób wzorem jednego ze swoich mistrzów, Steve Colemana, z którym współpracował jeszcze kiedy na stałe mieszkał w Kaliforni.

Ralph Alessi nie stara się zarzucić słuchaczy kaskadami dźwięków, raczej namawia ich do skupienia, koncentracji i podążania za zdecydowanie krętą, choć możliwą do pokonania dla każdego drogą muzycznych skojarzeń i pozbawionej ograniczeń formy. Lider proponuje jednocześnie muzykę elegancką, dopracowaną i tym samym nieco hermetyczną co niektórych jazzowych purystów może razić. Znam takich, dla których wszystkie produkcje ECM to jazz salonowy, czyli ten gorszy, raczej przeznaczony dla początkujących adeptów gatunku.

Ja zupełnie się z tym nie zgadzam, takie podziały są całkowicie pozbawione sensu. W ramach każdej formuły można stworzyć produkt ciekawy i odkrywczy, solidnie i rzetelnie wykonany, lub jedynie stanowiący kolejną bezbarwną pozycję w dyskografii. Wyróżnikiem tych płyt, które są co najmniej solidne jest zwykle to, czy chce się po nie sięgnąć kolejny raz. Do albumu „Baida” z pewnością jeszcze wrócę, więc to album zdecydowanie wart uwagi, choć oprócz wspomnianego już wrażenia, że to jakby zespół Tomasza Stańko pozbawiony odrobiny energii, mam też wrażenie niewykorzystanego potencjału muzyków zgromadzonych w studio. Jason Moran potrafi zagrać ciekawiej, Drew Gress i nieznany mi wcześniej Nasheet Waits jedynie w kilku momentach mieli okazję się wykazać.

Ralph Alessi
Baida
Format: CD
Wytwórnia: ECM

Numer: 602537253043

10 marca 2013

Charles Lloyd & Jason Moran – Hagar’s Song

Pisałem niedawno i płycie Heinza Sauera i Michaella Wolny’ego. Ten album nie zmieścił się w radiowych płytach tygodnia. „Hagar’s Song” to kolejna w krótkim czasie doskonała nowość nagrana przez saksofonistę i pianistę w duecie. Zestawienie Charlesa Lloyda z Jasonem Moranem jest równie wyśmienite. Jest w tych nagraniach spore podobieństwo. Saksofonista zdecydowanie bardziej doświadczony w obu przypadkach zdaje się być liderem duetu, jeśli w takim przypadku można mówić o liderowaniu. W repertuarze pojawiają się covery rockowych i jazzowych standardów, a także kompozycje liderów. 

W obu przypadkach współpraca muzyków nie ma przypadkowego charakteru i nie są to ich pierwsze wspólne nagrania. Jason Moran to przecież członek kwartetu Charlesa Lloyda od paru lat, a takie płyty, jak „Mirror” czy „Rabo De Nube” są wyśmienitymi albumami. Nie śledzę jakoś nadzwyczaj dokładnie zmian składu zespołu Charlesa Lloyda, ale z zawartości mojej półki z jego nagraniami wynika, że Jason Moran zastąpił przy klawiaturze Geri Allen, co oznacza, że stary mistrz musiał w jego grze usłyszeć coś naprawdę ważnego.

Nie ma wątpliwości, że centralną postacią  „Hagar’s Song” jest Charles Lloyd. Jason Moran dostaje szansę bycia liderem jedynie na chwilę, w „Bess, You Is My Woman Now”. Teoretycznie centralną częścią albumu jest niemal 30 minutowa suita skomponowana przez Charlesa Lloyda – „Hagar Suite”. Dla mnie jednak najlepszym momentem, definiującym w zasadzie istotę duetu Charles Lloyd – Jason Moran jest kompozycja Boba Dylana „I Shall Be Released”, pierwotnie umieszczona na płycie zespołu The Band – „Music From Big Pink”. Wcześniejsza wersja zaśpiewana przez samego Boba Dylana znalazła się na wydanej wiele lat później oficjalnie jako część kolekcji „The Basement Tapes”, a wcześniej dostępna w wielu wersjach pirackich.

