Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charles Lloyd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charles Lloyd. Pokaż wszystkie posty

01 czerwca 2021

Charles Lloyd & The Marvels – Tone Poem

 Charles Lloyd przeżywa kolejną młodość, znajdując w zespole The Marvels doskonałych kompanów do niczym nieskrępowanego muzykowania, które trudno przypisać do jakiegoś konkretnego stylu muzycznego. Członkowie zespołu mają na swoim koncie może nieco krótsze, ale również udane i bardzo różnorodne kariery. Dlatego też The Marvels to projekt, w którym chyba nikt niczego nie musi, ale z pewnością każdy może się wykazać. Ich kolejny album jest już trzecim nagranym w tym samym składzie, tym razem bez gości specjalnych, którzy pojawiali się na poprzednich płytach – „I Long To See You” i „Vanished Gardens”.

Ten pierwszy jest etatowym dawcą muzyki do mojego cyklu CoverToCover. Wykorzystałem już „All My Trials” i „Masters Of War”. Nie zawaham się użyć tej płyty kolejny raz. Z sekcją Reuben Rogers / Eric Harland, weteran jazzowego saksofonu Charles Lloyd (rocznik 1938) nagrywa również swoje inne albumy. Brzmienie The Marvels wyróżnia nie tylko brak fortepianu, ale też udział dwu gitarzystów – Billa Frisela chętnie sięgającego po nowoczesne country oraz popularne piosenki, które Amerykanie określają gatunkowo jako americana, żeby uniknąć nie najlepiej przyjmowanego przydomka pop. Greg Leisz to z kolei jeden z najwybitniejszych fachowców od grania gitarach z rezonatorem (dobro) i wszelakiej maści gitarach poziomych, zwanych zupełnie nieprawidłowo hawajskimi przez ich nadreprezentację w turystycznej muzyce rodem z tych pięknych wysp Pacyfiku. Greg Leisz oprócz kilku płyt nagranych z Billem Friselem, ma na swoim koncie setki albumów nagranych z Joni Mitchell, Eric’kiem Claptonem, Brucem Springsteenem, Brianem Wilsonem, Johnem Fogerty i setką innych znanych nazwisk – krótko mówiąc mistrz w swoim fachu i rutyniarz, tak jak zresztą również pozostali członkowie zespołu.

Dla Leisza zespół The Marvels jest chyba najbardziej jazzowym z jego licznych nagrań. Dla pozostałych członków zespołu jest zupełnie odwrotnie. Lider, który po śmierci Jimmy Heatha, którego ostatni album nagrany na krótko przed śmiercią był naszą Płytą Tygodnia w zeszłym tygodniu, pozostał najstarszym aktywnym muzycznie saksofonistą wśród wielkich gwiazd tego instrumentu. Od dawna nie słyszałem żadnego nowego materiału Sonny Rollinsa i Wayne’a Shortera, którzy co prawda mają o kilka lat więcej na liczniku, ale należą do tego samego grona największych z tych najstarszych.

To Charles Lloyd dał jako pierwszy szansę w końcówce lat sześćdziesiątych Keithowi Jarrettowi i jako pierwszy muzyk jazzowy grywał w elektrycznych składach w salach Billa Grahama (Fillmore) na obu wybrzeżach Stanów Zjednoczonych zanim Miles Davis zaczął grać swoje elektryczne suity. Niektórzy historycy przyjmują nawet tezę, za której prawdziwością przemawia całkiem sporo faktów, że to Charles Lloyd wymyślił fusion grając w połowie lat sześćdziesiątych z Keithem Jarrettem, Jackiem DeJohnettem i Ronem McClure. Jeśli nie wierzycie, że sporo w tym prawdy, sięgnijcie choćby po koncertowy album „Journey Within'” z 1967 roku. Inni twierdzą, że pierwszy był Larry Coryel i jego The Free Spirits, ale nawet jeśli tak było, to obie grupy działały w tym samym czasie, a Lloyd miał jeszcze w odwodzie Gabora Szabo. W kolejnej, słabszej dla jazzu dekadzie lat siedemdziesiątych Lloyd zrobił nieco mniej – w zasadzie tylko wynalazł dla jazzowych saksofonistów możliwość współpracy z zespołami rockowymi grywając z The Beach Boys i zajmował się medytacją. W kolejnych dekadach był gwiazdą ECM, znajdując kilka lat temu nowy dom dla swojej nowej muzyki w Blue Note.

Na nowej płycie Lloyda znajdziecie mieszankę z pozoru trudną do zaakceptowania – utwory Ornette Colemana obok Leonarda Cohena, Gabora Szabo i Theloniousa Monka – krótko mówiąc amerykańskie klasyki (choć może na nazwanie tak Cohena wielu może się obrazić). Utworem „Lady Lady Gabor” Charles Lloyd wraca do swoich muzycznych korzeni. Razem grywali ten utwór w początkach lat sześćdziesiątych w big-bandzie Chico Hamiltona.

U Lloyda jednak wszystko się zgadza, a album „Tone Poem” jest doskonałą kontynuacją poprzednich nagrań zespołu. Jak dla mnie mogą ustawić w kolejkę parę setek pięknych amerykańskich melodii i nagrywać je po kolei. Pytanie tylko czy zdążą – lata lecą nieubłaganie, proponuję zatem, żeby kolejny album The Marvels był podwójny. Oczywiście świat muzyki nie znosi próżni i pojawiają się ciągle nowe pokolenia wyśmienitych muzyków, jednak młodsi znają muzykę wielkich mistrzów tylko z nagrań, a pokolenie Charlesa Lloyda ma tą przewagę, że zna ją ze wspólnych koncertów i nagrań, dlatego warto czasem sięgnąć po najnowszy album takiego weterana, jak Charles Lloyd, który już swoje w życiu zagrał, teraz cieszy się muzyką i dzieli się swoją radością z tymi, którzy zechcą sięgnąć po jego nagrania.

Charles Lloyd & The Marvels
Tone Poem
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Universal
Data pierwszego wydania: 2021
Numer: 602435263410

28 maja 2021

All My Trials – CoverToCover Vol. 144

Utwór można dziś uznać za folkową piosenkę o nieznanym pochodzeniu. Piosenka zdobyła popularność po raz pierwszy w połowie lat sześćdziesiątych. Prawdopodobnie pierwszym znaczącym wykonawcą, który nagrał „All My Trials” był Bob Gibson w 1955 roku i umieścił na swoim debiutanckim albumie „Offbeat Folksongs”. W okresie swojej największej popularności utwór funkcjonował w kilku nieco różniących się od siebie tekstem wersjach również jako „All My Sorrows” i „Bahamian Lullaby”. To właśnie pod tym ostatnim tytułem na „Offbeat Folksongs” piosenkę umieścił Bob Gibson.

Wkrótce po nagraniu Gibsona utwór znalazł się w śpiewnikach nieco bardziej popularnych folkowych artystów i trafił na ich płyty. W latach sześćdziesiątych piosenkę, najczęściej pod tytułem „All My Trials” włączyli do swojego repertuaru między innymi Dave Van Ronk, Pete Seeger, Harry Belafonte oraz zespoły Peter, Paul And Mary i Kingston Trio, którzy odnieśli całkiem spory sukces śpiewając utwór pod tytułem „All My Sorrows”. Wśród wykonawców była również Joan Baez, która umieściła utwór na swojej pierwszej oficjalnej płycie nazwanej „Joan Baez”.

Mimo popularności utworu, nikt nie zastanawiał się, gdzie można odnaleźć jego źródło. Bob Gibson nie umieścił na swojej płycie żadnej informacji o autorach kompozycji, choć również nie usiłował przypisać sobie autorstwa. W kolejnych nagraniach pojawia się jako autor zapomniany dziś folkowy spiewak z lat pięćdziesiątych – Erik Darling, autor kilku innych folkowych pieśni, w tym śpiewanej przez Joan Baez „Babe I’m Gonna Leave You”. W opracowaniach naukowych opisujących muzykę folk odnajdziecie też sugestie, że pieśń, która w swojej pierwotnej wersji jest kołysanką przypłynęła w jakiejś dziś nieznanej postaci do Ameryki razem z pierwszymi brytyjskimi osadnikami, a później nabrała dzisiejszego kształtu na którejś z wysp Karaibów, zwanych jeszcze pół wieku temu często Indiami Zachodnimi na wspomnienie pomyłki Kolumba. Ja osobiście żadnej egzotyki z Bahamów w tej piosence nie słyszę, ale z autorami naukowych opracowań nie mam zamiaru polemizować.

Do przedstawienia tej właśnie piosenki w cyklu CoverToCover skłoniła mnie niezwykła muzyczna różnorodność trzech wykonań, jakie udało mi się zgromadzić. Jest ich oczywiście więcej, ale te folkowe są muzycznie bardzo do siebie podobne. Za to zestawienie młodej Joan Baez z awangardowym gitarzystą Sonny Sharrockiem i stylową kreacją Charlesa Lloyda z Billem Frisellem i Gregiem Leiszem na gitarach idealnie pasuje do koncepcji CoverToCover. Na pomysł tej audycji wpadłem zestawiają „Take Five” Dave’a Brubecka z tym samym utworem wykonywanym przez zespół Ceramic Dog Marca Ribota. Zestawienie 3 nagrań „All My Trials” spełnia założenia prezentacji tego samego utworu w możliwie różnych od siebie stylach idealnie. Pierwszy odcinek cyklu i większość kolejnych znajdziecie w naszym radiowym archiwum podcastów, a odcinek o „All My Trials” znajdzie się tam już niebawem.

Utwór: All My Trials
Album: Joan Baez
Wykonawca: Joan Baez
Wytwórnia: Pickwick
Rok: 1960
Numer: 5050457120122
Skład: Joan Baez – g, voc, Fred Hellerman – g.

Utwór: All My Trials
Album: Highlife
Wykonawca: Sonny Sharrock Band
Wytwórnia: Enemy / INDI
Rok: 1990
Numer: EMY 119-2
Skład: Sonny Sharrock – g, Dave Snider – kbd, Charles Baldwin – b, Abe Speller – dr, Lance Carter – dr.

Utwór: All My Trials
Album: I Long To See You
Wykonawca: Charles Lloyd & The Marvels
Wytwórnia: Blue Note / Universal
Rok: 2016
Numer: 602547652577
Skład: Charles Lloyd – ts, alto fl, Bill Frisell – g, Greg Leisz – pedal steel g, Reuben Rogers – b, Eric Harland – dr.

28 stycznia 2021

Masters Of War – CoverToCover Vol. 117

Piosenkę napisał Bob Dylan, a raczej napisał jej tekst, bo melodię pożyczył sobie, czego zresztą nigdy nie ukrywał. Dylan to poeta i czasem tylko kompozytor. W 1962 roku wśród artystów folkowych była to praktyka dość powszechna. Zresztą twórca oryginalnej melodii jest dziś chyba niemożliwy do ustalenia. Melodia nazywana „Nottamun Town”, albo czasem „Nothingham Fair” może mieć nawet trzysta lat, przybyła do Stanów Zjednoczonych z Anglii, gdzie wcześniej była znana jako „Paddy's Ramble to London”. W tym utworze jednak ważny jest tekst, choć melodia bez niego też pojawia się czasem w jazzowych interpretacjach.

Tekst Dylana jest protestem przeciwko rosnącej eskalacji napięcia i nuklearnym zbrojeniom, co było tematem niezwykle aktualnym w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych w USA. Najbardziej znana wersja pochodzi z drugiego albumu Boba Dylana – „The Freewheelin’ Bob Dylan”, pierwszego na którym znalazły się niemal wyłącznie jego własne kompozycje i teksty. Nagranie, które znalazło się na słynnej płycie ze zdjęciem Dylana spacerującego po zaśnieżonej uliczce w Greenwich Village ze swoją ówczesną dziewczyną – Suze Rotolo.

Rotolo, aktywistka ruchów rozbrojeniowych, której rodzice należeli do partii komunistycznej w USA, co w tamtych czasach nie było zbyt mile widziane, przed dekady odmawiała komentowania swojego trwającego kilka lat związku z Dylanem. Na trzy lata przed śmiercią w 2011 roku, wydała doskonałą książkę – „A Freewheelin’ Time”. To jeden z najlepszych dokumentów opisujących artystyczne życie Greenwich Village w latach sześćdziesiątych, a była to dzielnica Nowego Jorku niezwykle ważna dla kultury i polityki Stanów Zjednoczonych.

Wnikliwi obserwatorzy i fani Dylana przypisują Rotolo spory udział w powstaniu „Masters Of War”, ale też między innymi „Boots Of Spanish Leather”, „One Too Many Mornings”, „Tomorrow Is A Long Time” i „Don’t Think Twice, It’s Allright”. Książkę Rotolo przeczytajcie koniecznie (niestety chyba nie doczeka się szybko polskiego tłumaczenia, a szkoda), najlepiej słuchając „The Freewheelin Bob Dylan” i kolejnego albumu – „The Times They Are a-Changin’”. To zgrabna całość, doskonała literacko i jeszcze lepsza muzycznie.

Bob Dylan nagrał klasyczną wersję „Masters Of War” sam, z pomocą gitary akustycznej, jednak fani znali ten utwór trochę wcześniej, zarówno z jego koncertów, jak i z publikacji w kultowym w Greenwich Village miesięczniku Broadside, na łamach którego również po raz pierwszy Dylan wydrukował „Blowin’ In The Wind”. Demo nagrane dla redakcji po latach krążenia w obiegu rozlicznych bootlegów Bob Dylan umieścił na jednym ze swoich oficjalnych bootlegów – „The Bootleg Series Vol. 9: The Witmark Demos: 1962–1964”.

Jak każdy znany utwór Dylana, „Masters Of War” był przez lata wykonywany przez specjalistów od przerabiania muzyki Dylana na przeboje – Berta Janscha, Fairport Convention, Judy Collins, The Staple Singers, Pete’a Seegera, Jose Feliciano, i innych. Ja wybieram wersje raczej nieoczywiste – Pearl Jam i instrumentalne nagranie Charlesa Lloyda, a także absolutnie genialne polskie tłumaczenie Andrzeja Jakubowicza, zaśpiewane przez Martynę Jakubowicz w towarzystwie doskonałego zespołu z udziałem między innymi Wojciecha Waglewskiego, Mateusza Pospieszalskiego i Piotra Żyżelewicza.

Utwór: Masters Of War
Album: The Freewheelin’ Bob Dylan
Wykonawca: Bob Dylan
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1963
Numer: 5099703239027
Skład: Bob Dylan – voc, g, harm.

Utwór: Masters Of War
Album: Fahrenheit 9/11 (VA)
Wykonawca: Pearl Jam
Wytwórnia: WestSide / Epic / Sony
Rok: 2004
Numer: 5099751870029
Skład: Eddie Vedder – voc, g, perc, harm, Stone Gossard – g, Mike McCready – g, Kenneth Boom Gaspar – kbd, Jeff Ament – bg, voc, Matt Cameron – dr, Matt Chamberlain – perc.

Utwór: Specjaliści od wojny (Masters Of War)
Album: Tylko Dylan
Wykonawca: Martyna Jakubowicz
Wytwórnia: Sony
Rok: 2005
Numer: 509975197524
Skład: Martyna Jakubowicz – voc, Wojciech Waglewski – voc, g, Marcin Bors – g, Mateusz Pospieszalski – sax, Bartłomiej Straburzyński – kbd, mand, Łukasz Matuszyk – accord, Karim Martusewicz – b, Piotr Stopa Żyżelewicz – dr, Małgorzata Kogut – b voc.