Dlaczego właśnie „I Shall Be Released” jest kwintesencją stylu całej płyty? Ten utwór nagrywany był dziesiątki razy przez artystów z różnych muzycznych światów, od reggae, pop i muzykę klubową, po awangardowy jazz i minimal. Nie rozumiem w zasadzie czemu. Sam Bob Dylan ma na swoim koncie wiele równie dobrych kompozycji, które nie pojawiają się nigdzie poza jego własnymi albumami i popularnymi kompilacjami „Tribute To Bob Dylan…”. Z „I Shall Be Released” jest inaczej. To rodzaj muzycznego podpisu świętującego właśnie 75 urodziny, co jest wiekiem całkiem dla saksofonisty zaawansowanym. Tu każdy dźwięk jest dokładnie tam, gdzie być powinien. Nie ma ani jednej niepotrzebnej nuty. Jest za to klimat szczególnie dla jazzu cenny, spora część magii, jaką znamy choćby z „Kind Of Blue” Milesa Davisa. Specyficznego i znanego tylko muzykom jazzowym połączenia prostego, wypełnionego prawdziwymi emocjami przekazu z daleką od banału harmonią. To trochę taka muzyka dla wszystkich – tych, co jazzu nie lubią, bo nie znają i tych, którzy uważają proste kompozycje Boba Dylana za zbyt banalne. W wykonaniu Charlesa Lloyda i Jasona Morana ten utwór jest przebojem na miarę „So What”. To oczywiście kwestia czasu, ale jestem przekonany, że za 50 lat, jeśli ktoś w filmie umieści fragment „I Shall Be Released” z „Hagar’s Song”, wszyscy będą wiedzieli, kto gra i po co. To może być kolejny uniwersalny wyznacznik inteligencji i obycia głównego bohatera filmu, czy serialu. Ten utwór może pełnić rolę podobną do „So What” z „Kind Of Blue” Milesa Davisa. Czy będzie miał taki status i będzie rozpoznawany na całym świecie? To już nie zależy od obu muzyków, oni swoje już zrobili. Reszta w rękach fachowców od marketingu i filmowych reżyserów. Reszta płyty jest muzycznie równie wyśmienita, choć brak jej magnetyzmu „I Shall Be Released”. Dlatego też „Hagar’s Song” to nie „Kind Of Blue”, na której nie ma nawet jednego słabszego momentu. Dlatego też od „Kind Of Blue” zaczął się nasz radiowy Kanon., a „Hagar’s Song” to tylko Płyta Tygodnia, ale biorąc pod uwagę ilość nowości, która czeka, od czasem nawet kilku miesięcy na swoją kolej, to tytuł wielce zaszczytny.

Charles Lloyd & Jason Moran
Hagar’s Song
Format: CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602537245505

30 grudnia 2011

Charles Lloyd, Maria Farantouri – Athens Concert


Celem nagrywania większości płyt, jeśli nie wszystkich, jest dotarcie przez artystów z tym, co mają do powiedzenia do jak najszerszego grona słuchaczy. To oczywiście oznacza nie tylko sławę i chwałę, ale również sukces finansowy. Z pewnością album „Athens Concert” jest w Grecji w 2011 roku jedną z najlepiej sprzedających się płyt jazzowych. Z pewnością, gdyby powstał „Warsaw Concert” z którąś z naszych sławnych na cały świat operowych śpiewaczek, też mielibyśmy wydawniczą sensację. Z pewnością też jednak ten album ma nie tylko lokalny grecki charakter. Jeśli jednak patrzeć na zjawisko przez pryzmat globalnego rynku, to zerwanie z artystyczną konwencją stricte jazzowego grania przez Charlesa Lloyda jest proszeniem się o kłopoty ze sprzedażą płyty. Każdy bowiem produkt musi mieć swoją tzw. „kategorię”, etykietkę, która pozwala nieświadomym tego co sprzedają sprzedawcom położyć towar na określonej półce, nieświadomym tego co kupują klientom kupić coś co już lubią, albo coś podobnego. To pozwala także krytykom umieścić album w określonej kategorii i napisać recenzję używając zwrotów zapożyczonych z innych tekstów, które już napisali. Fachowcy od marketingu odpowiedzialni za wspomaganie sprzedaży też mogą wtedy wykonać znane sobie od lat procedury, które mają przekonać nas, słuchaczy do tego, że warto kupić właśnie tą płytę, a nie inną.