Utwór: Masters Of War
Album: I Long To See You
Wykonawca: Charles Lloyd & The Marvels
Wytwórnia: Blue Note / Universal
Rok: 2016
Numer: 602547652577
Skład: Charles Lloyd – ts, fl, Bill Frisell – g, Greg Leisz – steel g, Reuben Rogers – b, Eric Harland – dr.

06 stycznia 2021

God Only Knows – CoverToCover Vol. 105

Kolejny przebój z repertuaru The Beach Boys z ich legendarnej płyty „Pet Sounds” to „God Only Knows”. O samej płycie, historii jej powstawania, szaleństwie Briana Wilsona związanym z realizacją tego albumu, genezie powstania okładki, w której wielu doszukiwało się ukrytych znaczeń, napisano całe książki. Jeśli chcecie poznać historię z pierwszej ręki, przeczytajcie koniecznie znakomitą autobiografię samego Briana Wilsona – „I Am Brian Wilson”. Zmieniane bez końca aranżacje, kolejni muzycy, rosnące koszty i opóźnienia w sytuacji, kiedy zespół zwyczajnie potrzebował kolejnych singlowych przebojów. Do tego decyzja samego Briana Wilsona o tym, że nie będzie jeździł z rodziną i zespołem w trasy, tylko skoncentruje się na pracy w studiu. W swoim perfekcjonizmie i paranoi wyprzedził go jedynie Phil Spector.


Nie da się jednak zaprzeczyć faktom. Jeśli nawet uznać, że „Pet Sound” była trochę dla nikogo – za trudna dla fanów surfującego popu The Beach Boys i za prosta dla tych, którzy spodziewali się dużo więcej, to jednak album i Brian Wilson dali światu wiele pięknych melodii. Właściwie każda z kompozycji z płyty znalazła swoje drugie życie, często nie w roli przeboju powtarzanego przez kolejne zespołu w nadziei na odniesienie sukcesu porównywalnego z oryginalnym nagraniem (co się zresztą często udawało), ale również przez jazzowych muzyków z najwyższej półki, którzy doceniali wyśmienicie napisane niebanalne kompozycje.

Podobnie jest z „God Only Knows”. Utwór nie załapał się nawet na singla. Znalazł się na stronie B singla „Wouldn’t Be Nice”. Przez wielu fanów i teoretyków, którzy rozkładają kompozycje Wilsona na czynniki pierwsze kompozycja „God Only Knows” uznawana bywa za harmonicznie najprostszą i w kontekście innych piosenek z albumu wręcz banalną. Zdaniem zwykle przekornego Briana Wilsona, to jedna z najlepszych jego kompozycji i co dla niego typowe, również w związku z tym jedna z najlepszych piosenek na świecie, bo przecież on pisze te najlepsze. Powiedział kiedyś, że z „God Only Knows” może konkurować jedynie „Stella By Starlight”. To odważne i ocenę takiej tezy pozostawiam każdemu z Was. Coś jednak w tym twierdzeniu musi się kryć, bowiem nie tylko Brian Wilson (jemu wolno), ale też Paul McCartney powiedział kiedyś, że to jego zdaniem najlepsza piosenka wszech czasów. Zresztą Wilson i McCartney inspirowali się wzajemnie. Czytając biografie obu dowiecie się, że Wilson chciał naśladować „Rubber Soul”, a McCartney zainspirowany „God Only Knows” napisał „Here, There And Everywhere” na „Revolver”.

Od 1966 roku uzbierało się wiele ciekawych wersji „God Only Knows”. Lista nieobecnych, którzy zaśpiewali piosenkę Brian Wilsona i Tony Ashera obejmuje Neila Diamonda, The Manhattan Transfer, Eltona Johna, Joss Stone, Elvisa Costello, The Swingle Singers, Briana Adamsa i setki innych wokalistów, wokalistek i zespołów. Wśród wykonań instrumentalnych, tych jest nieco mniej, też pewnie znajdziecie kilka ciekawych. Ja jednak wybieram dwa moim zdaniem najciekawsze nagrania bez tekstu – duet Charlesa Lloyda i Jasona Morana (tak, oni też doceniają „Pet Sound”) i solowe nagranie innego wybitnego mistrza kompozycji – Jimmy Webba – autora „Moon Is A Harsh Mistres” (CoverToCover Vol. 69), „By The Time I Got To Phoenix” i „Wichita Lineman”. Wśród wokalistów stawiam na Davida Bowie. Jeśli ktoś dalej uznaje, tak jak wielu krytyków w 1984 roku jego album „Tonight” za słaby i niezbyt kreatywny, to gratuluję. Moim zdaniem to mocna pozycja w dorobku Davida Bowie, choć faktycznie bezpośrednio po „Let’s Dance” niełatwo było zachwycić i zaskoczyć.

Utwór: God Only Knows
Album: Pet Sounds
Wykonawca: The Beach Boys
Wytwórnia: Capitol / EMI
Rok: 1966
Numer: 724352731923
Skład: Brian Wilson – voc, Carl Wilson – voc, Dennis Wilson – voc, Bruce Johnston – voc, Lenny Hartman – sax, Jay Migliori – bs, Bill Green – fl, Jim Horn – fl, Alan Robinson – horns, Don Randi – p, Al DeLory – p, harpsichord, org, Larry Knechtel – org, Carl L. Fortina – acc, Frank Marocco – acc, Sidney Sharp – viol, Leonard Malarsky – viol, Daryl Terwilliger – viola, Jesse Ehrlich – cello, Carol Kaye – bg, Lyle Ritz – b, Ray Pohlman – bg, Hal Blaine – dr, Jim Gordon – dr, Richie Frost – dr, perc, Gary Coleman – bongos, Gary Coleman – tympani, Terry Melcher – tamb.

Utwór: God Only Knows
Album: Tonight
Wykonawca: David Bowie
Wytwórnia: Parlophone
Rok: 1984
Numer: 0190295511173
Skład: David Bowie – voc, perc, Carlos Alomar – g, Derek Bramble – g, Mark Pender – tp, Stan Harrison – as, ts, Lenny Pickett – ts, cl, Steve Elson – bs, Carmine Rojas – bg, Derek Bramble – bg, synth, b voc, Omar Hakim – dr, Sammy Figueroa – perc, Guy St. Onge – marimba, Robin Clark – b voc, Curtis King – b voc, George Simms – b voc.

Utwór: God Only Knows
Album: Hagar’s Song
Wykonawca: Charles Lloyd & Jason Moran
Wytwórnia: ECM
Rok: 2013
Numer: 602537245505
Skład: Charles Lloyd – ts, as, bs, alto fl, Jason Moran – p, tamb.

Utwór: God Only Knows
Album: SlipCover: Piano Arrangements
Wykonawca: Jimmy Webb
Wytwórnia: S-Curve / BMG
Rok: 2019
Numer: 4050538475821
Skład: Jimmy Webb – p.

25 maja 2020

Caroline, No – CoverToCover Vol. 47

Utwór napisany przez Briana Wilsona zamyka monumentalny album „Pet Sounds” The Beach Boys. Nie był z pewnością zaplanowany na przebój. Zresztą cały album, wymieniany często jako jeden z najważniejszych albumów rockowych nie obfitował w przeboje. Na singlach ukazały się zaledwie dwa utwory – „Sloop John B” i „Wouldn't It Be Nice”. „Caroline, No” też ukazał się na singlu i to nawet wcześniej, niż wymienione powyżej utwory, jednak był wtedy podpisywany jedynie nazwiskiem Briana Wilsona, który niemal rok przed wydaniem albumu de facto rozstał się z zespołem, skupiając się na pracy w studiu. Singiel zapowiadał album „Pet Sounds”, jednak specjalnej kariery na światowych listach przebojów nie zrobił. Być może dlatego właśnie dziś album jest płytą zespołu The Beach Boys, a nie Briana Wilsona. Zarówno w 1966 roku, jak i ponad pół wieku później marka umieszczona na produkcie ma znaczenie czasem nawet istotniejsze, niż jakość samego produktu.


Piosenka miała być skierowana do nastolatków, sam Wilson, który zdecydowanie już nastolatkiem nie był, dokonał studyjnej manipulacji przyspieszając o pół tonu taśmę z nagraniem, podwyższając jednocześnie tonację swojego głosu. Chciał, żeby zabrzmiało młodziej. Na singlu piosence towarzyszył wydany wcześniej na płycie „Summer Days (And Summer Nights)” The Beach Boys utwór instrumentalny „Summer Means New Love”. Jak na zapowiedź albumu, który według samego Briana Wilsona miała być pierwszą wielką rockową płytą bez niepotrzebnych utworów wypełniających niepokojąco pustą powierzchnię krążka zespołu, któremu zabrakło pomysłów na wielkie przeboje, wypadło raczej skromnie.

Piosenka miała być klasycznym wyciskaczem łez wzorowanym na kompozycji „Hey Girl” Gerry Gofina i Carole King. Całkiem niedawno Brian Wilson wydał długo oczekiwaną autobiografię, którą napisał z pomocą doświadczonego dziennikarza i autora wielu publikacji Bena Greenmana. Pisząc o „Pet Sounds” Wilson wspomina, że według niego najlepszą kompozycją na płycie jest „God Only Knows”, ale jego ulubioną właśnie „Caroline, No”. Kiedy powstawał materiał na „Pet Sounds” małżeństwo Briana Wilsona miało się całkiem nieźle, ale zaczął odczuwać upływ czasu i dostrzegać, że żony też się starzeją. W ten sposób powstał pomysł na tekst do utworu. Szczekanie, które słychać w końcówce Brian Wilson nagrał sam wykorzystując swoje własne psy – Louie i Banana. Zresztą całą płytę pewnie zrobiłby sam, gdyby miał więcej czasu. Taki los perfekcjonistów, a Brian Wilson jest perfekcjonistą jakich w muzycznym świecie mało.

Przy okazji warto wyjaśnić ostatecznie genezę powstania nazwy albumu, która była przez lata źródłem wielu spekulacji, mimo faktu umieszczenia instrumentalnej kompozycji o tym tytule na płycie. Z pewnością utwór „Pet Sounds” nazywa się tak, bo wypadało mieć na płycie utwór tytułowy. Z pewnością nie jest też najważniejszym fragmentem muzyki na tym krążku. Sam Wilson we wspomnianej już autobiografii stwierdza, że tytuł powstał z połączenia chęci uwiecznienia fascynacji brzmieniem stworzonym przez Phila Spectora (zakodowane inicjały P.S.) z chęcią uwiecznienia dwóch ulubionych psów Wilsona, których szczekanie zamyka album. Dodatkowo muzyka była bardzo prywatna, osobista i stąd Wilson traktował ją jak odgłosy własnego domowego zwierzęcia. Okładka powstała później i nie jest źródłem tytułu albumu.

W oficjalnych opisach dyskograficznych, w tym na okładce albumu figurują członkowie zespołu The Beach Boys, jednak utwór został nagrany przede wszystkim z udziałem muzyków znanych jako The Wrecking Crew. W składzie tego zespołu, w nagraniu „Pet Sounds” wziął udział gitarzysta Barney Kessel. The Beach Boys na scenie byli zupełnie innym zespołem niż w studiu kontrolowanym przez Briana Wilsona. To miało się wkrótce stać źródłem ich kłopotów. To jednak historia, którą możecie poznać z pierwszej ręki czytając „I Am Brian Wilson”.

Po repertuar z „Pet Sounds” sięga wielu jazzowych wykonawców. To doskonałe, choć niekoniecznie w banalny sposób chwytliwe i przebojowe kompozycje. Dlatego też do prezentacji w cyklu CoverToCover wybieram ciekawą wersję instrumentalną w wykonaniu Charlesa Lloyda i całkiem nowe wykonanie Chrissie Hynde (The Pretenders), która z całkiem niezłym skutkiem na emeryturze postanowiła zostać wokalistką jazzową.

O płycie Chrissie Hynde przeczytacie tutaj: Chrissie Hynde with The Valve Bone Woe Ensemble – Valve Bone Woe.

O płycie Charlesa Lloyda przeczytacie tutaj: Charles Lloyd - Mirror

Utwór: Caroline, No
Album: Pet Sounds
Wykonawca: The Beach Boys
Wytwórnia: Capitol / EMI
Rok: 1966
Numer: 724352731923
Skład: Brian Wilson – voc, Carl Wilson – voc, Dennis Wilson – voc, Glen Campbell – g, Barney Kessel – g, Lyle Ritz - ukelele, Steve Douglas – ts, Bill Green – fl, Jim Horn – fl, Jay Migliori - fl, Pias Johnson - fl, Carol Kaye – bg, Hal Blaine – dr, Richie Frost – dr, perc, Frank Capp – vib, Al DeLory – harpsichord, org, p, Gary Coleman – bongos, tympani.

Utwór: Caroline, No
Album: Mirror
Wykonawca: Charles Lloyd Quartet
Wytwórnia: ECM
Rok: 2010
Numer: 602527404998
Skład: Charles Lloyd – ts, Jason Moran – p, Ruben Rogers – b, Eric Harland – dr.

Utwór: Caroline, No
Album: Valve Bone Woe
Wykonawca: Chrissie Hynde And The Valve Bone Woe Ensemble
Wytwórnia: BMG
Rok: 2019
Numer: 4050538504484
Skład: Chrissie Hynde – voc, James Walbourne – g, Peter Roth – g, Mike Lovatt – tp, flug, Tom Rees-Roberts – tp, Neil Sidwell – tromb, Andy Wood – tromb, Gordon Campbell – tromb, Martin Robertson – cl, Andy Panayi – alt fl, Nick Moss – fl, David Hartley – p, Eldad Guetta – kbd, g, tp, b, perc, Matt Robertson – kbd, prog, Marius De Vries – synth, p, Ben De Vries – prog, David Hartley – Rhodes, Liran Donin – b, Ian Thomas – dr.

03 grudnia 2018

Charles Lloyd Quartet - Charles Lloyd In The Soviet Union

Album został zarejestrowany podczas występu kwartetu Charlesa Lloyda w Tallinnie, mieście wtedy będącym częścią Związku Radzieckiego, choć cieszącym się nieco większą swobodą kulturalną w związku z bliskością Finlandii i sporą odległością od Moskwy. W 1967 roku jazz nie był najbardziej lubianą przez tamtejszą władzę formą rozrywki.


Jednak nie ze względu na nietypowe okoliczności występu płyta zasługuje na uwagę. W owym czasie, objęta praktycznym kulturalnym embargiem publiczność przyjęłaby nawet słaby występ muzyków zza żelaznej kurtyny entuzjastycznie. Sam fakt tego występu był sensacją, nie jedyną, bowiem do Związku Radzieckiego przyjeżdżali okazjonalnie znani amerykańscy muzycy, których trasy koncertowe po wrogich krajach były ówcześnie sponsorowane przez amerykański Departament Stanu. W ramach takich tras między innymi w samej Moskwie wystąpiła orkiestra Dizzy Gillespiego. Wkrótce po słynnym koncercie grupy Charlesa Lloyda w Tallinnie, w Moskwie pojawił się Gerry Mulligan i jakimś cudem udało mu się zagrać kilka skromnych koncertów z radzieckimi muzykami. Do Związku Radzieckiego, podobnie jak do Polski docierały audycje Willisa Conovera. Zainteresowanym tematem polecam wyśmienite opracowanie Lisy E. Davenport „Jazz Diplomacy”.

Festiwal w Tallinnie, tym za żelazną kurtyną odbył się w zasadzie jedynie w 1966 i 1967 roku. Wtedy na tej samej scenie co Charles Lloyd wystąpił również Zbigniew Namysłowski z Adamem Makowiczem. Później już władza nie pozwoliła na kontynuowanie imprezy.