No i jakby na złość tym wszystkim utartym procedurom pojawia się „Athens Concert”. Album łamiący wszelkie reguły gatunku, zapewne w Grecji ustawiany na półce z innymi płytami Marii Farantouri, u nas pewnie w katalogu Charlesa Lloyda. Spróbujcie jednak zapytać sprzedawcę z dużego sklepu płytowego jaka to muzyka. Ja to doświadczenie wykonałem w 3 warszawskich sklepach… Było dość zabawnie…

Dość jednak tych rynkowych dywagacji, w końcu ważna jest muzyka. A ta jest najwyższej próby, jak to ostatnimi czasy przyzwyczaił nas Charles Lloyd. Do fanów wyczekujących każdego nowego nagrania Marii Farantouri nie należę, więc być może to również kolejna wyśmienita jej płyta, ale ja tego zwyczajnie nie wiem… Do tej pory była dla mnie głosem nieodłącznie związanym z kompozycjami Mikosa Theodorakisa. Pora jednak zmienić zdanie…

Nie patrzcie na tą płytę jak na kolejny po wyśmienitej „Mirror” z 2010 roku album kwartetu Charlesa Lloyda z dodatkowym udziałem Marii Farantouri. Oczywiście zwolennicy post-bopowego grania jakim od lat raczy nas lider będą narzekali na to, że mógł powstać kolejny wyśmienity album z dobrze znanymi standardami zagranymi po raz kolejny w wyśmienity sposób. A tu czas i odrobinę muzycznej przestrzeni zajmuje nam grecka nuta… Tak potrafi bez eksperymentów od dziesięcioleci na przykład Keith Jarrett. Inni poszukują, ekspolorują nowe obszary, jeszcze dotąd nieodkryte. Inspirują się nawzajem, szukając, czasem nieco pod prąd oczekiwań słuchaczy, nowych ciekawych brzmień.

Album dokumentuje niezwykły koncert, trzeba jednak pamiętać, że współpraca obu artystów trwa już ponad 15 lat, bowiem pierwsze, nigdy niewydane w formie zapisu fonograficznego wspólne przedsięwzięcie Marii Farantouri i Charlesa Lloyda miało miejsce w 1993 roku.

Są muzycy, którzy nie poszukują, tylko doskonalą i tak już doskonałą formę. Inni szukają, co udaje się czasem wyśmienicie, kiedy indziej powstają muzyczne potworki. Są słuchacze, którzy poszukiwań nie lubią i tacy, którzy poszukują razem ze swoimi idolami. Albo tacy, którzy na etykietki nie patrzą i słuchają po prostu dobrej muzyki. To właśnie dla tych ostatnich powstał „Athens Concert”. Porzućcie stare przyzwyczajenia i naturalną tendencję do porządkowania rzeczywistości. Cieszcie się muzyką, w której niby wszystko już było, a jednak najwięksi potrafią nas ciągle zaskoczyć.

To jeden z najlepszych projektów łączących świat muzyki klasycznej i jazzu jaki znam. Częściowo dlatego, że Maria Farantouri nie jest klasyczną operową divą. Jej znakomicie brzmiący kontralt jest warsztatowo perfekcyjny, a jednocześnie pełen greckiej tradycji muzycznej, która z ariami operowymi wiele wspólnego nie ma, za to zakłada emocjonalne zaangażowanie  obejmujące ekspresję nieznaną włoskim twórcom operowym. Częściowo dlatego, że Charles Lloyd jest niezwykle otwarty na nowe pomysły. Również dlatego, że grecki folklor, którego w kompozycjach powstałych specjalnie na tą płytę znajdziemy całkiem sporo, nie przysłużył się wiele rozwojowi klasycznego śpiewu operowego. W związku z tym mamy więc doskonały technicznie głos bez staroświeckiej maniery wykonawczej, znanej choćby z nagrań okołojazzowych Kathleen Battle, gdzie jazzowy kwartet  sobie, a głos sobie….