Niezależnie od okoliczności występu, zespół działający w składzie: Charles Lloyd, Keith Jarrett, Ron McClure i Jack DeJohnette nie mógł być słaby, nawet jeśli Keith Jarrett miał jeszcze całą swoją wielką karierę przed sobą. W 1967 roku – kiedy zarejestrowano album „Charles Lloyd In The Soviet Union”, Keith Jarrett wydał swoją debiutancką płytę „Life Between the Exit Signs”, na którą też pewnie przyjdzie czas w Kanonie Jazzu. W końcówce lat sześćdziesiątych kwartet Charlesa Lloyda był niezwykle aktywny. W samym tylko 1966 roku ukazały się 4 albumy tej formacji, podobnie w 1967 roku. Jedna z tych płyt – „Journey Within”, całkiem niedawno pojawiła się w naszym radiowym Kanonie Jazzu.

Zespół w tym czasie dużo koncertował i muzycy byli w wyśmienitej formie. Charles Lloyd potrafił z sukcesem porzucić etykietę naśladowcy Johna Coltrane’a, którą wówczas obdarzano właściwie każdego eksperymentującego tenorzystę. Coraz częściej sięgał również po flet, który przestał być w jego rękach jedynie brzmieniową ciekawostką.

„Charles Lloyd In The Soviet Union” do doskonała koncertowa rejestracja – dokument, pozwalający powrócić nam dziś do 1967 roku, kiedy obok zespołów Cannonballa Adderleya i Milesa Davisa, kwartet Charlesa Lloyda był jednym z najbardziej twórczych i jednocześnie najmniej komercyjnych jazzowych formacji swoich czasów. Miles miał właśnie nagrać „Miles In The Sky”, Cannonball miał na swoim koncie „Mercy, Mercy, Mercy”, a Charles Lloyd w towarzystwie dobrze się zapowiadającego pianisty – Keitha Jarretta robił swoje stojąc na straży jazzowego mainstreamu z odrobiną improwizacyjnego szaleństwa. Warto zauważyć, że we wszystkich 3 formacjach pierwsze kroki stawiali pianiści, którzy mieli już kilka lat później przejąć od swoich liderów rolę wyznaczających nowe jazzowe kierunki – u Cannonballa – Joe Zawinul, u Milesa sięgający po elektronikę Herbie Hancock, a u Charlesa Lloyda – Keith Jarrett.

Charles Lloyd Quartet
Charles Lloyd In The Soviet Union
Format: CD
Wytwórnia: Rhino / Atlantic / Warner
Numer: WPCR-27265

25 listopada 2018

Charles Lloyd New Quartet – Passin’ Thru

Niby to wszystko już było. 80 letni Charles Lloyd ma w swoim dorobku dziesiątki doskonałych albumów nagranych w przeróżnych składach oraz co najmniej tyle samo gościnnych występów na płytach co najmniej wybitnych. Formuła jazzowe kwartetu obejmującego jeden instrument dęty (trąbkę lub saksofon) oraz klasyczną sekcję rytmiczną też jest przecież wyeksploatowana do granic możliwości. Co zatem sprawia, że warto kupić kolejną podobną płytę – najnowszy album zespołu Charlesa Lloyda „Passin’ Thru”? To podobnie irracjonalne lub bardzo celowe, jak jedzenie ciągle ulubionej potrawy, wracanie na wakacje do ulubionych zakątków, czy spotykanie się z przyjaciółmi, z którymi przecież już wielokrotnie rozmawialiśmy. To przyjemność obcowania ze sztuką najwyższych lotów, choć tym, którzy lubią być zaskakiwani nowościami, lub jakimś zwrotem stylistycznym w twórczości ich ulubionych artystów polecam poszukać nowości w innym miejscu.


Zespół Charlesa Lloyda działa w tym samym składzie od wielu lat, kiedy zaczynali, Jason Moran, Reuben Rogers i Eric Harland byli muzykami na dorobku, dziś są gwiazdami najwyższego formatu i rozchwytywanymi muzykami sesyjnymi. Z pewnością pozostawanie w zespole Charlesa Lloyda przez wiele lat pozwoliło im się nauczyć wiele od starszego mistrza, ale również zmuszało do czujności i stałego muzycznego rozwoju.

„Passin’ Thru” jest dokumentalnym zapisem trasy koncertowej zespołu z 2016 roku, zawierającym mieszankę nowego, premierowego wtedy materiału i starszych kompozycji Charlesa Lloyda, czyli zapis koncertów, jakich zespół dał wiele przez lata swojego istnienia. Zespół pokazuje niezwykłą inwencję, magiczne porozumienie, doskonałe zgranie i ciągłe poszukiwanie nowych możliwości. Muzyka najważniejszego zespołu Charlesa Lloyda ostatniej dekady jest połączeniem jazzowej tradycji i nowoczesnej zespołowej improwizacji z doskonałymi kompozycjami lidera, pozostającego ciągle w doskonałej formie, mimo nieuchronnego upływu lat.

Wraz z upływem lat, koncepcja zespołu zmienia się nieco, z korzyścią dla samej muzyki. Kiedy zaczynali grać z Charlsem Lloydem, Jason Moran, Reuben Rogers i Eric Harland byli muzykami towarzyszącymi legendarnemu liderowi. Dziś różnica pokoleń oczywiście pozostała, jednak sami powoli stają się postaciami legendarnymi, równoprawnymi członkami zespołu, dostającymi coraz więcej muzycznej przestrzeni dla własnych pomysłów.

„Dream Weaver” w nowym wydaniu, nagrany po raz kolejny niemal pół wieku po swojej premierze staje się dziś w wykonaniu zespołu nowoczesną interpretacją idei Johna Coltrane’a. W „Ruminantions” lider zbliża się nieco bardziej do muzycznych koncepcji Ornette Colemana. W „Tagore On The Delta” przypomina wszystkim swoim fanom, że jest również jednym z najwybitniejszych jazzowych flecistów. Do tego wystarczy dorzucić garść hard-bopowych zagrywek, parę fortepianowych solówek i doskonałą pracę sekcji rytmicznej. W efekcie dostajemy doskonały album i nawet jeśli nie jest on w żaden sposób nowatorski, to dalej jest doskonały i stanowi mocny punkt obszernej i w przeważającej większości niezwykle wartościowej dyskografii Charlesa Lloyda. Pół wieku temu Charles Lloyd Quartet składał się z równie mało znanych muzyków, jak jego nowy kwartet w momencie, kiedy zaczynał swoją działalność 10 lat temu – wtedy z Lloydem grali Keith Jarrett, Cecil McBee i Jack DeJohnette. Każdy z nich został wielką gwiazdą, każdy wielokrotnie przyznawał, że granie z Lloydem było niezwykłą muzyczną nauką. Podobnie jest z muzykami New Quartet. Oni się uczą, a my dostajemy doskonałą muzykę.

Charles Lloyd New Quartet
Passin’ Thru
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 602557649888

01 października 2017

The Charles Lloyd Quartet - Journey Within

Charles Lloyd w 1967 roku był człowiekiem sukcesu, jednym z tych nielicznych jazzowych artystów, którzy potrafili zmienić swoją muzykę tak, aby spodobała się rockowej publiczności Zachodniego Wybrzeża, jednocześnie nie wyrzekając się swoich hard-bopowych korzeni. Udane połączenie rockowej energii i jazzowej estetyki pozwoliło zespołowi w doborowym składzie koncertować tam, gdzie grały zespoły rockowe po obu stronach Atlantyku. W owym czasie Fillmore Auditorium w San Francisco (miejsce często nazywane również zwyczajnie The Fillmore) prowadzone przez Billa Grahama było ważnym miejscem na rockowej mapie świata. Tu koncertowali wszyscy, The Doors, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Carlos Santana, a także zespoły brytyjskie, które chciały zdobyć Amerykę – The Who, Led Zeppelin, Cream i inni. Grał tam też w 1967 roku Charles Lloyd ze swoim zespołem.