Charles Lloyd, Maria Farantouri
Athens Concert
Format: 2CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602527678337

24 grudnia 2011

Charles Lloyd – Mirror

Jakoś ostatnio zapomniałem o istnieniu Charlesa Lloyda. Nie da się pamiętać o wszystkich ważnych płytach. Jednak „Mirror” to płyta wyśmienita, choć nieco nierówna. Nie potrafię tej nierówności opisać, czasem podobają mi się nieco bardziej konwencjonalne ballady, kiedy indziej kompozycje lidera, które bez wątpienia są nieco bardziej eksperymentalne.

Na płycie „Mirror” usłyszymy w zasadzie wszystko, co na saksofonie można zagrać. Czasem myślę, że to podręczna encyklopedia tenorowego saksofonu. Charles Lloyd jest niesamowicie sprawnym technicznie saksofonistą. Potrafi zagrać niezwykle pewnym i stabilnym tonem piękną balladę, aby za chwilę, w kolejnym utworze posłużyć się nieco bardziej rozwubrowanym, granym z przydechem dźwiękiem.

Repertuar płyty to zarówno kompozycje własne lidera, jazzowe standardy, w szczególności kompozycje Theloniousa Monka, jak i przeróbki utworów muzyki popularnej. Charles Lloyd grał partie saksofonowe na kilu płytach The Beach Boys, w związku z czym na koncertach korzysta czasem z dorobku tego zespołu. Tym razem na płycie umieścił utwór, który jest luźną adaptacją kompozycji Briana Wilsona – „Caroline No”. Album otwiera jedna z piękniejszych adaptacji ballady „I Fall In Love Too Easily” jakie znam, zagrana, co dla lidera nietypowe na saksofonie altowym.

Z każdej nuty granej na saksofonie przez lidera emanuje swoista pewność tego, że to właśnie ta nuta powinna znaleźć się w tym miejscu i zagrana w taki właśnie sposób. To nie jest przekonanie o własnej nieomylności, ale owoc wielu lat kariery i rozległej muzycznej wiedzy. Znowu coś trudnego do opisania. To trzeba usłyszeć.

Płyta ukazała się w 2010 roku i została nagrana w towarzystwie muzyków młodego pokolenia, których nie było chyba jeszcze na świecie, kiedy Charles Llloyd nagrywał swoje najważniejsze płyty w końcu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku (wraz z niezrównaną i ciągle chyba jego najlepszą – „Forest Flower”).

Niezależnie od tego, czy gra swoje własne kompozycje, czy wraca do znanych melodii sprzed wielu lat, jego sound jest niezwykle rozpoznawalny. Lider często gra na bardzo starych modelach saksofonów, co w połączeniu ze świetną realizacją nagrania pozwala zarejestrować wiele dźwięków, których zwykle na płytach saksofonistów nie słyszymy.

Osobną historią jest wyśmienity zespół towarzyszący liderowi. Na szczególną pochwałę zasługuje wyśmienity na tej płycie pianista Jason Moran. Kiedy dostaje szansę zagrania niecodłuższej solówki, pewnością gry dorównuje liderowi. To bowiem pewność jest słowem najważniejszym dla „Mirror”. Na tym albumie nie znajdziecie muzycznych poszukiwań. Tu nikt nie szuka, nie zastanawia się, co zagrać za chwilę, ani jaki powinien być najlepszy sposób na „Monk’s Mood”, czy „Ruby, My Dear”. Ten zespół to wie, z pewnością tej pewności dodaje doświadczenie lidera, jednak Jason Moran i jeden z obecnie najciekawszych perkusistów Eric Harland wcale nie pozostają w tyle. Nieco bardziej wycofany i sprowadzony do roli członka sekcji rytmicznej pozostaje basista Reuben Rogers, który na swoją chwilę musi poczekać do „The Water Is Wide”.

Płytę wydał ECM, to z pewnością jedna z najbardziej mainstreamowych płyt tej wytwórni ostatnich lat. Z pewnością będzie zaskoczeniem dla fanów klasycznego brzmienia ECM. Dla wszystkich fanów dobrego jazzu stanie się ważny częścią ich kolekcji. To płyta, którą z pewnością docenimy jeszcze bardziej z upływem lat.Mam wrażenie, co nie zdarza mi się często, że właśnie wpowstał jeden z klasyków, album, który za 20-30 lat będzie wymieniany jako jeden z najważniejszych powstałych na początku tego wieku.

Charles Lloyd
Mirror
Format: CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 0602527404998