Tak przy okazji – dziś globalny organizator koncertów – firma Live Nation uczyniła z nazwy Fillmore markę znaną w całym USA, tworząc i utrzymując przy życiu te istniejące od pół wieku sale widowiskowe noszące nazwę pochodzącą od ulicy Fillmore w San Francisco. Powszechnie w przeróżnych materiałach biograficznych, książkach, reedycjach płyt wielu historyków nazywa każdą salę prowadzoną przez Billa Grahama w San Francisco nazwą Fillmore West, dla odróżnienia od nowojorskiego Fillmore East. Ten błąd występuje w wielu miejscach. Fillmore West to bowiem zupełnie inne miejsce niż Fillmore Auditorium. Sala w której „Journey Within” nagrał Charles Lloyd działa niemal nieprzerwanie od 1954 roku do dzisiaj. Fillmore West – całkiem inne miejsce w San Francisco, działalo tylko przez 3 lata od 1968 roku. Album Charlesa Lloyda z pewnością powstał więc w Fillmore Auditorium.

To jednak tylko ciekawostka historyczno – dokumentalna. Ważniejsza jest muzyka – pełna hippisowskiej energii, przeróżnych egzotycznych inspiracji i radosnego poszukiwania pozytywnej energii. Muzyka wyzwolona od jazzowej formy, klasycznego bluesowego układu kompozycji, w dużej części improwizowana.

Angaż w zespole Charlesa Lloyda był również pierwszym utrwalonym obszernie na płytach epizodem w bogatej muzycznej karierze Keitha Jarretta, wciąż wtedy poszukującego swojej muzycznej tożsamości (jeśli nie liczyć mało znaczącego nagrania „Buttercorn Lady” zespołu Jazz Messengers). W okresie kilkunastu miesięcy współpracy z Charlesa Lloyda z Keithem Jarrettem powstało co najmniej 9 albumów w tym te najczęściej dziś wznawiane i najbardziej udane – „Journey Within”, „Forest Flower” i „Charles Lloyd In Europe”. Debiutancki album autorski Keitha Jarretta – „Live Between The Exit Signs” został nagrany 3 miesiące po rejestracji „Journey Within”. To co Keith Jarrett zagrał u Charlesa Lloyda doprowadziło go do debiutu w gwiazdorskim składzie z Paulem Motianem i Charlie Hadenem, a wkrótce potem do współpracy z Milesem Davisem.

Kolekcjonerską ciekawostką jest jedna z nielicznych obszernych rejestracji koncertowych Keitha Jarretta grającego całkiem składnie na saksofonie sopranowym, dla którego porzuca fortepian w finale koncertu, choć z perspektywy czasu nikt nie ma wątpliwości, że lepiej się stało, że porzucił ten instrument bezpowrotnie.

Wciągająca, transowa, otaczająca słuchacza ze wszystkich stron muzyka podobała się publiczności w 1967 roku, potrafi wciągnąć w egzotyczny świat również teraz. Dziś to nie jest już odejście od jazzowego idiomu, tanie poszukiwanie popularności i puszczanie oka do rockowej publiczności. Z perspektywy lat muzyka, którą grał zespół Charlesa Lloyda w końcówce lat sześćdziesiątych stała się jazzowym mainstreamem.

W 1967 roku w Fillmore Auditorium zespół Charlesa Lloyda pełnił rolę dodatkowej atrakcji, otwierającej występy uwielbianego w Kalifornii Butterfield Blues Band. Był jednym z pierwszych jazzowych składów, które tam zagrały. Dziś trudno wyobrazić sobie promotora, który zdecydowałby się na takie połączenie. Otwartość słuchaczy w Kalifornii była zadziwiająca. Wtedy liczyła się muzyka, a nie nazwisko i sceniczne efekty. A ta jeśli prawdziwa, nie zna stylistycznych podziałów i podoba się wszystkim, którzy pozwolą się unieść energii płynącej ze sceny.

Gdybyście nabrali ochoty na obejrzenie Keitha Jarreta grającego na sopranie – z łatwością odnajdziecie obszerne fragmenty programu Ralpha Gleasona „Jazz Casual” z występem zespołu Lloyda w składzie identycznym jak ten, który zagrał „Journey Within” – polecam.

The Charles Lloyd Quartet
Journey Within
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Rhino / Warner Bros.
Numer: WPCR-27107

15 września 2017

Charles Lloyd & The Marvels - I Long To See You

Album Charlesa Lloyda długo czekał w mojej poczekalni na okazję wypełnienia roli płyty tygodnia. Od czasu premiery minęło już ponad półtora roku. Płyta dotarła do mnie z kilkumiesięcznym opóźnieniem i mimo swojego niekwestionowanego piękna przegrywała systematycznie cotygodniową rywalizację z innymi nowościami. Uznawałem ten album za zbyt oczywisty. Co to bowiem za sztuka zebrać wybitnych instrumentalistów i zagrać amerykańskie klasyki dorzucając garść własnych kompozycji w podobnym klimacie mieszanki pop, amerykańskiej piosenki i szlachetnego jazzu? W dodatku uzupełnionego o dwa skromne, choć przemyślane wykonania wokalne dostarczone przez Willie Nelsona (to dla starszych amerykańskich klientów) i Norah Jones (dla tych młodszych, a w zasadzie dla średniaków…). Przecież każdy muzyk z dorobkiem kilkudziesięciu lat kariery i wielu fenomenalnych albumów coś takiego potrafi. W dodatku uznałem, że Charles Lloyd ściągnął pomysł na ten album od Johna Scofielda („Piety Street”). Kilka miesięcy później ukazał się dla mnie rewelacyjny „Country For Old Men” i już nie wiedziałem, kto od kogo ściąga pomysł na płytę…

To jednak nie ma żadnego znaczenia. Być może pomysł nie jest jakiś rewolucyjny, za to wykonanie fantastyczne. Mimo obecności wspomnianych gości specjalnych, to przede wszystkim wyśmienity lider i doskonały zespół nazwany całkiem trafnie The Marvels są tu gwiazdami. A Charles Lloyd im starszy tym lepszy, niezależnie od tego, czy gra rzeczy trudniejsze – jak choćby „Athens Concert” z Marią Farantouri – to była nasza radiowa Płyta Tygodnia całkiem niedawno – czyli w 2011 roku, czy zabiera się za tradycyjne „Shenandoah” i „Masters Of War” Boba Dylana – jak w przypadku albumu „I Long To See You”.

Skoro Bob Dylan może nagrywać fantastyczne, choć z pewnością niekoniecznie oczekiwane przez większość fanów „Triplicate” (to premiera sprzed dosłownie kilku dni), po dla wielu kontrowersyjnym, choć moim zdaniem fantastycznym „Fallen Angels” (to też była nasza radiowa Płyta Tygodnia) i równie dobrym „Shadows In The Night”, to dlaczego Charles Lloyd nie może zaskoczyć nas albumem „I Long To See You”? Muzyka jest tylko dobra, albo niedobra, a wśród tej dobrej ta, która nam się podoba i pozostała, jak mawiało wielu klasyków.

Moim ulubionym albumem w dyskografii autorskiej Charlesa Lloyda na zawsze pozostanie „Of Course, Of Course” z 1965 roku nagrany w składzie niemal genialnym – z Tony Williamsem, Gaborem Szabo i Ronem Carterem. Współczesne wydania tego albumu pokazują, że już wtedy Charles Lloyd myślał o muzyce nie zamykając się w bopowym światku – jeden z bonusów zawiera próbne nagranie z Robbie Robertsonem. Ten album trzeba koniecznie umieścić w Kanonie Jazzu. Postaram się niedługo nadrobić tą istotną zaległość.

„I Long To See You” to mieszanka wspomnianych amerykańskich klasyków, buddyjskiej medytacji w najdłuższym, kończącym album „Barche Lamsel” i powrotu do mojego ulubionego wspomnianego już albumu „Of Course, Of Course” w postaci tytułowej kompozycji. Zespół odpowiedzialny za tą produkcję to muzycy grający z Charlesem Lloydem od lat - Reuben Rogers i Eric Harland, a także specjalnie na tą okoliczność towarzyszący liderowi gitarzyści – Greg Leisz i Bill Frisell.

Dla mnie genialne – fantastyczne „Masters Of War” i „Shenandoah”, nowoczesne, choć bliskie oryginałowi „Of Course, Of Course” a także zupełnie fenomenalna, choć na płycie krótko naszkicowana melodia „Abide With Me”

Charles Lloyd & The Marvels
I Long To See You
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Universal

Numer: 602547652577

10 marca 2013

Charles Lloyd & Jason Moran – Hagar’s Song

Pisałem niedawno i płycie Heinza Sauera i Michaella Wolny’ego. Ten album nie zmieścił się w radiowych płytach tygodnia. „Hagar’s Song” to kolejna w krótkim czasie doskonała nowość nagrana przez saksofonistę i pianistę w duecie. Zestawienie Charlesa Lloyda z Jasonem Moranem jest równie wyśmienite. Jest w tych nagraniach spore podobieństwo. Saksofonista zdecydowanie bardziej doświadczony w obu przypadkach zdaje się być liderem duetu, jeśli w takim przypadku można mówić o liderowaniu. W repertuarze pojawiają się covery rockowych i jazzowych standardów, a także kompozycje liderów. 

W obu przypadkach współpraca muzyków nie ma przypadkowego charakteru i nie są to ich pierwsze wspólne nagrania. Jason Moran to przecież członek kwartetu Charlesa Lloyda od paru lat, a takie płyty, jak „Mirror” czy „Rabo De Nube” są wyśmienitymi albumami. Nie śledzę jakoś nadzwyczaj dokładnie zmian składu zespołu Charlesa Lloyda, ale z zawartości mojej półki z jego nagraniami wynika, że Jason Moran zastąpił przy klawiaturze Geri Allen, co oznacza, że stary mistrz musiał w jego grze usłyszeć coś naprawdę ważnego.

Nie ma wątpliwości, że centralną postacią  „Hagar’s Song” jest Charles Lloyd. Jason Moran dostaje szansę bycia liderem jedynie na chwilę, w „Bess, You Is My Woman Now”. Teoretycznie centralną częścią albumu jest niemal 30 minutowa suita skomponowana przez Charlesa Lloyda – „Hagar Suite”. Dla mnie jednak najlepszym momentem, definiującym w zasadzie istotę duetu Charles Lloyd – Jason Moran jest kompozycja Boba Dylana „I Shall Be Released”, pierwotnie umieszczona na płycie zespołu The Band – „Music From Big Pink”. Wcześniejsza wersja zaśpiewana przez samego Boba Dylana znalazła się na wydanej wiele lat później oficjalnie jako część kolekcji „The Basement Tapes”, a wcześniej dostępna w wielu wersjach pirackich.

Dlaczego właśnie „I Shall Be Released” jest kwintesencją stylu całej płyty? Ten utwór nagrywany był dziesiątki razy przez artystów z różnych muzycznych światów, od reggae, pop i muzykę klubową, po awangardowy jazz i minimal. Nie rozumiem w zasadzie czemu. Sam Bob Dylan ma na swoim koncie wiele równie dobrych kompozycji, które nie pojawiają się nigdzie poza jego własnymi albumami i popularnymi kompilacjami „Tribute To Bob Dylan…”. Z „I Shall Be Released” jest inaczej. To rodzaj muzycznego podpisu świętującego właśnie 75 urodziny, co jest wiekiem całkiem dla saksofonisty zaawansowanym. Tu każdy dźwięk jest dokładnie tam, gdzie być powinien. Nie ma ani jednej niepotrzebnej nuty. Jest za to klimat szczególnie dla jazzu cenny, spora część magii, jaką znamy choćby z „Kind Of Blue” Milesa Davisa. Specyficznego i znanego tylko muzykom jazzowym połączenia prostego, wypełnionego prawdziwymi emocjami przekazu z daleką od banału harmonią. To trochę taka muzyka dla wszystkich – tych, co jazzu nie lubią, bo nie znają i tych, którzy uważają proste kompozycje Boba Dylana za zbyt banalne. W wykonaniu Charlesa Lloyda i Jasona Morana ten utwór jest przebojem na miarę „So What”. To oczywiście kwestia czasu, ale jestem przekonany, że za 50 lat, jeśli ktoś w filmie umieści fragment „I Shall Be Released” z „Hagar’s Song”, wszyscy będą wiedzieli, kto gra i po co. To może być kolejny uniwersalny wyznacznik inteligencji i obycia głównego bohatera filmu, czy serialu. Ten utwór może pełnić rolę podobną do „So What” z „Kind Of Blue” Milesa Davisa. Czy będzie miał taki status i będzie rozpoznawany na całym świecie? To już nie zależy od obu muzyków, oni swoje już zrobili. Reszta w rękach fachowców od marketingu i filmowych reżyserów. Reszta płyty jest muzycznie równie wyśmienita, choć brak jej magnetyzmu „I Shall Be Released”. Dlatego też „Hagar’s Song” to nie „Kind Of Blue”, na której nie ma nawet jednego słabszego momentu. Dlatego też od „Kind Of Blue” zaczął się nasz radiowy Kanon., a „Hagar’s Song” to tylko Płyta Tygodnia, ale biorąc pod uwagę ilość nowości, która czeka, od czasem nawet kilku miesięcy na swoją kolej, to tytuł wielce zaszczytny.

Charles Lloyd & Jason Moran
Hagar’s Song
Format: CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602537245505

30 grudnia 2011

Charles Lloyd, Maria Farantouri – Athens Concert


Celem nagrywania większości płyt, jeśli nie wszystkich, jest dotarcie przez artystów z tym, co mają do powiedzenia do jak najszerszego grona słuchaczy. To oczywiście oznacza nie tylko sławę i chwałę, ale również sukces finansowy. Z pewnością album „Athens Concert” jest w Grecji w 2011 roku jedną z najlepiej sprzedających się płyt jazzowych. Z pewnością, gdyby powstał „Warsaw Concert” z którąś z naszych sławnych na cały świat operowych śpiewaczek, też mielibyśmy wydawniczą sensację. Z pewnością też jednak ten album ma nie tylko lokalny grecki charakter. Jeśli jednak patrzeć na zjawisko przez pryzmat globalnego rynku, to zerwanie z artystyczną konwencją stricte jazzowego grania przez Charlesa Lloyda jest proszeniem się o kłopoty ze sprzedażą płyty. Każdy bowiem produkt musi mieć swoją tzw. „kategorię”, etykietkę, która pozwala nieświadomym tego co sprzedają sprzedawcom położyć towar na określonej półce, nieświadomym tego co kupują klientom kupić coś co już lubią, albo coś podobnego. To pozwala także krytykom umieścić album w określonej kategorii i napisać recenzję używając zwrotów zapożyczonych z innych tekstów, które już napisali. Fachowcy od marketingu odpowiedzialni za wspomaganie sprzedaży też mogą wtedy wykonać znane sobie od lat procedury, które mają przekonać nas, słuchaczy do tego, że warto kupić właśnie tą płytę, a nie inną.

No i jakby na złość tym wszystkim utartym procedurom pojawia się „Athens Concert”. Album łamiący wszelkie reguły gatunku, zapewne w Grecji ustawiany na półce z innymi płytami Marii Farantouri, u nas pewnie w katalogu Charlesa Lloyda. Spróbujcie jednak zapytać sprzedawcę z dużego sklepu płytowego jaka to muzyka. Ja to doświadczenie wykonałem w 3 warszawskich sklepach… Było dość zabawnie…

Dość jednak tych rynkowych dywagacji, w końcu ważna jest muzyka. A ta jest najwyższej próby, jak to ostatnimi czasy przyzwyczaił nas Charles Lloyd. Do fanów wyczekujących każdego nowego nagrania Marii Farantouri nie należę, więc być może to również kolejna wyśmienita jej płyta, ale ja tego zwyczajnie nie wiem… Do tej pory była dla mnie głosem nieodłącznie związanym z kompozycjami Mikosa Theodorakisa. Pora jednak zmienić zdanie…

Nie patrzcie na tą płytę jak na kolejny po wyśmienitej „Mirror” z 2010 roku album kwartetu Charlesa Lloyda z dodatkowym udziałem Marii Farantouri. Oczywiście zwolennicy post-bopowego grania jakim od lat raczy nas lider będą narzekali na to, że mógł powstać kolejny wyśmienity album z dobrze znanymi standardami zagranymi po raz kolejny w wyśmienity sposób. A tu czas i odrobinę muzycznej przestrzeni zajmuje nam grecka nuta… Tak potrafi bez eksperymentów od dziesięcioleci na przykład Keith Jarrett. Inni poszukują, ekspolorują nowe obszary, jeszcze dotąd nieodkryte. Inspirują się nawzajem, szukając, czasem nieco pod prąd oczekiwań słuchaczy, nowych ciekawych brzmień.

Album dokumentuje niezwykły koncert, trzeba jednak pamiętać, że współpraca obu artystów trwa już ponad 15 lat, bowiem pierwsze, nigdy niewydane w formie zapisu fonograficznego wspólne przedsięwzięcie Marii Farantouri i Charlesa Lloyda miało miejsce w 1993 roku.

Są muzycy, którzy nie poszukują, tylko doskonalą i tak już doskonałą formę. Inni szukają, co udaje się czasem wyśmienicie, kiedy indziej powstają muzyczne potworki. Są słuchacze, którzy poszukiwań nie lubią i tacy, którzy poszukują razem ze swoimi idolami. Albo tacy, którzy na etykietki nie patrzą i słuchają po prostu dobrej muzyki. To właśnie dla tych ostatnich powstał „Athens Concert”. Porzućcie stare przyzwyczajenia i naturalną tendencję do porządkowania rzeczywistości. Cieszcie się muzyką, w której niby wszystko już było, a jednak najwięksi potrafią nas ciągle zaskoczyć.

To jeden z najlepszych projektów łączących świat muzyki klasycznej i jazzu jaki znam. Częściowo dlatego, że Maria Farantouri nie jest klasyczną operową divą. Jej znakomicie brzmiący kontralt jest warsztatowo perfekcyjny, a jednocześnie pełen greckiej tradycji muzycznej, która z ariami operowymi wiele wspólnego nie ma, za to zakłada emocjonalne zaangażowanie  obejmujące ekspresję nieznaną włoskim twórcom operowym. Częściowo dlatego, że Charles Lloyd jest niezwykle otwarty na nowe pomysły. Również dlatego, że grecki folklor, którego w kompozycjach powstałych specjalnie na tą płytę znajdziemy całkiem sporo, nie przysłużył się wiele rozwojowi klasycznego śpiewu operowego. W związku z tym mamy więc doskonały technicznie głos bez staroświeckiej maniery wykonawczej, znanej choćby z nagrań okołojazzowych Kathleen Battle, gdzie jazzowy kwartet  sobie, a głos sobie….

Charles Lloyd, Maria Farantouri
Athens Concert
Format: 2CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602527678337

24 grudnia 2011

Charles Lloyd – Mirror

Jakoś ostatnio zapomniałem o istnieniu Charlesa Lloyda. Nie da się pamiętać o wszystkich ważnych płytach. Jednak „Mirror” to płyta wyśmienita, choć nieco nierówna. Nie potrafię tej nierówności opisać, czasem podobają mi się nieco bardziej konwencjonalne ballady, kiedy indziej kompozycje lidera, które bez wątpienia są nieco bardziej eksperymentalne.

Na płycie „Mirror” usłyszymy w zasadzie wszystko, co na saksofonie można zagrać. Czasem myślę, że to podręczna encyklopedia tenorowego saksofonu. Charles Lloyd jest niesamowicie sprawnym technicznie saksofonistą. Potrafi zagrać niezwykle pewnym i stabilnym tonem piękną balladę, aby za chwilę, w kolejnym utworze posłużyć się nieco bardziej rozwubrowanym, granym z przydechem dźwiękiem.

Repertuar płyty to zarówno kompozycje własne lidera, jazzowe standardy, w szczególności kompozycje Theloniousa Monka, jak i przeróbki utworów muzyki popularnej. Charles Lloyd grał partie saksofonowe na kilu płytach The Beach Boys, w związku z czym na koncertach korzysta czasem z dorobku tego zespołu. Tym razem na płycie umieścił utwór, który jest luźną adaptacją kompozycji Briana Wilsona – „Caroline No”. Album otwiera jedna z piękniejszych adaptacji ballady „I Fall In Love Too Easily” jakie znam, zagrana, co dla lidera nietypowe na saksofonie altowym.

Z każdej nuty granej na saksofonie przez lidera emanuje swoista pewność tego, że to właśnie ta nuta powinna znaleźć się w tym miejscu i zagrana w taki właśnie sposób. To nie jest przekonanie o własnej nieomylności, ale owoc wielu lat kariery i rozległej muzycznej wiedzy. Znowu coś trudnego do opisania. To trzeba usłyszeć.

Płyta ukazała się w 2010 roku i została nagrana w towarzystwie muzyków młodego pokolenia, których nie było chyba jeszcze na świecie, kiedy Charles Llloyd nagrywał swoje najważniejsze płyty w końcu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku (wraz z niezrównaną i ciągle chyba jego najlepszą – „Forest Flower”).

Niezależnie od tego, czy gra swoje własne kompozycje, czy wraca do znanych melodii sprzed wielu lat, jego sound jest niezwykle rozpoznawalny. Lider często gra na bardzo starych modelach saksofonów, co w połączeniu ze świetną realizacją nagrania pozwala zarejestrować wiele dźwięków, których zwykle na płytach saksofonistów nie słyszymy.

Osobną historią jest wyśmienity zespół towarzyszący liderowi. Na szczególną pochwałę zasługuje wyśmienity na tej płycie pianista Jason Moran. Kiedy dostaje szansę zagrania niecodłuższej solówki, pewnością gry dorównuje liderowi. To bowiem pewność jest słowem najważniejszym dla „Mirror”. Na tym albumie nie znajdziecie muzycznych poszukiwań. Tu nikt nie szuka, nie zastanawia się, co zagrać za chwilę, ani jaki powinien być najlepszy sposób na „Monk’s Mood”, czy „Ruby, My Dear”. Ten zespół to wie, z pewnością tej pewności dodaje doświadczenie lidera, jednak Jason Moran i jeden z obecnie najciekawszych perkusistów Eric Harland wcale nie pozostają w tyle. Nieco bardziej wycofany i sprowadzony do roli członka sekcji rytmicznej pozostaje basista Reuben Rogers, który na swoją chwilę musi poczekać do „The Water Is Wide”.

Płytę wydał ECM, to z pewnością jedna z najbardziej mainstreamowych płyt tej wytwórni ostatnich lat. Z pewnością będzie zaskoczeniem dla fanów klasycznego brzmienia ECM. Dla wszystkich fanów dobrego jazzu stanie się ważny częścią ich kolekcji. To płyta, którą z pewnością docenimy jeszcze bardziej z upływem lat.Mam wrażenie, co nie zdarza mi się często, że właśnie wpowstał jeden z klasyków, album, który za 20-30 lat będzie wymieniany jako jeden z najważniejszych powstałych na początku tego wieku.

Charles Lloyd
Mirror
Format: CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 0602527404998